Prolog
Najeźdźcy
Przedzierała się przez gąszcz, ciężko dysząc. Potykała się o korzenie, a kiedy wylądowała na ziemi, natychmiast podnosiła się, by pędzić dalej. W ramionach trzymała małą, skuloną dziewczynkę.
- Będzie dobrze, zobaczysz. Zobaczysz. - szepnęła do dziecka. - Na plaży nadamy sobie nowe imiona i uciekniemy stąd. Tamci nas nie dostaną. Nie tkną cię więcej... - urwała, bo dostrzegła plażę wynurzającą się z gąszczu. Przyspieszyła i po chwili wbiegła po kolana do oceanicznej toni. Zanurzyła dłoń w zimnej wodzie i dotknęła nią twarz dziecka. - Obudź się. Już po wszystkim. - wyszeptała, ale dziewczynka nie otworzyła oczu. - Nano, obudź się! - jęknęła. - Nie zostawiaj mnie tu samej! - z oczu zaczęły wypływać jej łzy. - Nano! - przytuliła do siebie zimną dziewczynkę i chwiejnym krokiem wyszła z wody. Położyła ciało na ziemi i zaczęła głośno szlochać. Dlaczego Nana? Czemu ona? Czemu oni?
- Co myśmy takiego zrobili? Co? - zapytała przypatrując się martwej dziewczynce oświetlonej blaskiem księżyca w pełni. - Byliśmy lepsi, wspanialsi... - wyszeptała i zaczęła zasypywać ranę na piersi dziewczynki piaskiem. Początkowo robiła to powoli, przyglądając się, jak ziarenka piasku przesypują się z jej ręki na zimne ciało dziecka. Potem przyspieszyła. Oni mogli gdzieś tu być, a wtedy spotka ją taki sam los jak Nanę. Nie. Nie pozwoli im na to. Nie pozwoli.
Kiedy ciało pokryła gruba warstwa piasku, wstała i ruszyła plażą przed siebie. Nie wiedziała, co robić. Nie mogła wrócić do siebie. Oni tam mogli być. A jeśli już odpłynęli?
Nie zdążyła odpowiedzieć sobie na to pytanie, gdyż zobaczyła trzy postacie wynurzające się z ciemności. Zadrżała. Oni? Nie. To byli sprzymierzeńcy, nie wrogowie.
- Nea? To ty? - dobiegło do niej pytanie Craya.
- Tak - przytaknęła cicho.
- Wszystko w porządku? - Sana podeszła do niej i spojrzała na nią uważnie.
- Nana nie żyje. - odpowiedziała i ponownie zapłakała. Sana przytuliła ją. - Ja... Zabiłam tego, który ją zranił. Przyniosłam ją tutaj, bo myślałam, że zdążę nadać jej imię i... i moja siostra będzie żyć! Nana!
- Neo, uspokój się. - poprosił ją Cray. - Oni mogą gdzieś tu być.
Nea zacisnęła usta i otarła łzy.
- Czy ktoś oprócz nas przeżył? - starała się, by jej głos był jak najbardziej spokojny.
- Jesteś pierwszą osobą, którą spotykamy żywą. - rzekł Barn, który dotychczas przyglądał się jej w milczeniu.
- I co teraz zrobimy? Macie jakieś pomysły?
- Przed chwilą nadałem imię mojej siostrze, a ona mi. - rzekł Cray. - Proponuję, byście to samo zrobili z Barnem. Jeśli przeżyjemy jutrzejszy dzień, nie będą w stanie zrobić nam krzywdy, nie ważne jak bardzo by się starali.
- Sądzę, że to dobry pomysł. - stwierdził Barn.
- Tak... - westchnęła cicho Nea. - Tylko... Czy uda się nam przeżyć?
Nieoczekiwany gość
Sayon Naven, młody, bo niespełna 20-letni kapitan pirackiego gagu Błękitny Lewiatan uważał się za osobę na ogół spokojną i zrównoważoną. No właśnie, na ogół. Czasami chłopakowi puszczały nerwy i wtedy lepiej było zejść mu z drogi. Jednak zdarzały się wyjątki, którym nawet rozzłoszczony Sayon nie był straszny. Takimi wyjątkami byli jego najlepszy przyjaciel Ballad Enger i młoda, wiecznie rozmarzona piratka Hime Etar, która wręcz uwielbiała doprowadzać swojego kapitana do szewskiej pasji. Tak więc pewnego dnia dziewczyna postanowiła pokazać całej załodze, że natura obdarzyła ją naprawdę ładnym głosem i siedząc w bocianim gnieździe razem z wspomnianym wcześniej Balladem, odśpiewała wszystko, co im wpadło do głowy (a najczęściej były to piosenki autorstwa Ballada).
Koncert nie przyjął się wśród piratów zbyt entuzjastycznie. Bo jeśli o Balladzie można było powiedzieć, że jego głos był dość znośny, to o głosie Hime nie dało się stwierdzić tego samego. Sayon, który jak dotąd tłumił śpiewy Ballada zamknięciem drzwi swojej kapitańskiej kajuty, tym razem tak łatwo nie rozwiązał tego problemu. Nie tracił jednak zimnej krwi i starał się skupić całą swoją uwagę na mapach leżących na biurku.
"Za jakieś 20 minut rozbolą ich gardła i dadzą sobie spokój." - pomyślał. Po godzinie śpiewy trwały dalej. Sayon z właściwym sobie spokojem wstał od map i wyszedł z kajuty. Oczy wszystkich piratów zwróciły się ku niemu, a w sercach zapłonęła nadzieja - koncert zostanie przerwany!
- Wy na górze! - krzyknął, a śpiewy faktycznie ucichły. Hime i Ballad spojrzeli na niego zaciekawieni.
- Stało się coś, Sayon? - zapytał przyjaciel młodego kapitana.
- Tak. Zabieracie nam coś takiego jak cisza. - zauważył surowo.
- Ależ panie kapitanie! - Hime dość ironicznie wypowiedziała stanowisko Sayona na pokładzie. - Proszę pamiętać, że milczenie jest srebrem, a mowa złotem. A przecież każdy pirat kocha złoto! - i zaczęła się śmiać, nie zważając na szept Ballada, spostrzegającego, że to milczenie jest złotem, a mowa złotem, a nie na odwrót.
Sayon westchnął. Po ostatnich wydarzeniach na Leah i Netopii sądził, że polubił Hime. Czasem sam się sobie dziwił z tego powodu. A te wątpliwości nachodziły go więcej niż często, bo więcej niż często Hime grała mu na nerwach (a Sayon, oczywiście nie pozostawał jej dłużny).
- Ballad, śpiewajmy dalej! - wykrzyknęła Hime, kiedy skończyła się śmiać, a z ust piratów siedzących na pokładzie wydobył się krótki jęk rozpaczy.
- Ballad! - tym razem krzyknął Sayon.
- Co znowu? - zapytała zniecierpliwiona dziewczyna.
- Ja... - zaczął niepewnie młody kapitan, szukając w głowie jakiejkolwiek wymówki, by ściągnąć Ballada z bocianiego gniazda. W końcu ją znalazł. - Potrzebuję cię w rozplanowaniu dalszego kursu Lewiatana! - Ballad oraz Caoz byli dwoma najbardziej zaufanymi doradcami Sayona, więc ta prośba wydawała się jak najbardziej na miejscu.
- Już schodzę - młody poeta zachwycił wszystkich piratów, prócz Hime, która starała się nie okazywać swej złości na kapitana z powodu zabrania jej towarzysza do śpiewania. Kiedy więc Sayon przed wejściem do kajuty rzucił jej krótkie spojrzenie, natychmiast posłała mu szeroki uśmiech i znowu zaczęła głośno śpiewać.
Tym razem jej koncert nie trwał zbyt długo, bo nagle usłyszała za sobą złośliwe stwierdzenie:
- Ale fałszujesz.
Hime odwróciła się i zamarła. Na barierce bocianiego gniazda siedziała może 18-letnia dziewczyna o przeraźliwie zielonych oczach i krótkich, brązowych włosach. Nosiła fioletową tunikę z szerokimi rękawami oraz czarne spodnie sięgające do łydek. Była bosa.
- Ech - westchnęła obca i zaczęła schodzić z gniazda. Hime obserwowała, jak dziewczyna rozgląda się po pokładzie i nagle biegnie w stronę Caoza z szeroko rozpostartymi rękoma i krzykiem:
- CAOZ! - po czym uwiesiła się na szyi pirata.
- Star? Co ty tutaj robisz?
- Przyszłam w odwiedziny! - zaśmiała się, po czym puściła szyję Caoza i przeniosła się na Verta.
- Vert! Vert! Jak dobrze cię widzieć! - do uszu Hime dobiegł jej radosny głos. Ciągle zdziwiona, spojrzała na pozostałych piratów, którzy wyglądali na tak samo zdziwionych jak ona. W końcu nie wytrzymała i opuściła bocianie gniazdo (lekceważąc słowa Sayona brzmiące: "Jeśli nie zobaczysz statku na horyzoncie, nie masz prawa opuszczać bocianiego gniazda! Chyba, że nadejdzie czas zmiany"). Kiedy znalazła się na dole, puściła się biegiem w stronę kapitańskiej kajuty, do której wpadła zdyszana.
Sayon i Ballad, którzy razem studiowali jakieś mapy, natychmiast spojrzeli na nią.
- Jeśli przyszłaś tutaj śpiewać, to wynocha. - oświadczył na wstępie kapitan.
- Już mi się odechciało. - powiedziała łapiąc oddech. - Mamy gościa.
- Gościa? - powtórzyli jak echo.
- Przyszła nie wiem skąd i zaczęła się witać z Caozem i Vertem.
- Hime, chyba za długo na słońcu siedziałaś. - zaśmiał się Ballad. Sayon tymczasem zachował poważną minę.
- Brązowe włosy i okropnie zielone oczy? - zapytał.
- Tak. - przytaknęła, szczęśliwa, że przynajmniej Sayon jej wierzy.
- Tylko jej tutaj brakowało. - mruknął i wyszedł a pokład. Natychmiast pośpieszyli za nim.
Okazało się, że obca ciągle stała obok steru i gadała jak nakręcona, a Vert i Caoz uważnie się jej przysłuchiwali. Sayon na widok dziewczyny zmrużył gniewnie oczy.
- Czy można wiedzieć, po co tutaj przyszłaś? - zapytał ją. - Nikt cię nie zapraszał.
Na dźwięk jego słów, obca zamilkła i przyjrzała się mu wnikliwie. W końcu wykrzyknęła:
- Sayon! Ale urosłeś! Ostatnim razem kiedy cię widziałam, to byłeś taki! - i sięgnęła ręką swoich kolan. - A może i nawet mniejszy! - kapitan chciał odpowiedzieć, ale szybko weszła mu w zadnie: - W ogóle, ale to w ogóle nie podobny do Megallada! Cała... no... jak jej tam było?
- Moja matka nazywa się Umi. - rzucił wrogo.
- Nieważne. - wzruszyła lekceważąco ramionami i nagle dostrzegła Ballada stojącego za Sayonem. - My się chyba nie znamy, prawda? Jestem Star - uśmiechnęła się ślicznie i wyciągnęła rękę w stronę chłopaka.
- Ballad Enger - przedstawił się sztywno i już chciał uściskać jej rękę, ale Sayon złapał go za nadgarstek.
- Nie dotykaj jej. Ta wiedźma przynosi nieszczęście.
- Wiedźma? - oburzyła się Star. - Jak co, to czarodziejka, nie wiedźma!
- Czarodziejka? - powtórzyła Hime. - Sayon, czy to nie jest przypadkiem ta czarodziejka, o której mi kiedyś mówiłeś? Ta, o której tak źle się wyrażałeś?
- Owszem, to ona.
- O rany - westchnęła Star. - Ta dalej źle o mnie mówisz? Chłopcze, przecież to, co chciałam zrobić, zdarzyło się jakieś 15 lat temu!
- Chciałaś zabić moją matkę! - krzyknął wściekły. - I oświadczyłaś to wszystkim z uśmiechem na ustach!
- Tak, tak. Chciałam. Ale nie wyszło. A co ja poradzę, że nigdy jej nie lubiłam? Taka słaba i żałosna! Nawet dziecka urodzić nie potrafiła i gdyby nie ja, umarłbyś razem z nią! - Hime wsłuchiwała się w słowa dziewczyny i jej zdziwienie z każdą chwilą rosło coraz bardziej. Ile nowoprzybyła ma lat? - W każdym razie nie przybyłam tu wspominać moją przeszłość. Mam do ciebie sprawę, chłopcze.
- Jaką sprawę?
- Wolałabym omówić ją na osobności. - stwierdziła.
- Dobrze. Wysłucham cię w mojej kajucie, ale razem ze mną będą Caoz i Ballad.
- To już nie jest rozmowa na osobności. - zauważyła.
- Caoz i Ballad to dwie najbardziej godne zaufania osoby na tym statku, w przeciwieństwie do ciebie.
- Nie ufasz mi?
- Dobrze wiesz, że nie.
- Nic nowego. - westchnęła. - Chodźmy więc. - i ruszyli w kierunku kajuty kapitańskiej. Hime niewiele myśląc ruszyła za nimi.
- Hime, nikt ciebie do naszej rozmowy nie zapraszał. - zauważył Sayon.
- Ja też chcę usłyszeć, co ona ma do powiedzenia! - oświadczyła.
- A kto to? - zainteresowała się Star. - To twoja ukochana, Sayon?
- Na szczęście nie.
- No tak. Przecież ty masz o wiele lepszy gust. - zachichotała i weszła do kajuty razem z Balladem i Caozem.
- Co? Co ona powiedziała? - zapytała rozwścieczona Hime. - Że ja jestem BRZYDKA?
- Nie. Powiedziała, że ja mam dobry gust.
- Ale wyszło na to samo!
- Skoro tam mówisz. - rzekł. - Chodź już.
- Zmieniłeś zdanie? Mogę wejść do kajuty?
- Tak - przyznał obojętnie, a zadowolona dziewczyna weszła za nim do kajuty.
- Jak twój ojciec rządził Lewiatanem, to pomieszczenie wyglądało identycznie. - Star przez chwilę rozglądała się dookoła, po czym podeszła do biurka załadowanego mapami. - I biurko tak samo zagracone. Zupełnie jakbym cofnęła się w czasie.
- Star, do rzeczy. - Sayon ściągnął czarodziejkę na ziemię.
- Poczekaj - wtrącił Caoz i wszystkie oczy skierowały się ku niemu. - Może na początku wyjaśnimy parę spraw Hime i Balladowi? Wtedy łatwiej będzie im zrozumieć całą sytuację.
- Dobry pomysł. - przytaknęła Hime.
- Niech będzie. - stwierdził Sayon. - To jest Star. Piratka - czarodziejka. Nie dajcie się oszukać jej wyglądowi nastolatki. Tak naprawdę jest starsza do nas wszystkich razem wziętych.
- To fakt - Star zaśmiała się beztrosko.
- Kiedy byłem 4-letnim dzieciakiem moja matka miała parę wypadków, z których cudem uszła z życiem. Okazało się, że to ta wiedźma za nimi stała.
- Bo nie lubiłam Umi. - wytłumaczyła słodkim głosem czarodziejka.
- Mój ojciec kazał jej natychmiast opuścić Błękitnego Lewiatana...
- Więc opuściłam go i założyłam własny gang - Brązowe Żagle. Znacie go? - spojrzała z nadzieją na Ballada i Hime.
- Nie. - Hime odpowiedziała wprost.
- A ty? - Star zerknęła na Ballada.
- Hym... To ten gang, którego wszyscy nazywają "gangiem oszustów", bo wszyscy potrafią tam czarować?
- Tak, ten. - przytaknął Sayon.
- Ale my nie byliśmy żadnymi oszustami! - oburzyła się Star. - Ja tylko wybierałam utalentowanych czarodziei, lub osoby, które uczyłam magii! To nie było żadne oszustwo!
- Zaraz... powiedziałaś "byliśmy"? - zdziwił się Caoz.
- Tak. - jej twarz nieco posmutniała. - Mój gang nie istnieje od ponad miesiąca.
- Ale się stało, Star?
- Przeżyłam tylko ja - powiedziała cicho, lecz jej głos raptownie nabrał mocy. - Zaatakował nas nagle i nasze czary nie zrobiły na nim żadnego wrażenia. Moi uczniowie kazali mi przenieść się na najbliższą wyspę, czyli Kiryę, a sami chcieli toczyć z nim dalszy bój. Nie chciałam ich słuchać, ale w końcu zgodziłam się i użyłam jedynego kamienia teleportacji jakiego mieliśmy... Czekałam, aż się skontaktują ze mną, ale nic takiego się nie działo. Kiedy minęły trzy dni nie wytrzymałam i użyłam magii odnajdywania, by wiedzieć gdzie znajdują się moi towarzysze... Prawda była grosza, niż tylko mogłam sobie wyrazić... Statek mojego gangu razem z wszystkim moim przyjaciółmi leżał na dnie oceanu. - zacisnęła usta, a jej oczy na chwilę zaszły mgłą. - Kapitan powinien schodzić na dno razem ze swoją załogą, a nie uciekać ze statku jak ostatni tchórz.
Kajutę na chwilę wypełniła cisza, którą przerwała Hime:
- Ale kto? Kto was zaatakował?
- To nie był człowiek - głos czarodziejki nawet nie drgnął.
- Co w takim razie? - zdziwił się Ballad.
- To było stworzenie z nazwy waszego gangu.
Czwórka piratów spojrzała na nią z niedowierzaniem.
- Lewiatan? Przecież one istnieją tylko w legendach! - stwierdził pobladły Sayon.
- To, co się zdarzyło przed miesiącem nie jest legendą. - zauważyła Star. - Legendą też nie jest to, co miało miejsce przed twoimi narodzinami i powstaniem tego gangu.
- O czym ty mówisz? - młody kapitan spojrzał na nią uważnie.
- Ja i twój ojciec spotkaliśmy lewiatana. Tego samego, który zaatakował mój okręt. Tylko, że wtedy był jeszcze bardzo młody i bardziej przypominał olbrzymiego węgorza niż potwora morskiego. Fale wyrzuciły go na brzeg i nie potrafił sam wrócić do oceanu. Wtedy Megallad wziął go na ręce i zaniósł go do wody. Nigdy nie zapomnę spojrzenia tamtego stworzenia... Było przepełnione wdzięcznością... - urwała.
- Czytałam kiedyś, że lewiatany są bardzo honorowe i jeśli u kogoś zaciągną dług, z pewnością go spłacą. - wtrąciła Hime.
- To prawda. - przyznała Star. - Jednak Megallad już nie żyje... Ale Sayon nosi w sobie jego krew, bo jest jego synem i teraz na niego spływa wdzięczność lewiatana.
- Do czego zmierzasz? - zapytał chłopak.
- Wiem, na jakiej wyspie mieszka ten lewiatan. Chcę, żebyśmy tam popłynęli i żebyś go wezwał. On na pewno przybędzie, a wtedy... ja się nim zajmę.
- Zabijesz go? - oburzyła się Hime. - Przecież to żywa legenda!
- Ta żywa legenda zabiła moich towarzyszy. Moich przyjaciół. - oświadczyła gniewnie czarodziejka, po czym spojrzała smutno na Sayona. - Ty mnie rozumiesz, prawda? Jesteś kapitanem i dbasz o swoich towarzyszy...
- Owszem, ale nie pomogę ci.
- Dlaczego?
- Mój ojciec uratował życie temu stworzeniu. Ja nie mam zamiaru doprowadzić do jego zguby.
- Sayon. - smutne oczy Star nabrały ostrości. - Istnieje pewna żelazna zasada, której przestrzega nawet lewiatan. Brzmi ona: życie za życie... Chyba domyślasz się, co chcę powiedzieć, ale ci przypomnę - dwa pomagałam twojej matce urodzić. Gdyby nie ja, pewnie nie rządziłbyś teraz tym statkiem. A twojej siostry nie byłoby na pokładzie Białych Gwiazd... Życie za życie, chłopcze. Za żywot twój i Xelli chcę żywot lewiatana.
Sayon milczał. W końcu rzekł cicho:
- Życie za życie... Zgadzam się.
- Tak! Tak! - cała powaga, jaka była w czarodziejce, natychmiast się ulotniła. - W takim razie od dziś zostaję z wami! I wiesz co? Będę spać tutaj. Ty i tak śpisz w hamaku, więc nie będzie ci to zbytnio przeszkadzać, prawda? - nim Sayon zdążył odpowiedzieć, tuż obok Star pojawiły się dwa olbrzymie kufry i jeden mniejszy.
- Co to? - zapytał Caoz.
- Moje rzeczy. Trochę tego mało, ale wszystkie moje rzeczy zatonęły ze statkiem, więc musze kupować wszystko od nowa.
- Mało... - powtórzyła Hime, przyglądając się kufrom.
- To ja się rozpakuję. A potem pójdę spać, więc proszę o odrobinę ciszy, bo jestem zmęczona. Możecie już wyjść. A, Sayon!
- Co znowu?
- Jutro pokaże ci mapę z wyspą na której mieszka lewiatan.
Chłopak spojrzał na nią znudzony i wyszedł bez słowa. Hime i Caoz zrobili to samo.
- Eee... Miłych snów życzę. - Ballad uśmiechnął się trochę sztucznie do czarodziejki, po czym wyszedł.
- Dziękuję! - usłyszał za sobą.
***
- I ona jest strasznie dziwna, mówię ci. Wygląda na moją rówieśniczkę, a Sayon powiedział, że jest starsza od Caoza i ona strasznie dziwnie okazuje uczucia. Raz się śmieje w głos, by natychmiast spoważnieć, po czym znowu się śmieje. I jeszcze chciała zabić panią Umi i przyznaje się do tego z niewinną miną... - Hime raptownie urwała, by złapać oddech, a Saen zaśmiał się.
- Spokojnie Morda, przecież nie pali się.
- Jednego nie rozumiem. - Ballad oderwał spojrzenie od pergaminu, który uparcie zapisywał i spojrzał na kucharza i dziewczynę. - Czemu tak ciepło witała Caoza i Verta, a resztę traktowała jak powietrze?
- Bo ja i Caoz należeliśmy do pierwszej załogi Błękitnego Lewiatana. - rzekł Vert, który wchodząc do kuchni usłyszał pytanie Ballada.
- Pierwszej załogi? - zaciekawiła się dziewczyna.
- Star należała do gangu tak samo jak ja i Caoz od początku gangu. Odeszła, kiedy Sayon miał 4 lata, po tym, gdy przy jednej kolacji głośno oświadczyła, że parę razy próbowała zabić Umi. Megallad się wściekł i kazał jej opuścić statek, co zrobiła bez mrugnięcia okiem.
- Ale czemu chciała ją zabić? - Ballad skrobnął jakieś słowo na kartce i spojrzał uważnie na Verta.
- Tego nikt nie wie. Star nigdy za nią nie przepadała. Ubliżała jej jak się tylko dało, szczególnie kiedy Megallada nie było w pobliżu. Co prawda bez szemrania odebrała obydwa porody, ale potem nieraz wypominała Umi, że gdyby nie ona, Sayon i Xella leżeliby obecnie pod ziemią.
- Szczera jest, nie ma co. - Hime zaczęła obierać marchewkę. - A co z tą pierwszą załogą?
- Pierwsza załoga to ta, którą skompletował Megallad. Rozpadła się po jego śmierci. Piraci nie chcieli, bo dowodził nimi 13-latek, nawet jeśli był synem byłego przywódcy. Prawie wszyscy odeszli. Zostałem tylko ja, Caoz oraz parę innych osób.
- Pamiętam to. - przyznał Ballad. - Musieliśmy szukać nowych piratów. Odejście starej załogi musiało być dla Sayona sporym ciosem, ale nigdy się nie skarżył.
- Jak mogli tak po prostu odejść?! - Hime zaczęła szatkować marchewkę, którą dopiero co skończyła obierać. - To okropne.
- Zostawili Lewiatana i założyli nowy gang... - dalsze słowa Verta zagłuszył krzyk Hime.
- Co się stało? - zaniepokoił się Ballad.
- Skaleczyłam się - jęknęła i spojrzała na swój palec u lewej ręki, na którym widniała czerwona pręga.
- Tak to jest, kiedy zamiast o robieniu kolacji myśli się o niebieskich migdałach. - stwierdził surowo Saen.
- Nie myślałam o żadnych migdałach!
- Nie ważne. Wygląda na to, że po dzisiejszych rewelacjach nie jesteś zdolna myśleć o gotowaniu. Będę musiał sam zająć się przygotowaniem posiłku.
- Ale ja mogę pomagać!
- Lepiej idź przemyć sobie palec, bo jeszcze wda ci się zakażenie i ci odpadnie.
- No dobra. Ale juto ja SAMA zrobię śniadanie, zrozumiano?
- Niech będzie. - kucharz westchnął, a Hime wyszła.
- Ambitna aż do przesady. - stwierdził Ballad, a Saen i Vert ze śmiechem przyznali mi rację.
***
- A co tu tutaj robisz? - zapytała Hime, kiedy weszła do jadalni.
- A co mam robić? - Sayon odpowiedział pytaniem na pytanie. - Skoro nie mogę siedzieć nad mapami w mojej kajucie, to będę siedzieć nad nimi tutaj.
- No tak, zapomniałam, że Star ukradła ci twój azyl. - usiadła naprzeciw Sayona i otworzyła książkę, którą kupiła razem z wieloma innymi w Genadii.
- A ty czemu nie w kuchni?
- Saen mnie wyrzucił.
- Coś nowego. - rzekł złośliwie i dostrzegł bandaż na palcu dziewczyny. - Odcięłaś sobie palec?
- Skaleczyłam.
- Szkoda, że tylko tyle.
- Nigdy nie oduczysz się złośliwości?
- Nie zamierzam... Hime, co sądzisz o naszej podróży na wyspę lewiatana? Ja cały czas się zastanawiam, czy dobrze zrobiłem, zgadzając się na to... polowanie.
- Pirat musi akceptować decyzje kapitana, czyż nie? - zachichotała. - W każdym razie mi się to podoba. Szykuje się przygoda większa od tej z mapą Gaidena.
- Obyś miała rację.
Mapy
Jadalnia podczas każdego śniadania wypełniona była rozmowami, żartami i głośnym śmiechem, które zawsze cichły stopniowo, kiedy piraci odchodzili od stołu, by zająć się swoimi sprawami. Jednak dzień po przybyciu przywódczyni gangu Brązowych Żagli na pokład Błękitnego Lewiatana, wszelkie rozmowy przeprowadzone podczas śniadania, urwały się w pół zdania. Stała za tym Star, która spóźniona wpadła do jadalni, ściągając na siebie spojrzenia wszystkich piratów.
- Spóźnionej nigdy nie widzieliście? - zapytała, uśmiechając się sztucznie.
- Nie - wypalił Zeld, a wszyscy prócz czarodziejki wybuchli głośnym śmiechem.
- Haha. - powiedziała, już bez sztucznego uśmiechu. - Gdzie ja mam siedzieć?
- Tam - Sayon wskazał jej krzesło stojące na krańcu stołu, oddalone od pozostałych.
- To dopiero żart! - Star podniosła krzesło i po krótkim namyśle postawiła je między Hime a Balladem. - Tu będzie sympatyczniej. - uśmiechnęła się do swoich sąsiadów, a jej talerz i kubek, które zostały na drugim końcu stołu wzleciały do góry i pomknęły w jej stronę, by na samym końcu wylądować naprzeciw czarodziejki. - To smacznego! - wykrzyknęła i zaczęła jeść. Piraci po paru sekundach wpatrywania się w nią, powrócili do posiłku. Jednak nie podjęli przerwanych rozmów. Nie umknęło to uwadze Star. - Jak tu weszłam, to było tu bardzo głośno. Czemu tak nagle przycichliście, co?
- A jak myślisz? - zapytał ją Sayon.
Na dźwięk tych słów, czarodziejka skrzywiła się i wstała.
- Nie chciałam wam przeszkodzić, przepraszam. Kontynuujcie to, co przerwaliście. - i ruszyła ku drzwiom, a talerz i kubek poszybowały za nią. Nagle zatrzymała się i rzuciła przez ramię: - Sayon, przyjdź później do mnie, to pokażę ci mapę na wyspę lewiatana.
Hime zrobiło się jej żal. Pamiętała dokładnie jak bała się zjeść posiłek z piratami i jadała go sama w kuchni. Dopiero Ballad zachęcił ją do zjedzenia śniadania z resztą załogi.
- I mamy spokój. - z rozpamiętywania przeszłości wyrwał ją głos Sayona, który nie podzielał współczucia Hime. - Niestety, ja nie będę mieć go za długo. - zaśmiał się.
- Jeśli chcesz, ja i Hime możemy iść z tobą. - zaproponował Ballad.
- A więc to prawda, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. - stwierdził kapitan, a Hime oczekiwała tylko, jak rzuci w jej stronę: "Ciebie się to oczywiście nie tyczy!". O dziwo, Sayon nic takiego nie powiedział.
"Pewnie źle się czuje" - stwierdziła.
Kiedy śniadanie się zakończyło, ruszyli do kapitańskiej kajuty, a kiedy się pod nią znaleźli, Sayon zapukał i nie czekając na odpowiedź, wszedł do środka. Hime weszła zaraz po nim i o mało nie wykrzyknęła ze zdziwienia - pomieszczenie, w którym się znaleźli, w ogóle nie przypominało kajuty, w której Sayon ślęczał nad mapami. Ściany pokrywał fioletowy atłas, u sufitu wisiały dzwonki i metalowe rurki, wypełniające kajutę muzyką przy najmniejszym powiewie wiatru, nad biurkiem wisiało duże lustro w ozdobnej ramie z brązu, w oknach wisiały granatowe zasłony, a biurko przykryte było masą różnych szpargałów. Dwa duże kufry leżały pod okami, przykryte atłasowymi poduszkami i udawały sofę. Na krańcu łóżka (okrytego atłasową narzutą) siedziała Star, która oplatała prawą wstążkę szarą wstążką.
- Jak się puka, to czeka się na pozwolenie. - zauważyła kąśliwie.
Sayon nie odpowiedział, bo był zajęty obserwowaniem gruntownych zmian w kajucie.
- Ładnie wszystko tutaj pozmieniałam prawda? - zapytała z nieukrywaną dumą.
- Nie. - Sayon natychmiast odzyskał głos.
- Przesadzasz. - zawiązała kokardę na kostce i odgarnęła grzywkę opadającą na oczy. - Kajuta była taka pusta i zimna. A teraz? Aż miło do niej wejść!
- Ja w każdym razie będę ją omijać. - oświadczył kapitan.
- A mi się podoba! - Hime ciągle przyglądała się zmianom wprowadzonym przez Star. - Przytulnie i klimatycznie.
- Przynajmniej jednak osoba na tym statku ma gust! Ty jesteś...?
- Hime Etar.
- Byłaś tu wczoraj?
- Wczoraj, przedwczoraj i przed-przedwczoraj też. - odpowiedziała nieco zamieszana.
- Hym... Masz mało charakterystyczną twarz. Takie osoby szybko się zapomina.
W Hime zawrzało - ona jeszcze przed paroma chwilami współczuła czarodziejce, a ta ja się jej odpłaca?
- Spokojnie - szepnął do niej Ballad, a Sayon zerknął na nią rozbawiony.
- Star, chcemy zobaczyć mapę, która doprowadzi nas do wyspy, na której mieszka lewiatan.
- A, po to przyszliście. - jej głos był wyraźnie znudzony. - Czekajcie. Musze jej poszukać. - podeszła do biurka i zaczęła posuwać na boki rzeczy je zaśmiecające, tak, że płowa z nich wylądowała na ziemi. - Tutaj nie ma. - powiedziała i zaczęła otwierać po kolei wszystkie szuflady i wyciągać z nich swoje szpargały. Tam również nie znalazła mapy. Podeszła do szafy i wyciągała z niej wszystkie ciuchy, rzucając je za siebie. To samo spotkało rzeczy w kufrach stojących pod oknami.
Hime, Sayon i Ballad w ciszy obserwowali, jak w kajucie powstaje coraz większy bałagan, a Star dokładnie przeszukuje zawartość kufrów.
- Gdzie ja ją schowałam? - zaniepokoiła się czarodziejka. - Może tam. - podeszła do małego kufra leżącego obok biurka i zajrzała do jego wnętrza, po czym szybko zamknęła wieko. - Nie ma!
- Wygląda na to, że z naszej wyprawy nici. - stwierdził Sayon z niemałą satysfakcją.
- Nie! Ja ją znajdę! Tylko muszę sobie przypomnieć, gdzie ją położyłam... Mam! - podbiegła do łóżka i spod poduszki wyjęła pomięty pergamin. - JEST! - wrzasnęła tryumfalnie.
- Mówiłeś, że ile ona ma lat? - Ballad zapytał szeptem Sayona.
- Dużo - odparł i zwrócił się do Star. - Możemy obejrzeć mapę?
- Tak! - podbiegła do biurka, zrzuciła z niego pozostałe szpargały i rozciągnęła na nim mapę. - Chodźcie - rozkazała, a cała trójka podeszła do biurka, starając się nie podeptać gratów czarodziejki pałętających się pod nogami. Kiedy znaleźli się obok Star, ta stuknęła palcem w dół mapy i rzekła:
- Tutaj znajdują się wsypy naszego archipelagu najbardziej wysunięte na północ. A tu - wskazała na górną część mapy. - Tu jest nasza wyspa.
- Ona jest poza Dervą? - spytał zdziwiony Ballad.
- Lewiatan najwyraźniej wyznaje zasadę, że im dalej od ludzi, tym lepiej. - stwierdziła Hime.
- Czy w drodze do naszego celu, napotkamy jakieś zamieszkałe wyspy? - Sayon uważnie przyglądał się pomiętej mapie.
- Parę wysp po drodze będzie, ale tylko jedna będzie zamieszkała przez ludzi.
- Czyli trzeba będzie zaopatrzyć się w prowiant. - stwierdził. - Podróż może trwać do czterech-pięciu miesięcy przy złych wiatrach i niepogodzie... Potrzeba będzie dużo prowiantu.
- Zapłacę za niego, nie musisz się martwić. - zapewniła go.
- Doskonale. To zrobimy tak - Sayon wskazał na Genadię. - Niecałe trzy tygodnie temu wypłynęliśmy z Netopii, więc jesteśmy gdzieś obok Genadii. Proponuję obrać kierunek na północny-zachód i zatrzymać się dopiero w Lenlii. Tam zakupimy większość prowiantu, resztę zakupimy w Halberd.
- Halberd? - powtórzyła niepewnie Star.
- Dokładnie. Przy okazji odwiedzę mamę. - rzekł ze spokojem i wrócił do planowania kursu statku. - Po drodze na te dwie wyspy będziemy musieli napaść jak najwięcej statków. Piraci zgodzili się na tę podróż bez najmniejszego szmeru, ale przecież też potrzebują pieniędzy, a te nie przyjdą do nich podczas podróży na północne wody.
- Niech będzie. Obyśmy tylko dopłynęli na wyspę. - Star zwinęła mapę.
- To my sobie już pójdziemy. - oświadczyła Hime i ruszyła ku drzwiom razem z Balladem i Sayonem, ponownie starając się nie nastąpić na jakąś rzecz czarodziejki, która dopiero teraz dostrzegła bałagan jaki panował w kajucie.
- Ojej! Ale naśmieciłam! - wykrzyknęła. - Muszę tu posprzątać!
- Powodzenia. - rzuciła Hime i wyszła z kajuty.
- Hime, zamieńmy się - dobiegła do niej prośba z góry. Podniosła głowę i zobaczyła Oxa spoglądającego na nią błagalnie z bocianiego gniazda.
- Całkowicie zapomniałam o zmianie! - przeraziła się. - Szybko, schodź! - pirata nie trzeba było dwa razy prosić. Kiedy tylko znalazł się na dole, Hime zaczęła go gorąco przepraszać.
- Nie ważne! - machnął ręką i pognał do kuchni na upragnione śniadanie.
Hime szybko weszła na bocianie gniazdo i rozejrzała się dookoła. Nie dostrzegła żadnego statku, ale na wszelki wypadek utwierdziła się w tym przekonaniu, spoglądając na wisiorek. Ten jednak pokrywała srebrna mgiełka.
"Zapowiada się nudny i gorący dzień." - pomyślała i zaczęła się wachlować dłonią, bo mimo wczesnej pory, upał trwał. Poprawiła bandamę na głowie i utkwiła wzrok w horyzoncie. Zaczęła się zastanawiać, jak wytrzyma godziny warty. Mogła poprosić Ballada, by czuwał za nią teraz, a ona wyglądałaby statków wieczorem... Mogła, ale chciała. Nie da Sayonowi żadnego powodu do złośliwych zaczepek... Choć po opuszczeniu Netopii dokuczał jej w znacznie mniejszym stopniu niż dawniej. Obecność Star też się do tego przyczyniła... Star... tak, to była naprawdę dziwna osoba. Z jednej strony Hime okropnie chciała ją poznać, z drugiej wolała się trzymać od niej z daleka. Przecież chciała zabić panią Umi! I ten postępek oświadczyła wszystkim z uśmiechem na ustach!
"Lepiej będzie, jak na razie będę się jej przyglądać. - stwierdziła w myślach. - Potem zdecyduję, czy warto poznać ją bliżej."
***
Ballad siedział na ziemi oparty o barierkę. Opierał kartkę na kolanie i zapisywał na niej swój kolejny wiersz, który wymyślił poprzedniego dnia przed zaśnięciem. Nagle zatrzymał bieg pióra i spojrzał krytycznie na swoje dzieło. Skrzywił się mimowolnie. Dlaczego, kiedy tworzy wiersz w głowie, ten wydaje się mu ideałem, a kiedy przenosi go na papier, uczucie zachwytu natychmiast go opuszcza?
Ballad nie zdążył odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo dobiegły do niego czyjeś słowa:
- Dobrze piszesz. Podoba mi się.
Chłopak wystraszony nie na żarty, oderwał wzrok znad kartki i zobaczył Star, która siedziała na barierce i uważnie wpatrywała się w niego. Zaczął się zastanawiać, ile czarodziejka siedzi obok niego i odczytuje jego zapiski. Zawsze odrywał się od reszty świata podczas pisania. Wtedy istniała dla niego tylko kartka. Nic więcej.
- Wystraszyłam cię? Przepraszam. - zeszła z barierki i usiadła po turecku obok niego. Odruchowo zasłonił zapisaną kartkę. - Przecież powiedziałam, że mi się podoba! Czemu tak to chowasz?
- Sam nie wiem - odpowiedział. - Naprawdę ci się podoba?
- A co w tym takiego dziwnego? Znawcą może nie jestem, ale potrafię szczerze powiedzieć, co mi się podoba, a co nie. A twój wiersz bardzo mi się spodobał. Od dawna piszesz?
- Od bardzo dawna. - rzekł wymijająco.
- A co cię do tego zachęciło? - zerknęła na niego ze złośliwym uśmiechem na ustach. - Kobieta? A może raczej zawód miłosny?
- Nie chcę o tym rozmawiać. - głos Ballada był stanowczy, ale Star była nieugięta.
Spojrzał na nią znużony i rzekł:
- Powiedzmy, że mam to we krwi, zadowolona?
- Tak. - odparła. - Twoi rodzice też piszą?
- Pisali. - wyszeptał, a twarz czarodziejki zamarła. Utkwiła wzrok w swoich splecionych dłoniach, a Ballad wrócił do skrobania piórem po papierze.
- Jesteś sierotą? - zapytała go po paru minutach ciszy.
- Od piątego roku życia. - powiedział szybko. - Megallad przygarnął mnie i wychowałem się na tym statku razem z Sayonem.
Na jej ustach pojawił się słaby uśmiech.
- To był dobry człowiek. - rzekła, a chłopak przytaknął ruchem głowy. - Ja... nie będę ci już przeszkadzać. Dziękuję za wiersz i za rozmowę. - wstała i ruszyła ku swojej kajucie.
- Star - zawołał za nią.
- Tak? - spojrzała na niego przez ramię.
- Jeśli będziesz chciała, o chętnie poczytam ci inne swoje wiersze.
Tym razem uśmiech Star był szeroki.
- Z chęcią ich wysłucham. Dziękuję. - oświadczyła i z ciągle szczęśliwą twarzą weszła do swojej kajuty.
***
Upał był nie do zniesienia. Hime nie mogła dłużej ustać na nogach i usiadła na dnie gniazda.
"To tylko krótki odpoczynek. Za chwilę wstanę." - pomyślała, a jej powieki zaczęły opadać w dół. Zasnęła prawie natychmiast.
***
Stała pośrodku tropikalnego gąszczu. Z wszystkich stron otaczał ją mrok. Było zimno i strasznie. Hime drżała na całym ciele. Bała się. Coś złego czaiło się w ciemnych zaroślach. Coś, czego nie widziała, lecz wkrótce dostrzeże, jeśli nic z sobą nie zrobi.
"Muszę stąd uciec. Muszę wrócić na statek." - pomyślała i ruszyła przed siebie, odpychając gałęzie drzew i liany, pchające się w kierunku jej twarzy. Co chwila coś wplątywało się w jej włosy, lub drapało po ramionach.
- Hime - na dźwięk swojego imienia o mało nie krzyknęła ze strachu. - Hime - powtórzył głos. Dziewczyna przysłuchiwała się mu uważnie, nie potrafiła stwierdzić, czy ów głos należy do kobiety, czy też do mężczyzny. Jedyne co wiedziała, to to, że był obcy.
- Hime - usłyszała za sobą i odwróciła się. Zobaczyła zaciemnioną postać zmierzającą w jej stronę i zadrżała. Nie chciała jej spotkać. To mogło się źle skończyć.
- Zostaw mnie! - rozkazała i puściła się biegiem przed siebie, co chwila potykając się o korzenie drzew. Tajemnicza osoba podążała za nią, a stopy Hime jak na złość z każdą chwilą poruszały się coraz wolniej i wolniej. W pewnym momencie padła na ziemię. Szybko poderwała się do góry i przerażona spojrzała za siebie. Jej oczy napotkały oczy ścigającego. Jedno oko było brązowe, drugie było czarne...
***
- Obudź się! - ze snu wyrwał ją okrzyk Ballada. Spojrzała na niego przerażona.
- Sen - wyszeptała. - Miałam koszmar. Okropny koszmar.
- Trzeba było nie zasypiać na słońcu. - stwierdził cierpko. - Dobrze, że miałaś na głowie bandamę. To mogło się skończyć udarem. - pomógł jej wstać i uważnie przyjrzał się jej twarzy. - Zastąpię cię. Idź się przespać.
- Mowy nie ma.
- Idź - rzekł stanowczo.
Hime nie miała siły targować się, więc kiwnęła potakująco głową i powoli zeszła na dół.
W kajucie wspólnej było chłodno i cicho. Szybko podeszła do swojego hamaka i położyła się. Zamknęła oczy, ale sen nie przychodził. Oczekiwała na niego jeszcze półgodziny, aż w końcu wstała, wyciągnęła z kufra jedną ze swoich książek i ruszyła do jadalni. Tam zastała Sayona ślęczącego nad mapami i zapisującego coś co chwilę na kawałku pergaminu. Rzucił jej jedno krótkie spojrzenie i wrócił do pisania.
Usiadła naprzeciw niego i otworzyła książkę. Po przeczytaniu dwóch stron podniosła wzrok na chłopaka, który ciągle wpatrywał się w mapę i kreślił coś na papierze.
- Masz do mnie jakąś sprawę? - zapytał nagle.
- Nie
- To zajmij się książką, a nie gap się na mnie.
- Zainteresowało mnie co robisz, dlatego się patrzyłam. - zamknęła książkę. - Takie patrzenie w mapę musi być okropnie nudne.
- Dla mnie nudne jest ciągłe czytanie romansideł. - stwierdził. - Poza tym, to nie jest patrzenie się na mapę, tylko obmyślanie kursu statku. Pod uwagę muszę brać dzisiejszą pogodę, wiedzę na temat zachowania wód oceanu w poszczególnych porach roku na danych jego obszarach. Muszę też pamiętać o szlakach handlowych, którymi pływają kupcy. To wcale nie jest łatwe.
- Obmyślasz wszystko jak strateg w książce. - rozmarzyła się, a Sayon przewrócił oczyma. - Sayon naucz mnie tego! - złożyła ręce i spojrzała na niego błagalnie.
- Na co ci to?
- Przyda się w życiu. Proszę!
- W życiu? - powtórzył kpiąco. - A czy przypadkiem jakaś postać książkowa nie jest strategiem?
- Eee... skąd wiesz?
- Bo to ty mnie o to poprosiłaś. Takich rzeczy można się spodziewać tylko po tobie. Jak tak bardzo chcesz, to nauczę cię, ale musisz spełnić pewien warunek.
- Jaki?
- Zaraz się dowiesz. - wstał i podszedł do drzwi. - Czekaj tu na mnie. - wyszedł z jadalni, a kiedy wrócił, położył na stole pudełko w czarno-białe kwadraty.
- Szachy? - zdziwiła się.
- Dokładnie. - odłożył wszystkie mapy na bok i wyciągnął z pudełka wszystkie figury i rozstawił je na szachownicy. - Sprawdzę, czy nadajesz się na ucznia, poprzez grę. Szachy wymagają logicznego myślenia. Strategia też jest ważna.
- Muszę cię uprzedzić, że w Netopii prawie codziennie grałam z tatą w szachy. - oświadczyła tryumfalnie.
- To masz mnie w ręku. Ja gram okazyjnie. Raz na rok, a nawet rzadziej. Zaczynajmy w takim razie.
Z każdą chwilą szachowego pojedynku pewność wygranej opuszczała Hime. Sayon, w przeciwieństwie do niej, szybko podejmował decyzję co do ruchu i bez największego problemu zbijał jej pionki. Nie wiadomo kiedy oświadczył:
- Szach-mat. Przegrałaś.
- A... ale - jęknęła z niedowierzaniem. - Przecież mówiłeś, że prawie nie grasz.
- A ty mówiłaś, że grałaś prawie codziennie. Patrząc na twoją grę, ciężko w to uwierzyć. Za długo się zastanawiasz, o bezmyślnym stawianiu figur nie wspominając.
- Nieprawda! - krzyknęła zdenerwowana.
- Ależ prawda. - spojrzał na nią wyższością i wziął ze stołu wszystkie mapy, pergaminy oraz pióro. - Zostawiam ci szachy. Naucz się grać sama i ćwicz. Kiedy już będziesz gotowa, powiedz mi, to zagramy znowu. - i wyszedł z jadalni.
Hime w ciszy wpatrywała się w szachownicę. W końcu ustawiła figury w odpowiednich miejscach i zaczęła grę.
"Następnym razem nie przegram" - obiecała sobie i dobrze wiedziała, że zrobi wszystko, by spełnić tą obietnicę.
Odwiedziny
- A ty znowu przy szachach? - Ballad zaśmiał się, gdy zobaczył Hime medytującą nad szachownicą.
- Ja widać. - odparła i zrobiła ruch czarnym skoczkiem.
- Aż tak ci zależy na nauce obmyślania kursu statku?
- Bardziej zależy mi na wygranej z Sayonem. - syknęła przez zęby.
- Ktoś o mnie mówił? - zapytał Sayon, który wszedł do jadalni i usiadł obok Ballada.
Hime łypnęła wrogo w jego stronę, po czym wróciła do szachów. Sayon przez chwilę przyglądał się z zaciekawieniem jej ruchom, aż w końcu rzekł:
- Jak widać, dalej ci nie idzie.
- Nikt cię nie prosił o zdanie! - krzyknęła wściekła.
- Hime, spokojnie. - poprosił ją Ballad.
- Spokojna będę dopiero wtedy, kiedy on stąd wyjdzie. - oświadczyła posępnie.
- To masz problem dziewczynko, bo ja chcę tutaj siedzieć.
- Sayon, błagam - tym razem Ballad zwrócił się do kapitana.
- Przecież nic nie mówię - chłopak zrobił niewinną minę, a Hime zacisnęła zęby. Cierpliwa. Musi być cierpliwa.
***
Star wpatrywała się w horyzont, uderzając palcami o barierkę. Od pięciu dni krążyli po oceanie i rabowali każdy napotkany statek kupiecki. Jednak do Lenlii nie zbliżyli się w ogóle. A ona bardzo nie lubi czekać.
Raptownie zesztywniała. Poczuła czyjś wzrok na swoich plecach i odwróciła się. Początkowo nie zobaczyła nikogo. Dopiero kiedy spuściła wzrok, dostrzegła rudowłosego chłopca uparcie wpatrującego się w nią.
- Dziecko, czego ode mnie chcesz? - zapytała, nie siląc się na uprzejmość.
- Nie jestem dzieckiem - zaprzeczył rezolutnie. - Nazywam się Zeld Nayashi.
- Nayashi? - powtórzyła zaciekawiona. - Jesteś jakimś dalekim krewnym Lanna Nayashiego, kapitana Zielonego Węża?
- To mój tata. Moja mama to Mirrana Nayashi z Białej Gwiazdy, a mój dziadek...
- Jest kapitanem Czerwonej Wstęgi, wiem.
- I ma na imię Dash. - dokończył dumnie, a Star spojrzała na niego wyraźnie znudzona, jednak chłopiec nie dostrzegł tego.
- Przyszedłeś pochwalić się swoją rodziną?
- Nie - zaprzeczył. - Przyszedłem spytać, ile masz lat.
- To chyba wyłącznie moja sprawa, nie sądzisz?
- Nie wiem. - wzruszył chudymi ramionami. - Ox powiedział, że ty jesteś strasznie starą wiedźmą.
- Wiedźmą? Starą? - powtórzyła wściekła.
- Starą wiedźmą - przytaknął ochoczo.
- A czy ja wyglądam na starą wiedźmę? - zapytała, uśmiechając się słodko.
- Nie - odparł zadumany. - Na starą nie wyglądasz. Na wiedźmę raczej tak.
- CO?
- Nosisz dziwne ubrania, nie jesz razem z nami i przybywasz na statek nie wiadomo skąd. - wyliczył. - I masz taką dziwną kajutę.
- I te argumenty świadczą, że jestem wiedźmą? - spiorunowała chłopca wzrokiem.
- No... tak.
"Paskudny bachor!" - pomyślała wściekła i ruszyła w stronę swojej kajuty, kipiąc ze złości.
- Hime jest moją prawie - starszą - siostrą , wiesz? - Zeld pobiegł za nią. - Jeśli chcesz, możesz zostać drugą - prawie - starszą - siostrą - wiedźmą. Chcesz?
- Nie! - krzyknęła i zatrzasnęła drzwi od kajuty przed nosem Zelda.
***
"Szach i mat" - powiedziała Hime w myślach, kończąc kolejną partię zagraną z samą sobą. Zwyciężyły białe figury po długich i sromotnych zmaganiach z czarnymi przeciwnikami.
Podniosła wzrok znad szachownicy i spojrzała na Ballada i Sayona, po czym zaśmiała się w duchu. Wyglądali niemal identycznie - obaj pochyleni nad blatem stołu, zapisujący coś na kartkach. Szeroko uśmiechnięta zaczęła chować figury do szachownicy, gdy nagle drzwi do jadalni otworzyły się i do środka wbiegł zdyszany Zeld. Sayon, Ballad i Hime pojrzeli na niego jednocześnie.
- Ox kazał przekazać, że na horyzoncie pokazał się statek i o ile się nie myli, należy od do jakiegoś gangu. - zameldował mały.
Hime natychmiast pochwyciła swój odnajdywacz i spojrzała na jego powierzchnię. Uśmiechnęła się szeroko i spojrzała na swoich przyjaciół.
- Srebrna Łuska zmierza w naszą stronę. - oświadczyła, a Sayon natychmiast zerwał się na nogi i wybiegł na zewnątrz.
- Ox, położenie statku! - krzyknął w stronę bocianiego gniazda.
- Idealny zachód. - usłyszał w odpowiedzi.
- Caoz, obierz kurs na idealny zachód! - polecił kapitan.
- Kto by się spodziewał, że kiedyś będziesz chciał się spotkać z Shiro. - rzekł do niego Ballad, a Hime stwierdziła:
- Ludzie jednak potrafią się zmieniać.
***
Shiro razem z Chissy stali przy barierce i spoglądali na pokład Błękitnego Lewiatana szeroko uśmiechnięci.
- Panie Imun, dawno się nie widzieliśmy - krzyknął Sayon.
- Oj, dawno - przytaknął mu Shiro. - Nie wiem jak ty, ale ja z chęcią powspominam dawne... waśnie.
- W takim razie zapraszamy na pokład. - Ballad zarzucił na barierki kładkę, którą Shiro szybko przekroczył.
Hime zachichotała w duchu widząc przywitanie Shiro i Sayona. Jakiś czas temu nienawidzili siebie, a teraz byli na dobrej drodze do zostania przyjaciółmi.
- Dzień dobry, Hime. - Chissy podeszła do niej.
- Dzień dobry - uśmiechnęła się do piratki, którą pierwszy raz widziała w rozpuszczonych włosach. Karminowe loki sięgały jej pasa i lśniły w promieniach słońca. Hime zazdrośnie porównała je do swoich włosów, ostatnio dość krzywo skróconych do długości ramion.
- Hime! Dobrze cię widzieć! - wtem podbiegł do niej jasnowłosy chłopak.
- Ciebie także, Haruno! - uśmiechnęła się do swojego najlepszego kolegi za czasu jej pobytu na pokładzie Srebrnej Łuski. Dostrzegła, że coś się w nim zmieniło od czasu ich ostatniego spotkania. Dość szybko zrozumiała co - jego oczy nie były już takie rozmarzone i nieobecne jak dawniej. Zaczęła się zastanawiać, co tak bardzo zmieniło jego spojrzenie. Walka na Leah? A może coś innego?
- Chodźcie do naszej jadalni. Tam porozmawiamy. - dobiegł do niej głos Sayona i razem z innymi przeszła z pokładu do jadalni, gdzie zasiedli przy stole i zaczęli wspominać swój wyścig na trzy wyspy Gaidena, który w dużym stopniu zmienił ich dotychczasowe życie.
- Wiecie może, co słychać u Kirkle? - zapytał Sayon, a Haruno natychmiast odparł:
- Spotkaliśmy ją niedawno. Przyłączyła się do Białych Gwiazd.
- Czyli sobie radzi? To dobrze. - ucieszyła się Hime.
Wtem drzwi do jadalni otworzyły się i do środka wpadła Star, wrogo spoglądająca w stronę Shiro i jego towarzyszy.
- Srebrna Łuska? - krzyknęła oburzona. - Jak śmiecie wchodzić na ten statek?! Jak śmiecie?! - rozwścieczona ruszyła w stronę Shiro, z wiadomymi tylko sobie zamiarami, gdy nagle Ballad zerwał się na nogi i mocno złapał ją za ramię.
- Uspokój się. - polecił spokojnie.
- Nie mam zamiaru - zaczęła się wyrywać, ale bezskutecznie. - Puść mnie natychmiast! Słyszysz?! - znowu spojrzała w stronę Shiro i krzyknęła: - To przez jego ojca! Megallad nie żyje przez jego ojca!
- Coś mi to przypomina. - szepnęła Hime, a Sayon skinął głową ze zrozumieniem i rzekł:
- Star, to są MOI goście. Ja tu jestem kapitanem i sam decyduję, kogo wpuścić na swój pokład, a kogo nie. Ty nie masz w tej kwestii nic do powiedzenia.
- A właśnie, że mam! Jesteś niewdzięcznym synem, skoro pozwalasz tym szczurom wchodzić na ten statek! Na statek Megallada!
- Rozmawiajcie dalej beze mnie. - westchnął Ballad i ruszył ku wyjściu, ciągnąc za sobą czarodziejkę.
- Puść! Puść! - krzyczała, ale wysłuchał jej rozkazu dopiero, gdy znaleźli się na pokładzie. Spojrzała na niego wrogo, po czym chciała wrócić do jadalni, ale Ballad zagrodził jej drogę. - Co z tobą? - zapytała wściekła. - Ojciec tamtego chłopaka zabił tego, który cię przygarnął, a ty nie ruszysz palcem w tej sprawie?
- Jak słusznie zauważyłaś, to był ojciec Shiro, a nie on sam. - zauważył chłodno, a Star spojrzała na niego zdziwiona. - Zachowujesz się tak samo, jak Sayon parę miesięcy temu. Zemsta go opętała i chciał tylko śmierci Shiro. Na szczęście zrozumiał, że się mylił. Ty powinnaś zrobić tak samo. Nie można wiecznie rozpamiętywać przeszłości nie niszcząc przy okazji teraźniejszości.
- Nie uznajesz zemsty? - zapytała szeptem.
- Brzydzę się nią. - odparł wprost.
- W takim razie różnimy się od siebie. - spojrzała na niego twardo i zacisnęła dłonie w pieści. - Ty brzydzisz się zemstą. Dla mnie zemsta jest... sensem mojego życia... I nie zamierzam z niej zrezygnować. Nie zamierzam!
- A szkoda - stwierdził i wrócił do jadalni.
Star przez chwilę przyglądała się drzwiom, za którymi zniknął, po czym rozejrzała się dookoła. Wszyscy piraci przyglądali się jej z zaciekawieniem. Zmrużyła gniewnie oczy i pobiegła do jedynego miejsca, które lubiła na statku - swojej kajuty.
***
Kiedy drzwi zamknęły się za Balladem i Star, do ich uszu dobiegły ich głośne krzyki. Kiedy Ballad wrócił, Sayon westchnął:
- Przepraszam za nią. Nie sądziłem, że tak zareaguje na wasz widok.
- Kto to w ogóle był? - Chissy ciągle wpatrywała się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała rozzłoszczona czarodziejka.
- To Star, przywódczyni Brązowych Żagli. - odpowiedział szybko Sayon.
- To ten gang czarodziei? - zainteresował się Haruno, a Hime przytaknęła mu ruchem głowy.
- Tak właściwie to były gang czarodziei. - poprawił Ballad.
- Rozpadł się? - zainteresował się Chissy.
- Nie. Star nam powiedziała, że zaatakował go lewiatan. - oświadczył spokojnie Sayon.
- Lewiatan? - powtórzył rozbawiony Shiro. - Chyba jej nie wierzysz, co?
- Sam nie wiem. - wzruszył ramionami. - W każdym razie dawno temu zaciągnąłem u niej dług i teraz musze go spłacić, dopływając na wyspę, gdzie podobno znajduje się kryjówka lewiatana.
- Nie wiem, czy to słuszna decyzja. - stwierdził Shiro. - Słyszałem dużo opinii o tej czarodziejce. Rzadko były pozytywne.
- Wierzę.
- Na twoim miejscu sprawdziłbym, czy jej gang naprawdę się rozpadł.
- Wiem o tym i w najbliższym czasie to zrobię.
- Słuszna decyzja. A gdzie w ogóle leży ta wyspa?
- Poza Dervą, na północy.
Naraz wszyscy umilkli.
- Poza archipelagiem? - Shiro nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. - Przecież taka wyprawa może być niebezpieczna!
- Nie może, ale na pewno będzie. - poprawiła go Chissy.
- Wiem o tym aż za dobrze. - westchnął Sayon. - Gdyby nie ten dług, nigdy bym się na to nie zgodził.
- Jesteś za honorowy. - zaśmiał się Shiro i po chwili rozmowa zeszła z tematu podróży na tajemniczą wyspę na tematy typowe dla piratów, czyli tematy zarobkowe. Hime nie znosiła ich, bo nie miała wtedy nic do powiedzenia. Dostrzegła, że Chissy też wygląda na znudzoną, więc szepnęła do niej:
- Może wyjdziemy na zewnątrz?
- Z chęcią - usłyszała w odpowiedzi i po chwili spacerowały razem po pokładzie. - Nie boisz się? - zapytała ją nagle.
- Czego? - zadziwiła się Hime.
- Tej wyprawy. Przecież możesz stracić życie wpływając na nieznane wody!
- Mogę, ale nie muszę. Dla mnie liczy się przygoda. Oczywiście, mogę podczas tej przygody zginać, ale czymże byłby świat bez ryzyka?
Chissy uważnie wpatrywała się w nią i powiedziała:
- Podziwiam cię. Ja zrobiłabym wszystko, by wybić Shiro taką podróż z głowy. Nie chciałabym go stracić... - zamilkła i przelotnie spojrzała na swoją prawa dłoń. Hime zrobiła to samo i dostrzegła coś błyszczącego w słońcu na jej palcu.
- Chissy, to... - zaczęła niepewnie, nie odrywając spojrzenia od jej ręki.
- Tak, to to. - przytaknęła i podniosła dłoń do góry.
- Kiedy?
- Niedawno. Już po powrocie z Leah.
- Chissy! - Hime z krzykiem rzuciła się na szyję dziewczyny. - Tak się cieszę! Naprawdę!
- Tylko mnie nie uduś, bo zamiast ślubu będzie pogrzeb. - zagroziła, a Hime natychmiast wypuściła ją ze swych objęć. - Ty płaczesz?
- Same popłynęły. - Hime zaczęła przecierać oczy.
- To ze szczęścia czy ze smutku? - Chissy spojrzała na nią podejrzliwie, a Hime wybuchła śmiechem.
***
Niedługo potem Shiro, Chissy i Haruno pożegnali się i Srebrna Łuska odpłynęła w przeciwną stronę. Sayon razem z Balladem i Hime obserwował jak okręt coraz bardziej się od nich oddalał.
- Szkoda, że już odpłynęli. - westchnęła Hime.
- Ja tam wcale nie żałuję. - usłyszeli za sobą i zobaczyli Star. Jej oczy były zaczerwienione, a twarz rozwścieczona. - Wiesz co ci powiem, Sayon? - zapytała zaczepnie. - Starasz się być taki jak Megallad, ale nigdy nie będziesz taki jak on. Nawet do pięt mu nie dorastasz. Żałuję, że 19 lat temu pomogłam Umi przy porodzie. Gdybym tego nie zrobiła, świat uwolniłby się od ciebie i od twojej przeklętej matki. - po tych słowach odwróciła się na pięcie i wróciła do swojej kajuty. Sayon po chwili też odszedł, zostawiając Hime i Ballada samych.
Czarodziejka i piratka
Hime otworzyła oczy i z ulgą odkryła, że znajduje się w wspólnej kajucie, a nie w tropikalnym gąszczu. Osoba skryta w ciemnościach znowu ją ścigała. I znowu zobaczyła oczy swojego prześladowcy. Tylko oczy. Czarno - brązowe oczy. Westchnęła zdenerwowana. Straszne czarno - brązowe oczy. Dlaczego ciągle się jej śnią? Dlaczego?
Naraz przypomniał się jej dom w Netopii i jej pokój. Miała tam sennik, z którego korzystała, o ile zdołała zapamiętać co jej się śniło. Może te oczy były czegoś oznaką? Czego? Przygody? Kłótni? Niebezpieczeństwa?
To ostatnie wydawało się jej najbardziej prawdopodobne. Postanowiła, że na najbliższej wyspie, na której się zatrzymają, kupi sennik.
"Tak zrobię." - pomyślała i zasnęła ponownie.
***
- Czy pani czarodziejka dziś też nie będzie z nami jadła? - zapytał ją Saen podczas przygotowania śniadania.
- Pewnie nie. Jak dotąd jadła z nami tylko raz, podczas drugiego dnia swojego pobytu tutaj. Wtedy wyszła w połowie posiłku, jak nie wcześniej. Od tego czasu przychodzi tutaj po jedzenie i je u siebie.
- Nie nudzi jej się tak cały czas siedzieć w kajucie? - zastanawiał kucharz. - Przecież nawet ja wychodzę z kuchni, by rozprostować kości i porozmawiać z wami.
- Też się nad tym zastanawiałam. Od czasu odwiedzin Shiro czyli od czterech dni prawie jej nie widuję. Pewnie czuje się bardzo samotna... - stwierdziła i do głowy wpadł jej pewien pomysł. - Wiem! - wykrzyknęła zachwycona.
- Co się znowu stało, Morda?
- Zaniosę jej śniadanie i może nawet uda mi się ją przekonać, by następny posiłek zjadła z nami!
- Szczerze mówiąc, to wątpię, by ci się to udało zrobić. A nawet jeśli tego dokonasz, to obecność Star przy posiłku nie wszystkich zadowoli.
- Ale przecież ona tymczasowo należy do Lewiatana! Muszą ją zaakceptować!
- Skoro tak sądzisz. Mi tam ona nie przeszkadza.
- Ty, ja, Ballad, Zeld, Caoz i Vert. - wyliczyła. - To już sześć osób.
- Ale i tak mniej niż połowa. - zauważył. - Skąd w ogóle ta pewność, co do pozostałej czwórki?
- Zeld lubi wszystkich, Caoz i Vert już nie raz jedli ze Star za życia Megallada, więc się do niej przyzwyczaili, a Ballad... Zdaje się, że ją lubi. - po tych słowach, wzięła do rąk kubek i talerz przeznaczony dla Star. - To ja idę złożyć wizytę naszej drogiej czarodziejce.
- Powodzenia.
- Nie dziękuję. - uśmiechnęła się szeroko i wyszła z kuchni.
***
Obie ręce miała zajęte, wiec zapukała w drzwi czubkiem buta. Czekała przez chwilę, lecz nie usłyszała żadnej odpowiedzi. Wtedy nacisnęła klamkę łokciem i weszła do kajuty, która okazała się być pusta.
Podeszła do biurka, chcąc położyć na nim talerz i kubek, ale jego blat był tak załadowany, że z trudem znalazła miejsce na umiejscowienie kubka. Nie wiedziała, co robić z talerzem i w końcu odsunęła krzesło i położyła go na nim. Kiedy to zrobiła, chciała odejść, ale zaciekawiły ją rzeczy na biurku czarodziejki i została, uważnie wpatrując się w nie. Było to parę wypalonych do połowy, różnokolorowych świeczek, okrągły wazonik pełen kadzidełek, parę fioletowych kamieni, trzy figurki wykonane z masy perłowej, splątane z sobą kolorowe wstążki, parę bransoletek i kilka naszyjników z koralików. Przyglądała się temu składzikowi z zainteresowaniem i rosnącym zachwytem. Star musiała być bardzo przywiązana do tych rzeczy. Hime nigdy nie tęskniła do swoich książek lub ciuchów zostawionych w Netopii. Nigdy.
Podniosła wzrok znad biurka i spojrzała na swoje lustrzane odbicie. Szybko przeniosła wzrok na piękną ramę, w której lustro się znajdowało i przez chwilę obserwowała misternie wzory w niej wykonane. Kiedy skończyła, ponownie spojrzała na samą siebie.
"Włosy zjaśniały mi na słońcu" - pomyślała i nagle zadrżała. Z jej odbiciem działo się coś dziwnego - prawe oko jaśniało, a lewe starało się coraz ciemniejsze. Z przerażeniem wpatrywała się w swoją twarz o innych oczach. Czarno - brązowych oczach.
- Co ty tutaj robisz? - wtem usłyszała czyjeś pytanie i z okrzykiem przerażenia odskoczyła w tył. Odwróciła się i zobaczyła Star, która stała w drzwiach i przyglądała się jej mało przychylnym wzrokiem. - Grzebałaś w moich rzeczach?
- W niczym nie grzebałam. - zaprzeczyła. - Przyniosłam śniadanie. - całkowicie zapomniała o zachęceniu czarodziejki do wspólnego jedzenia i wybiegła na zewnątrz. Chwiejnym krokiem podeszła do barierki i spojrzała w dół, na spienioną wodę oceanu. Oddychała ciężko, wciąż mając prze oczyma swoją twarz o innych oczach. Te oczy... One ją prześladowały. Widziała je tyle razy, ale dopiero teraz sobie to uświadomiła. Do kogo one mogły należeć?
"Muszę się dowiedzieć. Muszę!" - pomyślała i szybko wróciła do kajuty czarodziejki.
- Jeszcze nie zjadłam. - rzuciła ostro Star.
- Czy to lustro jest czarodziejskie? - zapytała, unikając spoglądania na swoje odbicie.
- Nie - odparła i upiła łyk ze swojego kubka. - Czemu pytasz?
Hime nie odpowiedziała. Ściągnęła z szyi naszyjnik - odnajdywacz i pokazała go Star.
- A to? Czy ten wisiorek jest magiczny?
- To przecież odnajdywacz. - zauważyła. - Każdy odnajdywacz powstaje przy pomocy magii.
- Ale poza magią odnajdywania! Czy jest przeklęty lub coś w tym rodzaju?
Star wzięła naszyjnik do ręki i przyjrzała się mu uważnie.
- Czemu pytasz? - zapytała, nie odrywając wzroku od swej dłoni.
- Bo... - urwała, szukając odpowiedniej wymówki. W końcu ją wymyśliła: - Bo w jednej książce bohaterka znalazła bransoletkę, która była przeklęta. Ja też znalazłam ten naszyjnik i pomyślałam, że wolę się upewnić, że jest bezpieczny.
- Kłamiesz - stwierdziła spokojnie czarodziejka. - Ale skoro nie chcesz mówić prawdy, nie będę cię do niczego zmuszać. Każdy może mieć swoje sekrety. - uśmiechnęła się kącikiem ust. - Ten naszyjnik nie jest przeklęty ani nic w tym rodzaju. Zwykły odnajdywać. - wyciągnęła dłoń w stronę Hime. Ona jednak nie wzięła odnajdywacza z powrotem.
- Weź go sobie. Ja go nie chcę. - oświadczyła i wyszła.
***
Nie potrafiła wyrzucić z myśli tej dziwnej pary oczu. Nie potrafiła skupić się na szachach, kiedy Ballad czytał jej swoje wiersze, w ogóle go nie słuchała, a podczas przygotowywania obiadu, o mało nie sparzyła sobie ręki.
Niepokój i strach odebrały jej cały apetyt, więc nawet nie spojrzała na rybę na swoim talerzu. Wzięła natomiast talerz Star i zaniosła go do niej.
- Miło z twojej strony - stwierdziła czarodziejka i spojrzała uważnie na Hime. - Stało się coś? Źle wyglądasz.
- Wszystko dobrze - zapewniła ją i opuściła kajutę. Po chwili zamieniła się z Oxem na bocianim gnieździe i ponuro obserwowała ocean. Po niecałej godzinie czuwania usłyszała za sobą:
- Nie przeszkadzam? - Hime odwróciła się i zobaczyła Star spoglądającą na nią z ciekawością.
- Nie - odparła.
- Nie rób takiej zdziwionej miny. Ja też chcę czasem wyjść na zewnątrz. Rano rozmawiałam z Caozem, teraz postanowiłam porozmawiać z tobą. - Hime nie odpowiedziała. Kiwnęła tylko głową na znak zgody.
Star oczekiwała, że dziewczyna zacznie rozmowę, ale ta uparcie milczała. W końcu czarodziejka rzekła:
- Dzisiaj cisza, prawda? Żadnych statków jeszcze nie złapaliście... - urwała raptownie i zaczęła się zastawiać co za głupstwa wygaduje.
- Ani jednego - padła krótka odpowiedź.
- Można to nazwać dniem odpoczynku. - Star zmusiła się do śmiechu. - Ostatnimi dniami rabowaliście nawet 5 statków na dzień. Pewnie ładownia pęka wam w szwach!
- Nie zaglądam tam. - odparła Hime. - Star...
- Aha?
- Co robisz, gdy się kogoś boisz?
- Boję? - powtórzyła zdziwiona.
- Ale tak okropnie boisz - podkreśliła Hime i spojrzała na nią uważnie.
- Ja... stawiam tej osobie czoła. - odpowiedziała po głębszym namyśle. - Ten, którego się boje, może być ode mnie silniejszy, ale ja mogę być od niego sprytniejsza i na odwrót... Tak jest z lewiatanem. Widziałam, jak moi towarzysze go atakują. Ich ataki nie robiły na nim żadnego wrażenia, a musisz wiedzieć, że do Brązowych Żagli należeli naprawdę silni i utalentowani ludzie... On jest wiele silniejszy ode mnie, ale ja musze się z nim zmierzyć. Lewiatan musi poznać ich cierpienie. Musi. - Star westchnęła. - Żyję po to, by udowodnić mu, że atak na mój gang był największym błędem, jaki popełnił. Udowodnię mu to i nie zatrzymam się, mimo, że okropnie boję się naszego spotkania.
Hime spojrzała na nią z podziwem. Star wyglądała na spokojną i zrównoważoną. Całkowite jej przeciwieństwo. Nie. Nie mogła dłużej się bać i histeryzować. Musi być twarda. Może tym sposobem pokaże właścicielowi tamtych oczu, że się go nie boi, a ten da jej wtedy spokój.
- Dziękuję Star - po raz pierwszy w ciągu tego dnia uśmiechnęła się bez wysiłku. - Twoje słowa naprawdę mi pomogły.
- Nie dziękuj. - czarodziejka odwzajemniła uśmiech. - Cieszę się, że zyskałam w oczach osoby należącej do Błękitnego Lewiatana. A myślałam, że to rzecz nie do wykonania.
- Nie ma rzeczy nie do wykonania. - zaprzeczyła Hime. - Wystarczy tylko bardzo chcieć.
- Ciekawa z ciebie dziewczyna. - stwierdziła Star. - Skąd pochodzisz?
- Z Netopii.
- Znałam pewną osobę z Netopii. Była bardzo podobna do ciebie. Czy wszyscy z tej wyspy są tacy mili?
- Nie. - Hime zaśmiała się. - Mój tata jest miły okazyjnie, a ja, według Sayona też wcale nie jestem miła.
Na dźwięk imienia kapitana Star spochmurniała.
- Ten chłopak w ogóle jest dziwny - syknęła przez żeby. - Czemu tak bardzo wdał się w matkę? Czemu w ogóle nie przypomina Megallada?
- Nie rozumiem co masz do pani Umi. Według mnie, to bardzo miła kobieta.
- Miła - powtórzyła kpiąco Star. - Dobra, miła, serdeczna Umi. Uśmiechająca się do wszystkich dookoła. Nigdy nie pomyślałaś, że to tylko pozory?
- Nie.
- A szkoda. - mruknęła. - Ale w końcu każdy postrzega ludzi inaczej, więc nie mam do ciebie żalu z tego powodu. - zamilkła na chwilę. - A właśnie, prawie bym zapomniała. - wyciągnęła z kieszeni koralikową bransoletkę, którą wręczyła Hime. - Proszę. To dla ciebie.
- Dla mnie? Ale za co?
- Przecież dałaś mi dziś odnajdywacz. Muszę się jakoś zrekompensować.
- Nie wiem, czy mogę.
- Możesz, możesz. Wkładaj ją. - rozkazała jej, a Hime bez słowa włożyła bransoletkę na nadgarstek. Spojrzała na nią uważnie i zaniemówiła.
- Czy to są perły? - zapytała w końcu.
- Prawdziwe - zapewniła ją Star.
- W takim razie nie możesz mi ich dawać.
- A właśnie że mogę i to robię. Nie chcę słyszeć żadnych sprzeciwów. Zrozumiano?
- Tak.
***
Wieczorem Hime zapukała do kajuty czarodziejki i po chwili usłyszała zaproszenie do środka. Star siedziała po turecku na łóżku i wertowała jakąś książkę w skórzanej okładce. Spojrzała na Hime zdziwiona.
- Nie będzie dziś kolacji? - zapytała.
- Będzie, ale nie tutaj.
- Nie rozumiem.
- Zjesz z nami w jadalni - zdecydowała Hime.
- Ale...
- Nie chcę słyszeć żadnych sprzeciwów, zrozumiano? - Hime starała się naśladować głos Star, co rozbawiło czarodziejkę.
- Zrozumiano. Ale bądź gotowa na wyrzucenie mnie z jadalni, tuż po moim wejściu do niej.
- Nie zrobią tego. Nie martw się. - zapewniła ją Hime i szybko wyszły na zewnątrz.
***
W jadalni byli prawie wszyscy oprócz Ballada, który pełnił swój dyżur na bocianim gnieździe oraz Verta, który został przy sterze.
"Niedobrze - pomyślała Hime wchodząc z Star do jadalni. - Teraz za obecnością Star przy stole opowiedzą się cztery a nie szóstka osób."
Na widok czarodziejki wszystkie rozmowy wszystkie rozmowy naraz umilkły. Czarodziejka zmusiła się do uśmiechu i wyszeptała:
- To może ja sobie pójdę.
Hime puściła jej słowa mimo uszu i oświadczyła stanowczo:
- Star zje z nami.
Nie padło żadne słowo sprzeciwu, więc usiadły przy stole i zaczęły jeść. W pomieszczeniu zaległa okropna cisza, którą przerwał Sayon słowami:
- Podejrzewam, że za jakiś tydzień dopłyniemy do Lenlii. Zostaniemy tam 2, ewentualnie 3 dni. Sprzedamy tam towary zgromadzone dotychczas, zakupimy zapasy jedzenia oraz - przeniósł swe spojrzenie na Star. - sprawdzimy parę istotnych drobiazgów.
Lenlia
Tuż po abordażu na kolejny statek kupiecki, Hime i Star siedziały razem na pokładzie i grały w szachy.
- Czemu nie bierzesz udziału w abordażach? - zapytała Hime.
- Nie warto. - odparła czarodziejka przypatrując się uważnie swoim pozostałym figurom. - Nie należę do Błękitnego Lewiatana, więc bez sensu byłoby grabić ludzi w jego imieniu. - po tych słowach zbiła jeden z pionków Hime. Dziewczyna skrzywiła się.
- Lenlia na horyzoncie! - dobiegł do nich okrzyk Ballada.
- Nareszcie. - westchnęła Star. - Już myślałam, że się nigdy nie doczekam.
- Nigdy nie byłam na Lenlii. Jak tam jest?
- Tłoczno - odparła po krótkim namyśle czarodziejka. - Wszędzie pełno ludzi. To największa wyspa na naszym archipelagu. Często jest nazywana Sercem Dervy.
- Ładnie - stwierdziła Hime. - Za ile, według ciebie, dopłyniemy do portu?
- Za 2 godziny, nie wcześniej - odparła i przeniosła skoczka na inne miejsce. Ich dalsza walka trwała pół godziny i zakończyła się szczytnym zwycięstwem Hime. - Nie chciało mi się grać. - skomentowała jej wygraną czarodziejka i pomogła jej schować figury do pudełka, po czym odesłała szachownicę do jadalni jednym ze swych czarów.
- Nienawidzę czekania - Hime utkwiła spojrzenie w powoli zbliżającej się wyspie. - Gdyby dało się przyspieszyć czas...
- Niestety, to niemożliwe. - stwierdziła Star, a w jej oczach zapłonął zielony ognik. - Czasu nie da się przyspieszyć, ale statek owszem.
- Co masz na myśli?
- Zobaczysz. - czarodziejka ustawiła się pod żaglem i podniosła ręce do góry.
- Co ona kombinuje? - Sayon podszedł do Hime.
- Pojęcia nie mam.
- Myślałem, że będziesz wiedzieć. W końcu ostatnimi czasy zaprzyjaźniłyście się.
- Zazdrosny? - zapytała uszczypliwie.
- O Star? Co ci znowu przyszło do głowy?
- TRZYMAĆ SIĘ! - wrzasnęła nagle czarodziejka, a statek ruszył tak gwałtownie do przodu, że Hime o mało nie wylądowałaby na pokładzie, gdyby nie Sayon, który złapał ją w ostatniej chwili.
- Dzięki - powiedziała cicho i szybko odsunęła się od chłopaka. - Co się stało?
- Nagle przyspieszyliśmy - odparł i spojrzał na żagiel wypełniony wiatrem.
- Dobrze być czasem czarodziejem, co? - zapytała ich Star i wybuchła śmiechem.
Po paru minutach opuściła ręce, a wiatr znikł. Hime spojrzała w stronę Lenlii i krzyknęła zdziwiona - znajdowali się w porcie Serca Dervy.
- Ja też nienawidzę czekania - oświadczyła czarodziejka, gdy podeszła do nich.
- A kto lubi? - mruknął Sayon, niezadowolony z jej przybycia.
Tymczasem Ballad zszedł na dół i rzekł:
- Statek przyspieszył tak raptownie, że o mało nie wypadłem z gniazda.
- Przepraszam! - wykrzyknęła zakłopotana Star. - Powinnam cię ostrzec! - jęknęła i zrobiła przepraszającą minę. Sayon spojrzał na nią zgorszony, po czym odszedł w stronę Caoza.
- Nic się nie stało. - zapewnił ją, szeroko uśmiechnięty. - Dzięki tobie jesteśmy już na miejscu. To się liczy.
- Takie przyspieszanie jest naprawdę bardzo przydatne - stwierdziła Hime. - Jeśli nie sprawi ci to kłopotu, to przyśpiesz jeszcze czasem nasz statek.
- Czemu nie. - odparła czarodziejka, uśmiechnięta szeroko.
- Hime! Ballad! Wiedźmo! Sayon wzywa wszystkich do siebie! - podbiegł do nich Zeld.
- Wiedźma? - powtórzyła rozzłoszczona Star.
- To tylko dziecko. - uspokoiła ją Hime.
- Chodźmy - rzekł Ballad i razem podeszli do Sayona, przy którym skupili się pozostali piraci.
- Postanowiłem, że zostaniemy na Lenlii trzy dni od dzisiaj. - oświadczył kapitan. - Wypłyniemy, jak zwykle w nocy, trzeciego dnia. Dobrze wiecie, że łupów mamy naprawdę dużo. Ich sprzedaż może zająć nawet cały dzisiejszy dzień, dlatego proponuję, by osoby, których nie przydzielę do pomocy w sprzedaży rozeszły się zaraz po przycumowaniu do portu. Zapłatę dostaniecie wieczorem. Jakiś sprzeciw? - nikt się nie odezwał. - Dobrze. Życzę wam miłego zwiedzania.
***
Kiedy statek przycumował do portu, piraci zaczęli się rozchodzić. Hime podeszła do Ballada i zapytała:
- Idziemy zwiedzać Lenlię?
- Przykro mi, ale nic z tego.
- Dlaczego?
- Razem z Sayonem i innymi będę sprzedawać zrabowane rzeczy.
- Ale to może zająć cały dzień! - jęknęła.
- Wiem. Będziesz musiała poradzić sobie sama. Obiecuję, że jutro razem pozwiedzamy wyspę. Zgoda?
- Zgoda - westchnęła i zmusiła się do uśmiechu.
- Miłego sprzedawania! - Star wyszła ze swojej kajuty i posłała Balladowi serdeczny uśmiech. Hime dostrzegła plecak na jej ramionach.
- Wybierasz się gdzieś? - zdziwiła się.
- Owszem. Na drugim brzegu Lenlii mieszka mój przyjaciel - czarodziej. Jestem pewna, że nie będzie mieć nic przeciw moim parodniowym odwiedzinom. W takim razie do zobaczenia! - po tych słowach zbiegła z pokładu, a Hime westchnęła zawiedziona. Została sama. Trudno. Samemu też można się dobrze bawić.
Zeszła ze statku i znalazła się w porcie Lenlii - największej wyspy na Dervie. Szybko go opuściła i zaczęła spacerować jedną z ulic miasta, uważnie przyglądając się wystawom sklepów i ludziom, których mijała.
- HIME! - wtem z tłumu wynurzył się roześmiany Zeld.
- Zeld? - zdziwiła się. - Co ty tutaj robisz bez opieki?
- Ja mam opiekę. - oświadczył.
- Doprawdy? Ja nikogo z tobą nie widzę. - stwierdziła i w tej właśnie chwili dobiegł do niej krzyk:
- Zeld! Zeld! Poczekaj! - wtedy podbiegł do nich zmachany Andar.
- Bawiłem się z Andarem w berka. - wyjaśnił jej chłopiec.
- Hime, z nieba mi spadłaś. - Andar próbował złapać powietrze. - Już myślałem, że go nie złapię... A gdyby Zeldowi coś by się stało, Sayon zabiłby mnie. Potem zrobiliby to Mirrana i Lann, a zaraz po nich Dash i Neoren.
- Cieszę się, że się przydałam. - odparła i zwróciła się do chłopca: - Zeld, Sayon powierzył Andarowi opiekę nad tobą, więc masz być grzeczny i nie uciekać. Jak Andar poskarży się mi na ciebie, to nigdy więcej się do ciebie nie odezwę. Zrozumiano?
- Tak! - przytaknął nieco wystraszony chłopiec. - Będę grzeczny.
- Dzięki - szepnął Andar i odszedł, a Zeld posłusznie kroczył obok niego.
- I znowu zostałam sama - szepnęła do siebie i kontynuowała swoją wędrówkę. Po jakimś czasie zatrzymała się w małej restauracji, gdzie zjadła obiad. Gdy napełniła żołądek, na dłuższą chwilę zatrzymała się w księgarni nieopodal, z której wyszła z czwórką nowo zakupionych książek.
Wtedy poczuła nieodpartą chęć przeczytania nowo zakupionych książek, więc wróciła na statek, gdzie usiadła na pokładzie i oparła się plecami o barierkę. Wyciągnęła z torby jedną w książek i zaczęła czytać. Losy bohaterów tak bardzo ją zafascynowały, że omal nie krzyknęła, gdy ktoś nagle szturchnął ją w ramię.
- Zamiast zwiedzać, czytasz. To nie jest normalne. - po jej prawej stronie siedział Sayon z nieco zdegustowaną miną. - Ile już tu tak siedzisz?
- Około - spojrzała na niebo. - Dwóch godzin. Chyba.
- Rany, jak ja bym chciał się z tobą zamienić - usłyszała po swojej lewej stronie i dostrzegła Ballada.
- Ballad? - zdziwiła się na jego widok. - Skąd ty się tu wziąłeś?
- Przyszliśmy przed chwilą i nawet się przywitaliśmy, ale ty nawet głową nie kiwnęłaś - rzekł uszczypliwie Sayon. - W końcu postanowiłem wyrwać cię z transu sposobem wstrząsowym.
- Wielkie dzięki - mruknęła ozięble, a Ballad zaśmiał się głośno.
- My po prostu chcieliśmy porozmawiać. - powiedział, ciągle rozbawiony. - Za chwilę i tak cię opuścimy, bo trzeba będzie wracać do sprzedaży zrabowanych towarów.
- Dokładnie - Sayon uderzył palcem w okładkę książki. - Wtedy ty i owo... dzieło znowu zostaniecie sami. Jakież to romantyczne.
- Dużo już sprzedaliście? - puściła słowa kapitana mimo uszu i zwróciła się do Ballada.
- Więcej niż połowę. Ale sprzedaż pewnie i tak potrwa do wieczora.
- Jak nie dłużej - dodał Sayon, a na pokład weszli Numa, Disu i Ceren. - Gotowi do dalszej pracy? - zapytał na ich widok.
- Chyba tak - odpowiedział Numa, a Sayon i Ballad wstali i podeszli do nich.
- Pomogłabym wam, ale wiecie... - Hime wskazała ruchem głowy na książkę. - Chcemy zostać sami.
- Nie będziemy wam przeszkadzać. - rzucił przez ramię Sayon. - Nacieszcie się sobą.
- Bardzo chętnie - odparła i powróciła do lektury. Książkę skończyła czytać wieczorem, kiedy na pokład wrócili Andar, Zeld, Saen, Anmon i Ox, którzy nocowali na statku tak samo jak ona. Razem zasiedli do kolacji, która upłynęła im w sympatycznej atmosferze. Kiedy się skończyła, do jadalni weszli Ballad, Disu, Ceren i Numa. Wszyscy czterej wyglądali na bardzo zmęczonych.
- Sprzedaliśmy wszystko - oświadczył dumnie Ceren.
- To świetnie - ucieszył się Anmon, a do jadalni wszedł Sayon na którego ustach widniał uśmiech pełen ulgi.
- Jutro rano dostaniecie pieniądze razem z resztą załogi. - oświadczył i usiadł przy stole. Wtedy zerknął na Hime. - I jak tam twoje "sam na sam"?
- Doskonale - oświadczyła. - Lepsze, niż jakiekolwiek "sam na sam" z tobą.
- Doprawdy? Szczerze w to wątpię!
- Jeśli chcesz, to wątp. - zachichotała i stwierdziła w myślach, że zwątpienie Sayona jest jak najbardziej słuszne - czytanie dawało jej wiele radości, ale o wiele więcej radości dawała jej zwykła rozmowa - nawet ze złośliwym kapitanem.
***
Kiedy otworzyła oczy, była więcej niż pewna, że drugi dzień pobytu na Lenlii będzie o wiele lepszy od pierwszego. Przecież tym razem nie będzie sama! Ballad obiecał jej wspólną wycieczkę, a on zawsze dotrzymywał słowa!
Z takimi właśnie myślami weszła do jadalni, gdzie zastała tylko Sayona studiującego mapy. Na dźwięk otwieranych drzwi poderwał głowę do góry, ale natychmiast ją opuścił ze słowami:
- To tylko ty.
- A kogo się spodziewałeś? - zapytała zaczepnie.
- Star. Mamy iść zakupić jedzenie na naszą podróż poza Dervę.
- Rozumiem. - skinęła głową, a Sayon nagle powiedział:
- Łap! - i rzucił coś w jej stronę. Szybko to złapała. Rzeczą okazała się duża sakiewka pełna pieniędzy.
- Twoja część zarobku - poinformował ją. - Długo dziś spałaś, więc spóźniłaś się na rozdawanie pieniędzy. Wszyscy zdążyli już wyjść i pewnie teraz wydają swoją część.
- Czytałam do późna, więc długo spałam, ale na wyspie mam do tego prawo. - oświadczyła twardo.
- Skąd ta złość? - zdziwił się. - Nie chciałem cię urazić.
- Wątpię - mruknęła i nagle doszły do niej wcześniejsze słowa Sayona. - Wszyscy wyszli? Ballad też wyszedł?
- Wyszedł? - powtórzył. - Nie. On nie wyszedł. On wybiegł.
- Wybiegł? - wyjąkała złamana. - Przecież obiecał...
- Może i obiecał, ale najwyraźniej o obietnicy zapomniał, bo miał ważniejszą sprawę, niż męcząca pirata, którą i tak ma na co dzień.
- Jaką znowu ważniejszą sprawę?
- To już tajemnica Ballada.
- Ale ty tą tajemnicę znasz! - zauważyła wściekła.
- Jakby nie patrzeć, jestem przyjacielem Ballada.
- Mówisz tak, jakbym nie była jego przyjaciółką! - spiorunowała Sayona wzrokiem, lecz chłopak pozostał niewzruszony.
- A może on cię nie uważa za swoją przyjaciółkę? - zapytał, a Hime poczuła ogromną chęć uduszenia kapitana gołymi rękami.
- Jestem - do jadalni weszła Star. - Możemy iść. O... - dostrzegła rozzłoszczoną Hime i uśmiechnęła się. - Widzę, że w czymś przerwałam. Dokończcie rozmowę, ja poczekam na zewnątrz. - i zostawiła ich samych.
- Star ma dziś o niebo lepszy humor od twojego - stwierdził Sayon. - Jeśli nie masz nic do roboty, to odwiedź Xellę na Białej Gwieździe.
- Białej Gwieździe? To gang pani Mirrany przybił do Lenlii?
- Owszem. Dziś o świcie, jeśli chcesz wiedzieć. Byłem na chwilę u mojej siostry, ale potem musiałem wracać, bo umówiłem się z wiedźmą. - wstał od stołu i ruszył w kierunku drzwi. Hime zrobiła to samo. - Jeszcze jedno - nagle zatrzymał się i spojrzał w jej stronę. - Nie mów Xelli, ani żadnej innej piratce z Białej Gwiazdy, że Star mieszka na tym statku, dobrze?
- Dobrze - przytaknęła.
- Nie wspominaj też o wyspie, na którą płyniemy.
- Nie powiem. Bądź spokojny. - obiecała i razem wyszli na pokład.
- Nareszcie! Ile jeszcze miałam czekać? - zapytała ich Star.
- Z tego co wiem, upływ czasu ci nie przeszkadza. - zauważył złośliwe chłopak, a Hime westchnęła i rzekła:
- Życzę powodzenia waszej dwójce.
***
Ledwie weszła na pokład Białej Gwiazdy, a natychmiast została przywitana przez Xellę.
- Hime, jak dobrze cię znowu widzieć! - wykrzyknęła i uściskała ją.
- Ciebie też Xello - odparła, szeroko uśmiechnięta.
- Już się martwiłam, że nie przyjdziesz, ale mój braciszek jednak miał w tej kwestii rację.
- W jakiej kwestii?
- Powiedział, że przyjdziesz mnie odwiedzić, bo nie będziesz miała niczego innego do roboty.
- Jak widać miał rację - Hime poczuła się trochę dziwnie. Sayon posterował nią bardzo umiejętnie. Jakby była marionetką bez własnej woli... Chociaż, nie zrobił jej tym krzywdy. Gdyby nie powiedział jej o Białej Gwieździe, pewnie znowu szwendałaby się bez celu po mieście.
- Pójdziemy się przejść? - zapytała Xella, a Hime ochoczo przytaknęła. - Masz dziś coś ważnego do załatwienia?
- Nie.
- Świetnie! Spędźmy więc cały dzień na zwiedzaniu Lenlii. Co ty na to?
- Może być - i Hime pouczyła nagłą wdzięczność do Sayona. Wiedział, że Ballad nie będzie jej towarzyszyć, więc znalazł jej zastępstwo. Po powrocie powinna mu podziękować.
Razem z Xellą opuściła port i zaczęła swoją wędrówkę po mieście. Podczas swojej wycieczki natknęły się na Mirranę i Zelda. Pani kapitan wyciskała Hime na przywitanie i po krótkiej wymianie zdań pożegnała się, gdyż obiecała swojemu synkowi lody, a chłopiec zaczął się domagać spełnienia obietnicy.
- Widziałaś kiedyś "centrum Lenlii"? - zapytała ją nagle Xella.
- "Centrum Lenlii"? - powtórzyła zdziwiona.
- Ton twojego głosu oznacza, że nie widziałaś. - zaśmiała się dziewczyna. - "Centrum Lenlii" to nic innego jak środek wyspy. Chodź, pokażę ci go.
Dojście do centrum zabrało im mało czasu, bo Xella wiedziała, którymi ulicami się kierować, by dojść do niego jak najszybciej.
- Odwiedzam to miejsce za każdym razem, gdy jestem na Lenlii. - wytłumaczyła swoją znajomość wyspy, gdy w końcu doszły do centrum. był to duży plac w kształcie koła, ozdobiony kilkoma fontannami i posagami. Na środku postawiony był duży kamienny podest.
- W Lenlii często odbywają się różne festiwale. Wtedy na tej scenie występują różni artyści. - rzekła Xella.
- Witam śliczne panienki! Czy zechcą może panie obejrzeć moje ozdoby? - zawołał do nich sprzedawca biżuterii z jednego ze straganów postawionych na placów.
- Z chęcią! - Xella podbiegła do stoiska i prawie natychmiast zakupiła parę srebrnych kolczyków. Potem zaczęła przekonywać Hime do kupna bransoletki, która według niej bardzo do dziewczyny pasowała. Gdy Hime w końcu uległa i zakupiła bransoletkę, razem usiadły przy jednym ze stolików restauracji postawionej na świeżym powietrzu i zamówiły coś do jedzenia.
- Masz - Xella wręczyła jej kolczyki, które dopiero co kupiła. - Wiem, że lubisz nosić kolczyki, więc ci je daje. Ja nie potrafię nosić biżuterii. Strasznie mnie denerwuje. To samo z noszeniem spódnic.
- Skoro nie lubisz nosić kolczyków, to dlaczego je kupiłaś? - zdziwiła się Hime.
- Zawsze, kiedy jestem w Lenlii kupuję coś niepotrzebnego sobie i daję to innym. - odparła ze śmiechem. - Wiem, dziwny zwyczaj, ale ja bardzo go lubię. Najczęściej kupowałam pióra Balladowi albo pergaminy dla mojego brata. Teraz kupiłam coś tobie. I nie waż się oddawać mi pieniędzy!
- Mówisz to tak groźnie, że nie będę nawet próbować. - odparła, również się śmiejąc. - Co mogę jeszcze zobaczyć ciekawego na Lenlii?
- Główną siedzibę Floty Sprawiedliwości - odparła szybko dziewczyna. - Zabiorę cię tam, gdy tylko zjemy.
Obiad upłynął im w przyjemnej atmosferze. Kiedy zjadły zamówione przez siebie potrawy, ruszyły w kierunku głównej siedziby Floty Sprawiedliwości, głośno rozmawiając. Nagle do uszu Hime dobiegł czyjś głos:
- Witaj Xello. O! Hime, miło cię widzieć! - przed nimi stała szeroko uśmiechnięta dziewczyna o krótko ściętych czarnych włosach. Hime spojrzała na nią uważnie i wyjąkała z niedowierzaniem:
- Kirkle?
- Tak, to ja. - odparła dumnie. - Przyłączyłam się do Białych Gwiazd, by być choć trochę bliżej... - urwała. - Bliżej was. To znaczy ciebie, Sayona, Ballada, Chissy, Shiro i Haruno. - dodała po chwili. - Ty dobrze wiesz, ile wam zawdzięczam.
- Z takim celem powinnaś raczej przyłączyć się do Błękitnego Lewiatana lub Srebrnej Łuski - stwierdziła uszczypliwie Xella.
- Masz rację, ale ja nie chciałam się im narzucać. - przyznała.
- Wcale byś się nie narzucała! - zapewniła ją Hime. - Jestem więcej niż pewna, że Sayon chętnie by cię przyjął do swojego gangu.
- Naprawdę? - Kirkle raptownie się zarumieniła.
- Nie naprawdę - wtrąciła Xella. - Wątpię, by braciszek chciał przyjąć jakąkolwiek dziewczynę do swojego gangu. Udało się tylko Hime, ale trudno powiedzieć, by ją przyjął oficjalnie do Błękitnego Lewiatana... Zresztą, chyba nie chcesz opuścić Białej Gwiazdy, co? - zerknęła wyczekująco na Kirkle.
- Nie - zapewniła ją Kirkle.
- I bardzo dobrze! - zaśmiała się Xella. - Gang pani Mirrany to najlepszy gang piracki jaki pływa po oceanie Dervy!
- Mam do tego inne zdanie. - stwierdziła Hime i we trójkę wybuchły głośnym śmiechem, ściągając na siebie wzrok przechodniów.
- Udajecie się gdzieś? - zapytała Kirkle, kiedy się uspokoiła.
- Chcę pokazać Hime główną siedzibę Floty Sprawiedliwości. - usłyszała w odpowiedzi.
- W takim razie nie będę wam przeszkadzać. Pędzę obejrzeć centrum wyspy. Do widzenia! - po tych słowach oddaliła się od nich.
- Bardzo miła dziewczyna. - stwierdziła Hime.
- Owszem. - przytaknęła jej Xella. - Kiedy przyszła do nas, była okropnie chuda i blada. Wyglądała jak duch.
- Była ciężko chora. - wytłumaczyła jej Hime. - Na szczęście już jest zdrowa.
- Tak, wspominała mi kiedyś coś o swojej chorobie. - przyznała Xella. - Na początku była strasznie bojaźliwa, zachowywała się tak, jakby się bała, że jej jeden ruch sprawi, że nasz statek nagle zacznie tonąć. Na szczęście z czasem nabrała pewności siebie... O, jesteśmy na miejscu! - zatrzymała się nagle, a Hime zrobiła to samo. Stały naprzeciw olbrzymiego budynku, który był ozdobiony misternymi płaskorzeźbami.
- Główna siedziba Floty jest ogromna. - powiedziała zachwycona Hime.
- W końcu to główna siedziba. Oddział Floty Sprawiedliwości na Halberd jest o wiele mniejszy.
- Na Netopii nie ma oddziału. - rzekła Hime. -Dawno temu moją wyspę zaatakował jakiś piracki gang i spalił prawie całe miasto, w tym oddział Floty. Do tego czasu go nie odbudowali.
- To co robią kupcy, którzy chcą zaskarżyć gang? - zainteresowała się Xella.
- Albo płyną na najbliższą wyspę, na której znajduje się oddział, albo czekają, aż do portu przybije statek Łapaczy. - odparła. - To bardzo niewygodne w każdym razie.
- Bardzo. - przytaknęła jej i spojrzała na niebo. - Robi się ciemno. Wracajmy powoli. Muszę się wcześnie położyć, bo jutro z rana wypływamy.
- Czyli nie spotkamy się jutro? Jaka szkoda. - stwierdziła Hime, a Xella poklepała ją pocieszycielsko po plecach.
- Nie martw się. Mój braciszek mówił mi, że jutrzejszy dzień ma wolny, więc poproś go ładnie, a na pewno się tobą zaopiekuje.
- Nie potrzebuję opieki, Xello. A zwłaszcza opieki Sayona.
- Wiedziałam, że tak powiesz! Dalej kłócicie się na okrągło?
- Może trochę rzadziej. - odparła zgodnie z prawdą. Od kiedy na statku pojawiła się Star, Sayon stał się dla niej o wiele milszy.
- Sayon powiedział mi także, że pogodził się z Shiro.
- Owszem, pogodził się.
- To dobrze. Ta jego nienawiść do gangu Srebrnej Łuski była trochę... szalona. Przecież ojciec tego Imuna zmarł niedługo po walce z tatą, w związku z raną jaką odniósł. A skoro główny sprawca śmierci taty nie żył, jaki był sens obwiniać za to jego syna? Cieszę się, że Sayon się z tego wyleczył.
- Ja też się cieszę. - przytaknęła jej Hime, szeroko uśmiechnięta.
***
Kiedy odprowadziła Xellę na okręt jej gangu skierowała swe kroki w stronę Błękitnego Lewiatana, zastanawiając się, czy Ballad już wrócił.
"Jeśli tak, to porozmawiam z nim sobie." - pomyślała groźnie i nagle dostrzegła duży wóz po brzegi załadowany workami. Na ziemi natomiast leżały otwarte skrzynie (w tym jedna gigantyczna, wśród piratów z Lewiatana nosząca miano "ludzkiej"). Piątka piratów (Caoz, Yanndo, Neanem, Numa, Ceren) ładowała worki do skrzyń, które potem zamykano i wnoszono na pokład. Dostrzegła Sayona, który nadzorował pracę pozostałych i szybko podeszła do niego.
- Ci się tutaj dzieje? - zapytała.
- A co ma się dziać? Chłopcy zanoszą prowiant na pokład.
- Pierwszy raz widzę jak to robią. - powiedziała.
- Pierwszy? - powtórzył. - A tak, ty zawsze śpisz, kiedy wypływamy, a my ładujemy prowiant godzinę lub dwie przed odpłynięciem. Tego samego dnia biegam po sklepach i umawiam się ze sprzedawcami ile danego towaru mają przywieźć pod nasz statek w nocy... A parę miesięcy temu jedną skrzynię zajęło coś, co nie było jedzeniem.
- Bo było o wiele od niego lepsze - zachichotała.
- Tego nie powiedziałem. Widziałaś się z Xellą?
- Tak. Cieszę się, że powiedziałeś mi o przybiciu Białych Gwiazd do portu. Gdyby nie ty, znowu spędziłabym dzień na czytaniu książek. A tak to zobaczyłam parę ciekawych miejsc i dostałam od Xelli kolczyki.
- Ta i ten jej głupi zwyczaj. - westchnął. - A ja spotkałaś może Kirkle? Mówiła mi, że zamierza zwiedzać Lenię, więc może na nią wpadłyście.
- I tak faktycznie się stało. - przyznała.
- Wyładniała, co? - zapytał jakby od niechcenia, a Hime drgnęła. Nie myślała o Kirkle w taki sposób. Dla niej Kirkle się tylko zmieniła. Dla Sayona wyładniała. To był jednak fakt. Mimo krzywo ściętych włosów była więcej niż ładna.
- Tak, wyładniała. - przytaknęła niechętnie.
- Ile to jeszcze będzie trwać! - wtem podeszła do nich rozzłoszczona Star. - Pożyczyłam ten wóz na określoną liczbę godzin i jeśli się nie pospieszycie, będę musiała zapłacić karę!
- To zapłacisz. - stwierdził Sayon. - To jeszcze trochę potrwa, więc idź na jeszcze dłuższy spacerek.
- Nie chce mi się. - pokazała mu język i zwróciła się do Hime: - Jak minął dzień, Hime?
- Spokojnie. - odparła.
- W takim razie przeciwnie do mojego. - czarodziejka rzuciła groźne spojrzenie w stronę Sayona, ale ten go nie dostrzegł, gdyż zajęty był rozmową z Caozem.
- Wiesz może czy Ballad już wrócił?
- Z tego co wiem, to jeszcze nie.
- Szkoda. - westchnęła. - W takim razie ja idę zjeść kolację. Miłej nocy życzę.
- Dzięki. - odparła czarodziejka, a Hime weszła na pokład z nadzieją, że ostatni dzień ich pobytu w Lenlii będzie ciekawszy od dwóch pierwszych, i że spędzi go razem z Balladem.
Pościg i podejrzenia
Rozpoczął się trzeci dzień ich pobytu na Lenlii. Hime po otworzeniu oczu prawie natychmiast zerwała się z hamaka i przebrała się, po czym pobiegła do jadalni, gdzie zastała Ballada pochylonego nad kartkami i zapisującego coś na jednej z nich. Na jego widok ucieszyła się, bo poprzedniego dnia czekała na niego długo i w końcu nie wytrzymała i poszła spać.
- Dzień dobry - przywitała się.
- Dzień dobry, Hime. - rzucił jej krótki uśmiech z nad kartki i wrócił do pisania.
Usiadła naprzeciw niego i czekała. Ballad jednak nie zwracał na nią uwagi. Zapisywał kolejne kartki, ale przez myśl mu nie przeszło, by przeprosić ją za złamanie obietnicy.
- Ballad - powiedziała cicho, ale nawet na nią nie spojrzał. - BALLAD! - wtedy podniosła głos, rozzłoszczona.
- Słucham? - zapytał, nie przestając pisać.
- Może... pójdziemy się gdzieś przejść? - zaproponowała cicho.
- Przykro mi Hime, ale nic z tego. - zatrzymał bieg swojego pióra i spojrzał na nią.
- Ale dlaczego? - zapytała zawiedziona.
- Mam jeszcze tyle do zapisania. Jeśli wyjdę, to nie skończę tego dzisiaj.
- Przecież możesz skończyć jutro!
- Tak, ale wtedy nie będzie mi wychodzić tak jak dzisiaj.
- Mogłeś... Mogłeś sobie wymyślić lepszą wymówkę. - stwierdziła rozgoryczona. - Ale skoro nie chcesz iść, to proszę bardzo. - po tych słowach wstała od stołu i opuściła jadalnie głośno trzaskając za sobą drzwiami. Miała cichą nadzieję, że Ballad wybiegnie za nią i ją przeprosi, a tak się nie stało, co jeszcze bardziej ją rozzłościło.
Wściekła zeszła ze statku i pozwoliła, by złość kierowała jej krokami, tym samym powoli ulatniając się z niej. Po kilkunastu minutach marszu zatrzymała się i rozejrzała. Zapędziła się w jakąś nieznaną sobie, tłoczną ulicę. Naraz przypomniało jej się, jak zagubiła się w Sena - miasteczku na jej rodzinnej wyspie, kiedy chciała dojść do portu. Nie chciała się w zgubić w pięciokrotnie większym mieście, więc postanowiła wrócić do portu. Odwróciła się i ruszyła przed siebie. Maszerowała przez parę minut i nagle zatrzymała się. Na jej drodze stał młody mężczyzna, który przyglądał się jej z dziwnym uśmiechem na ustach. Nie wiedziała kim on jest i dlaczego patrz na nią tak, jakby znał ją od dawna.
"Pewnie mnie z kimś pomylił" - stwierdziła w myślach już chciała ruszyć przed siebie i minąć nieznajomego, gdy coś dostrzegła. Oczy mężczyzny miały dwa kolory - czarny i brązowy.
Poczuła, jak nogi się pod nią uginają, a oddech zaczął przyspieszać. Wtem mężczyzna ruszył w jej stronę.
"Nie! - krzyknęła w myślach. - Nie dostanie mnie!" - odwróciła się na pięcie i zaczęła biec przed siebie. Spojrzała przez ramię i zobaczyła, że chłopak ruszył za nią. Instynktownie przyspieszyła, nie zważając na potrącanych przez siebie ludzi. Jej bieg z każdą chwilą coraz bardziej przypominał nocne koszmary, które nawiedzały ją ostatnimi czasy. Jawa różniła się od snu tylko zatłoczonym miastem, które zastąpiło trudną do przebycia dżunglę.
Z każdą chwilą czuła się coraz bardziej zmęczona. Jej nogi zaczęły zwalniać zmęczone biegiem. Hime jednak nie chciała się zatrzymać. Nie mogła się zatrzymać. I nagle potknęła się i padła na kolana. Prawie natychmiast zerwała się do góry, ale nie uciekała dalej. We śnie po wywróceniu się, zaciemniona postać dopadała ją. W świecie realnym też tak będzie.
Hime zamknęła oczy i oczekiwała najgorszego. I wtedy poczuła na swym ramieniu czyjąś dłoń i krzyknęła na całe gardło.
- Cicho! - usłyszała za sobą głos, który wydawał się jej dziwnie znajomy. Odwróciła się i zobaczyła Sayona przyglądającego się jej ze zdziwieniem.
- To ty? - zapytała cicho przyglądając się uważnie błękitnym oczom chłopaka.
- A kogo się spodziewałaś? - zapytał na wpół zdenerwowany, na wpół rozbawiony. - Zobaczyłem, że stoisz na środku ulicy. Trochę mnie to zdziwiło, więc podszedłem, a ty narobiłaś niezłego rabanu. - rozejrzał się na boki i rzucił: - Teraz ludzie dziwnie się na mnie patrzą.
- Przepraszam - powiedziała i poczuła, że strach opuszcza jej ciało. Nagle wybuchła śmiechem.
- I co cię tak śmieszy? - zapytał ją.
- Twoja mina - wyjąkała ciągle się śmiejąc. - Ale ty masz minę!
Sayon przez chwilę przyglądał się chichoczącej Hime, po czym rzekł:
- Już sam nie wiem co o tobie myśleć. Na początku drzesz się na całą ulicę, potem wyglądasz tak, jakbyś się miała zaraz rozbeczeć, a pod koniec zaczynasz się śmiać. To się nazywa rozchwianie emocjonalne.
- Nie jestem rozchwiana. - naraz spoważniała.
- Nie ważne - westchnął. - Muszę już iść. Mam pewną sprawę do załatwienia.
- Mogę iść z tobą? - zapytała nagle.
- Będziesz się nudzić. - stwierdził.
- Błagam - złożyła ręce i spojrzała na niego prosząco.
- Niech będzie - Sayon dał za wygraną, a Hime uśmiechnęła się szeroko.
- Świetnie! A gdzie idziemy?
- Do głównej siedziby Floty Sprawiedliwości.
- A co tam będziemy robić?
- Zobaczysz. - odparł tajemniczo, a Hime z zaciekawieniem ruszyła za nim, od czasu do czasu oglądając się za siebie. Chłopak o kolorowych oczach znikł.
***
Hime nie potrafiła ujarzmić swojej ciekawości i zamiast kroczyć elegancko przed siebie tak, jak to robił Sayon, rozglądała się po siedzibie głównej z otwartymi ustami. Przyglądała się freskom na ścianach, kolumnom podtrzymującym strop i mozaikom rysującym się pod jej stopami.
Wtem w coś wpadła. Tym czymś był Sayon, który zatrzymał się i przyglądał się jej z naganą.
- Nie proszę cię o wiele. - rzekł spokojnie. - Tylko o jedno: zachowuj się!
- Przecież się zachowuję - powiedziała ze spojrzeniem utkwionym w suficie.
- Chodź - złapał ją za nadgarstek i pociągnął za sobą.
- Trochę wolniej! - jęknęła, rozglądając się na wszystkie strony, starając się zobaczyć się jak najwięcej. Nagle przeszli z wejściowego korytarza do dużego, eleganckiego holu, z którego ciągnęły się odnogi do następnych korytarzy. Pośrodku holu stały cztery biurka, zajęte przez kobiety w granatowych uniformach.
"Identyczne nosiła Cascada" - pomyślała Hime i uśmiechnęła się do swych wspomnień, po czym razem z Sayonem podeszła do jednego z biurek, przy którym siedziała młoda dziewczyna, która spojrzała na Sayona z zainteresowaniem.
- Dzień dobry, jestem Sayon Naven, kapitan Błękitnego Lewiatana. - przedstawił się, a dziewczyna sięgnęła po jakąś księgę, którą szybko przekartkowała i zapytała:
- Numer nadany przez flotę?
- 63 - odparł, a dziewczyna zamknęła księgę i z uśmiechem rzekła:
- Dzień dobry. Nazywam się Anallua i reprezentuję Flotę Sprawiedliwości. W czym mogę państwu pomóc?
- Chcemy zobaczyć dokumentację Błękitnego Lewiatana. - powiedział odwzajemniając jej uśmiech.
- Proszę za mną. - wstała i poprowadziła Sayona i Hime jednym z licznych korytarzy do dużego pomieszczenia pełnego regałów uginających się pod ciężarem zakurzonych ksiąg.
- Proszę usiąść. - wskazała na stół i krzesła położone między regałami, a sama podeszła do jednego z nich i wyciągnęła książkę w bordowej oprawie, którą wręczyła Sayonowi z jeszcze słodszym uśmiechem na ustach.
- Dziękuję - wziął od niej książkę i usiadł przy stole. - To chwilę potrwa. Nie warto, by pani traciła swój cenny czas pośród ton kurzu. - na dźwięk tych słów Anallua spłonęła rumieńcem.
- Ale ja... - zaczęła cicho.
- Później odłożę dokumentację na miejsce i wyjdę - zapewnił, a dziewczyna skapitulowała.
- Dobrze. Dziękuję za myśli o mnie. - po tych słowach rzuciła jedno krótkie tęskne spojrzenie w stronę Sayona, po czym wyszła.
- Chyba się jej spodobałeś - stwierdziła Hime.
- Niestety, to jednostronna fascynacja. - Sayon wstał od stołu i znikł między regałami.
- Co ty robisz? - oburzyła się. - Mieliśmy przeglądać jakieś dokumenty, a nie grzebać w książkach!
- Ja właśnie przeglądam dokumenty. - odparł. - Co prawda nie należące do Błękitnego Lewiatana, ale przeglądam. Mam nadzieję, że szybko znajdę te właściwe.
- O jakich ty dokumentach gadasz? Tu przecież nie ma żadnych dokumentów! - wykrzyknęła.
- Owszem, są - Sayon wynurzył się z pomiędzy regałów, usiadł obok niej i wziął do rąk książkę, którą wręczyła mu Anallua. - Popatrz na grzbiet. - polecił, a Hime wzięła od niego książkę i wypełniła jego polecenie. Na grzbiecie widniał napis: "Błękitny Lewiatan, nr 63. Dokumentacja".
- 63? Co to za numer?
- Każdy gang posiada numer wyznaczony przez flotę podczas rejestracji.
- Jakiej znowu rejestracji? - zdziwienie Hime rosło z każdą chwilą.
- Jeśli chcesz założyć legalny gang piracki, zgłaszasz to TUTAJ. Wtedy powstaje taka książka dokumentacyjna - wskazał palcem na okładkę. - A gang dostaje własny numer. - otworzył książkę i podsunął ją Hime. Spojrzała na pierwszą stronę na której była napisana nazwa gangu, numer nadany przez flotę, charakter gangu, data założenia oraz informację o kapitanach. Ograniczały się one do daty rozpoczęcia dowodzenia gangiem, miejsca zamieszkania i daty zakończenia dowodzenia w przypadku Megallada. Przewróciła kartkę i zobaczyła spis członków gangu, który podobnie do kapitanów odgraniczał się do miejsca zamieszkania i dat wstąpienia i ewentualnego odejścia z gangu. Przerzuciła parę kartek i ze zdziwieniem dostrzegła także swoje nazwisko.
- Skąd ja się tu wzięłam? - zapytała Sayona.
- Zostałaś wpisana przez Cascadę i Aingo. Pamiętasz, jak po aferze z Czarnymi Kośćmi dostarczyli nas na Lewiatana?
- Oczywiście.
- Wtedy pytali mnie o twoje pochodzenie i przybliżoną datę twojego przyłączenia się do gangu, którą zmyśliłem, bo prawdziwej nie pamiętam.
- Ale daty mojego odejścia im nie podałeś, prawda?
- Oczywiście, że nie!
- To co tu robi ta data z podpisem "odejście od gangu"?
- To pewnie sprawa naszych znajomych łapaczy, którzy po dostarczeniu ciebie na Netopię myśleli, że już do nas nie wrócisz. Niestety, mylili się. - Hime rzuciła mu jedno wrogie spojrzenie, a Sayon zaśmiał się i rzekł: - Żartowałem! Nie rób takiej miny!
Nie skomentowała jego słów wiedząc, że Sayon zaraz może oświadczyć, że żartował mówiąc, że żartował i przewróciła stronę i zobaczyła rubrykę "Osiągnięcia" pod którą widniał jeden wpis.
- Tylko jeden? - zapytała zawiedziona.
- Ale to jaki. - stwierdził, a Hime przeczytała wpis na głos:
- "Pomoc w ujęciu Czarnych Kości" - po czym dodała z dumą: - Brałam w tej pomocy z dumą.
- Gdyby nie ty, tego wpisu w ogóle by nie było. - zauważył, a Hime ze zdziwieniem stwierdziła, że w jego głosie nie było kpiny. Nie wiedziała, co powiedzieć, więc utkwiła wzrok w zapisku. Sayon też milczał. W końcu Hime odzyskała głos i rzekła:
- Tutaj są zapisywane zasługi względem floty, tak?
- Tak. - przytaknął. - Następnym razem nie udawaj zawstydzonej, bo ci to słabo wychodzi.
- Nie udawałam!
- Tak, tak - przewrócił kartkę i Hime dostrzegła nową rubrykę: "Inne zasługi". Widniał pod nią zapisek: "Tymczasowa opieka nad pasażerem statku zaatakowanym przez Czarne Kości".
- Chodzi o pana Adana, tak?
- Owszem - przytaknął. - "Inne zasługi" to zasługi gangu względem obywateli Dervy.
- Rozumiem - przewróciła stronę i zobaczyła nową rubrykę "Skargi", pod którą widniało pełno zapisków. Wszystkie brzmiały prawie tak samo - Błękitny Lewiatan danego dnia napadł na statek kupiecki.
- Ludzie ze statków kupieckich są okropnie uparci. Każdemu z nich tłumaczę, że nie ma sensu zgłaszać na nas skarg, a oni i tak to robią. - wyjaśnił jej. - Jesteśmy charakterem pierwszym, dlatego takie skargi są tylko zapisywane i podpisywane: "Skarga odrzucona". Gdybyśmy byli gangi charakteru drugiego pod skargą byłaby napisana data uregulowania zapłaty za grabież gangu, bądź data wysłania Łapaczy w pościg, jeśli gang po dwóch miesiącach od zgłoszenia skargi nie zapłaci w żadnym z oddziałów Floty Sprawiedliwości danej kwoty.
- Lepiej należeć do pierwszego charakteru - stwierdziła. - Zarabia się tyle samo, a jest o wiele mniej zachodu. - przewróciła stronę i uważnie przyglądała się kolejnym skargom, które brzmiały tak samo. Po pięciu stronach ciągle takich samych skarg, dostrzegła zapisek, który przeczytała na głos:
- "Porwanie córki kupca Eloena Etara". Proszę, czyli jest jedna skarga, która nie została odrzucona!
- Gdyby nie ty, tego wpisu w ogóle by nie było. - zauważył Sayon, tym razem bardzo złośliwie.
Nie skomentowała jego słów. Szybko przerzuciła kartki, ale te po dziale "Skargi" były puste.
- Tylko tyle? - zdziwiła się.
- Kiedyś je zapiszą - stwierdził i wstał. - Lepiej powrócę do moich poszukiwań, bo w każdej chwili może wrócić ta Anallua, a z moich zamiarów nic nie wyjdzie.
- Czego ty w ogóle szukasz?
- Zobaczysz - odparł tajemniczo, po czym wstał i ruszył miedzy półki. - Tylko nikomu o tym nie mów, dobrze? Nawet Balladowi.
- Nie sądzę, by on w ogóle był zainteresowany tym, co mówię - stwierdziła posępnie.
- Czy ja dobrze słyszę? Jesteś na niego zła?
- Owszem. Obiecał, że pójdzie ze mną zwiedzać Lenlię i obietnicy nie dotrzymał. Wczoraj gdzieś znikł, a dziś usprawiedliwił się nagłym atakiem weny twórczej.
- Hime zrozum, Ballad to artysta. Artyści czasem mają takie napady weny i piszą jak opętani. Skoro on dziś ma taki dzień, ty jako jego przyjaciółka powinnaś to zaakceptować. Jestem pewien, że kiedy zatrzymamy się tutaj innym razem na pewno uda się z tobą na wycieczkę po Lenlii.
- Mam się nie złościć? - zapytała nieco zdziwiona.
- Oczywiście. Ty masz go zrozumieć, a nie stroić fochy... Niech to, chyba nigdy tego nie znajdę!
- Może ci pomóc? - zaproponowała.
- Nie. Nie trzeba. - odparł. - Mam! - nagle wynurzył się z pomiędzy półek z książką - dokumentacją w rękach. - Mają tutaj dość ciekawy sposób układania dokumentacji. Zamiast segregować je alfabetycznie, oni segregują je za pomocą daty powstania.
- Jakiego gangu dokumentację chcesz obejrzeć?
- Sama zobaczy - podał jej książkę, a Hime szybko zerknęła na jej grzbiet. - "Brązowe Żagle, nr 139. Dokumentacja" - przeczytała. - To przecież gang Star!
- Dokładnie - wziął od niej książkę i położył nią na stole. - Chcę zobaczyć, co Star naplotła Łapaczom na temat swojego gangu. Ciekawi mnie, czy on naprawdę został rozwiązany.
- Oczywiście, że jest rozwiązany! Przecież lewiatan go zaatakował.
- A nie przyszło ci do głowy, że mogła kłamać i chce nas wykorzystać? Kiedy przybyła na nasz statek, mówiła, że od ataku lewiatana miął miesiąc, czyli na pewno maiła czas zgłosić rozpad gangu. Teraz dowiemy się paru rzeczy na temat Brązowych Żagli - otworzył książkę i zatrzymał się na informacjach o gangu.
- Jest data rozwiązania. - powiedziała.
- "Powód - sztorm morski" - przeczytał i przewrócił kartkę. - Spójrzmy w takim razie na listę piratów należących do gangu szanownej pani czarodziejki. - i razem z Hime spojrzał na spis piratów, gdzie każdy miał dopisaną datę śmierci, która zgadzała się z podaną przez Star datą domniemanego sztormu.
- Wygląda na to, że mówiła prawdę. - stwierdziła Hime. - Daty się zgadzają, a co do sztormu, to według mnie to oczywiste, że nie powiedziała Łapaczom prawdy o lewiatanie. Wątpię, by jej uwierzyli.
- Może masz rację. Ale ja dalej jej nie ufam.
- Nie do końca rozumiem czemu. To miła osoba.
- Ta miła, według ciebie, osoba chciała zabić moją matkę. Jestem ciekaw, jakbyś ją traktowała, gdyby chodziło o twojego ojca.
- Pewnie tak samo jak ty. - stwierdziła niechętnie.
- Widzisz - Sayon wstał i odniósł dokumentację Brązowych Żagli z powrotem na miejsce. Kiedy wrócił do stołu, do pomieszczenia weszła Anallua.
- Ja... - zaczęła niepewnie. - Chciałam zapytać, czy mogę w czymś pomóc.
- Właściwie, to już skończyliśmy - odparł Sayon. - Razem z moją towarzyszką odkryliśmy poważny błąd w dokumentacji.
- Jaki błąd?
- Hime Etar NIGDY nie odeszła z Błękitnego Lewiatana. Wasz informator się pomylił.
- Proszę wybaczyć ten błąd! Osobiście dopilnuję, by został usunięty! - zapewniła.
- Doskonale - Sayon zmusił się do uśmiechu, po czym minął Analluę, a Hime pośpieszyła za nim.
- Okłamałeś ją - szepnęła, kiedy szli korytarzem prowadzącym do wyjścia.
- Doprawdy? - spojrzał na nią zaciekawiony.
- Przecież ja faktycznie odeszłam z Lewiatana. Powróciłam na niego po jakiś 8 godzinach.
- Tłumaczenie za długo by nam zajęło. - stwierdził i zaśmiał się. - 8 godzin. Że też to zapamiętałaś.
- Co w tym dziwnego? To było najgorsze 8 godzin w moim życiu!
- Nie żartuj.
- Nie żartuję. - zapewniła go z poważną miną. - Błękitny Lewiatan zmienił moje życie na lepsze.
- Jako kapitan czuję się zaszczycony twoimi słowami. - uśmiechnął się do niej, a Hime pomyślała, że Sayon czasem da się lubić.
"Ale tylko czasem" - dodała w myślach.
- To ja idę - rzekł, kiedy opuścili główną siedzibę floty.
- Gdzie? - zapytała, nim zdążyła ugryźć się w język.
- Nie wiem - wzruszył ramionami. - Połażę tu i tam.
- Mogę iść z tobą?
- Ze mną? - spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- Nie mam nic do roboty, a nie chcę jeszcze wracać na statek.
- Zamiast mówić głupoty, lepiej się przyznaj, że jesteś obrażona na Ballada i nie chcesz się z nim widzieć.
- Rozszyfrowałeś mnie - starała się, by jej głos był jak najbardziej naturalny. Wolała nie wyjawiać Sayonowi prawdziwego powodu, dla którego nie chciała zostawać sama.
- Dobrze. Możesz iść ze mną, ale obiecaj, że jak wrócimy na statek, nie będziesz się złościć na Ballada.
- Ale...
- I nie będziesz wymagać od niego przeprosin. Obiecaj mi to. To powinno przyjść ci z łatwością. Przecież Ballad to twój przyjaciel.
- W sumie masz rację - powiedziała zamyślona. - Obiecuję.
- Brawo - spojrzał na nią z uznaniem. - Teraz możemy iść. Więc gdzie się wybierzemy?
- Do jakiejś księgarni. Chcę sobie kupić jeszcze ze dwie książki.
- Tylko nie to!
- Sam się zapytałeś, gdzie się wybierzemy! Za późno na wycofanie się! Stanowczo za późno! - stwierdziła śmiejąc się.
- Zaczynam żałować, że nie odesłałem cię na statek.
- Już za późno! - złapała Sayona za rękaw płaszcza i pociągnęła. - Idziemy! Nie ma na co czekać!
- Męcząca z ciebie dziewczyna.
- Nawet nie wiesz jak bardzo!
***
Kiedy wieczorem wrócili na statek, natknęli się na Star, która wręcz uginała się pod ciężarem swojego plecaka.
- Witam! - uśmiechnęła się do Hime. - Mój przyjaciel wręczył mi na pożegnanie parę prezentów. Ciężkich prezentów. - po tych słowach ruszyła do swojej kajuty.
- Pewnie dał jej to wszystko z nadzieją, że wpadnie do oceanu i się utopi. - stwierdził posępnie Sayon, a Hime skomentowała te słowa śmiechem.
- Idę zobaczyć co u Ballada. - powiedziała i skierowała swe kroki w stronę jadalni.
- Pamiętaj, co mi obiecałaś! - usłyszała za sobą Sayona.
- Pamiętam, pamiętam! - przyznała ze śmiechem i weszła do jadalni. Ballad wciąż siedział przy stole, otoczony zapisanymi kartkami. Był tak zajęty nanoszeniem poprawek na jeden ze swoich utworów, że w ogóle nie zauważył jej wejścia.
- Dobry wieczór. - przywitała się i usiadła naprzeciw niego. Ballad oderwał spojrzenie od poprawianego tekstu i przeniósł je na nią.
- Wieczór? Pisanie zajęło mi cały dzień?
- Na to wygląda.
- Niech to! - odłożył kartkę i pióro z załamaną miną. - A tak się śpieszyłem, żeby to skończyć i dotrzymać złożonej ci obietnicy.
- Jak widać, nie udało ci się. - zauważyła surowo.
- Przepraszam.
- Zamiast przepraszać lepiej przeczytaj mi to, co napisałeś. - poleciła, a chłopak uśmiechnął się do niej. - Na co czekasz? Chcesz, żebym naprawdę się obraziła?
- A nie jesteś obrażona?
- Może jestem, a może nie. - odparła tajemniczo. - Nie wiesz, że na takie pytania odpowiada się milczeniem?
7 dni
3 dni po wypłynięciu z Lenlii, Hime zapukała do kajuty Star.
- Star, jesteś tam?
- Jestem - dobiegła do niej odpowiedź, więc bez zastanowienia zajrzała do środka. Czarodziejka siedziała skulona na łóżku i wpatrywała się w błękitne niebo za oknem. Na widok Hime krzyknęła wściekła:
- Nie pozwoliłam ci wchodzić!
- Sama sobie pozwoliłam. - odpowiedziała spokojnie. - Czemu nie przyszłaś na śniadanie?
- Nie byłam głodna.
- Akurat. Pokłóciłaś się z Sayonem?
- Nie
- To może z kimś innym?
- Z nikim się nie pokłóciłam.
- W takim razie o co chodzi?
- O nic. - Star zaczęła nerwowo nawijać kosmyk włosów na palec. - Przez jakiś czas muszę pobyć sama.
- Tego ci nie zabronię. Chcesz jednak przez ten czas umrzeć z głodu?
- NIE! - spojrzała na Hime przerażona. - Nie chcę umrzeć!
- Spokojnie - nagły wybuch czarodziejki zdziwił nieco Hime. - Jeśli nie chcesz jeść z nami, przyniosę ci kanapki i herbatę tutaj. Co ty na to?
- Przynieś. Przypilnuj tylko, by herbata nie była wrząca. Ma być letnia!
- Dobrze - przytaknęła i wyszła na zewnątrz, zastanawiając się, co wpłynęło na zachowanie czarodziejki. Nigdy nie wybrzydzała przy jedzeniu, a temperatura herbaty była jej obojętna, bo potrafiła ją zwiększyć lub zmniejszyć według własnego uznania. Skąd ta nagła zmiana?
- Co z Star? - zapytał ją Ballad. - Czemu nie było jej na śniadaniu?
- Nie mam pojęcia. Dziwnie się zachowuje. Tak, jakby...
- Jej odbiło? - dokończył z nadzieją Sayon.
- Jakby była chora. - Hime dokończyła po swojemu, rzucając kapitanowi karcące spojrzenie. - Powiedziała, że przez jakiś czas chce pobyć sama. Może nie chce nikogo zarazić?
- Nie ważne. Grunt, że przez parę dni będziemy mieć spokój. - podsumował Sayon z zadowoleniem w głosie.
- Czasem mam ochotę powiedzieć ci, że jesteś beznadziejny. - westchnęła, po czym poszła do kuchni po kanapki i herbatę dla czarodziejki.
Kiedy przyniosła jedzenie do kajuty Star, ta nadal siedziała skulona na łóżku.
- Połóż to na biurku - poleciła. - Co będzie na obiad?
- Ustaliłam z Saenem, że ryba.
- Ryba? - powtórzyła, a jej zielone oczy zaokrągliły się albo ze zdziwienia, albo ze strachu. - To się je nożem i widelcem?
- Tak - przytaknęła zdziwiona pytaniem czarodziejki. - Nożem i widelcem.
- I to ma ości! OŚCI!
- I co z tego? - Hime nie wytrzymała i zadała to pytanie.
- Ja nie życzę sobie niczego, co się je widelcem i nożem, albo ma ości!
- To co będziesz jadła?
- Nic. Jadłam śniadanie. Tyle mi wystarczy. Byłabym wdzięczna, gdybyś przyniosła mi letnią herbatę w porze obiadu.
Dziewczyna spojrzała na czarodziejkę z lekkim znużeniem i rzekła:
- Zrobię ci kanapki na obiad. Zgoda?
- Zgoda - przytaknęła jej.
- To ja już idę.
- Idź. - Star utkwiła wzrok w niebie, a Hime bez słowa wyszła na pokład.
***
Następnego dnia, tuż po zaniesieniu Star śniadania, Hime czuwała na bocianim gnieździe. Czarodziejka przed chwilą dość bezczelnie wyrzuciła ją z kajuty.
"Mogła przynajmniej podziękować za jedzenie." - stwierdziła w myślach dziewczyna.
- Vert! Vert! - usłyszała nagle znajomy głos i spojrzała na dół. Star biegła w stronę pirata z wystraszoną miną.
- Co się stało? - zapytał.
- Będzie dziś padać? - wypaliła i utkwiła w nim swe szmaragdowe oczy, oczekując odpowiedzi.
- A widzisz jakąś chmurkę na niebie?
- Nie - rzekła, gdy podniosła wzrok na błękit rozpościerający się nad jej głową.
- Masz odpowiedź na swoje pytanie.
- A jutro? Czy jutro może się rozszaleć sztorm?
- Chyba nie.
- A pojutrze?
- Nie mogę ci tego powiedzieć.
- Dlaczego?
- Bo nie mam daru widzenia przyszłości.
- Czyli mam czekać?
- Dokładnie.
- Trudno - wzruszyła ramionami i wróciła do kajuty, rozglądając się na boki.
Ballad i Sayon podobnie jak Hime obserwowali to zdarzenie. Dziewczyna zauważyła inne reakcje na twarzach przyjaciół. Sayon wyglądał na rozbawionego dziwacznym zachowaniem Star, natomiast Ballad miał zmartwioną minę. Osobiście podzielała niepokój Ballada. Lubiła przebywać z czarodziejką, ale ta obecnie nie chciała przebywać z nią.
Hime stwierdziła, że przez krótki okres czasu zdążyła polubić Star i teraz, gdy czarodziejka odcięła się od nich, czuła się tak, jakby z Lewiatana odeszła jedna osoba.
- Mam nadzieję, że wkrótce jej charakter powróci do normy. - powiedziała do siebie. Wtem coś przykuło jej uwagę. Tym czymś był punkt migający na horyzoncie. - Statek! Statek! - krzyknęła na całe gardło.
- Podaj położenie - dobiegł do niej rozkaz Sayona.
- Tam! Tam! - wskazała ręką na statek.
- Dalej nie nauczyłaś się rozróżniać kierunków świata? - chłopak spojrzał do góry z załamaną miną.
- Jak widzisz. - odparła.
- A co to za statek?
- Nie wiem. Nie mam odnajdywacza.
- Nie zna kierunków świata, nie ma odnajdywacza... Po co ty w ogóle siedzisz na gnieździe?!
- Sam mnie tutaj skierowałeś, panie kapitanie. - rzekła i uśmiechnęła się szeroko.
- Zaczynam żałować swej decyzji.
***
Wieczorem Hime przyniosła Star kolację.
- Jak minął dzień? - zapytała na wstępie.
- Dość nudno - odparła. - Prawie cały przespałam.
- To rzeczywiście nieciekawe. Ja natomiast nie mogę narzekać - napadliśmy na cztery statki, więc roboty było co nie miara.
- Cztery statki? - powtórzyła przerażona czarodziejka. - A co by było, gdyby na pokładzie jednego z nich siedział zabijaka, który zacząłby zabijać nas po kolei?
- Jaki znowu zabijaka? - spojrzała na nią zdziwiona.
- Zabijaka! Morderca! Z nożem ukrytym w rękawie!
- A Sayon mówi, że mam dar do przesadnego fantazjowania. - westchnęła Hime i wyszła.
Star w ciszy jadła kanapki, gdy nagle drzwi otworzyły się i do kajuty ponownie weszła Hime z szachami i książką pod pachą.
- Powinnaś pukać, a nie wchodzić bez pozwolenia! - oburzyła się Star. - Co by było, gdybym zakrztusiła się ze strachu i umarła?
- Ale nie umarłaś - zauważyła z uśmiechem na ustach i usiadła obok czarodziejki. - Przyniosłam ci jedną ze swoich książek, żebyś nie zanudziła się tutaj na ŚMIERĆ. - specjalnie podkreśliła ostatnie słowo i zaczęła układać pionki na szachownicy. - A teraz sobie zagramy. Nie przyjmuję odmowy.
- Niech będzie - Star skapitulowała. - To ja zaczynam.
***
- Szach, mat! - rzekła tryumfalnie Hime. - Mówiłam, że się odegram?
- Mówiłaś - przyznała jej. - Ale odegrałaś się za przed - przed - przed - przed - wczoraj. Zostają ci jeszcze 3 przegrane do odegrania się.
- Na to też przyjdzie czas. - Hime starała się nie pokazywać, że zwraca uwagę na swoje liczne przegrane.
- Ballad był dziś u mnie - pochwaliła się Star. - Czytał mi swoje nowe wiersze. Za bardzo się nie znam na poezji, ale uważam, że są śliczne. Sądzę, że powinien je opublikować.
- Ja też tak sądzę, ale Ballad nie daje się przekonać.
- Nie martw się! Prędzej czy później zmieni zdanie. Z naszą pomocą, oczywiście. - zachichotała Star.
- A kiedy ty dasz się przekonać?
- Przekonać? Do czego?
- Do wyjścia. Kiedy wreszcie wyjdziesz na zewnątrz na czas dłuższy niż 5 minut? To już szósty dzień twojego odcięcia się od świata. Ile to jeszcze będzie trwać?
- Niedługo. A dokładnie to jeden dzień. - opowiedziała szybko. Pojutrze znowu będę się wam pałętać pod nogami.
- Doskonale. - Hime pochowała szachy i wzięła pusty talerz i kubek.- Przeczytałaś już "Żelazną wolę"?
- Tak
- Przynieść ci drugą część?
- Dziś już nie. Jestem zmęczona. Chce mi się spać.
- W takim razie życzę miłej nocy.
- Nawzajem.
Kiedy Hime wyszła, Star podeszła do okna i zaczęła przyglądać się niebu powoli przykrywającemu się gwiazdami.
"Zachodzące słońce ma kolor głębokiej czerwieni. - pomyślała. - Zupełnie jak krew... Dobrze, że go nie widziałam" - poczuła nagły ucisk w gardle. Padła na kolana i zaszlochała. Szósty dzień. Szósta noc. Najchętniej wyrzuciłaby je z pamięci. Ale wtedy zapomniałaby o obecnym celu swojego życia. A tego zapomnieć nie może. Nigdy.
Szary Delfin
- Star, mam do ciebie pytanie - zaczęła Hime, podczas kolejnej partii szachów odgrywanej na pokładzie statku, która powoli zbliżała się do finału.
- Oszustko - Star spojrzała na nią karcąco. - Chcesz mnie zdekoncentrować!
- Wcale nie chcę! Przerwijmy grę i odpowiedz mi na moje pytanie.
- Niech będzie - Star spojrzała na nią wyczekująco.
- Czy... czy istnieją jakieś kamienie... dzięki którym można się przenosić z miejsca na miejsce?
- Oczywiście. To kamienie teleportacji.
- Jak one wyglądają?
- Wielkość kamieni jest różna, ale ich kolor zawsze jest taki sam.
- Pomarańczowy?
- Dokładnie.
- A sposób użycia kamieni?
- Niezwykle prosty. Wręcz genialny w swej prostocie. Zaciskasz dłoń na kamieniu i skupiasz się na miejscu, do którego chcesz trafić. Jedyną wadą jest to, że przeniesiesz się tylko do miejsc, w których już byłaś... Dlaczego w ogóle o to pytasz?
- Kiedyś dostałam taki kamień od pewnej osoby i dzięki niemu wróciłam na pokład Błękitnego Lewiatana.
- Dostałaś? - Star wyglądała na zszokowaną.
- Tak. Dostałam. Co się tak dziwi?
- Te kamienie kosztują fortunę! Nawet czarodzieje tacy jak ja - z olbrzymią ilością mocy, mają problem z ich stworzeniem. Mi osobiście zabiera to 5 lat.
- Aż tyle?
- Niestety!... A kto dał ci ten kamień?
- Nie wiem. Wtedy spotkałam tą osobę po raz pierwszy i ostatni.
- W takim razie można powiedzieć, że owa osoba była albo bardzo bogata, albo bardzo głupia.
Hime zaśmiała się, starając się ukryć zdenerwowanie. Jej prześladowca z wiadomych tylko sobie powodów nie szczędził na niej. Jaki miał w tym cel? Co zyskał kiedy powróciła na pokład Błękitnego Lewiatana?
- Gramy dalej! - z zamyślenia wyrwał ją rozkaz Star, która zbiła jedną z nielicznych figur Hime. Po rozmowie dziewczyna nie mogła się skupić na grze i po chwili przegrała. - I znowu się nie odegrałaś za wczorajszy pojedynek! - zachichotała triumfalnie czarodziejka, a Hime przytaknęła jej ruchem głowy. Przegrana nie zrobiła na niej żadnego wrażenia. Wszystkie myśli skupiały się na właścicielu czarno - brązowych oczu.
- Statek! Zbliżamy się do statku! - usłyszała meldunek Ballada z bocianiego gniazda. - Wygląda na okręt jakiegoś gangu, ale mogę się mylić!
- Nie mylisz się - krzyknął do niego Sayon i po raz kolejny zerknął na powierzchnię swojego odnajdywacza. - To gang, ale... - urwał raptownie.
- Co się stało? - Yuma oderwał się od gry w karty z Disu i Anmonem i spojrzał na niego zaciekawiony.
- Nigdy nie słyszałem o takim gangu - rzekł kapitan, ciągle wpatrując się w powierzchnię odnajdywacza.
Na dźwięk tych słów, Hime natychmiast zapomniała o swoim kłopocie i spojrzała na Sayona zdziwiona.
- A czy to może nie jest Szary Delfin? - zapytała nagle Star, a Sayon przeniósł swój wzrok z odnajdywacza na nią.
- Skąd wiedziałaś, że to on? - zapytał.
- To proste - uśmiechnęła się dumnie i wstała. - Założył go mój były uczeń, Farreg. Rok temu odszedł z mojego gangu i założył swój własny. Szary Delfin jest jeszcze mało znany, ale jestem więcej niż pewna, że wkrótce będzie go znać cała Derva... Farreg był zawsze bardzo utalentowany... - oparła dłonie o barierkę i utkwiła wzrok w oddalonym statku. - Czy... moglibyśmy podpłynąć do niego? - zapytała nie odrywając spojrzenia od okrętu. - Farreg to jedyna żyjąca osoba z mojego gangu...
Sayon nie odpowiedział od razu. Przez chwilę uważnie przyglądał się plecom stojącej do niego tyłem czarodziejki. W końcu rzekł:
- Caoz, obierz kurs na Szarego Delfina.
Hime skończyła wkładać figury do szachownicy i uśmiechnęła się pod nosem. Głos Sayona był więcej niż niechętny. Pewnie wolałby płynąć dalej, ale wbrew sobie pozwolił Star na spotkanie z byłym towarzyszem.
"Zachował się jak prawdziwy kapitan." - pomyślała z uznaniem. I spojrzała na okręt Szarego Delfina, który z każdą chwilą był coraz większy.
***
Kiedy oba statki znalazły się tuż obok siebie, Star podbiegła do barierki i krzyknęła ile sił w płucach:
- Farreg! - po niedługiej chwili do barierki drugiego statku podszedł ciemnooki chłopak w wieku zbliżonym do Shiro.
- Star? - zapytał z niedowierzaniem na widok czarodziejki.
- Owszem - uśmiechnęła się do niego smutno, a chłopak nałożył na barierki kładkę i szybko przeszedł na Błękitnego Lewiatana.
- Słyszałem co się stało. - rzekł cicho. - To okropne.
- Tak. - przytaknęła. - Gorzej niż okropne... Chodź do mojej kajuty. Wszystko ci dokładnie wytłumaczę.
Sayon odprowadził aż do kajuty czarodziejkę i jej ucznia wzrokiem pełnym dezaprobaty, po czym oddalił się do jadalni studiować mapy. Ballad zszedł z bocianiego gniazda, usiadł w cieniu i zaczął zapisywać swoje pomysły. Hime zaczęła się zastanawiać co z sobą zrobić i w końcu postanowiła zrobić herbatę dla Star i jej gościa. Szybko pobiegła do kuchni, gdzie spotkała Saena.
- Morda! Jeszcze za wcześnie na robienie obiadu! - stwierdził.
- Wiem, wiem. - rzekła pośpiesznie i postawiła czajnik na piecyku. - Pomyślałam sobie, że Lewiatan musi się pokazać z jak najlepszej strony.
- Czyli?
- Czyli zrobię herbatę dla Star i jej gościa.
- Ty to masz pomyły - zaśmiał się, a Hime uśmiechnęła się z dumą.
Kiedy herbata była gotowa, położyła filiżanki na tacy i ruszyła ku wyjściu.
- Tylko się nie wywróć! - ostrzegł ją kucharz.
- Tyle razy nosiłam Star jedzenie, że zdążyłam już nabrać wprawy i równowagi. - rzuciła przez ramię i wyszła na pokład. Do kajuty czarodziejki zapukała tradycyjnym kopniakiem w drzwi, które po chwili otworzyły się i Hime stanęła twarzą w twarz z Farregiem.
- Ja... - zaczęła cicho. - Przyniosłam herbatę!
- Dziękuję. To bardzo miło, że pomyślałaś o mnie i o Star. - wziął od niej tacę i położył na biurku (które było mniej zagracone niż zazwyczaj). Hime chciała już odejść, ale Star podeszła do niej i położyła swoją dłoń na ramieniu dziewczyny tym samym zatrzymując ją.
- To jest właśnie ta miła piratka, o której ci przed chwilą mówiłam - Hime Etar z Netopii.
- Witaj Hime. Mam na imię Farreg - chłopak podszedł do niej i wyciągnął dłoń w jej stronę.
- Jak już wiesz, jestem Hime - podała mu swoją rękę, którą delikatnie uścisnął.
- Star mówiła o tobie same ciepłe słowa.
- A pewnie najcieplej mówiła o tym, że doskonale się ze mną wygrywa grając w szachy. - stwierdziła, a chłopak zaśmiał się głośno. - To... może ja już pójdę. Nie widzieliście się dawno. Nie chcę wam przeszkadzać.
- Zostań - tym razem to Farreg nie pozwolił jej wyjść, łapiąc za nadgarstek. - Naprawdę miło mi się z tobą rozmawia. - rzekł i uśmiechnął się do niej. Hime szybko ten uśmiech odwzajemniła, czując coś dziwnego wewnątrz siebie.
- Zostanę. - powiedziała cicho, a Star zamknęła drzwi od kajuty. Razem z czarodziejką usiadła na skrzyniach pod oknem, natomiast Farreg usiadł przy biurku naprzeciw nich.
- Przed twoim przyjściem Star wyjawiła mi prawdę dotyczącą Brązowych Żagli oraz opowiedziała mi o waszej podróży na wyspę lewiatana. - powiedział do Hime. - Zaproponowałem przyłączenie się Szarego Delfina do was, ale Star stanowczo odmówiła.
- Nie chcę, by z mojej winy zginęła ostatnia osoba, którą nauczyłam magii na pokładzie Brązowych Żagli. - stwierdziła posępnie czarodziejka, a Farreg spojrzał na Hime.
- A co ty, o tym sądzisz, Hime?
- Ja... - zaczęła niepewnie. - Sądzę... że... Star ma rację. Przyłączając się do nas, na niebezpieczeństwo skazujesz nie tylko siebie, ale i swoją załogę. Niewiadomo co nas czeka na nieznanych wodach.
- To mądre słowa - oświadczył Farreg, a dziewczyna poczuła, że zaczyna się rumienić pod wpływem komplementu. - Hime, jesteś mądra, ładna, a zapewnie także odważna i żądna przygód.
- Ja... ja... - sama nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Ciemne oczy Farrega i jego delikatny, pełen ciepła uśmiech wydawały się ją ogłupiać. Czuła, że jedyną rzeczą jaką naprawdę pragnie, jest wpatrywanie się w jego piękną twarz.
- Hime, czy nie sądzisz, że się tutaj...
- Hime! - dalsze słowa Farrega przerwał Sayon, który z impetem wpadł do kajuty. Dziewczyna poczuła się tak, jakby ktoś wylał na nią kubeł zimnej wody.
- Sayon? Co się stało? - zapytała słabo.
- Jesteś... Jesteś mi bardzo potrzebna. - rzekł niepewnie. - Chodź... Chodź ze mną.
- Już - powiedziała niechętnie, wpatrując się w Farrega. - Rozmawiajcie dalej. - po tych słowach wyszła na pokład razem z kapitanem, który zamknął za nią drzwi do kajuty.
- Chodź - polecił jej i razem weszli do pustej jadalni.
- Co się stało? Do czego jestem ci potrzeba? - zapytała.
- Do niczego - odparł wymijająco.
- Do niczego? - powtórzyła na wpół zdziwiona, na wpół rozzłoszczona. - To czemu mnie wezwałeś? Czemu mnie stamtąd wyciągnąłeś?
- Ten cały Farreg mi się nie podoba. - rzucił. - Podobno odszedł z Brązowych Żagli rok temu i założył nowy gang, czyli Szarego Delfina. Nie na darmo jednak mówią, że ocean jest naprawdę kałużą. Wieści o nowych gangach roznoszą się z szybkością błyskawicy. Nie wierzę, że nowy gang uchował się od plotek przez cały rok.
- Nie ufasz mu z powodu takiej głupoty? - spojrzała na Sayona z niedowierzaniem.
- Nie tylko dlatego. Nie zauważyłaś, że na pokładzie Szarego Delfina nie ma nikogo?
- To nie jest żaden zarzut! Przecież piraci mogą odpoczywać w kajutach! - instynktownie stanęła w obronie Farrega.
- Tak, ale równie dobrze może ich w ogóle nie być! Nie przyszło ci do tej twojej główki, że z jakiegoś niezrozumiałego powodu Farreg udaje kapitana nieistniejącego gangu?
- A po co miałby to robić? - zapytała, coraz bardziej rozzłoszczona podejrzeniami Sayona.
- Tego nie wiem... Ale mam dla ciebie niezbity dowód na kłamstwo tego chłopaka.
- Słucham uważnie.
- Pamiętasz, jak razem przeglądaliśmy dokumentację Brązowych Żagli? Czy przypominasz sobie, by w spisie członków gangu był ktoś, kto odszedł od Star rok przed sztormem?
- Nie... Nie pamiętam - przyznała cicho. - Ale to nie znaczy, że go tam nie było! Może po prostu w ogóle nie został wpisany do tej głupiej dokumentacji!
- Dlaczego jesteś tak strasznie uparta? - westchnął.
- A dlaczego ty tak przesadnie nienawidzisz Star i wszystkiego co z nią związane? Ja rozumiem, że możesz nie mieć do niej zaufania, ale to, co do niej czujesz nie jest zwykłą nieufnością!
- Nie zachowuję się tak bezpodstawnie. Czuję, że ta wiedźma coś knuje. Nie dam jej spokoju, dopóki się nie dowiem o co jej tak naprawdę chodzi.
- Star powiedziała kiedyś, że jesteś dziwny. Zaczynam ją rozumieć. - stwierdziła z pogardą, po czym rozzłoszczona wyszła z jadalni i wpadła na kogoś. Tym kimś okazał się Farreg.
- Dobrze, że jesteś, Hime - uśmiechnął się do niej. - Wracam na Szarego Delfina, więc będziemy musieli się pożegnać.
- Już odchodzisz? - starała się ukryć rozczarowanie.
- Niestety - odparł. - Ale jestem więcej niż pewien, że jeszcze się kiedyś spotkamy.
- Ja czuję to samo. - zapewniła go.
- Panie kapitanie - wtem obok Hime pojawił się Sayon. Jego niebieskie oczy były zimne jak lód. - Mam dla ciebie radę - proszę płynąć dalej i nie oglądać się za siebie. Wzywa cię świat i sława, której jak dotąd nie udało ci się zdobyć. Mam nadzieję, że o tobie i twoim gangu usłyszy więcej osób, niż jedna znajoma.
- Dziękuję za tak miłe słowa. - Farreg uśmiechnął się wdzięcznie. - Jestem pewien, że kiedyś o Szarym Delfinie będzie mówić cała Derva.
- Oby tak się stało - Sayon również uśmiechnął się, jednak jego oczy pozostały zimne. Hime spojrzała na niego, a zaraz potem przeniosła spojrzenie na ciepło uśmiechniętego Farrega.
- Uważaj na siebie - wyszeptała, a chłopak skinął głową i wrócił na pokład Szarego Delfina.
Syn i matka
- Halberd! Halberd na horyzoncie! - ciszę morską przerwał okrzyk Oxa z bocianiego gniazda.
- Nareszcie - powiedział Ballad do Hime. - Pani Umi na pewno ucieszy się na nasz widok.
- Na pewno - przytaknęła mu. - Szkoda tylko, że musimy do niej iść z Sayonem.
- Nadal jesteś na niego zła? - zapytał z niedowierzaniem.
- Jestem. Gdybyś słyszał, jak on potraktował Farrega! Jak śmiecia! Zachowywał się tak, jakby był od niego o wiele lepszy, a wcale tak nie jest!
- Naprawdę, ciężko się przyjaźnić z waszą dwójką. - stwierdził chłopak i stłumił westchnienie. - Skoro nie chcesz iść z Sayonem do pani Umi, to chodź do niej tylko ze mną.
- Przecież i tak spotkamy go u pani Umi.
- Rzeczywiście - zaśmiał się. - Ale to jedyne rozwiązanie, jakie przychodzi mi do głowy.
- Ja też nie mam żadnego innego pomysłu. Zróbmy więc tak, jak powiedziałeś.
***
- Wasza zapłata za ostatnie napady. - po sprzedaniu wszystkich łupów, Sayon wręczył każdemu z piratów sakiewkę z wynagrodzeniem, po czym zwrócił się do Ballada: - Idziemy do domu?
- Przykro mi, ale nie. Obiecałem Hime, że pójdę z nią po jakieś książki. - odpowiedział. - Przyjdziemy troszeczkę później.
- Dobrze - Sayon skinął głową i zszedł z pokładu.
- Czuję się okropnie - stwierdził Ballad.
- Dlaczego? - zdziwiła się.
- Okłamałem Sayona, a on się zorientował, że mówię mu bujdę.
- Zorientował się? Przecież nic nie powiedział.
- Nie musiał. Jego spojrzenie mówiło samo za siebie.
- Wydaje ci się. - machnęła lekceważąco dłonią.
- Gdybyś znała Sayona tyle co ja, przyznałabyś mi rację.
- Być może - przytaknęła mu. - Ale nie znam go tyle co ty. Na szczęście.
- Dla ciebie szczęście. Gdybym nie spotkał Sayona i jego rodziny, nie wiem, jakby teraz wyglądało moje życie... Megallad dał mi nie tylko pracę na pokładzie Lewiatana. Dał mi także dach nad głową i rodzinę, którą mi odebrano.
- Kochałeś go?
- Jak ojca. Wiesz, że czasem słyszałem plotki, że jestem jego nieślubnym synem? Większej głupoty nie można wymyślić. - urwał nagle. Hime także milczała. W końcu otworzyła usta i rzekła wymuszonym, beztroskim tonem:
- Na Halberd na pewno jest jakiś sklep z książkami. Chodźmy do niego, a twoje kłamstwo nie będzie już kłamstwem.
Ballad zerknął na nią i uśmiechnął się szeroko.
- Nie przepuścisz okazji do kupna nowych książek, co?
- Nie - odparła śmiejąc się głośno i razem z Balladem opuściła statek.
- Ballad! Hime! - wtem podbiegła do nich Star. - Co porabiacie?
- Hime chce kupić nowe książki do swojej kolekcji, a potem idziemy do Umi. - poinformował ją Ballad, a mina czarodziejki naraz zrzedła.
- Umi? No tak, nie ma jak obowiązkowa herbatka u Umi... W każdym razie bawcie się dobrze. - odwróciła się na pięcie i zostawiła Ballada i Hime samych.
***
Na kamiennej tablicy były wyryte tylko dwa słowa: "Megallad Naven". Żadnych dopisków, czy też epitafium. Sayon jednak zawsze był pewien, że jego ojciec chciał, by jego grób wyglądał tak, a nie inaczej - skromny, położony daleko od miasta i domu, a blisko oceanu.
- Tak chciałeś, prawda, tato? - zapytał cicho Sayon. Grób nie odpowiedział. Nigdy nie odpowiadał. Chłopak westchnął i zamknął oczy. Widział siebie parę lat wcześniej. Miał 13 lat, stał nad tym samym grobem i zanosił się od płaczu.
"A jednak płaczesz. Na pogrzebie tylko ty nie miałeś łez w oczach. Teraz już wiem, że skutecznie je powstrzymałeś" - we wspomnieniach Sayona pojawił się Caoz, który trzymał coś za swoimi plecami.
"Chciałem pokazać, że jestem silny. Chciałem..." - Sayon ze wspomnień urwał i zapłakał jeszcze głośniej.
"Łzy leżą w naturze człowieka tak samo jak gniew czy też radość. Nie można się ich wypierać... Tak często mówił twój ojciec. To bardzo mądre słowa. Powinieneś o nich pamiętać." - Caoz podszedł do 13 - letniego Sayona i położył coś na jego ramionach.
"Płaszcz taty?" - zdziwił się wtedy.
"Od dziś należy do ciebie."
"Jest za duży." - stwierdził, pociągając nosem.
"Teraz tak, ale kiedyś będzie idealny, panie kapitanie."
"Nie nazywaj mnie tak. Nie jestem kapitanem."
"Ależ jesteś. Megallad przekazał ci dowództwo nad Błękitnym Lewiatanem."
"Ale ja mam dopiero 13 lat!"
"Nie widzę w tym żadnego problemu."
"I nie umiem jeszcze tylu rzeczy!"
"Wszystkiego się nauczysz. Sayon, twój ojciec zawsze uważał, że będziesz lepszym kapitanem od niego. Chyba nie chcesz go zawieść?"
"Nie chcę... Ale... Ale boję się, że tak właśnie się stanie! - Sayon ponownie wybuchł płaczem. - Czuję, że nigdy mu nie dorównam!"
"A ja sądzę, że dorównasz. Twoje oczy kryją w sobie dużą siłę. Nawet Megallad nie miał takiej - zapewnił go Caoz, a 13 - letni Sayon spojrzał na niego załzawionymi oczyma, pełnymi zdziwienia. - Musisz tylko uwierzyć w siebie, chłopcze."
Sayon wpatrywał się w Caoza i zaczął wycierać załzawione oczy.
"Postaram się. Może kiedy płaszcz taty będzie na mnie idealny, będę tak dobrym kapitanem jak on?"
"Jestem pewien, że tak właśnie będzie. Teraz wracaj do domu. Twoja mama, Xella i Ballad czekają na ciebie."
Sayon otworzył oczy i westchnął. Przez lata płaszcz stał się dla niego idealny. Nosił go okazyjnie, gdyż za bardzo przypominał mu tamtą rozmowę z Caozem odbytą po pogrzebie. A wraz z tym wspomnieniem nachodziło go pytanie: "Czy jestem tak dobrym kapitanem jak ojciec?", a raczej: "Czy jestem choć odrobinę tak dobry jak ojciec?"... Nie znał odpowiedzi na te pytania, ale domyślał się ich. Nie były takie, jakich pragnął przed laty.
Spojrzał ze smutkiem na grób i przypomniał sobie tamtą noc po pogrzebie... Ballad już dawno zasnął, ale on nie potrafił. W końcu po cichu wyszedł z pokoju, pobiegł do kuchni, z której wybrał najostrzejszy nóż, po czym wsunął na stopy buty i wybiegł z domu. Biegł przez pola otaczające jego dom, które nocą wydawały się jeszcze rozleglejsze niż za dnia. W końcu dobiegł do celu i zatrzymał się przy grobie ojca. Wtedy to rozciął prawą dłoń nożem i położył ją na grobie.
"Obiecuję ci tato! - Sayon usłyszał swój głos sprzed lat. - Obiecuję, że ten, który jest winny twojej śmierci, zginie z mojej ręki. Obiecuję!"
Obiecał. Obiecał na grobie ojca. Właśnie wtedy zaczął nienawidzić Shiro i Enaha, choć tak naprawdę to nienawidziła klątwa utkwiona w nim. Podniósł swoją prawą dłoń i dostrzegł podłużną bliznę przecinającą ją. To była pamiątka po tamtej przysiędze. Obiecał się mścić... Ale Enah Imun wcale nie zabił jego ojca. To zrobiła klątwa w nim głęboko ukryta. Co w takim razie z przysięgą?
Wtem usłyszał za sobą kroki i odwrócił się. Zobaczył Star trzymającą w rękach bukiet żółtych lilii. Nie powiedział nic i ponownie pojrzał na grób. Czarodziejka stanęła obok niego i szepnęła:
- Założyłeś płaszcz Megallada. Do twarzy ci w nim. Pasuje do twoich oczu... - urwała i spojrzała na kwiaty, które nerwowo ściskała. - Przyniosłam lilie. Jego ulubione.
- Lubił je, bo lubiła je moja matka. - stwierdził, a Star bez słowa położyła kwiaty na grobie.
- Czasami... - zaczęła cicho. - Czasami wydaje mi się, że on żyje i jest przy mnie.
- Dobrze znam to uczucie. - przyznał, a czarodziejka uśmiechnęła się smutno. Ją i Sayona dzieliło wiele, ale tęsknota za Megalladem sprawiała, że znajdywali wspólny język i rozumieli się jak mało kto.
***
- Ballad! Hime! Jak dobrze was widzieć! - krzyknęła zachwycona Umi i wyciskała oboje. - A gdzie jest Sayon? Stało się coś?
- Nie... Chyba - oparła Hime.
- Wszedł przed nami. - rzekł Ballad. - My poszliśmy jeszcze kupić książki. Może kogoś spotkał, albo...
- Spokojne - kobieta przerwała mu z uśmiechem. - Ja wiem gdzie on jest. Nie domyślasz się, Ballad?
- Poszedł w tamto miejsce?
- Dokładnie.
***
Stali w milczeniu naprzeciw grobu, gdy Star nagle powiedziała:
- Pewnie wolałbyś być tutaj sam. Nie będę ci już przeszkadzać. - odwróciła się, lecz nie zrobiła kroku w przód. Sayon zerknął na nią, a potem odwrócił się i zobaczył Ballada, Hime i swoją matkę trzymającą bukiet białych lilii.
- Star? - zapytała z niedowierzaniem Umi, a czarodziejka zmrużyła oczy.
- Witaj Umi - powiedziała niechętnie. - Ładne kwiaty.
- Własnoręcznie wyhodowane. Widzę, że ty też przyniosłaś lilie. - po tych słowach położyła swój bukiet obok bukietu Star i stanęła obok swojego syna.
Hime wpatrywała się w grób człowieka, którego jako jedyna z zebranych nie znała. Czuła z tego powodu żal - wszyscy mówili o Megalladzie z szacunkiem i jakby z uwielbieniem. Teraz ich oczy były przepełnione smutkiem, którego nie rozumiała.
Spojrzała ukradkiem na Sayona. Wyglądał na nieobecnego i zasmuconego. Przypomniała jej się ich rozmowa tuż po jej przybyciu na Lewiatana. Opowiadał jej wtedy o swoim ojcu, a jego twarz była tak samo smutna i nieobecna jak teraz.
Wtem młody kapitan spojrzał na nią i uśmiechnął się.
- Wracajmy już - powiedział, a Hime domyśliła się, że rzekł te dwa słowa ze względu na nią. Nie chciał, żeby nudziła się stojąc nad grobem nieznanego sobie człowieka. Była mu za to wdzięczna, ale równocześnie mogła stać przy mogile nawet z parę godzin.
- Tak, idźcie już. - rzekła Umi. - Ja tutaj zostanę razem Star.
Czarodziejka drgnęła na dźwięk swojego imienia, ale nie wyraziła żadnego sprzeciwu. Zrobił to za nią Sayon:
- Mamo, nie wiem, czy to dobry pomysł.
- To bardzo dobry pomysł. - Umi była stanowcza. - Zostawcie nas same, dzieci.
Sayon skinął głową i ruszył w stronę swojego domu razem z Balladem i Hime. Star przypatrywała się oddalającym sylwetkom przyjaciół, po czym rzekła przez zaciśnięte zęby:
- Czego ode mnie chcesz?
- Niczego. Chcę tylko porozmawiać.
- Po tym co ci chciałam zrobić? Kłamiesz, Umi! Chcesz się zmieścić!
- Zemścić? Za co mam się mścić? Przecież nic mi nie zrobiłaś!
- Nic - stwierdził ironicznie Star. - Oprócz tych blizn, po oparzeniach na twoich ramionach i plecach. To zupełnie nic. Dla ciebie. Bo ty jesteś świętą. Przeklętą świętą! - głos czarodziejki zaczął drżeć. - Udajesz, że nie żywisz do mnie urazy, ale i tak mnie ranisz! Zawsze tak robiłaś! Wszyscy uważali cię za wspaniałą osobę, a mnie... - urwała i spojrzała z wyrzutem na grób. - Nawet teraz, tutaj, mnie ranisz. Bo ty, w przeciwieństwie do mnie pamiętałaś, że Megallad lubi lilie w kolorze białym, a nie żółtym! Teraz pewnie w duchu śmiejesz się ze mnie! Przyznaj, że to prawda!
- Nie śmieję się z ciebie, Star. Nie przyniosłam tych kwiatów specjalnie. Nie wiedziałam przecież, że cię tutaj spotkam.
- Nieważne! I tak znajdziesz inny powód do drwiny!
- Star, ja nie zamierzam z ciebie drwić! Jak mogę drwić z osoby tak bardzo podobnej do mnie?
Czarodziejka spojrzała na kobietę z niedowierzaniem.
- Podobne? My?
- Owszem. Zarówno ty, jak i ja, straciłyśmy kogoś, kogo bardzo kochałyśmy.
Star pobladła. Długo wpatrywała się w lilie przyniesione przez siebie i w końcu zapytała:
- Wiedziałaś?
- Cały czas.
- I mimo to nie miałaś nic przeciw temu bym przebywała na Lewiatanie?
- Z początku czułam się z tym trochę dziwnie, ale potem przyzwyczaiłam się do tej myśli.
- I pozwoliłaś mi odbierać oba porody... Nie rozumiem cię.
- Ufałam ci, Star. Teraz też ci ufam. Nawet po tamtych zdarzeniach... Wtedy nie byłaś sobą.
- Nie byłam sobą? - powtórzyła, a jej twarz spochmurniała. - Mylisz się. Ja byłam wtedy sobą... I gdybyś nie miała tak wiele szczęścia, to nie rozmawiałybyśmy teraz. - po tych słowach odwróciła się i odeszła. Kobieta przyglądała się odchodzącej czarodziejce, po czym poprawiła bukiety leżące na grobie i skierowała swe kroki w stronę domu.
***
- A więc rzeczywiście poszliście kupować książki. - powiedział Sayon przyglądając się dwóm książkom, które Hime ściskała w rękach.
- Jak widać - głos Ballada był cichy i niezbyt pewny.
- Kupiłam książki, ale miałam tego nie robić. - rzekła wprost. - Ballad okłamał cię, bo nie chciałam z tobą iść do twojego domu. Te książki miały przeistoczyć kłamstwo w prawdę, ale ja tego nie chcę. - zamilkła na chwilę. W końcu wyrzuciła z siebie: - Byłam na ciebie zła, Sayon... Nie, ja nie byłam zła. ja byłam wściekła. Ale gdy tak stałam nad grobem twojego ojca, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego miałam do ciebie żal i stwierdziłam, że postąpiłam okropnie głupio. Miałeś prawo podejrzewać Farrega, a ja... Sama nie wiem, co mnie wtedy opętało. Przepraszam.
Sayon milczał przez chwilę, tak jakby dokładnie i wnikliwie rozważał sens jej słów. W końcu rzekł:
- Nie poznaję cię, Hime! Potrafisz przyznać się do błędu! - i zaśmiał się.
- Nie śmiej się! Ja wystawiam swoją dumę na próbę, a ty zamiast powiedzieć, czy przyjmujesz przeprosiny, wyśmiewasz mnie!
- Nikogo nie wyśmiewam. - zaprzeczył. - Ja po prostu nie mogę się nadziwić temu, jak bardzo się zmieniłaś! Gdybyś nie skłoniła Ballada do kłamstwa, powiedziałbym, że odrobinę wydoroślałaś.
- Wydoroślałam? - powtórzyła z niedowierzaniem.
- Nie dziw się tak, Hime. - rzekł Ballad. - Sayon ma rację.
- Pamiętaj jednak, - dodał szybko Sayon - że jest różnica między "byciem dorosłą", a "wydoroślaniem".
- Przy tobie trudno będzie o tym zapomnieć. - zaśmiała się, po czym weszła razem z Sayonem i Balladem do ich domu.
- Jak dobrze wrócić tutaj po paru miesiącach nieobecności. - stwierdził Sayon.
- O tak - przyznał Ballad. - Dom najbardziej docenia się z dala od niego... Nawet, gdy nie jest twoim prawdziwym domem.
- Co ty gadasz, Ballad? Przecież to zawsze był twój dom i pozostanie nim do końca!
- Wiem Sayon, ale mój prawdziwy dom został tam... Na tamtej wyspie. - po tych słowach Sayon i Hime spojrzeli na siebie z zakłopotaniem, a Ballad uśmiechnął się. - Nie róbcie takich min! Odkąd gang Czarnych Kości nie istnieje, wspominam tamte zdarzenia w całkiem innym świetle. Lepszym świetle... To już nie boli tak bardzo jak dawniej. To zasługa waszej dwójki.
- Przesadzasz - stwierdził Sayon.
- Może trochę - twarz Ballada pojaśniała.
- Więcej, niż trochę. - Hime zachichotała.
W tym momencie do jadalni, w której siedzieli, weszła Umi.
- Widzę, że wszyscy w dobrych humorach. - zauważyła. Jej spojrzenie było nieobecne.
- Wszyscy poza tobą, mamo. - Sayon nie odrywał oczu od kobiety. - Co się stało? Star coś ci powiedziała?
- Nie - westchnęła i usiadła przy stole. - Nic mi nie zrobiła. Tylko tą swoją wiecznie młodą twarzą sprawiła, że na chwile cofnęłam się w czasie. Przez parę chwil byłam gotowa pójść do portu na spotkanie z twoim ojcem... A potem spojrzałam w niewłaściwą stronę i zobaczyłam jego grób. Wtedy poczułam, jaka jestem samotna... - jej zamyślona twarz pojaśniała. - Ale pomyślałam, że mam osoby, które potrafią mnie wyrwać z tej samotności i dają siłę, by czekać na kolejne spotkanie... Cieszę się, że tutaj jesteście, drogie dzieci. Dzięki wam moja samotność jest minimalna w porównaniu z jej...
- Masz na myśli Star? - zapytał zdziwiony Sayon.
- Tak. Z tego, co wiem, nie ma żadnej rodziny. Jest na tym świecie sama. Przyłączenie się do Lewiatana za życia twojego ojca dało jej dużo szczęścia. Zyskała przyjaciół, których nie miała. Zyskała coś na kształt rodziny. Na Lewiatanie zakochała się...
Sayon spojrzał na Umi z niedowierzaniem.
- Chyba nie masz na myśli?
- Owszem, synku. Star kochała twojego ojca. Podejrzewam, że na początku czuła do niego jedynie wdzięczność za to, że przyjął ją do swojego gangu. A potem ta wdzięczność przerodziła się w miłość. Ale Megallad nie odwzajemniał jej uczuć... A kiedy Star poznała mnie i domyśliła się, co jest między mną, a moim ojcem, zaczęła się odnosić do mnie z rezerwą i dystansem. Ośmieszała mnie za każdym razem, kiedy się spotykałyśmy, ale domyślam się, jak ciężko musiało jej być. Z każdym dniem coraz ciężej... Nie przyszła na nasz ślub, a po nim była dla mnie jeszcze gorsza, a dla Megallada stała się oziębła i niedostępna.
- Skoro tak bardzo ciebie nienawidziła, to czemu pomogła ci podczas porodu? - zapytał Ballad.
- Bo Sayon i Xella nie byli tylko moimi dziećmi. Byli także dziećmi Megallada. Nieważne, jak bardzo mnie nienawidziła, skoro jego kochała całym sercem. W końcu postanowiła mnie zabić... Tak przynajmniej potem wyznała. Sądzę jednak, że jej zamachy od początku miały nie wyjść. Według mnie, Star nigdy nie chciała mej śmierci. Ona chciała, by Megallad ją znienawidził. Nie udało się jej to do końca. Megallad miał do niej żal, ale nigdy jej nie nienawidził. Dla niego zawsze była młodszą siostrą, którą trzeba się opiekować. Tak myślał o niej do końca swojego życia... - urwała. - To, co wam powiedziałam, to w większości moje przypuszczenia, ale proszę was o jedno - nie traktujcie jej źle. To bardzo nieszczęśliwa i samotna osoba. Sayon, postarasz się, prawda?
Na dźwięk swojego imienia chłopak drgnął.
- Tak... Postaram się.
- Cieszy mnie to - głos Umi był pełen ulgi. - Pewnie jesteście głodni. Zrobię wam coś do jedzenia. - podniosła się i wyszła do kuchni. Sayon, Ballad i Hime zostali sami.
- Ona zawsze mówiła z szacunkiem o Megalladzie. Nie sądziłem jednak, że była w nim zakochana. - rzekł Ballad, który wyglądał na nieco zszokowanego.
- Mi też to przez głowę nie przeszło. Ale teraz wszystko nabiera sensu. - stwierdziła Hime. - Zawsze źle wypowiadała się o pani Umi. Teraz już wiemy dlaczego. Ona odebrała jej ukochanego.
Sayon milczał, głęboko zamyślony.
- Sam już nie wiem co o niej myśleć. - rzekł w końcu, wyciszonym głosem. - Ona widzi we mnie obraz mężczyzny, którego kochała i kobiety, którą nienawidzi. Jak w takim razie mam teraz z nią rozmawiać?
- Tak jak przedtem, tyle, że odrobinę milej. - poradził mu Ballad.
- I z większym zaufaniem. - dodała Hime.
- To nie będzie łatwe - przyznał. - Ale postaram się.
***
Sayon siedział w ogrodzie i wpatrywał się w gwiazdy i księżyc rozciągające się nad jego głową.
- Synku, czemu nie śpisz? - usłyszał za sobą pytanie i odwrócił się.
- Nie potrafię zasnąć. Zbyt dużo niepokojących myśli kłębi się w mojej głowie.
- Możesz mi zdradzić jedną z nich?
- Tak... Kim jest mój ojciec?
- Co to za pytanie, Sayon? - zdziwiła się.
- Im jestem starszy, tym dowiaduję coraz dziwniejszych rzeczy na temat taty. Już sam czasem nie wiem, czy człowiek, o którym mówią ludzie jest tym samym, do którego mówiłem: "tato".
- Tak - westchnęła Umi. - Twój ojciec miał wiele tajemnic. Do dziś nie wiem z jakiej wyspy pochodził - gdy wypowiedziała te słowa, Sayon spojrzał na nią zdziwiony. - Tak, domyślam się, że tan fakt jest dla ciebie nowy, bo zawsze myślałeś, że on, tak samo jak ja pochodzi z Halberd. Tak naprawdę tylko ja narodziłam się na tej wyspie... Jak dobrze wiesz, twoja babcia, a moja matka zmarła, kiedy miałam 8 lat. Mój ojciec, czyli twój dziadek miał olbrzymi zakład, który zajmował się budowlą statków, który był bardzo znany za czasów mojego dzieciństwa. Teraz już nie ma po nim śladu... Kiedy miałam 14 lat, pomagałam dziadkowi w zakładzie. Miał dużo pracowników, ale ja się uprałam, że będę sprzątać wióry i dopięłam swego. Swój upór odziedziczyłeś po mnie... Xella zresztą też. - zaśmiała się. - Pewnego dnia przyszedł do nas 15 - letni chłopak o pięknych, błękitnych oczach. Oczach takich samych jak twoje. Powiedział, że chce zamówić budowę statku. Twój dziadek, gdy to usłyszał, zaśmiał się tylko i oświadczył, że nie będzie go stać nawet na statek mieszczący na pokładzie tylko trzy osoby.
"Doprawdy? - zaciekawił się nieznajomy. - A ile taki statek kosztuje?" - kiedy dziadek wymienił cenę, chłopak wręczył mu sakiewkę i kazał przeliczyć pieniądze. Okazało się, że jest ich o wiele więcej od kwoty wymienionej przez dziadka, który wtedy zaśmiał się głośno i rzekł:
"To mi pokazałeś, chłopcze! Jak się nazywasz?"
"Megallad Naven. Od razu podkreślam, że te pieniądze nie są ukradzione. Zarobiłem je razem z dwójką moich przyjaciół pływając na różnych galerach i czyszcząc ich pokłady lub robiąc coś równie nudnego. Tego statku potrzebujemy do podróży po Dervie."
"Jakiej znowu podróży?" - zaciekawił się dziadek.
"Chcemy zwiedzić wszystkie wyspy i popracować na każdej z nich parę miesięcy. A za zarobione pieniądze kupimy prawdziwe statki i założymy własne gangi."
"Ciekawe i śmiałe plany na przyszłość. Cieszę się, że będę mieć wkład w ich realizacji. Jeśli chcecie, mogę dać wam tymczasową pracę, trwającą do momentu ukończenia waszego okrętu."
"Moi przyjaciele mają już pracę, ale ja z chęcią skorzystam z pańskiej propozycji" - i w taki oto sposób twój ojciec zaczął pracę u dziadka, który mimo to, że bardzo go lubił, nigdy nie oszczędzał. Megallad nigdy nie narzekał. Zaciskał zęby i pracował dalej. Zawsze był silny i wytrwały, a po ciężkiej pracy miał jeszcze siłę i ochotę spacerować po Halberd razem ze mną. Lubił, gdy pokazywałam mu różne zakątki i miejsca na wyspie. Bardzo szybko przyzwyczaiłam się do niego i nie mogłam sobie wyobrazić jak będzie wyglądać nasze rozstanie, które w końcu nadeszło wraz z zakończeniem budowy statku. Tego ostatniego dnia poszliśmy na spacer poza miasto. Pamiętam, że zatrzymaliśmy się w tym miejscu, gdzie teraz stoimy. Megallad powiedział wtedy, że chce by ta wyspa była jego rodzinną wyspą, a w miejscu gdzie stoi postawi swój dom. Jak widzisz, przyrzeczenia dotrzymał. - westchnęła cicho. - Odpłynął nocą i byłam więcej niż pewna, że nigdy nie wróci na Halberd, ale myliłam się. Wrócił, ale był sam. Nigdy nie dowiedziałam się, kim byli dwaj przyjaciele, o których wspominał... W każdym razie, Megallad miał nocy cel w życiu - założyć gang. To było jednak bardzo kosztowny plan, więc znowu zaczął pracować, by dosięgnąć swoich marzeń. I w końcu udało mu się to. Ostatnim statkiem jaki stworzono w zakładzie dziadka, był statek, którym aktualnie pływasz po oceanie. Do Megallada przyłączyło się kilkoro śmiałków z Halberd i odpłynęli. Niedługo potem mój ojciec zmarł, a ja nie potrafiłam prowadzić jego zakładu, więc sprzedałam go. Za pieniądze kupiła małe mieszkanie i znalazłam sobie pracę jako sprzedawczyni ryb. To nie były szczęśliwe dni. Często nie miałam co jeść lub co ubrać na siebie... Ale gdy widziałam zbliżający się do portu statek Błękitnego Lewiatana, od razu zapominałam o cierpieniu. Twój ojciec tuż po przycumowaniu do portu odnalazł mnie, zaprowadził na statek i przedstawił całą swoją załogę. Wtedy po raz pierwszy spotkałam Star. Wyglądała tak samo jak teraz. I tak samo jak teraz patrzyła na mnie z wrogością i pogardą. To mnie jednak w ogóle nie interesowało, bo zaczęłam sobie uświadamiać, co czuję do Megallada i cierpliwie oczekiwałam kolejnego przycumowania Błękitnego Lewiatana do portu Halberd. Ten wkrótce nastąpił, a po nim znowu było rozstanie. Moje życie zamieniało się w oczekiwanie, krótkie chwile szczęścia i ponowne oczekiwanie. Zupełnie tak jak teraz - zaśmiała się. - 8 lat po naszym pierwszym spotkaniu Megallad wynajął ludzi, którzy zaczęli budować dom, w wybranym przez niego miejscu czyli tutaj. A kiedy został on ukończony, Megallad oświadczył mi się. To była najszczęśliwsza chwila mojego życia, tuż obok twoich narodzin, oraz narodzin Xelli... Tak... Takie właśnie było nasze pierwsze spotkanie. - zakończyła.
- I co ja mam o tym wszystkim myśleć? - zapytał Sayon. - Nie wiem skąd ojciec pochodził, jaką miał rodzinę, jakie życie przedtem prowadził. Nic nie wiem!
- Owszem, nie wiesz. Ale wiesz inne rzeczy. Wiesz, że był kapitanem Błękitnego Lewiatana. Wiesz, że był twoim ojcem. Wiesz, że był dobrym człowiekiem. - wzięła Sayona za rękę. - Nie ważne, jaki był w oczach innych. Ważne jaki pozostał tutaj. - położyła dłoń syna na jego sercu. - Pamiętaj o tym, Sayon. Nigdy o tym nie zapominaj. - po tych słowach podeszła po drzwi prowadzących do domu. - Nie siedź tu za długo, bo jutro nie będziesz miał siły wstać. - rzekła i zostawiła go samego.
Sayon ciągle trzymał swoją dłoń na sercu. W końcu oderwał ją i spojrzał na nią. Ciemności dookoła były za duże, by mógł zobaczyć, ale dobrze wiedział, że rękę przecina blizna. Symbol obietnicy, której nie spełnił. Czy kiedyś uda mu się znaleźć winnego śmierci ojca? A może to pragnienie na zawsze pozostanie dla niego nieosiągalne?
Opuścił dłoń i wrócił do domu. Te dwa pytania były nurtujące zbyt uciążliwe. Jedyną szansą ucieczki od nich był sen.
***
- Tak dawno nie spałam w łóżku, że niemal zapomniałam, jakie to wygodne. - rzekła Hime do Umi następnego dnia, przy śniadaniu.
- Wiem, że hamak nie należy do wygodnych legowisk, dlatego zaproponowałam ci spanie w pokoju Xelli. Jestem więcej niż pewna, że nie miałaby nic przeciw temu.
- Oczywiście, że nic by nie miała. - stwierdził Ballad. - Xella lubi Hime. Prawda Sayon?
- Słucham? - chłopak oderwał wzrok od okna i spojrzał na nich zdziwiony.
- Prawda, że Xella lubi Hime? - powtórzył Ballad.
- Tak. Sądzę, że tak. - odparł i wstał. - Mamo, czas już na mnie. Muszę nadzorować kupno prowiantu i jego ładowanie na statek.
- Tak wcześnie? - zdziwiła się Umi. - Przecież wy zawsze robicie to w nocy!
Sayon posłał szybkie spojrzenia w stronę Ballada i Hime, a oni natychmiast je odczytali jako prośbę o pomoc w wymyśleniu sensownego wytłumaczenia zmiany dotychczasowego sposobu dostarczania prowiant na statek.
- Tak! Zawsze tak robiliśmy, ale Sayon postanowił zmienić ten zwyczaj, gdyż żal mu było męczyć piratów późną nocą. - zaczęła improwizować Hime.
- O tak, to było męczące - Ballad podjął jej improwizację, robiąc bolesną minę.
- Tak! Tak właśnie było! - przyznał Sayon. - Zapytałem więc wszystkich, czy nie woleliby ładować prowiantu za dnia, a ci się zgodzili.
- Sayon... - Umi zmrużyła oczy. - Czy ty przypadkiem czegoś przede mną nie ukrywasz?
- Ale mamo! Co ja miałbym przed tobą ukrywać? - zapytał.
- Nie wiem. zachowujesz się tak, jakby...
- On nic nie ukrywa! - wykrzyknęli równo Hime i Ballad, a Umi spojrzała na nich uważnie i zaśmiała się.
- Skoro tak twierdzicie, nie będę dłużej naciskać. Może to prawda, ale szczerze w to wątpię. Za dobrze znam mojego syna i ciebie Ballad. Potrafię dostrzec w waszych oczach kłamstwo. No, ale nie ważne. Skoro wam się śpieszy, nie będę was zatrzymywać. Płyńcie dalej i uważajcie na siebie. - po tych słowach wyciskała każdego z trójki przyjaciół.
- Ty też uważaj na siebie mamo. - rzekł Sayon i ruszył ku drzwiom.
- Do widzenia. - rzekła Hime,
- Do zobaczenia. - Ballad uśmiechnął się na pożegnanie.
Kiedy wyszli na zewnątrz, Sayon powiedział z wyrzutem:
- Okłamałem własną matkę. Czuję się z tym okropnie.
- Tak dokładnie, to ja i Ballad ją okłamaliśmy. - sprostowała Hime. - Ty tylko nie zaprzeczyłeś.
- Jednym słowem wyszło na to samo. - westchnął.
- No proszę, czyli do kłamstwa udało mi się skłonić nie tylko Ballada, ale i ciebie.
- To dopiero wyczyn.
***
Kiedy znaleźli się w porcie podbiegła do nich Star. Wyglądała całkiem inaczej niż poprzedniego dnia, stojąc nad grobem Megallada - jej twarz rozjaśniał szeroki uśmiech.
- Ballad! Hime! Dzień dobry! - przywitała się, całkowicie ignorując Sayona. Chłopak był przyzwyczajony do takiego zachowania z jej strony i zawsze odpowiadał ignorancją na ignorancję, ale tego dnia było inaczej. Wpatrywał się uważnie w uśmiechniętą czarodziejkę wesoło rozmawiającą z Balladem.
"Star kochała twojego ojca." - przypomniały mu się słowa matki wypowiedziane poprzedniego dnia. Kochała go... On też go kochał. Innym rodzajem miłości, ale jednak. Czy to ich nie łączy?
- Dzień dobry, Star. - powiedział, a czarodziejka spojrzała na niego.
- Stało się coś? - zapytała podejrzliwie.
- Chciałem się tylko z tobą przywitać. Jeśli cię uraziłem, przepraszam.
- Nie. Nie uraziłeś mnie. To... Było bardzo miłe... Dzień dobry, Sayon.
Wyspa Północnych Wód
- Szach i mat - Sayon zbił ostatniego białego wojownika z armii Hime, co nie zbyt zachwyciło dziewczynę. Sądziła, że po tylu partiach przygotowawczych wygrana z kapitanem będzie więcej niż łatwa. Myliła się. - Muszę ci powiedzieć, że - zaczął Sayon, a Hime domyśliła się, że zraz powie jej jakąś złośliwość, więc zrobiła obojętną minę, świadczącą o jej zupełnej obojętności wobec jego słów. - poprawiłaś się, Hime. - dokończył Sayon, a dziewczyna spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Poprawiłam się?
- Owszem - przytaknął. - Szybciej podejmujesz decyzje i na ogół są one słuszne. Sądzę, że już jesteś gotowa, by uczyć się tworzenia kursu statku.
- Naprawdę? - zapytała.
- Naprawdę - zapewnił ją i wstał. - Poczekaj, zaraz przyniosę coś, co pomoże ci w nauce.
Hime odprowadziła Sayona rozpromienionym wzrokiem, a kiedy wyszedł, zwróciła się do Ballada, zapisującego właśnie swoje nowe dzieło:
- Zgodził się! Możesz w to uwierzyć?
- Skoro się zgodził, to mogę. - odparł nie odrywając spojrzenia od kartki. - Pewnie stwierdził, że jesteś gotowa do nauki, albo postanowił uczyć ciebie, by tym samym zabić jakoś czas, który ma w nadmiarze od czasu gdy wpłynęliśmy na północny ocean, czyli od tygodnia.
- Znając życie i Sayona, to na mojej edukacji zaważyła ta druga opcja. - zaśmiała się.
W tej samej chwili wrócił Sayon i położył przed nią mapę, pełną różnych zapisków.
- Na tej mapie masz wypisane wszystkie prądy morskie na Dervie. Masz się nauczyć na pamięć obszary, w których się pojawiają, ich nazwy oraz to, czy są prądami ciepłymi czy zimnymi. Jak będziesz gotowa, zgłoś się do mnie.
- Co? - jęknęła zawiedziona. - Tylko tyle?
- Na razie tyle. Każdy szanujący się pirat zna prądy morskie oraz rozróżnia cztery strony świata.
- Zaraz! Ja tego nie potrafię!
- To znaczy, że nie jesteś szanującym się piratem. - stwierdził złośliwie i dodał: - Miłej nauki! - po czym wyszedł na zewnątrz.
- Co za złośliwiec! - wykrzyknęła wściekła i spojrzała na mapę. - Przecież tych prądów jest ponad 50! Już same zapamiętanie nazw zajmie mi tydzień!
- Prądów jest 31, więc nie ponad 50. - zauważył Ballad i wręczył Hime pustą kartkę i zapasowe pióro. - Wypisz je wszystkie, a wtedy łatwiej je zapamiętasz. Poza tym, to szczerze wątpię, by nauka zajęła ci więcej niż tydzień. Przecież nie chcesz, by Sayon triumfował, co?
- Nie! - oświadczyła i zaczęła przepisywać nazwy prądów.
- Hej, Ballad! - do jadalni weszła Star i usiadła obok chłopaka. - Jak ci idzie pisanie?
- Dobrze. - przyznał. - Mam tak dużo wolnego czasu, że wkrótce skończą mi się pomysły.
- Wątpię. - stwierdziła. - Mogę przeczytać to, co dziś napisałeś?
- Oczywiście - podał jej zapisane kartki, a czarodziejka spojrzała na Hime.
- Hime! Nie zauważyłam cię! Co robisz?
- Przepisuję - rzuciła, nie przerywając przepisywania.
- Chyba nic więcej z niej nie wyciągnę. - zachichotała Star.
- Sayon polecił jej nauczyć się prądów morskich. - wytłumaczył jej Ballad, a oczy czarodziejki zaokrągliły się ze zdziwienia.
- Hime, nie mów mi, że nie znasz prądów morskich! To przecież podstawa! Każdy, kto chce nosić miano pirata musi je znać!
Hime przestała pisać i spojrzała na czarodziejkę podłym spojrzeniem.
- Zmówiłaś się z Sayonem, czy jak? - zapytała.
- Ja? - Star zaśmiała się. - Po co zmówić? Nie rozumiem!
- Nie ważne. - dziewczyna powróciła do przepisywania prądów na kartkę.
- Wiedźmo! - wtem do jadalni wpadł zdyszany Zeld.
- Mam na imię STAR! - krzyknęła wściekła, ale jej słowa nie wywarły na chłopcu większego wrażenia.
- Sayon woła cię i prosi, byś wzięła z sobą jakaś mapę.
- Mapę? - powtórzyła. - A na co mu mapa?
- Sayon chce zobaczyć, czy wyspa, która pojawiła się na horyzoncie jest zaznaczona na tej mapie... Tak przynajmniej mi się zdaje. - kiedy chłopiec powiedział te słowa, Star, Ballad i Hime utkwili w nim swój wzrok.
- Wyspa? Czemu od razu mi nie powiedziałeś?! - czarodziejka zerwała się na nogi i wybiegła z jadalni. Hime i Ballad także wyszli na zewnątrz i podeszli do Sayona.
- Wyspa leży na północnym - wschodzie - powiedział do nich i zobaczył, ze Hime może dostrzec wyspy, więc wskazał ją ręką - TAM.
- Jest, rzeczywiście - przytaknęła, a chłopak westchnął:
- Oprócz prądów naucz się też kierunków świata. Są tylko cztery, wiec nie powinnaś mieć zbyt dużych problemów.
- Co? Jeszcze kierunki świata? - jęknęła załamana. Nie zdążyła jednak wyładować na kapitanie całego swojego żalu, bo podbiegła do nich Star z mapą, którą wręczyła Sayonowi. Chłopak rozłożył ją i przyjrzał się jej uważnie.
- To ta wyspa - Star pokazała palcem na małą plamkę na mapie.
- Masz jakieś informacje o niej?
- Owszem. Grono czarodziejskie wie o wielu miejscach, o których zwykli żeglarze i piraci nie mają pojęcia. Ta wyspa oficjalnie nie ma nazwy, ale wśród czarodziei zwana jest Indygo. Mieszka na niej parę rodzin, które zajmują się rybołówstwem oraz hodowlą pewnej rośliny, którą można spotkać tylko tam. Ta roślina nazywa się ruo i dla zwykłych ludzi jest chwastem, ale my czarodzieje wiemy, że z ruo można stworzyć wywar, który usunie z ciała każdą truciznę. Mieszkańcy Indygo szybko zauważyli, że czarodzieje często przybywają na ich wyspę po tą roślinę i postanowili założyć interes - zaczęli hodować ruo i sprzedawać je czarodziejom, którzy nie musieli już go szukać... Jeśli nikt nie będzie mieć nic przeciw - wymownie spojrzała w stronę Sayona. - Pójdę do wioski na Indygo i kupię trochę liści ruo. Nigdy niewiadomo, kiedy będzie potrzebna odtrutka.
- Mogę się zgodzić - rzekł młody kapitan, ku ogromnemu zdziwieniu Hime. - Zrobię to jednak pod jednym warunkiem.
- Zabrzmiało strasznie. Jaki to warunek? - zapytała czarodziejka.
- Popłynę razem z tobą. Jestem ciekawy tej wyspy.
- Zgoda.
- Skoro Sayon płynie, ja też płynę. - oświadczył Ballad.
- Ja także! - zawtórowała mu Hime.
- To nie jest wycieczka - syknął Sayon, a dwójka przyjaciół spojrzała na niego błagalnie. - No... Zgodzę się, nasza trójka popłynie z tobą. - poprawił się.
- Zgoda po raz drugi. - zaśmiała się Star, a Sayon wydał rozkaz, by Caoz skierował okręt na Indygo.
***
Kiedy łódka wylądowała na piaszczystym brzegu, Star pierwsza z niej wyskoczyła i powiedziała:
- Wioska znajduje się na samym środku Indygo, ale spokojnie, dojście do niej trwa tylko godzinę.
- W takim razie prowadź. - polecił jej Sayon, a Star kiwnęła potakująco głową i ruszyła w głąb wyspy, a trójka przyjaciół podążyła za nią. - Jeśli chcecie, opowiem wam o zaludnieniu Indygo. - zaproponowała po paru minutach wędrówki.
- Jestem za - rzekł Ballad.
- Ja też - dodała Hime.
- Mi wszystko jedno. - stwierdził Sayon obojętnym głosem.
- Jak już mówiłam, Indygo jest jedyną wyspą, gdzie można znaleźć ruo. Czarodzieje wiedzieli o Indygo od tysięcy lat, ale nie dzielili się tą informacją z ludźmi, bo obawiali się, że ci zechcą ją osiedlić i wtedy nieświadomie mogliby doprowadzić do całkowitego wymarcia ruo. Jakieś trzydzieści lat temu pewien chłopak usłyszał o Indygo i razem z trzema przyjaciółmi postanowił odnaleźć tę wyspę. Inni wyśmiali ich i nazwali wariatami, gdyż powszechnie wiadomo, dla zwykłych ludzi, oczywiście, że poza Dervą nie ma innych wysp, co jest pojęciem względnym, bo przyjaciele po paru miesiącach żeglugi dotarli do celu swojej podróży czyli do Indygo. Wyspa zachwyciła ich, lecz po powrocie na Dervę nikt nie chciał wierzyć w jej piękno, ani tym bardziej w jej istnienie, mimo ich gorących zapewnień. Postanowili więc zapomnieć o całej sprawie, ale wyspa nie pozwalała im na to i parę lat później wrócili tutaj razem ze swoimi rodzinami, które w międzyczasie zdążyli założyć. I w taki oto sposób Indygo została zaludniona. Po drugiej stronie wyspy mieszkańcy zbudowali mały post, w którym znajdują się ich łodzie. Rzadko jednak wracają na wody Dervy. Najczęściej robią to, by sprzedać złowione przez siebie ryby - bo większość ryb, które można spotkać w północnych wodach, nie da się złowić w wodach naszego archipelagu. Podczas takich wizyt mieszkańcy zakupują wszystkie najpotrzebniejsze sobie rzeczy i wracają do domu.
- Ludzie tutaj żyją z daleka od tłoku i zmartwień. Trochę im zazdroszczę. - powiedziała zamyślona Hime.
- Ja nie. - Sayon pokręcił przecząco głową. - Dla mnie tutaj jest za spokojnie i za cicho. Nie zniósłbym życia poza pokładem Błękitnego Lewiatana.
- Ja chyba też - rzekł Ballad.
- Widzicie to? - Star raptownie zatrzymała się. Spojrzeli przed siebie i zamarli. - Coś... Tam coś się stało. Coś złego. - wyszeptała czarodziejka i puściła się biegiem w stronę znaleziska. Pobiegli za nią i po chwili znaleźli się w ruinach małego miasteczka.
- Wszystko zniszczone - rzekła Sayon, a Star krzyknęła na całe gardło:
- Jest tu kto? Odezwijcie się! - jej głos zaczął drżeć. - Błagam!... Proszę!
Zniszczoną wioskę wypełniała przejmująca cisza.
- Mogą się nie odzywać, bo są nieprzytomni. - wyszeptała Hime. - Musimy ich poszukać! - wybiegła pomiędzy zniszczone domy.
- Hime! - krzyknął za nią Sayon. - Tu może być niebezpiecznie! - nie zwracała uwagi na niego słowa.
- Poszukam z nią. - Star podbiegła do Hime.
Sayon westchnął i zerknął na Ballada.
- Wszystko w porządku?
- Ta wyspa... Ona... - głos chłopaka był cichy i słaby.
- Nie kończ. Rozumiem o co ci chodzi. - przerwał mu, a Ballad spojrzał na niego z nieukrywaną ulgą. - Pomóżmy im szukać.
- Dobrze - razem podbiegli do Hime i Star, które gorączkowo rozglądały się dookoła.
- Dziwne - rzekł Sayon, a Hime spojrzała na niego pytająco. - Spójrzcie na te ruiny. Każdy z domów wygląda tak jakby trafiła w niego potężna siła, która jednak nie powaliła całego domostwa. Uderzyła w jedną ze ścian i przetoczyła się przez cały dom i zburzyła ścianę naprzeciw.
- Rzeczywiście - przyznała Star. - Coś zniszczyło przednią ścianę, dach, oraz tylną ścianę. Dwie pozostałe ściany wciąć stoją nienaruszone... A raczej, prawie nienaruszone.
- Spójrzcie pod stopy - polecił im Sayon. Cała trójka równo spuściła głowy i zobaczyła dziwne, podłużne wgłębienia w ziemi.
- Ślady... - wyszeptała czarodziejka i jej ciało przeszył dreszcz.
"Niemożliwe" - pomyślała przerażona.
Hime tymczasem powróciła do przeszukiwania ruin. Nagle pod stertą gruzu dostrzegła ludzką rękę.
- Tu ktoś jest! - krzyknęła do swoich towarzyszy i pochwyciła deskę przygniatającą człowieka i odrzuciła ją do tyłu. Wtedy znieruchomiała. Ręka była oderwana od reszty ciała. Wpatrywała się w nią z przerażeniem, a w jej oczach gromadziły się łzy.
- Nie patrz na to! - Ballad raptownie odciągnął ją do tyłu.
- Ręka... Sama ręka... - wyszeptała przerażona. - Co... Co się tutaj stało? Powiedzcie!
- Sam chciałbym to wiedzieć, Hime. - rzekł Sayon.
- Ta ręka... - Star uważnie przyjrzała się oderwanej części ciała. - Nie została odcięta, ani też oderwana poprzez spadający strop...
- Co sugerujesz? - zapytał kapitan.
Nie odpowiedziała. Podniosła wzrok do góry i rozejrzała się uważnie.
- Tam - powiedziała nagle i wskazała na ścianę lasu otaczającego wioskę. Drzewa w tamtym miejscu były połamane i zniszczone. Tworzyły coś w rodzaju tunelu prowadzącego na plażę.
- Co się stało z tamtymi drzewami? - spytała szeptem Hime.
- Tędy właśnie wszedł i wyszedł. - rzekła posępnie czarodziejka, a cała trójka spojrzała na nią ze zdziwieniem. - Jeszcze się nie zorientowaliście? Tu był ON. Tu był lewiatan. To on zniszczył budynki i pożarł wszystkich mieszkańców Indygo. Jest tak samo bezlitosny jak wtedy, gdy zabił moich przyjaciół... - zacisnęła dłonie w pięści. - Teraz chyba mi wierzycie, prawa? To, co się tutaj stało nie jest złudzeniem. To przerażająca prawda.
- Oczywiście, że ci wierzymy. - zapewnił ją Sayon. - Ta wyspa tylko utwierdziła nas w słuszności naszej misji.
Spojrzała na kapitana z wdzięcznością i zmusiła się do uśmiechu.
- Wracajmy na statek. - poprosiła i bez słowa ruszyli w drogę powrotną. Nagle czarodziejka zatrzymała się.
- Stało się coś? - zapytał ją Ballad.
- Nie - odparła i podeszła do małego ogródka, którego płowa została zgnieciona przez lewiatana. Star zaczęła zrywać małe roślinki, które przetrwały atak węża morskiego.
- To ruo - powiedziała cicho. - Lepiej wezmę je z sobą. Nigdy niewiadomo, co może nas spotkać.
***
- Jak się czuje Hime? - zapytał Ballad Star, kiedy przyszła odwiedzić go w jadalni i przeczytać parę jego wierszy.
- Odzyskuje humor - odpowiedziała. - Te ruiny musiały okropnie ja przerazić.
- Nie dziw się. Pierwszy raz zobaczyła coś takiego na własne oczy.
- To ja przeraziło... A co z tobą?
- Nie czułem strachu. Czułem smutek. Ogromny smutek... Moja rodzinna wyspa została zaatakowana przez gang Czarnych Kości. Piraci spalili domy i zabili wszystkich mieszkańców. Miałem szczęście i przeżyłem tę rzeź. Świadomość tego jest dla mnie zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem... Bo chociaż ciągle żyję, nigdy nie wyrzucę z pamięci tamtych okropnych zdarzeń.
Czarodziejka wpatrywała się w Ballada w zadumie. W końcu rzekła:
- Ja też przeżyłam stratę najbliższych i swojego domu. Można powiedzieć, że jesteśmy do siebie w pewnym sensie podobni.
Na dźwięk tych słów Ballad uśmiechnął się i rzekł:
- Nie mam nic przeciwko.
Wiatr i deszcz
Trzy dni po zdarzeniach na wyspie północnych wód, Star zaproponowała, że przyspieszy kurs statku wiatrem wezwanym przez siebie. Sayon zgodził się na jej propozycję i co drugi dzień okręt przyspieszał dzięki magii czarodziejki. Dwa tygodnie po natknięciu się na Indygo, Hime grzała ramiona w słońcu i powtarzała prądy morskie na czystej mapie Dervy pożyczonej od Star.
- Co robisz? - podszedł do niej Sayon.
- Powtarzam prądy morskie. - odparła.
- Po co? - zapytał zdziwiony.
- Jak to "po co"? - spojrzała na niego wściekła. - Przecież to ty kazałeś mi się ich nauczyć!
- Naprawdę? - zamyślił się. - A, rzeczywiście! To było tak dawno, że już zapomniałem.
- Dawno? Dwa tygodnie temu!
- Cóż, nic nie poradzę na to, że tak wolno się uczysz. - zaśmiał się i zapytał: - Jak nazywa się prąd, który przepływa między Darshen a Genadią?
- Są dwa prądy przepływające między Darshen a Genadią. - odparła. - Ten bliżej Genadii, czyli na południu nazywa się Nava i jest prądem ciepłym, natomiast ten bliżej Darshen czyli bliżej północy jest prądem zimnym i nazywa się Hollow.
- Dobrze - powiedział z uznaniem. - A co z kierunkami świata? Je też już znasz?
- Ballad i Star parę dni uczyli mnie jak je rozpoznawać. - przyznała zakłopotana. - Ale już je umiem.
- W takim razie pokaż wschód - polecił jej, a Hime szybko wykonała jego rozkaz. - Dobrze. Teraz południe. - Hime bez zastanowienia wskazała ręką kolejny kierunek i szybko zaprezentowała Sayonowi północ i zachód.
- Widzę, że Star i Ballad przyłożyli się. Ciekawe, ile na tym nerwów stracili? - zapytał złośliwie. - No, ale nie ważne. Teraz pokaż mi pozostałe prądy na mapie i będę zadowolony.
- Niech będzie. - stwierdziła i już chciała pokazać Sayonowi kolejny prąd morski, gdy do jej uszu dobiegły stłumione krzyki.
- Słyszałeś? - zapytała.
- To z kajuty Star. - odparł. - Chyba się z kimś pokłóciła. Lepiej chodźmy sprawdzić o co poszło.
Szybko podeszli do kajuty czarodziejki i razem weszli do środka. W kajucie stali Star i Caoz. Obydwoje zamilkli na widok Hime i kapitana.
- Można wiedzieć, co się tutaj dzieje? - zapytał Sayon. - Wasze wrzaski słychać na całym statku.
- To wina Caoza. - rzuciła ciągle rozzłoszczona Sta. - Bo on jest... - urwała nagle. - Jest strasznie uparty.
- Uparty? - powtórzył Sayon. - Nie wmawiaj mi, że pokłóciliście się dlatego, że Caoz jest uparty.
- Ale o to właśnie poszło. - odparła. - W końcu znamy się tak długo, że mamy prawo pokłócić się o głupotę.
- Dokładnie - Caoz ruszył do drzwi i przed wyjściem z kajuty spojrzał przez ramię na Star i rzekł: - Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi i wspomożemy się w biedzie. Zawsze. - po tych słowach zostawił ich samych.
Star westchnęła i rzekła:
- Co za człowiek.
- O co tak naprawdę poszło? - zapytał Sayon.
- Przecież powiedziałam.
- Powiedziałaś bzdurę, a nie prawdę. Byłbym wdzięczny, gdybyś wyjawiła mi prawdziwy powód waszej kłótni. Nie chcę mieć żadnych awantur na statku.
- I nie będziesz mieć. - rzekła spokojnie. - A o co się pokłóciliśmy, to tylko i wyłącznie sprawa moja i Caoza.
- Skoro tak mówisz - wzruszył ramionami i wyszedł z kajuty. Hime bez zastanowienia zrobiła to samo i poszła do jadalni, gdzie Ballad usiłował zapisać swoje nowe wiersze.
- Moglibyście chociaż jeden dzień dać sobie spokój? - zapytał ją na wstępie.
- Ale o co chodzi?
- Dobrze wiesz o co. Wasze wrzaski słyszał cały statek. Hime, ja naprawdę ciebie lubię. Ale lubię też Sayona i nie mogę znieść faktu, że ciągle rwiecie z sobą koty.
- Ale... my przecież dziś się nie kłóciliśmy. - powiedziała, a twarz chłopaka rozpromieniła się.
- To dobrze. Ostatnimi czasy robicie to coraz rzadziej. Cieszy mnie to... Ale skoro to nie wy się kłóciliście, to kto?
- Star i Caoz.
- Oni? - zdziwił się. - O co?
- Nie mam pojęcia. Chciałam się tego dowiedzieć, razem z Sayonem, ale nie chcieli nam powiedzieć.
- W końcu każdy ma prawo mieć swoje tajemnice. - stwierdził i zapisał coś na kartce. - Niech to. Dziś nic mi nie wychodzi.
- Może jutro będzie lepiej. - pocieszyła go. - Muszę ci pogratulować. Sayon pytał mnie dziś kierunków świata i poradziłam sobie śpiewająco.
- Jestem z ciebie dumny. - zaśmiał się, a do jadalni wszedł Sayon.
- Tutaj jesteś. - powiedział na widok Hime. - Szukałem cię.
- Mnie? Stało się coś?
- Nie. Chciałem ci tylko to dać. - wręczył jej złożoną kartę. - To mapa, na której zapisane są wszystkie ważniejsze szlaki handlowe. Naucz się ich, a potem zgłoś się do mnie.
- Ale... Przecież nie pokazałam ci jeszcze wszystkich prądów.
- Pokażesz kiedy nauczysz się tego. - powiedział i podszedł do drzwi. - Powodzenia. - rzucił i wyszedł.
Hime rozłożyła mapę na stole, a Ballad bez słowa podał jej kartkę i pióro.
- Dzięki - rzekła i zaczęła przepisywać nazwy szlaków handlowych.
***
Od mapy oderwała się dopiero wieczorem, kiedy poszła do kuchni pomóc Saenowi. Kiedy kolacja była gotowa, kucharz powiedział:
- A, Hime! Talerz Star masz zanieść do kajuty.
- Dlaczego? - zadziwiła się.
- Sama mnie o to prosiła. Przyszła do mnie niedługo po kłótni i powiedziała, że bardzo zajęta i zje u siebie.
Hime niespecjalnie zdziwiły te słowa. Czarodziejka zdążyła ją przyzwyczaić do swoich dziwnych zachowań i zachcianek.
- Skoro o to prosiła - wzięła porcję czarodziejki i poszła do jej kajuty, w drzwi której zapukała stopą.
- Wejść - dobiegło do niej.
- Otwórz mi drzwi. Obie ręce mam zajęte. - powiedziała.
- Poczekaj. - rzekła Star, a drzwi otworzyły się. Hime sądziła, że Star wynurzy się z kajuty, pochwyci swoje jedzenie i zniknie w swojej samotni. Myliła się. Star siedziała pośrodku kajuty, otoczona różnymi fiolkami, miskami, woreczkami wykonanymi z płótna i innymi dziwnymi rzeczami.
Hime weszła do środka i zapytała:
- Jak ty otworzyłaś drzwi?
- Nie zapominaj, że jestem czarodziejką. - Star podkreśliła ostatnie słowo i zamieszała srebrną różdżką w fiolce z fioletowym płynem.
- Gdzie mam położyć jedzenie?
- Na biurku. Tylko uważaj jak idziesz. Te rzeczy są koszmarnie drogie.
- Nie martw się, nic nie zniszczę. - podeszła do biurka i położyła na nim talerz i kubek. Kątem oka dostrzegła, że mały kufer obok biurka był otwarty. - A więc te wszystkie rzeczy były schowane w tym kufrze. Zawsze mnie ciekawiło, co w nim chowasz.
- Teraz już wiesz. - Star spojrzała uważnie na kolor płynu w fiolce, po czym dokładnie ją zakorkowała i odłożyła na stojak, gdzie znajdowały się inne zakorkowane fiolki. Hime przykucnęła i przyjrzała im się.
- Co ty w ogóle robisz? - zapytała.
- Sporządzam wywar na trucizny z ruo. Czekałam dwa tygodnie, by tyle trzeba suszyć liście tej rośliny, by była gotowa do użycia w wywarze.
- Rozumiem, ale czemu wywar wlewasz do takich małych fiolek? Nie lepiej pożyczyć garnek od Saena?
- Może i lepiej. Na pewno wygodniej, w każdym razie. Ale potem musiałabym wlać wywar do jakiejś większej butelki, a musisz wiedzieć, że za duża ilość wypitego wywaru z ruo miast wyleczyć, zabije zatrutego. Te fiolki są idealne.
- Przecież mogłabyś przelewać wywar z kociołka do fiolek.
- Nie lubię się bawić w taki sposób. - stwierdziła i zakorkowała kolejną fiolkę, którą podała Hime. - Połóż ją na stojaku.
- Dobrze - wykonała jej rozkaz i dostrzegła, że połowa fiolek jest wypełniona fioletowym wywarem z ruo, a druga połowa jakimś zielonym płynem. - Star, a to o zielonym kolorze? Co to?
- To... lekarstwo na ból głowy. - odparła czarodziejka i wsypała do fiolki zapełnionej do połowy wodą szary proszek.
- Ja idę na kolację. - Hime wstała. - Chyba, że wolisz, żebym ci pomogła.
- Nie trzeba. Poradzę sobie, a ty pewnie jesteś głodna.
- Zgadza się. - zaśmiała się i ruszyła ku drzwiom. Kiedy je otworzyła, pierwsze, co zobaczyła, to czarne chmury powoli zbliżające się do statku. - Star, popatrz! - jęknęła przerażona, a czarodziejka podniosła wzrok i spojrzała na niebo.
- Sztorm się do nas zbliża. Co w tym strasznego?
- Jak dotąd uczestniczyłam w tylko jednym sztormie i nie wspominam tego za dobrze. - powiedziała, przypominając sobie swoją wyprawę ratunkową, którą zakończyła w szalupie dryfując samotnie po falach oceanu.
- Każdy pirat musi kilka razy przeżyć sztorm. To taki chrzest. - Star zaczęła chować fiolki i inne przyrządy do kufra, który zamknęła na klucz. - Lepiej będzie, jak wszystko tutaj przytwierdzę. Nie lubię bałaganu w swojej kajucie. - te słowa sprowadziły Hime na ziemię.
- Sayon! - krzyknęła. - Przecież Sayon i inni nic nie wiedzą, bo od kiedy wypłynęliśmy na wody północne bocianie gniazdo jest puste!
- W takim razie idź i powiedz im. - poradziła jej czarodziejka.
- Tak zrobię! - puściła się biegiem do jadalni, do której wpadła z okrzykiem: - Sztorm idzie! - o dziwo, jej słowa nie wywarły na nikim wrażenia.
- Wiemy to już od ponad godziny, Hime. - poinformował ją Sayon.
- I ty to mówisz z takim spokojem?
- Tak. Sztorm uderzy w nasz za jakieś cztery godziny, albo i później. Porusza się tak wolno, że mamy małą szansę na uniknięcie go.
- Co ja bym dała, żeby to się nam udało! - usiadła obok Ballada i zaczęła spóźnioną kolację. - A jeśli się to nam nie uda... Czy teraz będę mogła wam pomóc? - zapytała Sayona.
- Nawet nie będę próbował wybić ci tego z głowy. Jeszcze znowu nam gdzieś uciekniesz w łódce ratunkowej. Ciekawe, kto by cię wtedy uratował? - zaśmiał się razem z kilkoma piratami.
- To nie jest śmieszne. - mruknęła.
- Zależy dla kogo. - stwierdził, a Caoz wstał od stołu i rzekł:
- Idę zamienić Verta. Niech zje porządną kolację, nim to piekło rozszaleje się na całego. - po tych słowach wyszedł.
Hime nagle poczuła się głupio - nie dość, że nie potrzebnie panikowała, to jeszcze całkowicie zapomniała o Vercie, który z pewnością ostrzegł Sayona o wiele wcześniej od niej.
- Tych, którzy już zjedli, proszę o rozpoczęcie przywiązywania ładunku. - rzekł kapitan, a paru piratów wstało i wyszło z jadalni.
- Źle się czujesz? - zapytał ją Ballad.
- Nie. Czemu pytasz?
- Jesteś okropnie blada.
- Ma stracha i tyle. - wtrącił Sayon.
- Wcale nie! - zaprzeczyła.
- Wcale tak. - stwierdził ironicznie. - W końcu każdy pamięta, jak skończył się dla ciebie poprzedni sztorm. Nie martw się. Tym razem nie pozwolę Zeldowi wypaść, ani tobie wchodzić do szalupy... Chyba, że statek zacznie tonąć.
- Tonąć... - Nawet nie mów mi o takich rzeczach! - zadrżała na samą myśl o statku znikającym w oceanicznej głębi.
- Widzę, że jednak się boisz. - zaśmiał się i wstał od stołu. - Idę sprawdzić jak idą przygotowania. Do sztormu mamy jeszcze trochę czasu, więc radzę ci się przygotować, Hime. - po tych słowach wyszedł z jadalni.
- On wie, jak mi jeszcze bardziej popsuć humor. - jęknęła załamana.
***
Sztorm, choć posuwał się niezwykle wolno, to uderzył w statek z całą swoją mocą. Olbrzymią mocą.
Statek kołysał się tak intensywnie, że Hime zaczęła się zastanawiać, czy choroba morska przypadkiem do niej nie powróci. Szybko odrzuciła od siebie te myśli i razem z innymi piratami trzymała liny od masztu, które nie wytrzymały tak potężnego wiatru i pękły. Potem została oddelegowana od ładowni razem z Zeldem, Yanndo i Anmonem, gdzie miała pilnować, by przywiązane skrzynie z prowiantem zostały na swoich miejscach.
Tymczasem Star od ponad dwóch godzin spała w najlepsze i kolejny wstrząs statku zrzucił ją z łóżka.
- Niech to - mruknęła, kiedy przez okno zobaczyła szalejącą nawałnicę. Bez zastanowienia wyszła na zewnątrz i wpadła na Ballada.
- Jak ci mija sztorm? - zagadnęła go.
- Star, nie mam czasu na rozmowy. - chłopak przekrzykiwał wiatr, deszcz i fale. - Przykro mi.
- Nieważne. - zrobiła niewzruszona minę i rozejrzała się dookoła. W końcu dostrzegła Sayona, do którego podbiegła.
- Skończyć to? - zapytała go.
- O co ci chodzi? - zdziwił się.
- Nieważne. Skończę. - oświadczyła i wyciągnęła ręce do góry. Krzyknęła coś, a statek przestał się kołysać na boki. Fale uderzające w okręt znikły, a wiatr przestał chłostać twarz. Pokład objęła niezwykła cisza.
- Co ty zrobiłaś? - zapytał Sayon.
- Rozejrzyj się, to zobaczysz. - zaśmiała się. Chłopak obejrzał się i zobaczył sztorm szalejący dookoła, lecz omijający statek. - Rozciągnęłam wokół okrętu barierę, która oddzieliła go od sztormu. - wytłumaczyła Sayonowi. Mogę ją zdjąć, jeśli chcesz.
- Nie. Nie ściągaj. - powiedział z nieukrywaną ulgą.
- Po twojej minie wnioskuję, że też nie lubisz sztormów. - uśmiechnęła się, a żagiel wypełnił się wiatrem. - Wypłyńmy więc z niego.
Sayon uważnie przypatrywał się czarodziejce. Z każdym dniem robiła mu się coraz bliższa, ale ciągle nie potrafił jej zaufać. Czy kiedyś mu się to uda?
"Może kiedyś..." - pomyślał i rzekł:
- Dziękuję Star.
Atak
- Nie mam siły! - Star padła na kolana, a wiatr uderzający w żagle zmniejszył się trzykrotnie.
- Wszystko w porządku? - zapytała troskliwie Hime.
- Tak - czarodziejka podniosła głowę do góry i tęsknie spojrzała na błękitne niebo rozciągające się nad nimi. -Zaraz wrócę do pracy. Tylko trochę odpocznę. - próbowała wstać, ale ponownie padła na pokład.
- Nie przesadzaj, dobrze? - podszedł do niej Ballad i wyciągnął rękę w stronę czarodziejki. -Przyśpieszasz statek od rana. Powinnaś odpocząć dłużej niż trochę.
- Może i powinnam - przyznała i podała rękę Balladowi, który pomógł jej wstać. - Tyle, że ja chcę jak najprędzejdotrzeć na tamtą wyspę i mieć spokój.
- Od wypłynięcia z Dervy minął miesiąc i dwa tygodnie, a my przepłynęliśmy więcej niż połowę drogi tylko dziękitobie. Ten fakt powinien ostudzić twoje żarliwe działania. Przynajmniej na dzisiaj.
- Przekonałeś mnie. Odpocznę. Ale tylko dzisiaj. Jutro już nie dam się przekonać.
- Przecież wzywasz wiatr co drugi dzień - zauważyła Hime.
- Wzywałam wiatr co drugi dzień - poprawiła ją Star i ruszyła do swojej kajuty, w wnętrzu której po chwili znikła.
- Ależ ona jest uparta. - stwierdziła Hime.
- Odezwała się ta "nie uparta". - zaśmiał się Ballad, a Hime szybko do niego dołączyła.
- Ale tu wesoło - Sayon podszedł do nich, a Hime natychmiast się uspokoiła.
- Umiem już wszystkie szlaki handlowe! - zameldowała. - Sprawdź mnie!
- Kiedy indziej. - odparł. - Dziś nie mam ochoty na patrzenie w mapę.
- Coś nowego. - stwierdził Ballad. - Sayon, może jesteś chory? - młody kapitan rzucił mu zgorszone spojrzenie, cojego przyjaciel skomentował uśmiechem.
- Ale ja tak bardzo chciałam, żebyś mnie sprawdził! - jęknęła zawiedziona Hime.
- Skoro tak bardzo chcesz, to poczekasz do jutra. - stwierdził, a Hime zacisnęła usta, chcąc ukryć swoje rozczarowanie. Tak okropnie pragnęła, by Sayon wreszcie dostrzegł, że potrafi robić coś więcej poza gotowaniem!
- Sayon! - ciszę przerwał okrzyk Caoza.
- Stało się coś? - zapytał chłopak i podszedł do steru.
- O ile mnie wzrok nie myli, widzę na zachodzie wyspę.
- Wyspa? - powtórzyła Hime i zaczęła się wspinać na bocianie gniazdo, które od czasu wypłynięcia poza Dervę było
opuszczone. Gdy znalazła się na górze, spojrzała na zachód. - Jest! Jest wyspa! Widzę ją! - krzyknęła do Ballada
i Sayona, po czym zeszła na dół i podbiegła do przyjaciół. - Co robimy? - zapytała zaaferowana.
- A co mamy robić? - Sayon odpowiedział jej pytaniem.
- Chodzi mi o to, czy płyniemy ją zwiedzić, czy nie?
- To chyba nie jest najlepszy pomysł, Hime. - oświadczył ku jej rozpaczy.
- Czemu tak mówisz?
- Zapomniałaś już co było na Indygo? Byliśmy o krok od spotkania lewiatana. Kto wie, jakie niebezpieczeństwa
przyniesie ta wyspa!
- Sayon, jeśli odwiedzimy tej wyspy, to będziemy tego żałować do końca życia, pytając siebie, co mogliśmy tam
zobaczyć! - nie ustępowała.
- Ty będziesz żałować, nie ja. - stwierdził.
- Ale dlaczego nie chcesz jej zwiedzić? Przecież ta wyspa jest taka jak Narsay - mała i bezpieczna!
- Z tego co pamiętam, Narsay taka znowu bezpieczna nie była.
-To... zabierzemy broń!
Nie zdążył jej odpowiedzieć, do dobiegł do nich śmiech Caoza.
- Sayon, radzę ci się poddać. - powiedział powstrzymując śmiech. - Wygląda mi na to, że Hime nie zamierza tego
zrobić. Poza tym, dziewczynom takim jak ona się nie odmawia.
- Doprawdy? - zaciekawił się kapitan. - A jaką dziewczyną jest Hime? Niezwykle upartą?
- Sayon, dołączam do się do Hime. - powiedział nagle Ballad. - Przyjaciołom tym bardziej się nie odmawia.
Sayon spojrzał na Ballada nieco zmęczony i rzekł:
- Wygraliście. Caoz, skieruj statek na wyspę na zachodzie.
***
Kiedy łódka wylądowała na brzegu wyspy, Hime wyskoczyła z niej z okrzykiem:
- Jak dobrze znowu poczuć stały grunt pod nogami! Człowiek z czasem zaczyna za nim tęsknić!
- Kto tęskni, ten tęskni. - Sayon wyciągnął razem Balladem łódkę na brzeg i wyjął z niej szablę.
- Chyba przesadziłeś z tą bronią. - stwierdził Ballad.
- Nigdy nie wiadomo, co może się tu kryć. - usłyszał w odpowiedzi.
- Chodźcie, pospacerujmy! - zawołała do nich Hime i ruszyła w zielony głąb wyspy. Bez słowa pośpieszyli za
nią. Z czasem złe przeczucia opuściły Sayona i razem z dwójką przyjaciół rozkoszował się spacerem po stałym
lądzie. Nagle z zieleni wynurzyło się błękitne oczko wodne.
- Jezioro! Jakie piękne! - wykrzyknęła zachwycona Hime i podbiegła do niego, zatrzymując się nad jego brzegiem.
- Hime, to tylko jezioro, czym ty się tak zachwycasz? - zapytał złośliwie Sayon.
Oczekiwał, że dziewczyna zacznie wykrzykiwać, że jest beznadziejny, i że na niczym się nie zna,
lecz o dziwo tak się nie stało. Hime spojrzała na niego z uśmiechem i rzekła:
- Sama nie wiem. - jej słowa on i Ballad skomentowali uśmiechem.
Chcieli podejść do niej, gdy usłyszeli dziwny szmer. Uśmiech zniknął z twarzy Hime.
Zrobiła kilka kroków w stronę przyjaciół, gdy Sayon złapał za broń i szepnął:
- Zostań tam, Hime. - wtedy szelest powtórzył się.
- Dobiega z zupełnie innego miejsca, niż poprzednio. - zauważył Ballad.
- Co to jest? - zapytała ich szeptem.
- Pewnie jakieś zwierzę. A raczej zwierzęta. - rzekł Sayon, a szelest rozległ się znowu tuż za ich plecami.
Odwrócili się, lecz nic nie dostrzegli. - Lepiej będzie, jeśli powoli zaczniemy iść w kierunku statku.
Jeśli mamy szczęście, nie wyczuły naszej obecności.
- Masz rację. - przyznał Ballad. - Hime, chodź do nas. - spojrzał w stronę dziewczyny,
a na jego twarzy pojawiło się przerażenie wymieszane ze zdziwieniem. - Za tobą! - na dźwięk
tych słów odwróciła się i stanęła oko w oko z jakimś dziwnym człowiekiem. Był przyodziany
w łachmany, miał długie, skołtunione włosy, a w jego szaro-błękitnych oczach czaiło się
szaleństwo. Dostrzegła, że w ręce ściska sztylet o dziwnym, zielonym odcieniu.
- Obcy - rzekł zachrypłym głosem. - Na mej wyspie.
Hime nie wiedziała co powiedzieć.
Przerażona wpatrywała się w oczy dzikiego człeka, które zaczęły ciemnieć. Jej strach rósł z każdą chwilą - oczy nieznajomego nie były już niebieskie, tylko czarno-brązowe.
- Nie - jęknęła i zacisnęła powieki, by nie patrzeć się w zmienione oczy człeka. - Zostaw. Zostaw mnie!
- wtedy mężczyzna zadrżał i wbił sztylet w jej brzuch. Z ust Hime wyrwał się krzyk, a Sayon, bez zastanowienia
ruszył w ich stronę i gdy znalazł się obok, wziął zamach i ostrze jego szabli
rozpłatało szyję człowieka, który zachwiał się i runął plecami do jeziora.
- Hime! - Ballad podbiegł do rannej, która stała skulona i wpatrywała się w ranę zadaną przez obcego.
- Boli - wyszeptała i padła na ziemię.
- Bierz ja na ręce! - rozkazał Sayon. - Uciekamy stąd! Może być ich więcej! - ruszył przodem,
by w razie ataku tubylców ściągnąć ich uwagę na siebie i tym samym odciągnąć od Ballada i rannej Hime.
Jednak nikt ich nie zatrzymał i kiedy znaleźli się na plaży, Ballad położył Hime na łódce i
razem z Sayonem zaczął wiosłować w stronę statku.
- Miałeś rację. Cały czas miałeś rację! Dlaczego nie wysłuchaliśmy twoich słów? - wyrzucał sobie Ballad.
- Uspokój się. - polecił mu twardym głosem kapitan. - Nie czas na szukanie winnych.
Teraz najważniejsze jest życie Hime. - spojrzał ukradkiem na nieprzytomną i zawrzało w nim.
Jeśli ktoś tu był winny, to właśnie on. Dlaczego jest takim nieudolnym kapitanem?
Gdyby jego ojciec żył, nigdy, ale to nigdy by do tego nie dopuścił.
Gdy znaleźli przy drabince prowadzącej
na statek, Ballad delikatnie złapał Hime w pasie i zaczął z nią wchodzić do góry.
Kiedy znaleźli się na pokładzie, podszedł do nich Vert i za pytał:
- Co się stało Hime?
- Ktoś ją zaatakował. - wyjąkał w odpowiedzi.
- Nie ma czasu na rozmowy! - wykrzyknął Sayon, który wszedł na pokład. - Ona może się wykrwawić na śmierć! -
na dźwięk tych słów, Ballad przekazał nieprzytomną Hime Vertowi, a sam ruszył biegiem do kajuty Star,
którą zaczął budzić nerwowym potrząsaniem ramienia.
- Wstawaj! Wstawaj, Star! - krzyknął, a czarodziejka otworzył oczy i spojrzała na niego zdziwiona.
- Ballad? Co ty tu robisz?
- Hime zranił jakiś mężczyzna z wyspy.
- Wyspy? - powtórzyła, a senność natychmiast ją opuściła. - Jakiej znowu wyspy?
- Nie mam pojęcia jakiej. Chcieliśmy ją zwiedzić i....
- Co za bezmyślność! - przerwała mu, wyskakując z łóżka. Wybiegła na zewnątrz, spojrzała na wyspę,
po czym ruszyła w stronę piratów, otaczających Verta i Hime. - Głupcy! - krzyknęła. - Jak mogliście płynąć
na wyspę, nie sprawdzając jej położenia na mapie!
- A co by to dało? - zapytał Disu, a Star podeszła do Verta i obejrzała ranę Hime.
- Zanieś ją do mojej kajuty. - poleciła, a pirat natychmiast wykonał jej polecenie. -
Gdybyście chociaż raz zerknęli na moją mapę, to zobaczylibyście, że ta właśnie wyspa jest
zamalowana na czerwono i podpisana: "Niebezpieczeństwo"! Wiele lat temu
istniejący jeszcze gang Czarnych Kości zostawił na niej swojego najbrutalniejszego
członka, który popadł w szaleństwo i zaczął mordować swoich towarzyszy.
Od tego czasu zabija wszystkich, którzy przybywają na jego wyspę. Wielu utalentowanych
czarodziei zginęło z jego ręki! - ruszyła do swej kajuty i krzyknęła przez ramię. -
Przynieście mi bandaże i miskę słodkiej wody! - weszła do środka razem z Balladem.
- Potrafisz ją wyleczyć? - zapytał rozgorączkowany.
- Spokojnie. Uratuję ją...Lecz musisz wiedzieć, że sztylet tamtego mężczyzny był zatruty. - powiedziała spokojnie.
- Zatruty? - powtórzył przerażony.
- Tak. Rana zaczyna być czarna. Najwyraźniej natarł ostrze swojej broni jedną z tamtejszych roślin.
Ale nie martw się. Hime będzie zdrowa. Uratuję ją dla ciebie.
Nie zdążył odpowiedzieć, bo do
kajuty wszedł Sayon z miską wody i bandażem, które położył na biurku czarodziejki.
- Dziękuję. Teraz zostawcie mnie samą.
- Ale... - zaczął Ballad.
- Będziecie mnie rozpraszać, a wtedy coś może mi nie wyjść.
- Chodź. - Sayon złapał przyjaciela za ramię i ruszyli w kierunku wyjścia.
- Nie wchodźcie też w trakcie zabiegu, zrozumiano? - krzyknęła za nimi.
- Tak - przytaknął kapitan i wyszedł z kajuty za Balladem.
***
Sayon siedział w jadalni,
obarczony ogromem czarnych i przygnębiających myśli.
- Dlaczego siedzisz tutaj sam? - do jadalni wszedł Caoz.
- Chciałem przemyśleć parę spraw. - odparł.
- Mam wyjść?
- Nie, zostań.
Caoz usiadł naprzeciw chłopaka, który zapytał:
- Jakieś wieści?
- Jak na razie żadnych. Wszyscy siedzą na pokładzie i czekają. Kto by pomyślał, że będziemy się
tak bardzo przejmować piratką, która pływa z nami niecały rok.
- A jednak.
- Hime dużo wniosła na nasz statek. Gdyby jej nie było, wiele spraw wyglądałoby teraz zupełnie inaczej.
- Tak. Caoz... Na tamtej wyspie ja.... - urwał.
- Zabiłeś człowieka. - dokończył za niego Caoz. - Ballad mi powiedział. Domyślam się, że ten czyn cię przeraża.
- Więcej niż przeraża. Zabiłem już kogoś, wtedy na Leah. To nie był człowiek,
ale uczucie towarzyszące temu czynowi było więcej niż straszne. Teraz znowu je odczuwam.
Tym razem jest jeszcze gorsze, bo zabiłem prawdziwego człowieka, a nie piaskową zjawę.
- Sayon, nie miałeś wyboru.
- Wiem! I gdyby czas się cofnął, nie zawahałbym się i zrobiłbym to po raz drugi,
nieważne, czy tamten człowiek zraniłby Hime, Ballada, ciebie, czy jakiegokolwiek innego pirata z Lewiatana.
Jestem kapitanem i muszę was bronić.
Caoz wpatrywał się uważnie w Sayona i rzekł:
- Przypomniały mi się twoje słowa, które wypowiedziałeś po pogrzebie... "Może kiedy płaszcz taty
będzie na mnie idealny, będę tak dobrym kapitanem jak on?". Słysząc ciebie teraz jestem więcej
niż pewien, że twoje oczekiwania spełniły się. Dla mnie jesteś lepszym kapitanem do Megallada. -
na dźwięk tych słów, Sayon spojrzał na niego z niedowierzaniem. Po chwili ciszy, Caoz rzekł z uśmiechem: -
Chodźmy na pokład. Może już wiadomo, co z Hime.
***
Star odetchnęła z ulgą i przykryła kocem nieprzytomną
Hime. Zaczęła sprzątać kajutę, bo podczas akcji ratunkowej zrobiła wokół siebie okropny bałagan.
Gdy skończyła, wyszła na zewnątrz, zaczerpnąć świeżego powietrza. Wtedy poczuła na sobie wyczekujące spojrzenia
wszystkich piratów. Coś w jej wnętrzu zadrżało.
- Spokojnie. - zmusiła się do uśmiechu. - Nic jej nie będzie. Teraz musi odpocząć. - naraz wszelkie zasmucone twarze
przepełniła ulga.
- Mogę do niej iść? - usłyszała pytanie Ballada.
- Nie. Hime musi spać. Straciła dużo krwi, a wszystkie leki, które w nią wlałam jeszcze bardziej ją osłabiły.
Będziemy musieli poczekać jakiś dzień lub dwa zanim się obudzi. - jej głos załamał się. - To ja... pójdę odpocząć na
bocianie gniazdo. - podbiegła do drabinki i zaczęła wspinać się do góry.
Ballad odetchnął z ulgą. Hime była bezpieczna.
Wolał nie wiedzieć, co by się stało, gdyby umarła. To dzięki niej wspomnienia przeszłości już tak bardzo nie
bolały. Dzięki niej.
"Muszę podziękować Star." - pomyślał i szybko wspiął się na bocianie gniazdo. Jego zdziwienie było okropne,
gdy na będąc na górze zobaczył czarodziejkę skuloną na dnie gniazda, z twarzą ukrytą w dłoniach.
- Star? - zapytał niepewnie.
- Idź! - krzyknęła drżącym głosem, nie odrywając rąk od twarzy.
- Ty płaczesz?
- Nie twoja sprawa! - odsłoniła twarz, która była mokra od łez.
- Co się stało? - zapytał i usiadł naprzeciw.
- Nic.
- Skoro płaczesz, to musiało się coś stać. Powiedz mi co.
- Bo... wy wszyscy... - urwała, tak jakby szukała odpowiednich słów dla opisania swoich emocji. -
Tak jawnie się nią przejmujecie! Tak bardzo się o nią martwiliście, że w pewnym momencie poczułam...
poczułam.... poczułam, że chcę ją zabić! - po tych słowach zapłakała jeszcze bardziej.
- Star... - urwał raptownie. Sam nie wiedział, co ma powiedzieć.
- Tak bardzo wam na niej zależy! Nikomu tak bardzo nie zależało na mojej osobie. Nigdy. Nikt się o mnie
nie martwił, nikt się nawet nie niepokoił. Mimo, że zawsze otaczali mnie ludzie,
to tak naprawdę byłam tylko ja. Ciągle sama.
Ballad przypatrywał się czarodziejce ze smutkiem.
Zawsze była taka twarda i beztroska jednocześnie. Jednak pod fasadą kryła niezwykłą wrażliwość.
- Star, jestem pewien, że wielu osobom zależało na tobie. Przecież sama mówiłaś, że piraci z twojego gangu
woleli, byś ty przeżyła, a nie ktoś z nich. Jestem też pewien, że byłaś bardzo ważna dla Megallada.
Teraz ja, Hime, Caoz i Vert czujemy to samo.
Wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.
Nagle zerwała się i rzuciła się na szyję Ballada.
- Dziękuję. - wyszeptała. - Dziękuję, że jesteś.
***
Hime otworzyła oczy i zobaczyła Ballada
siedzącego przy łóżku i wpatrującego się w nią z wyczekiwaniem.
- Hime! - wykrzyknął, a jego twarz rozjaśniła się.
- Dzień dobry, Ballad. - przywitała się. - Dobrze znowu cię widzieć.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że się obudziłaś! Dwa dni na to czekamy. Nawet Sayon. - wskazał ruchem głowy
za siebie. Dopiero wtedy dostrzegła, że w kajucie oprócz niej i Ballada znajdował się też Sayon,
który siedział na skrzyniach przy oknie i wpatrywał się w ocean.
- Czekałeś na moje przebudzenie, Sayon? - zapytała. - Powiedz jeszcze, że martwiłeś się o mnie!
- Cóż.... - zwrócił twarz ku niej. - Bardziej martwiłem się o samego siebie. W końcu obiecałem twojemu tacie,
że będę się tobą opiekował i nie chciałem złamać danego słowa.
Hime uśmiechnęła się szeroko i powiedziała:
- Nie podejrzewałam, że jesteś egoistą.
- Teraz już wiesz.
- Hime, dopiero co się obudziłaś. Już musisz dogadywać Sayonowi?
- Cóż, nie robiła tego dwa dni. Pewnie stwierdziła, że musi nadrobić. - stwierdził Sayon,
a Hime naraz spoważniała.
- Ballad ma rację. Powinnam być dla ciebie milsza, Sayon. Postąpiłam głupio ciągnąc nas na tamtą wyspę
i za tą głupotę zapłaciłam, sprowadzając przy okazji zmartwienia na innych.
- Cóż... Gdybym powiedział, że twój obecny stan nikogo nie zmartwił, skłamałbym. Co do
twojego zachowania.... fakt, nie było najmądrzejsze. W końcu każdy wie, że kapitana trzeba słuchać. -
na dźwięk tych słów Hime uśmiechnęła się. - Wiesz co masz zrobić, by zapłacić za swoje błędy?
- Mam nadzieję, że to nie jest nic trudnego.....
- To już zależy od ciebie. Jeśli chcesz naprawić to co zrobiłaś, musisz.... wyzdrowieć.
Ofiara
Hime błądziła ciemnymi uliczkami w poszukiwaniu taty. Dlaczego się oddaliła? Czemu go nie posłuchała?
- Hime - nagle na jej drodze stanęła piękna i dostojna kobieta.
- Skąd... skąd pani wie, jak się nazywam? - zapytała, a jej przerażenie stało się jeszcze większe.
Usta zaczęły jej drżeć, a z oczu popłynęły łzy. A tak bardzo chciała postąpić dorośle i nie płakać!
- Co się stało kochanie? Dlaczego płaczesz? - usłyszała pytanie zadane przez kobietę.
- Zgubiłam się i nie wiem, gdzie jest mój tata. - zaszlochała w odpowiedzi.
Nieznajoma przykucnęła przy niej i zaczęła ocierać twarz Hime białą lnianą chusteczką o zapachu lawendy.
- Nie płacz, dziecinko. Wszystko będzie dobrze. - jej głos był ciepły i dodał Hime sił do powstrzymania łez.
- Hime! Hime! - usłyszała krzyk swojego ojca.
- Tato! Tu jestem! Tu! - krzyknęła, a kobieta z delikatnym uśmiechem na ustach rzekła:
- Widzisz? Mówiłam, że wszystko będzie dobrze.
- Dziękuję pani! - dygnęła i dostrzegła w świetle księżyca, że jedno kobiety jest okropnie czarne,
drugie natomiast jest jasno brązowe.
"Jakie dziwne oczy" - pomyślała.
- Hime! - usłyszała kolejny ojcowski okrzyk.
- Tato! - wykrzyknęła na widok swojego rodziciela wynurzającego się z mroku nocy i puściła się pędem w
jego kierunku, by po chwili wylądować w jego ramionach. - Przepraszam! Przepraszam tato! -
jęknęła i rozpłakała się ponownie. - Już zawsze będę cię słuchać! Już nigdy nie oddalę się bez twojego
pozwolenia! Obiecuję!
- Już dobrze. - pogłaskał ją po głowie. - Nie płacz.
- Tato, musisz podziękować tamtej pani. Ona mi pomogła. - powiedziała, kiedy się uspokoiła.
- Pani? Jakiej pani? - zdziwił się.
- Tej tam. - wskazała miejsce, gdzie
jeszcze przed chwilą znajdowała się tajemnicza kobieta. Teraz nie było tam nikogo.
***
Hime otworzyła oczy i zobaczyła sufit kajuty Star.
- Przepraszam, obudziłam cię? - dobiegło do niej pytanie, które zadała czarodziejka
stojąca przy łóżku z tacą w rękach.
- Nie - zaprzeczyła i podniosła się na łokciach. - To dla mnie?
- Owszem. - położyła tacę na kolanach Hime. - Smacznego.
- Dziękuję. A ty nie jesz?
- Zjem później. Stwierdziłam, że nikt nie lubi jeść w samotności i postanowiłam ci towarzyszyć.
- Dziękuję. - uśmiechnęła się do niej wdzięcznie. - Wiesz... miałam bardzo dziwny sen... - głos Hime naraz
spoważniał. - Śniło mi się zdarzenie z dzieciństwa. Jak byłam pierwszy raz na Darshen zgubiłam
się i nie mogłam znaleźć taty. Miałam wtedy 5 lub 6 lat.... A jak ci się śpi w moim hamaku? -
szybko zmieniła temat.
- Przyzwyczaiłam się. Na początku jednak za bardzo się wierciłam i ciągle spadałam na ziemię.
Nawet sobie nie wyobrażasz jak wszyscy się śmiali!
- Faktycznie, nie wyobrażam sobie. - przyznała. - A jak tam w kuchni?
- Nie pomagam Saenowi. Kiedy przyszłam mu pomóc pierwszy raz, sprawiłam, że nóż sam szatkował
marchewkę. To go wściekło. Powiedział, że nie życzy sobie w swojej
kuchni żadnej magii. Według niego do gotowania trzeba włożyć serce, a nie magiczne sztuczki.
Zaczęłam mu tłumaczyć, że nie inaczej nie potrafię mu pomóc, a on wtedy stwierdził,
że poradzi sobie sam, bez mojej pomocy.
- Biedny Saen, został sam! Będę musiała jak najszybciej wyzdrowieć, żeby skrócić jego samotność.
- Nie wyrywaj się zanadto, dobrze? Twoja rana nie jest jeszcze do końca zrośnięta.
- A ile będzie się zrastać?
- Hym.... Tydzień?
- Tydzień? To za długo!
- Przykro mi, ale będziesz musiała wytrzymać. - Star wzięła od Hime tacę i ruszyła ku drzwiom. -
idę coś zjeść. Jak skończę, to wrócę. Co powiesz na grę w szachy?
- Innym razem. Jak się najesz, przyjdź do mnie razem z Balladem i Sayonem.
- Niech będzie. - odparła i wyszła.
Hime położyła się ponownie i
spojrzała w sufit. W jej głowie kołatało się wiele pytań. Dlaczego wcześniej tego nie dostrzegła? Dlaczego?
- To okropne. - wyszeptała przerażona swoim odkryciem.
Przez paręnaście kolejnych długich minut
rozpamiętywała wydarzenia z przeszłości, zastanawiając się, jak mogła być tak okropnie nieuważna.
- Wróciłam! - nagle do kajuty weszła Star, a za nią Ballad i Sayon.
- Podobno chcesz nas widzieć. Stało się coś? - zapytał troskliwie Ballad.
- Podejrzewam, że tak. - odparła i usiadła na łóżku. - Usiądźcie. To, co chcę powiedzieć, trochę potrwa.
- Proszę bardzo. - Star zasiadła na brzegu łóżka. Ballad usiadł przy biurku, a Sayon zajął miejsce na skrzyniach
pod oknem.
- Zaczynaj Hime. - poprosił ją.
- Szczerze mówiąc, to sama nie wiem, w jaki sposób mam to powiedzieć. To takie dziwne.... - jej głos był
niepewny i cichy. - No, ale skoro was już tu zwołałam, muszę to powiedzieć.
No więc, ktoś... nie wiem dokładnie kto, prześladuje mnie. Wiem, to brzmi niedorzecznie. Ale to prawda.
Niczego sobie nie wymyśliłam... Wszystko zaczęło się, gdy byłam małą dziewczynką i zgubiłam się na Darshen.
Pomogła mi wtedy kobieta o dziwnych oczach, która znikła tak nagle, jak się pojawiła.
Potem od czasu do czasu spotykałam ludzi o takich samych oczach jak ona. Nie zwracałam na to uwagi,
bo zdarzało się to niezwykle rzadko. Gdy przyłączyłam się do Błękitnego Lewiatana zaczęły mnie
prześladować dziwne sny i coraz częściej spotykałam osoby o tych dziwnych oczach.
Takie oczy miał staruszek w Genadii, który dał mi mój wisiorek-odnajdywacz lub dziewczyna,
która wręczyła mi kamień teleportacji. Te oczy napotkałam też w swoim odbiciu na wyspie Ganov.
Ono zaczęło mi wmawiać, że jestem niepełna, że czegoś mi brakuje i właśnie tym czymś są te oczy.
Uwierzyłam w te słowa, ogłupiona magią lustra. Gdyby nie Ballad, pewnie umarłabym z głodu przed tamtym
zwierciadłem... Potem długo nic się nie działo. Nie spotykałam osób o dziwnych oczach,
nie śniłam o mgle, z której jakaś niewidoczna postać woła mnie po imieniu i mówi, że tęskni za mną.
I nagle wszystko wróciło. Zaczęłam mieć koszmary, w których uciekałam przed właścicielem tamtych oczu.
Potem po raz kolejny moje oczy zmieniły kolor w lustrzanym odbiciu. Tym razem jednak stało się to tutaj,
przed tym lustrem. - wskazała na zwierciadło wiszące nad biurkiem. - Zaczęłam się bać, ale pomyślałam,
że mój prześladowca właśnie tego chce i postanowiłam nie okazywać strachu. O tym postanowieniu
zapomniałam, gdy na Lenlii spotkałam chłopaka o tych oczach. Zaczął mnie ścigać... gdyby nie Sayon,
pewnie dopadłby mnie. Ale i to w końcu mu się udało. Oczy tamtego mężczyzny, który zranił mnie
tuż przed ciosem zmieniły się.
Jestem więcej niż pewna, że to on zmusił tego człowieka do dźgnięcia mnie. Ten mój koszmarny prześladowca. -
akończyła, a trójka słuchaczy wpatrywała się w nią w milczeniu. W końcu Sayon rzekł:
- Nie przesadzasz, Hime? Wielu ludzi na tym świecie ma podobne do siebie oczy. Mogłabyś się po prostu pomylić.
- Sayon, co ja bym dała, żeby to okazało się zwykłą pomyłką, ale to niemożliwe.
Chyba, że powiesz mi, że często spotykasz ludzi z jednym okiem czarnym, a drugim brązowym.
- Co? - wykrzyknęła Star, a jej twarz pobladła.
- Stało się coś? - zapytał ja Ballad.
- Nie... niemożliwe. - wyjąkała.
- Co jest niemożliwe? Star, mów! - krzyknęła na nią Hime.
- Te oczy... Hime, oczy twojego prześladowcy naprawdę są czarno-brązowe?
- Tak! Jeśli wiesz do kogo one należą, powiedz mi!
- Niedobrze. Niedobrze... Sądziłam, że to tylko legenda... - zamilkła na chwilę. Nagle wyrzuciła: -
Hime, jesteś "ofiarą" Tajemnego Szkarłatu.
- Ofiarą? - powtórzyła przerażona.
- Zaraz! Kto to jest Tajemny Szkarłat? - Sayon spojrzał wyczekująco na Star.
- To... najpotężniejszy czarodziej, jaki żył na Dervie. Było to tak dawno temu, że nikt nie wie,
czy był mężczyzną czy kobietą. Znane jest nam tylko jego imię czyli Szkarłat. Przydomek "Tajemny" wziął
się z powodu braku jakichkolwiek informacji o nim, poza jedną - kolorem jego oczu... Domyślacie się jakim.
Według legendy Szkarłat nigdy nie umarł. Jego ciało zachowało wieczną młodość dzięki temu,
że co 100 lat zjadał dusze własnych dzieci. Inna wersja legendy mówi, że pewnego dnia dusza
czarodzieja opuściła ciało i wyruszyła na poszukiwanie nowego.
Gdy Szkarłat znajdował odpowiednie dla siebie ciało, przejmował je do czasu,
gdy stawało się stare i niedołężne. Wtedy opuszczał je i proces zaczynał się od początku.
- Ofiara.... - powtórzyła przerażona Hime.
- Hime spokojnie. - rzekł Sayon i wstał. -Star, czy ty próbujesz nam wmówić, że ciało Hime chce przejąć
jakiś duch-legenda?
- Duch owszem, legenda nie. Prześladowca Hime miał czarno-brązowe oczy. Zupełnie takie same jak Szkarłat
z podań czarodziei. W ogóle, po wysłuchaniu słów Hime dużo rzeczy się z sobą zgadza -
Szkarłat z początku dbał o Hime, czekał na odpowiedni moment, w którym będzie mógł przejąć jej ciało.
Na początku w jej snach powtarzał, że tęskni za nią, ale tak naprawdę tęsknił za jej ciałem,
które chciał jak najszybciej przejąć. Potem sny zaczęły się zmieniać w koszmary,
bo Szkarłat chciał zawiadomić Hime, że wkrótce ją dopadnie. Pierwszą próbę przejęcia ciała
podjął, gdy patrzyła w lustro na Ganov. Gdy wtedy się nie udało, spróbował po raz kolejny i kolejny.
Te nieudane zamachy na ciebie zaczęły go wściekać. To dźgnięcie było wyrazem jego złości.
- Ale dlaczego ja? Czemu moje ciało?... Star, jakiś czas temu pewien duch zawładnął mną, ale potem opuścił
mnie. Czy to dlatego? - na dźwięk tego pytania, oczy Star zaokrągliły się ze zdziwienia.
- Czy ja dobrze rozumiem? Jakiś duch od tak sobie wstąpił w ciebie i po chwili wyszedł?
- No.... To nie była taka znowu chwila. Poza tym, na początku grzecznie zapytał, czy
może pożyczyć moje ciało.... Wyglądasz na zdziwioną.
- Bo jestem. Nie łatwo jest duchowi przejąć czyjeś ciało... Ale już wiem, dlaczego
Szkarłat wybrał właśnie ciebie. Jesteś podatna na wolę z zewnątrz. To nie dobrze.
Szkarłat ma dość czekania. W każdej chwili może się tu zjawić i przejąć twoje ciało.
A gdy to zrobi, twoje ciało stanie się marionetką w rękach tego szalonego czarodzieja, a twoja dusza umrze.
- To co możemy zrobić by do tego nie dopuścić? - zapytał Sayon.
- Wy nic nie możecie zrobić... Ale ja mogę. - stwierdziła, a jej głos zadrżał. -
Nigdy jeszcze tego nie robiłam, ale... zawsze musi być ten pierwszy raz, prawda?
- Co chcesz zrobić? -zaniepokoił się Ballad.
- Szkarłat obserwuje Hime z ukrycia. Jest niewidoczny dla ludzkich oczu,
więc może znajdować się teraz wszędzie. Nawet w tej kajucie. Sprawię, że moja dusza opuści ciało i znajdzie go.
- To brzmi niebezpiecznie. - wyszeptała Hime.
- Spokojnie. Tobie nic się nie stanie. - uspokoiła ją. -
Podczas tego obrządku ucierpieć mogą tylko dwie osoby - Szkarłat lub ja.
- Ty? - Ballad nie wyglądał na zachwyconego jej słowami.
- Moja dusza wyruszy na poszukiwania Szkarłatu i po odnalezieniu go, wyzwie na pojedynek.
Mogę więc stracić życie. Istnieje też możliwość, że moja dusza już nigdy nie znajdzie swojego ciała...
Ale wyjaśnię wam to za chwilę. Wyjdźcie teraz na pokład. Musimy się pozbyć się szkodnika. Im szybciej, tym lepiej.
- Ja też mam wyjść?
- zapytała zdziwiona Hime.
- Ty przede wszystkim. Do poszukiwania Szkarłatu muszę użyć "medium" czyli osoby lub rzeczy, z którą Szkarłat
jest emocjonalnie związany.
- Rozumiem. - skinęła głową i wstała z łóżka. Ballad natychmiast złapał ją za rękę i pomógł
wyjść na zewnątrz. W kajucie zostali Sayon i Star.
- Czy ten zabieg na pewno jest bezpieczny? - zapytał ją.
- A ty dalej mi nie ufasz. - zaśmiała się cicho i wyciągnęła z swej małej skrzyni słoik z dziwną,
zieloną mazią w środku.
- Gdybym nie miał do ciebie zaufania, nie pozwoliłbym ci na ten obrządek.
- Ale pozwoliłeś. Jesteś kapitanem. Nie chcesz pozwolić na to, by komuś z twojej załogi stała się krzywda, co?
- Tak. Ale ja nie tylko o Hime się martwię. - rzucił i wyszedł. Zdziwiona czarodziejka pośpieszyła za nim.
Na zewnątrz, Ballad i Hime spojrzeli na nią wyczekująco. Westchnęła.
Nie było czasu na łapianie się za słowa. Otworzyła słoik i zmoczyła palce w mazi,
po czym zaczęła rysować na pokładzie olbrzymie koło. Kiedy je zamknęła, zwróciła się do Hime:
- Przez cały proces będziesz musiała znajdować się w tym kole. Możesz stać, siedzieć lub leżeć. Ale koła
nie możesz opuszczać. Jeśli to zrobisz w trakcie procesu, zostanie on
przerwany, a moja dusza nigdy nie powróci do ciała.
- Rozumiem. - zapewniła.
- Właśnie, że nie rozumiesz. Łatwo jest obiecać, ale trudniej jest tej obietnicy dotrzymać.
Kiedy moja dusza opuści ciało, Szkarłat będzie cię błagać, być wyszła z koła.
On jest mistrzem w tego rodzaju manipulacjach, dlatego - zwróciła się do Ballada i Sayona.-
bądźcie blisko koła. Hime nie może wyjść poza nie, ale wy możecie w każdej chwili do niego wejść.
A, jeszcze jedno. Niech ktoś mnie trzyma, bo kiedy wszystko się zacznie stracę kontrolę nad
ciałem. A szczerze mówiąc, nie chcę się obudzić z obolałymi plecami lub złamanym nosem.
- Zostaw to mnie. - zaoferował się Ballad.
- Niech będzie. - skinęła głową i spojrzała na Hime. - Gotowa?
- Tak - przytaknęła niepewnym głosem i weszła do wnętrza koła, po czym usiadła na jego środku.
Star ustawiła się naprzeciw niej za zieloną linią. Ballad ustawił się za jej plecami.
Czarodziejka zamknęła oczy i zaczęła coś powtarzać szeptem. Powieki Hime powoli zaczęły opadać.
Kiedy zamknęła je całkowicie, koło z zielonej mazi pojaśniało. Ciało Star zachwiało się i
runęło do tyłu, prosto na Ballada, który złapał je i uważnie przyglądał się
czarodziejce i przyjaciółce. Nagle ciało Star zadygotało.
- Co to było? - spojrzał pytająco w stronę Sayona.
- A czy ja znam się na magii? - odparł w odpowiedzi, a Star ponownie zaczęła drżeć. -
Coś mi jednak mówi, że znalazła to, czego szukała.
- Czyli...pojedynek się zaczął.....
- Dokładnie. - przytaknął. Kątem oka dostrzegł, że Hime także zaczęła drżeć, po czym krzyknęła
tak, jakby coś zadało jej straszny ból. Kiedy ucichła, otworzyła oczy i zaczęła powtarzać:
- Nie. Nie. Nie. Nie. Nie.....
- Sayon, z nią jest coś nie tak. - stwierdził z niepokojem Ballad.
- Możesz mówić dokładniej?
- Ma dziwne oczy.... - urwał raptownie na widok podnoszącej się Hime.
- Nie. źle robi. źle. - powiedziała i ruszyła w stronę Star i Ballada. Sayon natychmiast podbiegł
do niej i złapał za nadgarstek.
- Przecież miałaś nie wychodzić poza koło! - upomniał ją.
- Mówi, że źle robimy. - oczy Hime utkwione były ziemi. - Zapewnia, że nie zrobi mi krzywdy.
- Kto tak mówi? - zapytał, ale dziewczyna nie odpowiedziała. - Szkarłat? Szkarłat ci tak mówi?
On cię okłamuje! Zapomniałaś, co ci zrobił wtedy na wyspie? -
na dźwięk tych słów podniosła głowę i spojrzała na niego.
Jej źrenica była nienaturalnie powiększona. Z trudem dostrzegał kolor jej tęczówki.
- Mówi, że ona jest zła, że to mój wróg.
- Kłamie.
- Mówi, że niesłusznie jej bronisz. -
rzekła i zrobiła kolejny krok do przodu. Sayon pociągnął ja za rękę do tyłu.
Wtedy zaczęła wyrywać swój nadgarstek z żelaznego uścisku ręki chłopaka. - Puść! Puszczaj!
- Nie mam najmniejszego zamiaru.
Ballad przyglądał się z niedowierzaniem szamoczącej się przyjaciółce. Czy to na pewno była Hime?
Przeniósł spojrzenia na wciąż drżącą Star i dostrzegł strużkę krwi wypływającą z kącika jej ust.
- Sayon! - krzyknął w stronę kapitana wciąż szarpiącego się z piratką. - Z Star dzieje się coś złego!
- Przykro mi, ale nie pomogę ci. Tutaj mam własny problem. -
wskazał głową na Hime, która obrzucała go coraz gorszymi wyzwiskami i nieustannie ciągnęła rękę do tyłu,
by uwolnić swój nadgarstek. W końcu cofnęła rękę tak mocno, że wyrwała się Sayonowi.
Ten jednak nie pozwolił jej na ucieczkę i ponownie złapał jej nadgarstek, tym razem o wiele mocniej. -
Jeśli cię to boli, to przepraszam, ale robię to dla twojego dobra.
- Nie wiesz, co jest dla mnie dobre! - wolną dłonią zaczęła drapać Sayona po ręce, jednak on nie zwalniał uścisku.
- Rzeczywiście, nie wiem.... Ale w tym przypadku mam rację.
- Nie masz! Mylisz się! Mylisz!
- No dobrze, mylę się. - westchnął. - Ale i tak cię nie puszczę. Nie ważne czy będziesz przeklinać,
drapać, gryźć czy też kopać.
- Nienawidzę cię!
- Trudno. Szkoda tylko, że tam chłodno mnie traktujesz. Tak się przecież staram, by uratować ciebie
i Star przy okazji.
- Ty nic nie wiesz! Nic! - krzyknęła, po czym zemdlała, padając prosto na Sayona.
- Drgawki ustały! - do Sayona dobiegł okrzyk Ballada. Dostrzegł, że koło powróciło do swojego pierwotnego,
zielonego koloru.
"Już po wszystkim." - pomyślał i westchnął z ulgą. Położył Hime na pokładzie. To samo jego przyjaciel zrobił ze
Star, która po chwili otworzyła oczy.
- Udało się. - wyszeptała i otarła wierzchem dłoni strumień krwi wypływający z ust. -
Pojedynek był trudny, ale miałam przewagę. Szkarłat był niezwykle osłabiony.
Podejrzewam, że ciągłe przejmowanie ludzkich ciał musiało doprowadzić go do takiego stanu.
- Cieszę się, że wygrałaś. - wyznał Ballad. - Okropnie wystraszyłaś mnie tą krwią.
- Przepraszam, ale to wina Tajemnego....
- Nie tłumacz się, to już nie ważne. Lepiej odpocznij.
- O tak. Odpoczynek mi się przyda. - powiedziała, uśmiechając się szeroko.
Nagle wybuchła głośnym śmiechem. - Ja wygrałam! Wciąż nie mogę w to uwierzyć! Wygrałam!
***
Kiedy otworzyła oczy usłyszała śmiech Star.
Po chwili dostrzegła Sayona siedzącego obok niej.
- Już po wszystkim? - zapytała go, a on skinął twierdząco głową.
Uśmiechnęła się z ulgą. Powoli podniosła się na łokciach. Nie wiedziała dlaczego, ale czuła
się dziwnie słaba. Zapomniała o swoim problemie, gdy dostrzegła, że prawa ręka Sayona od
nadgarstka do łokcia pokryta była zadrapaniami, z których sączyła się krew.
- Sayon! Co ci się stało? - zapytała zaniepokojona, a chłopak spojrzał na nią ze znudzeniem.
- Spójrz na paznokcie swojej lewej ręki i sama sobie odpowiedz. -
poradził jej.
Zaintrygowana, zerknęła na swoją
lewą dłoń i zobaczyła, że końcówki jej paznokci są czerwone od krwi.
- To... ja zrobiłam?
- Owszem, to ty zrobiłaś.
- Ale kiedy? Ja nic nie pamiętam!
- To nawet lepiej, bo zachowywałaś się jak dzikuska. Darłaś się, wyrywałaś i drapałaś.
Pierwszy raz widziałem cię taką wściekłą. Mam nadzieję, że to był pierwszy i ostatni raz, bo byłaś okropna.
- W takim razie, jeśli chcesz tego uniknąć, musisz być dla mnie miły.
- Być dla ciebie miłym lub widzieć cię wściekłą... już sam nie wiem, co jest gorsze.
***
- Gotowe - oświadczyła Hime, gdy skończyła bandażować prawą rękę Sayona.
- Dziękuję, ale te bandaże wcale nie są mi potrzebne. Przecież to tylko zadrapania.
- Sayon, nie wybrzydzaj. - poradziła mu Star.
- Właśnie - przytaknął jej Ballad. - Hime stara się zrekompensować ból, który ci zadała.
- Już nic nie mówię. - zaśmiał się. - Szkoda, że Xella nigdy nie opatrywała skaleczeń i guzów, które mi zadała.
- To wy się biliście? - Hime nie mogła uwierzyć własnym uszom.
- Co w tym dziwnego? Przecież jesteśmy rodzeństwem.
- No tak, tyle, że ja nie potrafię sobie wyobrazić jak wy się bijecie.
- Ale ja mogę - wtrącił Ballad. - Byłem świadkiem wielu potyczek Sayona i Xelli. Najczęściej powodem do
bójki był pech Xelli podczas wędkowania. Sayon zawsze wypominał jej, że nic nie złowiła, bo ciąży nad nią pech.
- To było tak dawno... - stwierdził z nostalgią kapitan.
- A co z wami? - Hime spojrzała wyczekująco na Sayona i Ballada. - Biliście się?
- Tylko czasami. - przyznał Ballad. - Pamiętam, jak kiedyś nie chciałem się bawić z Sayonem,
bo wolałem pisać. Wtedy schował wszystkie moje pióra i wiersze.
- Tak się laliśmy, że dopiero mojemu tacie udało się nas rozdzielić. - zaśmiał się Sayon.
- I za karę musieliśmy szorować pokład w najgorszy upał. - zakończył Ballad.
- Sayon, z tego co słyszę, to nie byłeś za miłym dzieckiem. Ciągle rozpoczynałeś jakieś bójki.
- To prawda. Byłem okropnym szczeniakiem.
- Mimo to fajnie byłoby mieć ciebie za brata. Albo ciebie, Ballad. Ja wychowałam się samotnie, bez brata i
siostry. Nigdy nie miałam kogoś w zbliżonym do siebie wieku by z nim porozmawiać, o biciu się nie wspominając.
- Patrząc na moje rany na rękach stwierdzam, że byłabyś w tym dobra. - zapewnił ją Sayon, a dziewczyna zaśmiała się.
- Star, masz może brata lub siostrę? - zapytała, ale nie usłyszała odpowiedzi. Star nigdzie nie było. -
Gdzie ona się podziała? - przecież przed chwilą siedziała z nami.
- Pewnie nudziła ją nasza rozmowa. - stwierdził Sayon. - Chociaż, na mój gust, to ona się denerwuje.
- Czym?
- Za jakieś 2 tygodnie dopłyniemy na wyspę lewiatana. Wizja pojedynku z nim niepokoi ją.
- Ale przecież Gaiden mówił, że poprzez zabicie kogoś zwiększa się moc czarodzieja,
prawda? A przecież Star przed godziną pokonała Szkarłat i przejęła jego moc. Jest o wiele silniejsza niż dotychczas.
- Owszem. - przyznał Sayon. - Ale czy to wystarczy, by stawić czoło tak silniej bestii jak lewiatan?
Zamilkła na chwilę, po czym wyszeptała:
- Nie wiem - a głęboko w sercu poczuła, że boi się dopłynięcia na tajemniczą wyspę morza północnego.
W kryjówce lewiatana
- W końcu.... - wyszeptała Star, gdy statek dopłynął do ich celu podróży - wyspy zamieszkałej przez lewiatana. Nie była ona za duża, jednak na pewno
zapadała w pamięć - prawie całą zajmował olbrzymi wulkan.
- Wulkan? - zapytał zdziwiony tym widokiem Sayon. - I tutaj ma mieszkać lewiatan?
- Cóż... to nie jest wulkan... Chociaż nim jest.... Cóż, trudno mi to wytłumaczyć, bo nigdy nie byłam na tej
wyspie. - zaśmiała się nerwowo. - W każdym razie nie ma tam nawet grama lawy. Zresztą, przekonasz się o tym sam, bo wejdziemy do środka.
- Kiedy wyruszamy? - zapytała Hime, a Sayon rzucił jej gniewne spojrzenie.
- Chciałaś powiedzieć: "Kiedy wyruszacie?". Ty nigdzie nie idziesz. Dopiero co wyzdrowiałaś i nie chcę, byś znowu kazała nam martwić się o ciebie.
- Spokojnie, Sayon. - zwróciła się do niego czarodziejka. - Hime i Ballad mogą iść z nami. Waszej trójce nic nie będzie zagrażać,
bo rzucę na was czar, dzięki któremu będziecie niewidoczni dla oczu lewiatana. Więc kiedy go wezwiesz, ja się nim zajmę, a wy wrócicie na statek.
- A co z tobą, Star?
- Jeśli go pokonam, wrócę na Dervę dzięki kamieniowi teleportacji. Dostałam go od mojego przyjaciela z Lenlii. Wreszcie nadszedł czas, by go użyć.
- To co, Sayon? Możemy płynąć? - zapytała nieśmiało Hime.
- Możecie. W końcu to jedyna szansa na zobaczenie prawdziwego lewiatana.
Na dźwięk tych słów Hime uśmiechnęła się z ulgą, ale ten uśmiech szybko znikł
jej twarzy. Wkrótce rozstanie się z Star i niewiadomo, czy kiedykolwiek spotkają się ponownie.
Pewnie stąd ten okropny ucisk w sercu pełen niepokoju.
***
- Niepotrzebnie braliście z sobą broń. Na nic się wam nie przyda. - Star zwróciła się do Sayona i Ballada, kiedy łódka,
którą przypłynęli wylądowała na brzegu.
- W sytuacjach takich jak ta, broń jest niezbędna. - odparł Sayon.
- Skoro tak mówisz. - Star utkwiła wzrok w buszu rozciągającym się przed nimi. Zrobiła niepewny krok do przodu. - Chodźcie za mną. -
poleciła cicho i ruszyła przed siebie. - A co do tego.... wulkanu na środku wyspy, to mam dla was parę dodatkowych informacji o nim. Nie jest
ich za wiele, ale są.
- Zamieniamy się w słuch. - powiedział Ballad.
- Wulkan jest pełen różnych tuneli i jezior, które są podziemnie połączone z oceanem. Przez te kanały lewiatan opuszcza swoja
kryjówkę, lub do niej wraca. Takie rozwiązanie jest dla niego bardzo wygodne, bo mimo, że potrafi poruszać się po lądzie, nie przepada za tym.
- Skąd tak dużo wiesz na temat lewiatana i wysp poza Dervą? - zapytał ją Sayon.
- Czarodzieje, w przeciwieństwie do ludzi nie boją się poznawać świata. W tym celu wiele lat temu założono pewne bractwo,
którego przedstawiciele raz na dwa lata wypływają na odległe oceany i zapisują zmiany, jakie zaszły na wyspach,
które odwiedzają lub opisują nowo odkryte wyspy. Ja także należę do tego bractwa.
- Czemu trzymacie w tajemnicy istnienie innych wysp poza Dervą? - zdziwiła się Hime.
- Bo i tak nikt by nam nie uwierzył. Poza tym, na niektórych wyspach rosną rzadkie rośliny lub żyją niespotykane na Dervie zwierzęta.
Gdyby ludzie zaczęli zaludniać wyspę mogliby wybić te unikalne okazy fauny i flory. Dlatego też wolimy milczeć.
- Czy nie sądzisz, że takie podejście do prawdy jest nieco egoistyczne? - Sayon zadał kolejne pytanie.
- A czy uważanie, że czarodzieje maja wszystko robić za ludzi i potem podawać im wszystko gotowe na tacy nie jest egoistyczne? -
odgryzła się. - Jak ludzie będą chcieli wiedzieć, co znajduje się na niezbadanych oceanach, to sami wyruszą w podróż.
- Może masz racę. - mruknął, a Star zerknęła na niego przez ramię i zaśmiała się.
- Masz minę, która wyraźnie mówi: "Ci czarodzieje!". Cieszę się, że zaliczasz mnie do tego nielicznego grona.
- Bo przecież jesteś czarodziejką. - zauważyła Hime.
- Owszem, ale w obecnych czasach czarodzieje stracili swoją świetność. Co prawda, jest ich coraz więcej niż dawniej,
ale z każdym dniem są coraz słabsi. Dziś wystarczy, że nauczysz się jednego czaru, a inni nazywają cię "czarodziejem".
W dawnych czasach taka osoba była nazywana "nowicjuszem", którego wstyd było nazywać "czarodziejem". Ale to już było i nigdy nie wróci. -
westchnęła. - Patrzcie, wejście do wulkanu, nie-wulkanu! - wykrzyknęła i wskazała palcem na jaskinię, która wynurzyła się z gąszczu drzew. -
Jesteśmy prawie na miejscu. - weszła do środka razem z trójką towarzyszy. Z każdą chwilą marszu dookoła było coraz ciemniej.
Star klasnęła w ręce i nad ich głowami pojawił się płomień światła, który oświetlił ściany jaskini. Hime rozejrzała się uważnie.
Korytarz jaskini przypominał kształtem koło. Pewnie ten kształt ułatwiał lewiatanowi poruszanie się po wulkanie, czy też nie-wulkanie.
- Plan jest łatwy. - Star zwróciła się do Sayona. - Rzucę na was czar, który sprawi, że lewiatan nie będzie was dostrzegać. Wtedy ty go wezwiesz.
- Zgoda.... Tylko jak mam to zrobić?
- Zawołasz go. On przybędzie, bo wyczuje w tobie Megallada. Gdy tylko się zjawi, macie natychmiast ruszyć w stronę wyjścia. Lewiatanem zajmę się ja... - urwała nagle.
- Którędy teraz? - zapytała Hime, gdyż prosty jak dotąd korytarz zamienił się w rozdroże i po lewej i prawej stronie dostrzegli
wejścia do dwóch innych tuneli.
- Ciągle prosto. - odpowiedziała czarodziejka. - Teraz sami widzicie, że miałam rację mówiąc, że wulkan jest pełen tuneli. Gdybyście wybrali
niewłaściwą drogę, moglibyście zostać tu na zawsze, szukając wyjścia.
- Nie brzmi za sympatycznie.- stwierdziła Hime i zamilkła. Długo kroczyli w ciszy. Wtem w tunelu zaczęło się robić coraz jaśniej.
Magiczny ognik wiszący nad ich głowami znikł.
- Jesteśmy na miejscu. - powiedziała czarodziejka, gdy wyszli z korytarza. Hime rozejrzała się dookoła. Można było powiedzieć, że znaleźli się
w "sercu wulkanu". Otaczały ich wysokie ściany, pełne wejść do kolejnych korytarzy, a nad głowami widniało błękitne niebo, ponieważ
ściany nie łączyły się z sobą w sklepienie. W "sercu wulkanu" znajdowało się także olbrzymie jezioro, które według słów Star było połączone
podziemnym tunelem z oceanem.
- Stańmy naprzeciw jeziora. - poleciła czarodziejka. - Hime, Ballad, wy troszeczkę dalej. Nie chcę, by lewiatan was usłyszał.
- Dobrze. - przytaknęli równo i posłusznie zrobili kilka kroków w tył. - Teraz rzucę na was czar. - powiedziała i zamknęła oczy.
Gdy je otworzyła, rzekła z zadowoleniem: - Gotowe.
- Ale ja cięgle widzę Ballada i Sayona. - poinformowała ją Hime.
- Bo niewidzialni będziecie tylko dla lewiatana. Co by było, gdyby w czasie waszego wycofywania się, wpadlibyście na siebie, a
lewiatan by was usłyszał? - westchnęła czarodziejka. - Sayon, zaczynaj już.
- A może na początku się pożegnamy? - zaproponował Ballad.
- Po co? - zdziwiła się Star. - Przecież po pokonaniu lewiatana wrócę do was i wszystko wam opowiem! -
gdy wypowiedziała te słowa, zmusiła się do uśmiechu, a Hime spojrzała na nią z podziwem. Star przez całą drogę mówiła jak najęta,
tylko po to, by ukryć swój strach. A teraz, gdy ma szansę na wycofanie się, nie chce z niej skorzystać. - Sayon,
zacznijmy wreszcie.- poprosiła czarodziejka, a chłopak skinął głową, zrobił krok wprzód i zawołał:
- Lewiatanie, wiele lat temu zaciągnąłeś dług u mojego ojca! Chcę, byś teraz go spłacił! - zamilkł i utkwił spojrzenie w jeziorze.
Hime poczuła, że jej serce bije mocniej niż zazwyczaj. Zaczęła się bać. Okropnie bać. Zerknęła na Ballada.
Nie wyglądał na przerażonego. Raczej na zmartwionego. Pewnie smuciło go rozstanie ze Star. Rozumiała jego smutek.
Wzięła głęboki wdech, by uspokoić siebie. Jeśli Sayon zobaczy ją w takim stanie do końca życia będzie wypominać jej to. Nie mogła mu na to pozwolić.
Wdech pomógł odrobinę. Strach odszedł, ale niepokój pozostał. Oczekiwanie na lewiatana wydłużało się. Hime nie wiedziała dlaczego.
- Co jest? - zapytała cicho. - Czemu lewiatan nie przybywa? - na dźwięk jej pytania, Star i Sayon spojrzeli w jej stronę. Obydwoje byli
odrobinę bladzi, a na ich twarzach widniał poważny wyraz.
- Nie mam pojęcia. - odpowiedział Sayon. Nagle dostrzegła, że jego spojrzenie zmieniło się. Powagę zastąpiło zdziwienie.
Nie patrzył już na nią i Ballada, ale na coś za nimi.
- Witam ponownie piratów z Błękitnego Lewiatana. Dawno się nie widzieliśmy, co? - usłyszała za swoimi plecami. Odwróciła się i zobaczyła kogoś,
kogo najmniej spodziewała się zobaczyć - Gaidena.
Trzy różne drogi
- Ty? - zapytał z niedowierzaniem Sayon.
- Owszem. - przytaknął, szeroko uśmiechnięty.
Ballad spojrzał wymownie na Hime, która natychmiast zrozumiała jego wzrokową wiadomość i
zrobiła kilka kroków tył, tym samym wyrównując się z Sayonem i Star.
- Co on tu robi? - szepnęła do Star.
- Nie wiem - odparła i złapała Hime za rękę. Dziewczyna sądziła, że czarodziejka zrobiła to ze strachu. Myliła się. W drugiej dłoni Star
pojawił się sztylet, który przyłożyła do szyi Hime. - A może i wiem. - usłyszała głos czarodziejki.
- Star, co ty robisz? - Ballad spojrzał na nią zdziwiony.
- Brawo, Star. Widzę, ze naprawdę udało ci się przekonać całą trójkę do siebie. - rzekł z uznaniem Gaiden.
- To trochę trwało, ale w końcu nawet pan kapitan mi uwierzył.
- Jednym słowem dali się nabrać jak dzieci. - podsumował czarodziej. - Musicie wiedzieć, że wpadliście w pułapkę zastawioną przez naszą dwójkę.
- Czyli nigdy nie było żadnego lewiatana? - zapytała Hime, starając się nie zwracać uwagi na ostrze tuż przy jej gardle.
- Niestety, lewiatan istnieje. - westchnęła czarodziejka. - Naprawdę zaatakował mój statek i zabił wszystkich poza mną.
Niedługo po tym zdarzeniu spotkałam Gaidena, który zaproponował mi pewien plan. Gdy go wysłuchałam, zgodziłam się.
- Jaki plan? - Ballad ciągle wpatrywał się w Star z niedowierzaniem.
- Sprowadzenie was tutaj, a dokładnie to sprowadzenie jej. - wskazała ruchem głowy Hime.
- Mnie? Czemu mnie? - zdziwiła się Hime.
- To długa historia. - stwierdził Gaiden. - Postaram się jednak, by was nie nudziła. - wyciągnął prawą rękę przed siebie, a
w jego prawej dłoni pojawił się sztylet. - Aby dokładnie zrozumieć moją opowieść, musicie coś zobaczyć. -
po tych słowach odciął sobie prawą rękę w nadgarstku.
Hime skrzywiła się na ten widok, a Sayon rzucił:
- Zawsze wiedziałem, że nie jesteś normalny, Gaiden.
- Chłopcze, nie wygaduj pośpiesznie tak mało pochlebnych osądów, dobrze? Lepiej patrz, co się teraz stanie. -
gdy wypowiedział te słowa, z kikuta jego odciętej ręki zaczęło coś wyrastać. Hime z przerażeniem i zdziwieniem jednocześnie odkryła,
że tym czymś są kości, które formują się w kształt ręki. Gdy to się stało, zaczęły je pokrywać mięsnie i żyły, a na sam koniec skóra.
Gdy ten dziwny zabieg został zakończony, ręka Gaidena wyglądała tak samo jak ta odcięta. - Zdziwieni, co? -
zapytał rozbawiony. - Musicie wiedzieć, że ja i Star jesteśmy nieśmiertelni. Czas i broń nie odbierają nam życia.
- Ale jak to w ogóle jest możliwe? - Sayon wciąż miał przed oczyma odnowę dłoni Gaidena.
- Ja i Gaiden pochodzimy z starożytnego rodu, który zamieszkiwał pewną wyspę na oceanie zachodnim. Każdy, kto z niego pochodził, rodził się
potężnymi zdolnościami i w swoje 25 urodziny przystępował do obrządku zwanego "nadaniem imion" razem z wybraną przez siebie osobą. Obrządek ten,
zgodnie z nazwą, polega na nadaniu sobie nowych imion oraz uzyskaniu nieśmiertelności. Musicie jednak wiedzieć, że raz w roku,
przez siedem dni wszyscy nieśmiertelni tracili swoją nietykalność i magiczne umiejętności. Ród traktował te dni jak święto.
Każdego wieczora kilka par przystępowało do obrządku nadawania nowych imion, by w nocy z siódmego dnia na ósmy stać się nieśmiertelnymi...
Ale 562 lata temu szóstego dnia święta nie doszło do nadania imion... - urwał.
Hime usłyszała westchnienie Star, która mówiła w zastępstwie Gaidena:
- 562 lata temu do naszej wyspy przypłynęły statki.... Statki złych ludzi. Dotąd nie wiemy, kim byli, ani skąd wiedzieli,
że nie będziemy w stanie odeprzeć ich ataku. Oni to wiedzieli i tyle. Rozpętali krwawą rzeź. Uciekłam, wyrywając moją siostrzyczkę z rąk jednego z
nich. Pobiegłam na plażę, by nadać jej imię, bo choć nieśmiertelność zyskałaby dopiero następnego dnia, czar uleczyłby wszystkie jej rany.
Moje także.... Ale Nana zmarła w moich ramionach podczas ucieczki. Nie byłam w stanie jej pomóc.... Wtedy spotkałam trójkę uciekinierów -
Craya, jego siostrę Sanę oraz Barna. Cray nadał imię Sanie, a ona jemu. Wtedy nie liczyło się, że jesteśmy za młodzi na ten obrządek.
Myśleliśmy tylko o tym, by przeżyć..... Przystąpiłam więc do obrządku z Barnem. Nadał mi imię Star, a ja nazwałam go Gaidenem.
Udało się nam przeżyć i opuściliśmy naszą wyspę. Każdy z nas poszedł w inną stronę. Po wielu, wielu, naprawdę wielu latach od tamtej tragedii,
Cray miał dość wiecznego życia. Odnalazł więc swoją siostrę i zaprosił do swojego domu. Niczego nie podejrzewającą się Sana,
przybyła do kochanego brata, a ten podał jej herbatę, do której dodał trujące zioła.... Nieśmiertelność, którą zdobywamy podczas
obrządku możemy stracić tylko wtedy, gdy zabije nas osoba, której nadaliśmy imię. Co prawda, przeżywamy tę śmierć, ale to ostatni raz,
gdy czar działa. Potem opuszcza on nasze ciało, które ponownie zaczyna odczuwać upływ czasu. Tak więc Sana przeżyła wypicie trucizny,
ale równowaga obrządku nadawania imion została zachwiana, i ona i jej brat stali się śmiertelnikami. Tym sposobem ja i Gaiden zostaliśmy
jedynymi nieśmiertelnymi osobami na Dervie.
- Spotykaliśmy się jednak rzadko. - kontynuował Gaiden. - Kiedy dowiedziałem się, że wszyscy członkowie gangu Star zostali zamordowani przez
lewiatana, zaproponowałem jej układ: ściągnie was tutaj i we dwójkę stworzymy eliksir. Ów eliksir sprawi, że wypijające go osoby zyskają dar
nieśmiertelności, który będą zdobywać poprzez obrządek nadania imion....
- Oczywiście, nie damy go byle komu. - wtrąciła Star. - Tylko potężnym i utalentowanym czarodziejom. Takim, jakimi byli piraci z Brązowego Żagla.
W ten sposób razem z Gaidenem odnowimy nasz ród. Lewiatan może poczekać. Prędzej czy później znajdę go i zabiję.
- Odbudować ród? To piękna idea, naprawdę. Ale do czego wam potrzebna jest w tym wszystkim Hime? - zapytał Sayon.
- Ona nie jest nam potrzebna. - odparła czarodziejka. - Potrzebna jest nam jej krew. To główny element eliksiru, który chcemy stworzyć.
- Moja krew? To żart, prawda Star? Powiedz, że żartujesz!
- Przykro mi. To nie lewiatan był moim głównym celem. Ty nim byłaś.
- Kłamiesz! Nie wierzę!
- Lepiej uwierz, panno Etar. - poradził jej Gaiden, a dziewczyna spojrzała na niego rozwścieczona i zaniemówiła. Gaiden nie wyglądał tak jak
przed chwilą. Wyglądał tak jak...
- Farreg? - zapytała z niedowierzaniem.
- Dokładnie - przyznał zmienionym głosem i uśmiechnął się do niej ciepłym uśmiechem Farrega. -
Nie mogłem się doczekać twojego przybycia tutaj, więc postanowiłem szybciej dostać cię w swoje ręce. Rzuciłem na ciebie czar miłości i z
każdą sekundą stawałaś się coraz bardziej uległa. I wszystko poszłoby według mojej myśli, gdyby nie młody kapitan, który zaczął coś podejrzewać
i przeszkodził mi, kiedy chciałem zadać ci pytanie, czy przyłączysz się do mojego gangu. A szkoda, że tak się stało, oszczędziłbym sobie
tych przeciągłych wyjaśnień. - kiedy wypowiedział te słowa znowu był Gaidenem. Hime przyglądała się mu z obrzydzeniem i przypomniała sobie,
jaki amok odczuwała w głowie i sercu podczas spotkania z Farregiem jakieś czas temu. Rzucił na nią czar, przez który omal znienawidziła Sayona.
Ten czar opuścił ją dopiero przy grobie Megallada i wtedy zaczęła pytać się siebie samej co ją zmusiło do tak ogromnej złości.
- Koniec rozmowy. - oświadczyła Star i przybliżyła ostrze sztyletu do szyi Hime. Dziewczyna czuła, jak ostrze lekko muska jej skórę. -
Sayon, Ballad, wracajcie na statek i płyńcie na Dervę. To, co chcemy zrobić z Hime, to już nie wasz problem.
- Jak to "nie wasz problem"? - głos Ballada był przepełniony goryczą. - Znasz nas wystarczająco długo, by wiedzieć, że jej tak nie zostawimy!
Prawda, Sayon?
Sayon przyglądał się twarzy Hime, która wyraźnie mówiła: "uciekajcie!". Uciec?
I zostawić ją samą? Nigdy w życiu! Ale na Leah widział na własne oczy, jak potężna jest magia Gaidena.
A skoro Star pochodzi z tego samego rodu, z pewnością dorównuje mu magiczną siłą. We dwójkę nie poradzą sobie z nimi...
- Mam inne zdanie w tej sprawie, Ballad. - starał się, by jego głos był jak najbardziej naturalny i niewymuszony. -
Kiedy prosiłem ją, by z nami nie szła, uprała się. Teraz ma nauczkę. - ruszył w stronę korytarza, którym przyszli.
Ballad rzucił rozpaczliwe spojrzenie w stronę Hime i pobiegł za nim.
- Co ty wyprawiasz? Chcesz zostawić Hime w rękach tej dwójki? - wyrzucił mu szeptem.
- Nie zadawaj pytań i idź. - polecił mu szeptem Sayon. Kiedy weszli do tunelu, Sayon przyśpieszył. Gdy otoczyła ich absolutna ciemność, rzekł:
- Odbijemy ją. Niewiadomo, co chcą jej zrobić, więc lepiej będzie, jeśli się pośpieszymy. Biegiem!
Zaczęli pędzić przed siebie. Od czasu robili krótkie przerwy i po chwili biegli dalej.
Milczeli, skupiając się na dotarciu do wyjścia. Ciszę między nimi przerwał Ballad podczas kolejnego przystanku:
- Ale dlaczego?
Sayon spojrzał na ciemną postać swojego przyjaciela.
- Dlaczego co?
- Dlaczego właśnie krew Hime jest im potrzebna do eliksiru?
- Nie mam pojęcia... Ale Hime musi w sobie coś mieć. Przecież nie wybrali jej, bo ma ładne oczy... - urwał, bo coś lekko uderzyło go w ramię,
odbiło się od niego i spadło na ziemię. Wytężył oczy. Tym czymś był mały kamyczek. Sayon poczuł nagły niepokój w sercu. Coś było nie tak...
Wtem nad ich głowami rozległ się potworny huk. Już wiedział, skąd ten nagły przypływ lęku.
Bez namysłu z całej siły pchnął Ballada w bok, a sam odskoczył w drugą stronę. Zaraz potem strop nad miejscem, w którym przed chwilą stali,
zawalił się.
***
W ciszy przyglądali się, jak Sayon i Ballad znikają w tunelu. Hime wsłuchiwała się
w echo ich kroków, aż do momentu ich nagłego urwania się. Poczuła, że coś dławi ją w gardle. Nie będzie przy niej ani Ballada, ani Sayona.
Została sama, z dwójką czarodziejów, przepełnionych szaloną ideą, która pchała ich do przelania jej krwi.
Z zamyślenia wyrwał ją nagły huk.
- Co to było? - zapytała nieco przerażona Star.
- Strop w jednym miejscu tunelu zawalił się. - odpowiedział ze spokojem Gaiden. - Nie obawiaj się, Star. Zgodnie z moją obietnicą,
włos im z głowy nie spadł. Ten strop to.... zabezpieczenie. Będziemy mieć pewność, że nie wrócą tutaj z innymi piratami. -
skierował swoje spojrzenie na Hime i uśmiechnął się triumfalnie. - Przykro mi księżniczko, ale zostałaś sama. Nikt ci nie pomoże. Nikt. -
spojrzała na niego mściwie, co go najwyraźniej rozbawiło, bo zachichotał i pogłaskał ją po głowie. - Dobranoc, księżniczko. Słodkich snów. -
Hime nie miała pojęcia, czemu życzy jej dobrej nocy, gdy powieki zaczęły jej opadać i usnęła.
Cela
Sayon podniósł się z ziemi, strzepując z ramion kurz powstały przy zawaleniu się stropu.
Wytężył wzrok, by lepiej widzieć w ciemnościach. Przed nim ciągnął się mroczny tunel, a za jego plecami znajdował się mur z kamieni.
- Ballad! - krzyknął najgłośniej jak potrafił. - Ballad, jesteś cały?
- Tak! - usłyszał głos przyjaciela stłumiony przez barykadę kamieni. - Co się w ogóle stało?
- Gaiden i Star chcieli nas zabić. To się stało.
- Ale przecież Star pozwoliła nam odejść.
- Zrobiła to tylko po to, by nie odbierać nam życia na oczach Hime. Mieliśmy szczęście, że zatrzymaliśmy się na rozdrożu.
Gdybyśmy zrobili postój w innym miejscu, nie byłoby gdzie umknąć i skończyłoby się to dla nas śmiertelnie.... Dlaczego byłem taki ślepy? -
rozwścieczony, uderzył z całej siły w ścianę. - Ona od początku nas oszukiwała i ja to dobrze wiedziałem! Ale zacząłem jej wierzyć i to nas zgubiło.
- Sayon, nie obwiniaj się.
- Nie obwiniać się? Jak mam się nie obwiniać? To ja zgodziłem się płynąć na tą przeklętą wyspę, mimo, że coś ciągle mi mówiło, że źle robię.
To z mojej winy Hime została z tamtą dwójką! To przeze mnie jesteśmy rozdzieleni!
- Nie ważne, czy wina stoi po stronie twojej, mojej czy też Star. Nie czas teraz na szukanie winnego. Musimy uwolnić Hime zanim coś jej zrobią.
- Masz rację - westchnął i przyjrzał się uważnie kamiennej zaporze dzielącej ich. - Cholera. Zanim odgarniemy te kamienie, minie tydzień.
- Tak.... Pamiętasz co mówiła Star? Ten wulkan jest pełen różnych korytarzy. Jestem pewien, że jeśli pójdziemy tunelami za nami, dojdziemy do
tamtego miejsca z jeziorem. Stamtąd wspólnie wyruszymy na poszukiwania Hime.
- Ballad, Star mówiła też, że tu bardzo łatwo pobłądzić. - zauważył Sayon, ale nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Domyślił się, że
Ballad już biegł korytarzem. Postanowił zrobić to samo. Jednak na początku schylił się i dotknął ziemi. Przesunął rękę
w lewo, a potem do dołu. W końcu natrafił na rękojeść szabli, którą podniósł do góry, po czym ruszył przed siebie.
Jego krok był szybki i zdecydowany. Po chwili zamienił marsz w bieg. Czasu było mało. Hime mogła stracić życie w każdej chwili.
***
Ballad stracił już rachubę. Sam nie wiedział, czy jego rozmowa z Sayonem odbyła
się godzinę czy też pięć minut temu. Mrok go otaczający nie dawał mu żadnej podpowiedzi.
Z goryczą myślał o zdradzie Star. Sądził, że ją zna, że są do siebie podobni, a
tymczasem byli zupełnie inni. On nigdy nie poświęciłby życia innego człowieka, nawet gdyby dzięki temu wskrzesiłby swoją rodzinę.
Wtem dostrzegł migoczącą plamę przed sobą. To oznaczało, że tunel łączył
się z jakimś jasnym miejscem... Przyśpieszył. Chciał jak najszybciej dostać się do jeziora, nad którym rozstał się z Hime.
Czuł, że jeśli tam się dostanie, wszystko stanie się łatwiejsze.
Jasna plama zwiększała się każdą sekundą. Po paru minutach biegu, opuścił mroczny tunel
i znalazł się w innym, oświetlonym pochodniami zawieszonymi przy ścianie. Rozejrzał się. Przez chwilę zastanawiał się,
którą odnogą jasnego korytarza się udać. W końcu wybrał prawą. Postanowił iść wolniej niż dotychczas. Skoro korytarz był oświetlony,
Star i Gaiden musieli z niego często korzystać. Gdyby zaczął biec, mógłby ich nie usłyszeć. Natomiast oni usłyszeliby go od razu.
A na zdemaskowanie nie mógł pozwolić. Wytężył słuch. Starał się wyłapać jakieś inne dźwięki poza odgłosem własnych stóp i trzaskiem pochodni.
Marzył o usłyszeniu nawoływania pomocy przez Hime z oddali. Jednak oświetlony korytarz był długi i milczący.
Nagle za zakrętem dostrzegł duże drewniane drzwi. Ballad na ich widok zapomniał o całej
swej ostrożności i puścił się pędem w ich stronę. Złapał za ich klamkę i pociągnął. Były zamknięte.
"No tak, nie zostawiliby Hime w otwartej celi" - pomyślał i zajrzał przez małą kratkę w drzwiach, która znajdowała się naprzeciw jego oczu.
W środku nie dostrzegł Hime. Nie dostrzegł niczego, bo celę wypełniała ciemność.
- Hime? - zapytał. Odpowiedziała mu cisza, jednak nie zraził się. Wiedział, że jego przyjaciółka może tam być. Cofnął się i obejrzał uważnie drzwi.
Wyglądały bardzo solidnie i nie było mowy o wyważeniu ich w pojedynkę. Ale była inna szansa dostania się do środka - pod klamką widniała dziurka
od klucza.
"Gdybym tylko miał coś, co mogłoby zastąpić klucz." - pomyślał i zaczął się rozglądać dookoła. I wtedy dostrzegł coś, czego przedtem nie zauważył,
zbyt zajęty odkryciem drzwi od celi. Na ścianie naprzeciw wisiał klucz powieszony na gwoździu. Ręka chłopaka natychmiast wyciągnęła się w jego
kierunku, ale nagle zatrzymała się. Dlaczego klucz wisi w tak widocznym miejscu? Jeśli to pułapka? Ale przecież w wulkanie przebywają
tylko Gaiden, Star oraz uwięziona przez nich Hime. On i Sayon, według czarodziei nie żyją, a główne wejście jest zasypane przez kamienie.
Po co mieliby zastawiać pułapkę?
Wpatrywał się w znalezisko, próbując zgadnąć, czy kryje ono pułapkę, czy nie.
Wtedy właśnie Balladowi przypomniało się, jak na początku swej podróży na Lewiatanie Star zgubiła mapę i przetrzęsła całą kajutę, by ją odnaleźć.
Mimowolnie uśmiechnął się na wspomnienie tamtego zdarzenia i sięgnął po klucz. Star z pewnością zgubiłaby go, więc wolała zostawić klucz w
miejscu, gdzie z łatwością go znajdzie, czyli naprzeciw celi.
Ściągnął klucz. Był on duży i ciężki. Po dwóch obrotach w lewą stronę, drzwi ustąpiły i
Ballad wszedł do środka. W środku było ciemno, więc szybko opuścił celę, ściągnął ze ściany jedną z licznych pochodni i wrócił do środka.
Pomieszczenie było długie i jego koniec wciąż tonął w mroku. Ballad powoli kroczył przed siebie. Nagle w świetle pochodni dostrzegł
leżącą na ziemi Hime. Była nieprzytomna
- Hime! - pochylił się nad nią i zaczął wolną ręką potrząsać jej ramię. - Hime, obudź się!
Dziewczyna powoli otworzyła oczy i spojrzała na niego uważnie,
tak jakby sama nie wiedziała czy Ballad jest marą czy też prawdą.
- Ballad? - zapytała w końcu cicho.
- Przyszedłem po ciebie. - uśmiechnął się do niej.
- Jak dobrze! - bez zastanowienia przytuliła się do niego. - Tak się bałam! Zostałam z nimi sama i usłyszałam ten straszny huk.
Gaiden powiedział, że zrobił to, byście nie mogli po mnie wrócić.
- Tak dokładnie, to spuścił nam strop na głowy, byśmy pozostali tu na zawsze. - stwierdził.
- Ale nie udało mu... - urwała. - A gdzie jest Sayon?
- Spokojnie. Jest cały i zdrowy. - uspokoił ją. - Pamiętasz tamto rozdroże, którym przechodziliśmy, by dojść do jeziora?
Właśnie na tym rozdrożu strop się zawalił. Sayon pchnął mnie i znalazłem się w prawym tunelu, a sam uciekł do lewego.
Jednym słowem - rozdzieliliśmy się.
Hime westchnęła z ulgą.
- Kamień spadł mi z serca.
- Nie ma czasu na dalsze rozmowy. Musimy uciekać.
- Masz rację. - oboje wstali. Hime ruszyła ku wyjściu, ale Ballad nie zrobił kroku w przód. - Stało się coś?
- Ktoś tu jeszcze jest. - zrobił krok do przodu. Hime spojrzała w głąb celi i w świetle pochodni dostrzegła zarys ludzkiego ciała.
Razem z Balladem podbiegła do nieprzytomnego więźnia,
którym okazała się kobieta, w zbliżonym wieku do ojca Hime.
- Kto to? - zdziwił się chłopak.
- Nie mam pojęcia. Tuż po waszej ucieczce Gaiden rzucił na mnie czar, który sprawił, że zasnęłam i dopiero ty mnie obudziłeś.
- Sądzę, że powinniśmy ją wziąć ze sobą. - stwierdził i wręczył Hime pochodnię.
- Ale przecież nie wiemy, kim ta kobieta jest!
- Skoro się tu znalazła, z pewnością jest wrogiem Gaidena, co czynią ją naszym sprzymierzeńcem. -
Ballad wziął nieprzytomną na ręce i skierował się ku wyjściu. Hime pośpieszyła za nim, zastanawiając się, co się dzieje z Sayonem.
"Oby był cały. Nie darowałabym sobie, gdyby coś mu się stało." - pomyślała.
***
- Patrz! Korytarz się kończy! - wykrzyknęła i ruszyła biegiem przed siebie. Tunel łączył się z miejscem, w którym poznali prawdziwe cele
Star, czyli nad jeziorem, nad którym rozciągało się błękitne niebo.
- Znowu tutaj. - powiedział Ballad. - Sayona jeszcze nie ma. Umówiłem się z nim, że w tym miejscu będziemy na siebie czekać. - położył kobietę
na ziemi. - Mam nadzieję, że wkrótce przyjdzie.
- A może on jest gdzieś blisko? - Hime rozejrzała się dookoła. - Tutaj jest pełno wejść do tuneli.
- Może jest. - Ballad usiadł na ziemi, zmęczony ciągłą wędrówką po korytarzach.
- Sayon! Tutaj jesteśmy! - Hime krzyknęła do jednego z korytarzy. Odpowiedziała jej głucha cisza. Niezniechęcona ruszyła w kierunku następnego.
- Hime, nie krzycz! - zatrzymał ją Ballad. - Pamiętaj, że nie tylko Sayon może cię usłyszeć.
- Zapomniałam o Gaidenie i Star. - wystraszyła się. - Mam nadzieję, że są gdzieś daleko stąd.
- Ja też. - westchnął i spojrzał na nieprzytomną. - Hime! Ona się budzi!
Szybko podbiegła do niego, odłożyła na bok pochodnię i pochyliła się nad kobietą.
Nieznajoma jęknęła cicho i otworzyła oczy. Spojrzała uważnie na Ballada, a potem przeniosła wzrok na Hime, która natychmiast
zapomniała o tym, że jeszcze jakiś czas temu bała się zostać sama z Gaidenem i Star. Zapomniała, że boi się odkrycia jej ucieczki przez
dwójkę czarodziei. Już nawet nie bała się o Sayona. Jej cały strach i lęk skupił się na oczach kobiety. Czarno brązowych oczach.
- Nie - jęknęła i cofnęła się do tyłu. - Przecież Star cię pokonała! Nie masz prawa tutaj być!
- Hime! - wyszeptała kobieta, a Ballad natychmiast stanął pomiędzy nią a dziewczyną z szablą w ręku.
- Masz natychmiast ją zostawić! - krzyknął. - Rozumiesz mnie, Szkarłat?
- Przecież nie chcę zrobić jej krzywdy. - kobieta podniosła się i spojrzała w stronę Hime ze smutkiem. - Hime, nigdy bym cię nie skrzywdziła!
- Kłamiesz! To przecież ty zmusiłaś tamtego mężczyznę, by mnie dźgnął w brzuch!
- Nie! Źle zrozumiałaś moje intencje! Ja...
- Proszę, proszę - kobiecie przerwał Gaiden, który wynurzył się z jednego z tuneli. - Jakież to urocze. Małe spotkanie rodzinne.
- O czym ty bredzisz, Gaiden? - Hime była tak przerażona obecnością kobiety o kolorowych oczach,
że pojawienie się czarodzieje nie zrobiło na niej żadnego wrażenia.
- Szkarłat, ona nie wie? - zaśmiał się.
- Milcz! - rozkazała kobieta, ale on nic nie robił sobie z jej słów.
- Pozwól, że jej wszystko ładnie wytłumaczę. Hime... - spojrzał na dziewczynę z fałszywym uśmiechem na ustach. -
Miej zaszczyt poznać swoją matkę.
Słysząc te słowa Hime poczuła się tak, jakby ktoś uderzył ją z całej siły w głowę.
Matka? Jej matka?
- To... niemożliwe. To nie może być moja matka! Moja matka nie żyje!
- Nie żyje? - zaciekawił się Gaiden. - A skąd ta pewność?
Nie umiała odpowiedzieć na to pytanie. Ojciec nigdy nie mówił jej, co się stało z matką.
Nigdy też nie była na jej grobie. Nie wiedziała nawet, gdzie ona jest pochowana.
- I tak ci nie wierzę! - oświadczyła łamiącym się głosem. - Matka nie potrafiłaby zabić swojego dziecka, a ona wiele razy próbowała to zrobić!
- Kto ci powiedział, że ona chciała cię zabić? Ona przez całe życie opiekowała się tobą z ukrycia i pilnowała, bym przypadkiem się o
tobie nie dowiedział. Szkarłat zawsze była bardzo inteligentna i niemalże od razu domyśliła się, że kiedyś będę chciał stworzyć eliksir
dający nieśmiertelność. Pamiętasz jeszcze naszą rozmowę, Szkarłat? Odbyła się dwa lata po tym jak zostałaś zabita przez swojego brata.
- Oczywiście, że pamiętam. - przyznała, przyglądając się wrogo Gaidenowi. - Byłam wtedy w trzecim miesiącu ciąży i zrozumiałam, że do
stworzenia eliksiru, o którym wspominałeś, będziesz potrzebował krwi osoby, która straciła dar nieśmiertelności czyli mnie oraz krwi osoby,
która może w przyszłości stać się nieśmiertelna.
- I wyobraź sobie, Hime, że Szkarłat dla twojego dobra zostawiła cię zaraz po urodzeniu, by zatrzeć jakiekolwiek ślady po twoich narodzinach!
Hime naraz przypomniał się sen, który kiedyś śniła - płacząca postać osnuta mgłą
odchodząca z jej domu. Czyli to wszystko, co powiedział Gaiden, było prawdą?
- Nienawidzę cię, Gaiden. - wyszeptała, czując ciepłe łzy spływające po policzkach. - Przez ciebie straciłam matkę. Przez ciebie!
- Przeze mnie? Raczej przez Szkarłat. Mogła opiekować się tobą, a po kilku latach oddać siebie i ciebie w moje ręce. W końcu każdy musi
umrzeć, a wasza śmierć byłaby niezwykle szlachetna - dałaby nieśmiertelność czarodziejom, którzy na nią zasłużyli.
- Czy ty w ogóle siebie słyszysz, Gaiden? - zapytał Ballad i mocniej zacisnął rękojeść szpady. - Mówisz, że każdy kiedyś umrze,
a sam chcesz dawać innym nieśmiertelność. Przeczysz sam sobie.
Czarodziej przeniósł spojrzenie na chłopaka, a na jego ustach pojawił się szyderczy uśmiech.
- Inteligentny i przystojny. Zaczynam rozumieć, co tak bardzo się jej w tobie spodobało. - w ręku Gaidena pojawiła się szpada.
Ciekawe, który z nas jest lepszy? Stawaj do walki!
Ballad bez namysłu ruszył w stronę Gaidena.
- Ballad, nie idź! - Hime złapała go za ramię. - Przecież on jest nieśmiertelny! Nie ważne, jak długo będziesz z nim walczyć, on i tak wygra!
Nie chcę, by coś ci się stało!
- Masz czas. - szepnął do niej. - Wymyśl coś. po tych słowach ustawił się naprzeciw Gaidena. Wtedy pojedynek się rozpoczął.
Hime obserwowała ruchy obu przeciwników, czując strach w sercu.
Pamiętała, jak Ballad opowiadał jej o lekcjach szermierki jakie codziennie pobierał z Sayonem pod czujnym okiem Megallada.
Wiedziała, że walczył dobrze. Jednak Gaiden nie był "dobry". Gaiden był "wyśmienity". Prędzej, czy później, Ballad przegra.
Do tego czasu ona musi wykonać jego polecenie i wymyślić coś. Wymyślić jakąkolwiek drogę ucieczki. Tylko czy taka droga istnieje?
***
Ciemny korytarz, którym kroczył Sayon ciągnął się i ciągnął. Chłopak zaczął się
zastanawiać, czy tunel, w którym znalazł się Ballad był taki sam jak jego. A może kończył się ślepą uliczką? Co wtedy zrobi jego przyjaciel?
- Na pewno sobie poradzi. - szepnął do siebie, próbując odgarnąć od siebie niepokój. Ale on, zamiast odejść, zmieniło tylko osobę,
której dotyczył. Hime. Co z nią? Czy jest ranna? A moje nie zdążyli jej nic zrobić? Oby.
Westchnął i wtedy dostrzegł przed sobą jasną plamkę. Wyjście?
Bez namysłu ruszył pędem przed siebie. Po kilkunastu minutach biegu, opuścił tunel i znalazł się w jaskini. Była ona bardzo podobna
do tej, w której przywoływał lewiatana. Tutaj także było kilka wejść do kolejnych tuneli (doliczył się ich 7),
nie było stropu, przez co do wnętrza wpadało słoneczne światło. Zauważył, że niebo znacznie pociemniało.
"Ile już tu jesteśmy? - zapytał siebie w myślach. - Pozostali ma pewno się martwią."
Ostatnim elementem łączącym obie jaskinie z sobą było jezioro.
W tej jaskini było także coś, co odróżniało ją od drugiej - strumień, który wypływał z pęknięcia skalnego. Jego stróżki leniwie spływały do jeziora.
"Strumień zasila jezioro, którego wody poprzez podziemny tunel wypływają do oceanu." - pomyślał i podszedł do strumienia, nabrał wody w dłonie
i wypił ją. Natychmiast poczuł się lepiej. Nie miał pojęcia, ile czasu zabrała mu wędrówka korytarzem, ale czuł się okropnie zmęczony.
Jednak na odpoczynek nie było czasu.
Obejrzał się za siebie i utkwił wzrok w wejściach do kolejnych 7 tuneli. Wszystkie wyglądały tak samo. W końcu wybrał jeden z nich
i ruszył jego stronę. Gdy już miał zagłębić się w jego ciemną czeluść, usłyszał za sobą dziwny dźwięk.
Odwrócił się i zobaczył, że woda w jeziorze zaczęła bulgotać. Zaciekawiony, zrobił krok do przodu. Wtedy wody jeziora wystrzeliły na boki,
ochlapując ściany jaskini oraz Sayona. Chłopak raptownie zamknął oczy, a gdy je otworzył, nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył.
Z jeziora wystawała długa szyja, która wieńczyła się podłużną głową, o wąskich oczach ze podłużną źrenicą. Z boków głowy wyrastały błoniaste
wachlarze, a od góry głowy wyrastał rząd olbrzymich szpikulców, który biegł tyłem głowy aż do kręgosłupa i pewnie kończył
się na końcu ogona stworzenia, ale Sayon nie widział go, bo był ukryty w wodzie. Sayon uważnie przypatrywał się szaro-błękitnej
łusce pokrywającej ciało stworzenia, gdy ono wydało z siebie ryk, ukazując olbrzymie kły.
Chłopak raptownie cofnął się w tył. Przed nim znajdował się najprawdziwszy lewiatan. Był o wiele większy, niż ten w jego wyobraźni.
I z pewnością dłuższy. Wiedział, że nie ma żadnych szans na wygraną w walce z nim. Pragnął, by lewiatan przestał tak uparcie się w niego
wpatrywać, by zainteresował się czymś innym, lub odszedł. Lecz stało się odwrotnie - lewiatan ryknął ponownie, ruszył w jego stronę.
Sayon nie próbował nawet uciekać.
Przyjaciel i wróg
Pojedynek Ballada i Gaidena trwał. Hime wciąż gorączkowo opracowywała plan ucieczki, ale każdy kolejny jej pomysł był coraz bardziej absurdalny i niemożliwy do zrealizowania.
- Czy nie sądzisz, że czas zakończyć nasz pojedynek? - zapytał czarodziej i nim chłopak zdążył udzielić odpowiedzi, coś wyrwało mu broń z ręki i pchnęło w pierś tak mocno, że stracił równowagę i padł na plecy. - Wiem, wiem. Nie ładnie jest oszukiwać. Ale spójrzmy prawdzie w oczy - i tak byś przegrał.
- Ballad! - Hime puściła się pędem w stronę swojego przyjaciela. Widząc to, Gaiden podniósł prawą dłoń do góry. Nogi dziewczyny raptownie zwolniły. Każdy kolejny krok był trudniejszy do wykonania. Czuła się tak, jakby wpadała po kolana do bagna, które z sekundy na sekundę robiło się coraz gęstsze. W pewnym momencie, choć bardzo chciała, nie potrafiła zbliżyć się do Ballada. Taki obrót sytuacji najwyraźniej zadowolił Gaidena, gdyż posłał jej szeroki uśmiech, po czym zwrócił się do chłopaka:
- Muszę ci powiedzieć, że masz olbrzymiego pecha, chłopcze. Star się w tobie zakochała. A każdy, kogo ona pokocha, umiera. Podkreślam, że nie jest to śmierć naturalna. - zachichotał. - Biedna, słodka Star. Jest święcie przekonana, że ciąży nad nią klątwa. Ale żadnej klątwy nie ma. To ja odbieram jej wszystkich, których kocha i tych, którzy coś dla niej znaczą. To nie ona próbowała zabić żonę Navena! Za wszystkimi wypadkami stałem ja! Star oczywiście nie miała o tym pojęcia. Sądziła, że klątwa nad nią ciążąca chce zmusić Megallada do zabicia samego siebie z żalu po śmierci żony. By tego uniknąć, ratowała nieszczęsna kobietę za każdym razem. Wiedziała jednak, że jeśli nie odejdzie, Umi wkrótce umrze. Dla dobra jej i Megallada opuściła statek, wmawiając wszystkim, że to ona chciała ją zabić. Wtedy przyszła prosto do mnie. Wypłakiwała mi się w ramię, skarżąc się, że straciła ukochanego. Nie wiedziała, że jego życie i tak miało się wkrótce zakończyć w pojedynku z Enahem Imunem. Po cichu wierzyłem, że wreszcie zostanie ze mną. Ale nie. Dla niej ważniejsze stało się założenie własnego gangu. Gdy zapytała mnie, co o tym myślę, powiedziałem jej, że to świetny pomysł, a po cichu obmyślałem, jak zabiję jej przyszłą załogę. W końcu stworzyłem wspaniały plan, lecz ciągle miałem za mało mocy, więc czekałem. Bo kiedy człowiek jest nieśmiertelny, cierpliwość jest pierwszą cechą jaką zdobywa. Czekałem i czekałem. Oczekiwałem na śmierć Megallada, Enaha i żony Zixana. Kiedy to nastąpiło, a moja magiczna moc się zwiększyła, czekałem dalej i wtedy zjawiliście się wy i miast kilkunastu kolejnych ofiar, była tylko jedna. Ale nie traciłem zimnej krwi. Zamordowałem kilku ludzi i w końcu byłem gotowy. Gotowy, by opanować umysł lewiatana i zmusić go do wymordowania wszystkich przyjaciół Star oraz zniszczenia jej statku. Poza odebraniem jej towarzyszy, za pomocą lewiatana zwiększyłem swoją moc magiczną.
- Czyli to, co się stało na Indygo
? - wyjąkała Hime, która dała sobie spokój ze zrobieniem kroku w przód.
- Tak. To moja zasługa. A raczej zasługa lewiatana opętanego przeze mnie. Musicie bowiem wiedzieć, że to głupie stworzenie nigdy samo od siebie nie zaatakowałby człowieka! Ale powracając do Star
Przybyłem do niej tuż po ataku. Biedaczka, tak się ucieszyła, gdy mnie zobaczyła! Była tak wdzięczna, że jestem przy niej, że od razu zgodziła się na moja propozycję stworzenia eliksiru nieśmiertelności. Przyłączyła się do Błękitnego Lewiatana i niestety poznała ciebie. Pamiętam, jak podczas moich odwiedzin jako Farreg, prosiła, by podczas tej wyprawy nawet włos z głowy ci nie spadł. Przykro mi, ale ja nigdy nie zamierzałem dotrzymać tej obietnicy. Na początku spuściłem wam strop na głowy, ale skoro to nie odniosło oczekiwanego skutku, to nie mam innej możliwości, jak zabić cię tu i teraz. Możesz być dumny. Twoje życie zasili moją moc. Dzięki tobie będę jeszcze potężniejszy! - podniósł szpadę do góry. Już miał zadać cios, gdy nagle coś świsnęło w powietrzu i uderzyło go w rękę. Szpada Gaidena spadła na ziemię.
- A więc przyszłaś. - powiedział, nie odrywając spojrzenia od Ballada. - Powiedz mi, ile słyszałaś, Star? - po tych słowach spojrzał w kierunku jednego z ciemnych korytarzy, z którego wynurzyła się czarodziejka. Hime nigdy nie widziała jej takiej rozzłoszczonej.
- Nic mi nie umknęło. - jej spokojny głos ostro kontrastował z wściekłością wymalowaną na twarzy. - Gaiden
Stawaj do walki. - rzuciła, a w jej ręce pojawiła się szabla. Jej ostrze wydawało się rozgrzane do czerwoności.
- Star, spokojnie. Przecież to byli tylko nic nie warci śmiertelnicy! Czy chcesz w odwecie za nich stracić nieśmiertelność?
- Chcę, bo wtedy ty też ją stracisz! - krzyknęła. - Bierz broń i walcz!
- Skoro o to prosisz. - Gaiden podniósł broń i ruszył w jej stronę. Pojedynek nieśmiertelnych się rozpoczął. Ostrza ich szabli spotkały się, a czarodziej przemówił: - Star, zrozum! Oni w końcu i tak by umarli! Po wielu latach przyjaźni lub miłości, ból po ich stracie byłby jeszcze większy! Zrobiłem to dla twojego dobra!
Star całkowicie zignorowała jego słowa. Odskoczyła w tył i krzyknęła:
- Szkarłat! Na pewno odzyskałaś już trochę mocy! Wykorzystaj ją do odnalezienia drugiego, niezasypanego wyjścia i wyprowadź Hime i Ballada!
- Dobrze! - kobieta zamknęła oczy, a jej twarz naraz pobladła.
- O nie. Nigdzie nie pójdziecie! - wrzasnął Gaiden, jednocześnie odpychając atak czarodziejki. - Skoro tu jesteście, tutaj zostaniecie! KONIEC! - wykrzyknął nagle, a szabla Star znikła. Czarodziejka ze zdziwieniem popatrzyła na rękę, w której jeszcze przed chwilą dzierżyła broń. - Przykro mi Star, ale jestem znacznie potężniejszy od ciebie. Stłumienie twojej mocy to nic trudnego. Nigdy ze mną nie wygrasz. - oświadczył, po czym położył swoją prawą dłoń otoczoną dziwną błękitną poświatą na głowie czarodziejki.
- Co ty
- zaczęła, a jej dalsze słowa zamieniły się w krzyk.
- Zostaw ją! - Ballad zerwał się na nogi i ruszył w ich stronę.
- Nie przeszkadzaj mi śmieciu! - nogi chłopaka oderwały się od ziemi i coś cisnęło go w tył, mimo że Gaiden nawet na niego nie spojrzał. Tymczasem krzyk Star przerodził się w cichy jęk. Gaiden spoglądał w jej załzawione oczy bez emocji. Gdy oderwał od niej rękę, osunęła się na ziemie. Jej oczy były zamknięte.
- Star! - wykrzyknęli równo Ballad i Hime.
- Znalazłam wyjście! Możemy uciekać! - jednocześnie z nimi wykrzyknęła Szkarłat, która otworzyła oczy.
- Nigdzie nie uciekniecie - Gaiden z trudem oderwał wzrok od leżącej u jego stóp Star i przeniósł go na trójkę więźniów. - Zostaniecie tutaj i
- jego dalsze słowa zagłuszył dziki ryk, który wypełnił całą jaskinię. Zdziwieni rozejrzeli się dookoła i zobaczyli ogromną istotę wynurzającą się z jednego z tuneli. Przerażona Hime jęknęła cicho.
- Lewiatanie, nie wzywałem cię! - krzyknął oburzony czarodziej.
- Nie musiałeś go wzywać. On już cię nie słucha. - stwierdził posępnie Sayon, który stał na łbie zwierzęcia, mocno trzymając się szpikulca wyrastającego z jego głowy.
- Ty
- Gaiden zacisnął gniewnie pięści. Gdyby mógł, zabiłby Sayona natychmiast.
Tymczasem lewiatan zniżył głowę, a chłopak zeskoczył na ziemię.
- Sayon! - Hime przełamała swój strach przed lewiatanem i podbiegła do chłopaka. - Jesteś cały! Tak się bałam, że coś ci się stanie z mojej winy! - słysząc jej słowa, spojrzał na nią zdziwiony.
- Mówisz prawdę, czy żartujesz? - zapytał ją.
- Według mnie mówi prawdę. - stwierdził Ballad, który do nich dołączył.
- Ballad, co ci się stało? Strasznie wyglądasz!
- Kilka razy uderzyłem o ziemię, ale to drobiazg. - uśmiechnął się dziarsko. - Ty lepiej powiedz mi, dlaczego tak długo mieliśmy na ciebie czekać?
- Przepraszam, ale chyba zawędrowałem na drugą stronę tego przeklętego wulkanu. Gdyby nie lewiatan, nigdy bym was nie znalazł
A właśnie, kim jest ta kobieta? - wskazał na Szkarłat, która uważnie mu się przyglądała.
- To Tajemny Szkarłat. - odparł Ballad.
- Co? Ale przecież Star
- Star nas okłamała. - wyjaśniła szybko Hime. - A ta kobieta poza tym, że jest Tajemnym Szkarłatem, jest także moją matką. Tak przynajmniej uważa.
- Matką?
- Wytłumaczymy sobie to później. - zdecydował Ballad. - Teraz musimy zająć się Gaidenem. - po tych słowach, cała trójka jednocześnie spojrzała na czarodzieja. Ten odwzajemnił tylko spojrzenie Sayona. Na jego twarzy malowała się wściekłość.
- Czyli Star nie zmyśliła tej historii o twoim ojcu i lewiatanie
Sprowadziłeś go tutaj. Teraz cała jego wola jest oddana tobie. Mnie już nie wysłucha
- rzekł z niedowierzaniem. - Nawet, gdyby nim zawładnął, znalazłby w sobie siłę, by mnie odeprzeć. Od teraz jestem jego wrogiem, bo ty traktujesz mnie jak wroga
- urwał, a całe zdziwienie na twarzy Gaidena znikło. Zastąpiła je bezgraniczna wściekłość. - To wszystko twoja wina! Przez ciebie Hime nie przyłączyła się do mnie, mimo rzucenia na nią odpowiedniego czaru! Przez ciebie utraciłem lewiatana! Gdybyś nie istniał, eliksir już dawno byłby zrobiony! Pożałujesz, że zniszczyłeś moje marzenie! Zabiję ciebie tak, jak zabiłem twojego ojca! - wrzasnął, po czym ruszył w stronę Sayona z złością wymalowaną na twarzy, ale po kilku krokach zatrzymał się, widząc lewiatana pochylającego wielką błękitno-szarą głowę i obnażającego swe olbrzymie kły - był gotowy bronić Sayona nawet za cenę własnego życia. - Widzę, że twój obrońca jest gotowy do wali. - mruknął czarodziej i uśmiechnął się fałszywie. - Niestety, zaraz umrze. Podejrzewam, że czar, który na niego rzucę, będzie wystarczająco silny, by go powalić. - po tych słowach zaczął unosić prawą rękę teatralnym gestem.
- Nikogo nie powalisz. - rozległ się głos za jego plecami. Zaskoczony Gaiden odwrócił się na pięcie i stanął twarzą w twarz ze Star. Czarodziejka była przeraźliwie blada i wyglądało na to, że z trudem stoi na nogach. W rękach ściskała szpadę Ballada.
- Masz jeszcze siłę wstać? Potrafisz mnie zadziwić. - przyznał bez podziwu w głosie.
- Owszem, potrafię. - zgodziła się z nim, po czym poderwała szablę do góry i wbiła jej ostrze w brzuch Gaidena. Czarodziej jęknął, a z ust wypłynęła mu krew. Star wpatrywała się w jego twarz ze spokojem. W końcu wyrwała ostrze z ciała Gaidena. Rana powstała od jej uderzenia zaczęła się zabliźniać i po paru sekundach nie było po niej śladu.
Gaiden spoglądał to na zakrwawione ostrze, to na białą twarz Star.
- Czy
- zaczął drżącym od przerażenia głosem. - Czy ty wiesz, co właśnie zrobiłaś?? Odebrałaś mi nieśmiertelność! Odebrałaś ją NAM!
- Przykro mi. - rzekła bez cienia żalu w głosie. Szabla wypadła jej z rąk. Po chwili Star także leżała na ziemi.
- Jak mogłaś
JAK MOGŁAŚ?! - wrzasnął Gaiden i kopnął ją w brzuch. Widząc to, Sayon i Ballad ruszyli w jego stronę, by go zatrzymać. Jednak nie tknął jej ponownie. Spojrzał w ich stronę, a w jego oczach dostrzegli szaleństwo. - Ona pożałuje tego co zrobiła. Wy też pożałujecie, zobaczycie. A szczególnie ty, Naven! Pożałujesz, że się w ogóle narodziłeś! - krzyknął, po czym rozpłynął się w powietrzu.
Hime i Ballad podbiegli do Star.
- Żyje. - wyszeptał Ballad, a Hime westchnęła z ulgą.
- Gaiden swoim dotykiem wyssał z niej całą magiczną moc. - Szkarłat podeszła do nich. - Gdy czarodziej traci ją tak nagle, popada w rodzaj paraliżu. Star musi być niezwykle silna, skoro potrafiła się po tym podnieść. Mi się to nigdy nie udało
- stwierdziła ze smutkiem. - Gdy paraliż mija, zastępuje go sen, podczas którego czarodziej regeneruje swoją moc. Tak było ze mną - Gaiden mnie paraliżował, a gdy odzyskiwałam cząstkę swojej mocy, znowu mi ją odbierał. Od momentu pojmania żyłam w ciemnościach. Dzięki waszej dwójce udało mi się ponownie obudzić. - uśmiechnęła się wdzięcznie do Ballada i Hime.
- Słuchajcie - zaczął Sayon, a wszystkie oczy zwróciły się ku niemu. - Musimy wrócić na statek. Wszyscy na pewno się o nas martwią.
- Ale wyjście zostało zasypane! - zauważyła zaniepokojona Hime.
- Spokojnie. Wyprowadzeniem nas zajmie się lewiatan. Prawda? - spojrzał pytająco na węża, który posłusznie opuścił swoja olbrzymią głowę na dół. Widząc to, Sayon uśmiechnął się szeroko i wdrapał się na nią. Szkarłat bez namysłu podeszła do lewiatana i weszła na jego głowę z pomocą Sayona.
- A co ze Star? - zapytał Ballad. - Nie możemy jej tak zostawić!
Kapitan posłał krótkie spojrzenie nieprzytomnej.
- Nie możemy. - zgodził się. Słysząc te słowa, Ballad rozpromienił się i wziął czarodziejkę na ręce. Po chwili obydwoje znajdowali się na głowie lewiatana. - Hime na co czekasz? - Sayon upomniał dziewczynę.
- Ja
cóż
- Boisz się? - przerwał jej z złośliwym uśmiechem.
- Wcale nie! - wykrzyknęła, po czym pewnym krokiem podeszła do lewiatana i wspięła się na jego głowę, obrzucając Sayona groźnym wzrokiem, który skomentował to szerokim uśmiechem i krzyknął:
- Możemy ruszać! - wtedy lewiatan skierował się do jednego z tuneli. Mimo, że jego ruchy były szybkie, nie musieli się obawiać, że spadną, gdyż nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów.
- Niesamowite. - wyjąkała po paru minutach podróży Hime. - Nigdy nie sądziłam, że zobaczę lewiatana, a tym bardziej, że będę na nim się przemieszczać!
- Życie lubi zaskakiwać. - stwierdził Sayon. - Gdy zobaczyłem go po raz pierwszy, byłem pewny, że rozerwie mnie na strzępy. On tymczasem zniżył przede mną głowę. Wtedy już wiedziałem, ze jestem bezpieczny
- zamilkł na chwilę, a złośliwy uśmiech powrócił na jego usta. - A skoro już o bezpieczeństwie mowa
Naprawdę się o mnie martwiłaś?
- Nie martwiłam się! - wypaliła prawie natychmiast. - Powiedziałam tak, tylko po to, byś poczuł się bardziej dowartościowany!
- Tylko dlatego? Łamiesz mi serce, Hime!
- I dobrze!
***
- Coś długo ich nie ma. - zaniepokoił się Caoz. - Za długo nawet. A jeśli coś się im stało?
- Poczekajmy jeszcze chwilę. Jeśli dalej ich nie będzie, popłyniemy po nich. - zdecydował Vert. Wtedy waśnie usłyszeli dziwny ryk i spojrzeli w kierunku wyspy. Obydwoje zaniemówili. W kierunku płynął ogromny wąż morski.
- Lewiatan. - wyszeptał z niedowierzaniem Yanndo, który także dostrzegł stworzenie zamierzające w ich stronę.
- Jaki duży! - zachwycił się Zeld. Nikt poza nim nie wyglądał na zadowolonego.
- Nie jest dobrze. - Caoz przełknął nerwowo ślinę. - Anmon! Yanndo! Biegnijcie po armaty! To nasza jedyna szansa na przetrwanie ataku! - na dźwięk wykrzyczanego rozkazu, bracia zgodnie pobiegli wykonać rozkaz, ale Vert zatrzymał ich słowami:
- Czekajcie!
- To wyciągać je, czy nie? - zapytał zaniepokojony Anmon.
- Raczej nie. - stwierdził spokojnie.
- Vert, co ty bredzisz? - zapytał Caoz, patrząc się na swojego przyjaciela jak na wariata.
- Przyjrzyj się uważnie lewiatanowi, a zrozumiesz, że armat można uniknąć. - wskazał głową na zbliżającego się węża, a Caoz spojrzał w jego stronę razem z pozostałymi piratami.
- A niech mnie. - wyszeptał Caoz po chwili ciszy. - Oswoili go, czy jak?
- Za chwilę wszystkiego się dowiemy. - stwierdził Saen i uśmiechnął się szeroko. - Pewnie są głodni. Lecę im coś przygotować. - i pognał do kuchni.
- Hime! Sayon! Ballad! Wiedźmo! - Zeld zaczął podskakiwać i machać do nich.
- Zeld! - Hime razem z Sayonem zaczęli mu odmachiwać.
- Nigdy nie sądziłem, że zobaczę coś takiego. - wyjąkał jak dotąd niemiały Ox.
- Życie lub zaskakiwać. - podsumował Vert.
Gdy lewiatan zatrzymał się przy statku, Hime zeskoczyła na pokład, szeroko uśmiechnięta.
- To było cu-do-wne! - wykrzyknęła zachwycona. - O wiele lepsze niż jazda konna!
- Z pewnością. - Ballad zsunął się z pyska węża razem ze Star na rękach i ruszył do jej kajuty, by ją położyć.
- I tego tak łatwo nie zapomnisz, w przeciwieństwie do przejażdżki na koniu. - Sayon zeskoczył na dół, po czym pomógł zejść Szkarłat. Gdy kobieta znajdowała się obok niego, zwrócił się do lewiatana: - Dziękuję ci. Naprawdę nam pomogłeś. Tym samym spłaciłeś dług zaciągnięty u mojego ojca. Możesz odejść. - stworzenie wpatrywało się chwilę w Sayona, po czym podniosło łeb do góry, zaryczało i zanurkowało do oceanu. Hime podbiegła do barierki i zobaczyła, jak lewiatan mknie przed siebie pod wodą.
- Odszedł! - westchnęła. - Trochę szkoda!
- Przecież nie mogłem go zatrzymać i całe życie prowadzić na bardzo długiej smyczy. - Sayon wzruszył ramionami.
- Przecież wiem. - obruszyła się. - A wiesz co? Ten jego ryk. Zaryczał tak, jakby się z tobą żegnał.
Sayon spojrzał na nią zdziwiony i wybuchł śmiechem.
- Taaak. Pożegnał się i obiecał, że będzie pisać.
- Sayon! - krzyknęła, ale Sayon już jej nie słuchał. Skierował swe spojrzenie na Szkarłat. - Sądzę, że wszyscy zostaliśmy wprowadzeni w błąd, biorąc panią za złego ducha, pani Szkarłat. Jestem także więcej niż pewien, że pani domniemany atak na Hime to nieporozumienie.
- Owszem. - przytaknęła. - Mogę wszystko wyjaśnić.
- Nie, ja nie potrzebuje wyjaśnień. - pokręcił przecząco głową. - Ale Hime tak. Proszę iść za mną, zaprowadzę panią do miejsca, w którym będziecie mogły w spokoju porozmawiać. - ruszyli w stronę jadalni, a Hime niechętnie ruszyła ich śladem. Gdy Szkarłat weszła do środka, dziewczyna szepnęła do Sayona:
- Nie chcę tam wchodzić!
- Dlaczego? - zdziwił się.
- Bo
nie wiem, o czym mam z nią rozmawiać!
- O czym? - zaśmiał się. - Przecież to twoja matka! Nie wiem, ile lat się nie widziałyście, ale czas najwyższy, byście porozmawiały razem od serca.
- Ale
- Później mi podziękujesz. - złapał ją za ramiona i lekko pchnął do wnętrza jadalni, zamykając drzwi przed nosem Hime. - Co za uparta dziewucha! - mruknął, po czym krzyknął: - Caoz! Obierz kurs na Dervę! Wracamy do domu!
***
Gdy drzwi oddzielające ją od Sayona zamknęły się, poczuła nieopisaną złość i stwierdziła, że rozliczy się z nim później. Teraz miała inny problem na głowie.
- Siadaj kochanie. - usłyszała ciepły głos i spojrzała w kierunku kobiety, która uważała się za jej matkę. Chciała posłać jej coś na kształt uśmiechu, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Powolnym krokiem podeszła do stołu, usiadła naprzeciw niej i utkwiła wzrok w blacie. Milczała. - Czy naprawdę myślałaś, że na tamtej wyspie chciałam cie zabić?
- Tak. - przyznała natychmiast. - Nie mogłam inaczej pomyśleć. Tamten mężczyzna miał twoje oczy.
- Gdybyś uważniej mu się przyjrzała, zobaczyłabyś, że tuż przed ciosem jego oczy powróciły do pierwotnego koloru.
- Przykro mi, ale byłam zbyt zajęta sztyletem, który wbił mi w brzuch. - oświadczyła twardo i posłała kobiecie wrogie spojrzenie.
- Nie złość się, kochanie. - poprosiła ją. - Co prawda, nie ja cie zraniłam, ale tamten człowiek zrobił to z mojej winy
Córeczko, musisz wiedzieć, że choć nie mogłam być z tobą, często cię obserwowałam. Przybierałam różne postacie, by choć na chwilę być obok ciebie. A jeśli nie strzegłam cię, poprzez zmianę postaci, robiłam to poprzez zwierciadło. Słyszałaś o Neverze, prawda?
- Tak. Jakiś czas temu Sayon mi o nim opowiedział. Never połączył magię odnajdywania z lustrem, by znaleźć swoją ukochaną. Tamto lustro było prekursorem odnajdywacza.
- Dokładnie. - Szkarłat spojrzała na Hime z nieukrywanym zachwytem. - Napełniłam zwierciadło czarem odnajdywania, bym mogła stale cię obserwować. Tak więc, gdy zobaczyłam tamtego mężczyznę z sztyletem, stojącego naprzeciw ciebie, postanowiłam użyć pewnego czaru - przeniesienia duszy. Jak sama nazwa wskazuje, polega na tymczasowym przeniesieniu duszy do innego ciała. W ten sposób chciałam go zatrzymać, lecz dzieliła nas zbyt duża odległość i zaledwie po paru chwilach wróciłam so swojego ciała. Nie zdołałam cię obronić, choć bardzo tego chciałam. Po owym zdarzeniu Star dowiedziała się o mnie i odnalazła mnie poprzez czar więzi - moje silne uczucia do ciebie, zaprowadziły ją do mnie jak po nitce do kłębka. Podejrzewam, że z początku chcieli użyć tego czaru, gdy cię złapią, ale Star skorzystała z okazji i zrobiła ze mnie złego ducha. Podczas obrzędu odnajdywania chciałam, byś wyszła za koło, tym samym przerywając poszukiwania Star. Niestety, nie udało mi się to i Star mnie odnalazła. Stoczyłam z nią krótki pojedynek i przegrałam. Ona zawsze była silniejsza ode mnie. - zaśmiała się cicho.
Hime wpatrywała się w ciszy w kobietę. Przez chwilę nie wiedziała co ma powiedzieć. W końcu otworzyła usta i zaczęła powoli:
- Czyli
ty nigdy nie chciałaś mnie
zabić? - Szkarłat pokręciła przecząco głową. - Opiekowałaś się mną, a ja
- urwała boleśnie.
- Córeczko, miałaś prawo źle zrozumieć moje intencje! Te sny, w których się pojawiałam
Ja tylko chciałam przez chwilę być blisko ciebie, ale twój umysł bronił się przed ingerencją z zewnątrz i w ten sposób w twojej głowie tworzyły się okropne koszmary. Przepraszam za nie. Przepraszam też, że tak nagle pojawiłam się w lustrze Star. Chciałam cię przed nią ostrzec, gdyż zaczęłam przeczuwać jej zamiary. Wolałam, byś traktowała ją z dystansem, tak jak na początku twój znajomy. Chodzi mi o tego miłego chłopca, któremu służył lewiatan i który w Lenlii przeszkodził mi w rozmowie z tobą.
- Sayon. - odparła Hime. - On ma na imię Sayon Naven i jest kapitanem Błękitnego Lewiatana. Według mnie, wcale nie jest taki znowu miły. - słysząc te słowa, Szkarłat zaśmiała się. - Dziwi mnie jednak, że nie znasz jego imienia. Sama mówiłaś, że mnie obserwowałaś. Należę do tego gangu już jakiś czas, więc powinnaś znać imiona moich towarzyszy.
- Powinnam i znam, ale gdy patrzę na ciebie, córeczko, o wszystkim zapominam. Zawsze marzyłam, że pewnego dnia o wszystkim mi opowiesz sama. O swoim dzieciństwie, o przyjaciołach, marzeniach
O wszystkim, co tyczy się ciebie.
- Tego jest dużo.
- Nie szkodzi. Czasu nam nie brakuje. - zauważyła kobieta.
- Dobrze. Odpowiem na wszystkie twoje pytania, ale na początku ty odpowiedz na moje. Zgoda?
- Zgoda.
- Star przedstawiła cię jako ducha zwanego "Tajemny Szkarłat". Czy naprawdę istnieje taki duch?
- Na naszej rodzinnej opowiadano różne legendy o duchach, które błąkają się po świecie i przejmują ciała innych. Star pewnie oparła swoje bajanie o jedną z tych legend, dodając moje imię i przydomek.
- Przydomek? Masz na myśli "Tajemny"?
- Owszem. Moje obecne imię nadał mi mój brat, czyli twój wuj. Jak byliśmy dziećmi, często dokuczał mi, powtarzając, że od moich szkarłatnych włosów pewnego dnia wybuchnie pożar. Nigdy nie komentowałam jego słów, więc stwierdził, że jestem skryta i tajemnicza
Stąd właśnie "Tajemny Szkarłat". Mówił tak do mnie przez całe swoje życie. - uśmiechnęła się przelotnie i mówiła dalej: - To był bardzo dziwny człowiek, czasem miałam problemy ze zrozumieniem go. Po ucieczce z naszej wyspy przez kilkadziesiąt lat ja, on, Star i Gaiden trzymaliśmy się razem. W końcu każde z nas poszło w swoją stronę. Po wielu, wielu latach, twój wuj zaprosił mnie do siebie i
- urwała.
- Zabił cię. - dokończyła cicho Hime, a Szkarłat skinęła głową.
- To było okrutne z jego strony, lecz mu wybaczyłam. I gdy po dwóch latach zmarł, załamałam się. Nie miałam pojęcia, gdzie są Star i Gaiden, nie miałam siły, by ich odnaleźć. Błąkałam się po Dervie bez celu i w końcu trafiłam na Netopię. Tam spotkałam twojego ojca. Nie krył tego, że mu się podobam. Chciał wiedzieć o mnie wszystko, ale ja uparcie milczałam. Wtedy zaczął mnie nazywać "Tajemnym Szkarłatem". Nawet nie wiesz, jak bardzo się zdziwiłam, gdy usłyszałam ten przydomek w jego ustach po raz pierwszy. Wtedy też stałam się dla niego nieco milsza, a potem
Potem zakochałam się i wyszłam za niego. Ale nasze szczęście nie trwało długo. Gdy byłam w trzecim miesiącu ciąży, wybrałam się na spacer do miasta i spotkałam Gaidena. Zaledwie po kilku wymienionych z sobą zdaniach, odkryłam, jak bardzo się zmienił. Stał się żądny władzy i silny. Nie był już Barnem, którego znałam. Szkoda, że nie odkryłam tego wcześniej. Wtedy słowem nie wspomniałabym mu o śmierci brata. Niestety, wyjawiłam mu to, a on zaczął coś wspominać o eliksirze nieśmiertelności. Wtedy mnie przeraził. Zrozumiałam, że zagrożone jest nie tylko moje, ale i twoje życie. Na szczęście nie wiedział nic o ciąży. Postanowiłam to wykorzystać i zdecydowałam się na opuszczenie ciebie i twojego ojca, gdyż czułam, że Gaiden prędzej czy później znowu przyjdzie do mnie, w nadziei, iż napotka mnie z dzieckiem. Bo choć skutecznie to maskowałam, sądzę że on zawsze wiedział o tobie, ukrytej przed nim
Lata mijały, czas parł do przodu i w końcu to ty przyszłaś do niego.
- Ja? - zdziwiła się.
- Przecież spotkaliście się na Leah, nieprawdaż?
- Tak. Spotkaliśmy się, a on
Zapytał, czy nie spotkaliśmy się gdzieś wcześniej, bo kogoś mu przypominam.
- Przypominałaś mu mnie za młodu. Co prawda, masz inny kolor włosów, ale twoje oczy są tak samo ciemne jak moje. A raczej - jak moje prawe oko. - słysząc te słowa, Hime zaśmiała się i rzekła:
- Cieszę się, że się spotkałyśmy
Mamo.
***
Star otworzyła oczy. Leżała w swojej kajucie na Błękitnym Lewiatanie. Zdziwiła się nieco, bo ostatnia rzeczą, jaką pamiętała, było odebranie nieśmiertelności Gaidenowi i sobie na wyspie lewiatana. W jaki sposób ona znalazła się na statku?
- Odzyskałaś już siły? - usłyszała i dostrzegła Ballada wchodzącego do kajuty.
- Chyba tak. - jej głos był okropnie ochrypły i słaby. Wystraszył ją. - Ile to trwało? - powoli usiadła na łóżku i spojrzała na niego wyczekująco.
- Niecałe trzy dni. - odparł i podszedł do biurka, na którym leżał dzbanek z wodą i szklanka. Napełnił ją i wręczył czarodziejce. Upiła parę łyków i wręczyła ją Balladowi.
- Czemu? - zapytała. Jej głos już nie był ochrypły, ale słabość w nim pozostała. - Czemu wzięliście mnie na statek? Czemu mnie tam nie zostawiliście? Czemu nie kazaliście lewiatanowi pożreć mnie? Przecież was zdradziłam! Nie zasługuję na waszą litość!
Ballad przysunął krzesło do jej łóżka i usiadł.
- Megallad zawsze mówił, że każdemu powinno się dać drugą szansę.
- Drugą? - powtórzyła, a jej głos zadrżał. - To była moja druga szansa! Wróciłam tu po tym, co sprowadziłam na Umi i znowu wszystko zniszczyłam! Nade mną naprawdę ciąży klątwa!
- Nie mów tak! Nic nad tobą nie ciąży! - zapewnił ją.
- Doprawdy? - zapytała i utkwiła wzrok w swoich kolanach, które podciągnęła pod brodę i objęła rękami. Zacisnęła powieki i przez chwilę milczała. Ballad milczał razem z nią. W końcu Star ponownie spojrzała na niego, a w jej zielonych oczach płonął dziwny blask. - Skoro nic nade mną nie ciąży, powiedz mi wprost
kochasz mnie?
Milczał, starając się nie patrzeć w okropnie zielone oczy czarodziejki.
- Nie. - rzekł cicho. - Przykro mi, Star. Ja już kogoś
- Nie tłumacz się. - przerwała mu. - Ona jest śliczna jak z obrazka. Nie dziwię się, że zawojowała twoje serce. - zamilkła. Trzepotała rzęsami jak opętana, starając się tym samym zahamować łzy gromadzące się w oczach. - Ballad
Mam do ciebie prośbę.
- Słucham.
- W górnej szufladzie biurka jest odnajdywacz Hime. Idź go jej oddać.
- Dobrze. - skinął głowę i wyciągnął z szuflady naszyjnik. - Zaraz wrócę. - obiecał i wyszedł na pokład. Hime znalazł ze swoją matką w jadalni, gdzie grały razem w szachy i żywo o czymś dyskutowały, co chwila wybuchając śmiechem. Z zadowoleniem stwierdził, że w ciągu tych trzech dni Hime odnalazła nie tylko matkę, ale i wspólny język z nią.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale Star poprosiła mnie, by ci to oddać, Hime. - wręczył dziewczynie odnajdywacz.
- Star odzyskała przytomność? - wyglądało na to, że bardziej ucieszyła ją wiadomość o stanie przyjaciółki, niż zwrot odnajdywacza.
- Owszem. - przytaknął.
- Jak dobrze! - westchnęła i zawiesiła naszyjnik na swojej szyi.
- Czy to nie jest prezent ode mnie? - zainteresowała się Szkarłat.
- Owszem. - przytaknęła z szerokim uśmiechem na ustach. - Oddałam go Star, gdy myślałam, że chcesz zrobić mi krzywdę. Cieszę się, że do mnie wrócił. Jest okropnie pożyteczny.
- Właśnie dlatego ci go dałam, młoda piratko.
Ballad stwierdził, że nie jest w niczym więcej potrzebny, więc zaczął się wycofywać ku drzwiom. Zatrzymała go Szkarłat:
- Chłopcze, Hime mówiła mi o twoich wierszach. Podobno są piękne.
- Cóż, piszę wiersze, ale nie wiem, czy są piękne. - odparł, a kobieta zaśmiała się.
- Przeczytasz mi jakieś swoje dzieło?
- Przeczytam, ale później, dobrze? Chciałbym jeszcze coś zrobić.
- Przeczytasz, kiedy będziesz chciał. - skinęła głową, a chłopak wyszedł z jadalni, z której przeszedł prosto do sypialni Star.
- Zaniosłem. Hime bardzo się
- rzekł na wstępie i urwał. Kajuta była pusta. Szybko wrócił na pokład, uważnie rozglądając się dookoła.
- Zeld, czy Star wychodziła ze swojej kajuty? - zapytał chłopca, który zajęty był szorowaniem pokładu razem z nieszczęśliwym Oxem.
- Nie. Nie widziałem. Ale przecież wiedźma śpi!
- Już się obudziła.
- Stało się coś, Ballad? - zainteresował się Ox, który pochwycił jego słowa.
- Sam nie wiem. - rzekł i ponownie się rozejrzał. Star odeszła z Błękitnego Lewiatana tak nagle, jak się pojawiła.
Przysięga Sayona
Od chwili, gdy Hime dowiedziała się, że ma matkę, czuła się o wiele szczęśliwsza - miała dom, do którego zawsze mogła wrócić, wspaniałych przyjaciół
i dwójkę rodziców. Dobrze pamiętała słowa Hime z lustra na Ganov. Czegoś jej wtedy brakowało. Teraz już to ma.
Szkarłat była nie tylko wspaniałą rozmówczynią. Potrafiła też doskonale gotować (czym zachwyciła Saena ) oraz czarować - nie tylko przyśpieszyła statek w zastępstwie Star, ale także sporządziła dla Sayona miksturę lekkości do kul armatnich. Stworzyła też duże łóżko, na którym spała tuż obok swojej córki. Z dnia na dzień łączyła je coraz mocniejsza więź.
Hime miała jednak także problem - była nim tęsknota za Star. Mimo, że miała matkę, Sayona, Ballada i innych piratów u boku, brakowało jej
pyskatej czarodziejki, z którą tak bardzo lubiła rozmawiać. Kajuta Star, mimo jej odejścia, wciąż wyglądała tak samo
i dziewczyna często tam przesiadywała, czytając swoje ulubione książki i paląc słodko pachnące kadzidełka.
Wraz z przypłynięciem do Dervy, zapomniała jednak nieco o czarodziejce, gdyż postanowili odrobić swoje zaległości u kupców i
już po niecałym tygodniu intensywnych napadów, ich ładownia pękała w szwach. By sprzedać zrabowany łup zatrzymali się
dopiero w Darshen, a z Darshen skierowali się w stronę Netopii. Po dwóch miesiącach od czasu opuszczenia wyspy lewiatana,
Hime powróciła na swoją rodzinną wyspę.
- Idę razem z mamą do domu. - zawróciła się do przyjaciół, gdy statek przycumował. - Przyjdźcie do mnie potem. Mój dom poznacie bez problemu
- poza dużym a małym portem znajduje się tylko on.
- Przyjdziemy, jak tylko sprzedam towary, które zgromadziliśmy po opuszczeniu Darshen. - obiecał Sayon.
- To do zobaczenia. - pomachała im i zeszła z pokładu razem z matką.
Przez zatłoczone miasto przeszły w zupełnej ciszy. Hime zdawała sobie sprawę,
że Szkarłat dawno nie odwiedzała Netopii, więc pozwoliła jej dostrzec wszystkie zmiany, jakie w niej zaszły w ciągu tych paru lat.
Szkarłat odzyskała głos dopiero po wyjściu za mury miasta.
- Denerwuję się.
- Czym?
- Spotkaniem z twoim ojcem. Co ja mu powiem?
- Prawdę, mamo. Całą prawdę. Jestem więcej niż pewna, że gdy ją usłyszy, wybaczy ci.
- Mam nadzieję. - stwierdziła kobieta i ponownie zamilkły.
Gdy na horyzoncie pojawił się ich dom,
Szkarłat raptownie zwolniła. Hime dostrzegła to i złapała ją za rękę, ciągnąc do przodu.
Szybko przeszły przez bramę wejściową i weszły do domu.
- Tata zamyka drzwi dopiero wieczorem. - wyjaśniła szeptem Hime.
- Czyli nic się nie zmienił. - stwierdziła zdenerwowana Szkarłat. Hime tymczasem wzięła głęboki wdech i krzyknęła:
- Tato, wróciłam! Mam dla ciebie niespodziankę!
Jej krzyk przyniósł natychmiastowy skutek i w korytarzu pojawił się pan Etar.
- Hime! Córeczko! - krzyknął, szeroko uśmiechnięty i wyciągnął ręce do córki. Uśmiech na jego ustach gwałtownie znikł,
gdy dostrzegł stojącą obok Hime Szkarłat. W jego oczach zalśniło niedowierzanie.
- Szkarłat? To ty? - wyjąkał.
- Tak. - przytaknęła, z oczami utkwionymi w swoich stopach, niczym mała dziewczynka, a nie dorosła kobieta. - To ja. Wróciłam.
- Ja już nie jestem potrzebna. - stwierdziła Hime. - Wychodzę na jakieś dwie godziny, byście mogli sobie wszystko spokojnie wyjaśnić.
Miłej rozmowy. - po tych słowach dygnęła i wyszła na zewnątrz.
***
Ballad siedział w jadalni i kończył swój kolejny wiersz.
Czekał na Sayona, który z Cerenem i Neanemem poszedł sprzedać zgromadzone towary. Nagle usłyszał dziwny stukot.
"Sayon szybko się uporał ze sprzedażą" - pomyślał i wyszedł z jadalni, ale nie zastał kapitana na pokładzie.
Wtedy ów dźwięk się powtórzył. Dochodził on z kajuty Star. Bez wahania zajarzał do niej i jego oczom ukazał się dziwny widok - dwa olbrzymie kufry,
które dotychczas znajdowały się pod oknem, teraz leżały na środku. Ich wieka były otwarte, a Star wpychała do nich swoje rzeczy.
- Star, czemu się nie pożegnałaś? - zapytał ją z wyrzutem. - Odeszłaś tak nagle.
- Odeszłam w taki sposób, jaki mi najbardziej wtedy odpowiadał. - prychnęła i zaczęła wrzucać na dno kufra swoje rupiecie z biurka. -
To dziwne, że zostawiliście moją kajutę w takim stanie, w jakim ją zostawiłam. Byłam pewna, że wszystko wrzucicie do oceanu.
Przybyłam się upewnić, czy to zrobiliście, a tu taka niespodzianka. Miła niespodzianka. Nie muszę kupować wszystkiego po raz trzeci.
- mówiąc te słowa, usiadła przy biurku i obrzuciła zmęczonym spojrzeniem kajutę. - Tyle tego jeszcze zostało! Spakowanie tego wszystkiego
zajmie mi kilka godzin!
- Czemu nie użyjesz czarów?
- Bo od kiedy jestem śmiertelniczką, trudniej mi to przychodzi i bardziej męczy. - rzuciła bez ogródek.
- W takim razie mogę ci pomóc. - zaoferował się.
- Nie potrzebuję twojej pomocy.
- Tak? Trudno. Ja nie przyjmuję odmowy. - zaśmiał się. Star posłała mu znikomy uśmiech, co uznał za zgodę. Wtedy do kajuty wszedł Sayon.
- Tu jesteś. Możemy już iść. - powiedział i nagle dostrzegł czarodziejkę, w której utkwił zdziwione spojrzenie.
- Spokojnie, panie kapitanie. Spakuję wszystko i już mnie nie ma. - obiecała z ręką podniesioną do góry.
- Przecież cię nie wyganiam.
- Tylko dlatego, że nie zdążyłeś. Ale spokojnie, wkrótce odejdę.
- Skoro taką decyzję podjęłaś. - rzekł spokojnie. - Ale pamiętaj o jednym - tu zawsze będziesz mile widziana. -
na dźwięk tych słów, zielone oczy Star zaokrągliły się ze zdziwienia. - Ballad, pomóż Star się pakować.
- polecił przyjacielowi. - Jak skończysz, przyjdź do Hime. - po tych słowach wyszedł, nie dając Star szansy,
na wymyślenie jakiejkolwiek odpowiedzi.
***
Hime siedziała na plaży, dumając nad tym, jak czas wolno płynie.
Tak bardzo chciała już wrócić do domu i stoczyć pierwszą prawdziwą rozmowę z obojgiem rodziców. Ale obiecała wrócić po dwóch godzinach,
a jeszcze nie minęła pierwsza.
- Dlaczego siedzisz tutaj sama? - usłyszała za sobą i o mało nie podskoczyła ze strachu. Odwróciła się i zobaczyła Sayona.
- To ty. Wystraszyłeś mnie. A gdzie Ballad?
- Przyjdzie trochę później. To czemu tutaj siedzisz? Zmierzałem do ciebie, gdy zobaczyłem jak siedzisz sama tutaj.
To bardzo przygnębiający widok. - stwierdził ze sztucznym smutkiem w głosie.
- Zostawiłam rodziców samych, by mogli spokojnie porozmawiać. - odparła, ignorując jego komentarz.
- Pewnie się cieszysz, co? Masz teraz dwójkę rodziców. - usiadł obok niej i wbił palce w ciepły piasek.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę. - zapewniła i zamyśliła się. - Pamiętam, jak miałam 5 lat i przyszłam tu z tatą.
Zapytałam go, czemu nie mam mamy jak inne dzieci. Nie odpowiedział mi, ale jego oczy były tak przeraźliwe smutne, że nigdy nie potrafiłam się
zdobyć na odwagę, by go o to ponownie zapytać. Byłam przekonana, że moja matka umarła, więc gdy poznałam prawdę, przeżyłam spory szok,
ale przyzwyczaiłam się i nie potrafię sobie już wyobrazić domu bez obojga rodziców.
- Prawda... ona daje szczęście, albo ból. - zamyślił się Sayon. - Tobie dała szczęście, a mi... - podniósł swoją prawą dłoń i spojrzał na
jej wewnętrzną stronę.
- Blizna? - zdziwiła się Hime. - Nie wiedziałam, że ją masz.
- Zrobiłem ją sobie po pogrzebie ojca. Przysięgłem sobie, że go pomszczę. Ale okazało się, ze Enah nie był winny za jego śmierć...Ale ja
już znalazłem winnego i zamierzam dokonać to, co sobie obiecałem.
- Mówisz o Gaidenie?
- Tak. Znajdę go, gdziekolwiek jest i rzucę my wyzwanie. Zadanie mam ułatwione, bo obiecał mi śmierć.
- Gaiden to czarodziej. - wyszeptała Hime. - Będzie mieć nad tobą przewagę.
- Nie martw się. - uśmiechnął się dziarsko. - Czuję, że do naszego pojedynku jeszcze daleko. Być może, że do tego czasu różnica między nim,
a mną zatrze się i staniemy naprzeciw siebie jak równy z równym. To się stanie kiedyś. A teraz mogę ci obiecać jedno - nie dam się pokonać.
Zwyciężę.
Koniec
Data powstania - 14 marzec 2006 - 7 czerwiec 2006