Poczuć Górę
Dziewczyna mieszkała na Bagnach razem z Matką. Było to miejsce smutne i mroczne, nad którym zawsze wisiały szare chmury nie przepuszczające złotych promieni słonecznych.
Mieszkały w chatce, za której próg Dziewczynie nigdy nie udało się wyjść. Chatka była mała - składała się z jednego pomieszczenia z kotarami oddzielającymi kuchnię i łazienkę od sypialni, którą dzieliła razem z Matką. Bagna dookoła chatki zamieszkiwały Potwory, które bardzo chciały wejść do domu, ale lękały się Matki, dlatego też ograniczały się do zaglądania do chatki przez okna i błagania Dziewczyny, by do nich wyszła. Jednak ona nigdy nie spełniała ich próśb - Potwory nie znały jej prawdziwego imienia, czyli nie mogła im ufać. Matka zawsze powtarzała, że imię Dziewczyny znają tylko jej dobrzy przyjaciele, których Dziewczyna nie znała. Nie pamiętała też, kiedy po raz ostatni Matka zawołała ją jej prawdziwym imieniem. To musiało być naprawdę dawno...
Raz na dwa miesiące kobieta zostawiała Dziewczynę samą i wyruszała do Błotnych Ludzi, by zakupić jadło i atrament. Wtedy krzyki i jęki Potworów nasilały się. Czasem nawet waliły w drzwi, lecz nigdy nie odważyły się ich wyważyć. Matka co wieczór otwierała dużą księgę i przy świetle świecy zapisywała w niej nowe zdania. Dziewczyna zawsze chciała, by przeczytała jej choć jedno z nich, ale zawsze spotykała się z odmową. Mówiła, że Dziewczyna musi nauczyć się cierpliwości i rozkazywała jej biegać dookoła małego domku. Dziewczyna nie lubiła tego. Szybko kręciło jej się w głowie i po jakimś czasie bolały nogi. Ale Matka była nieustępliwa i jej wychowanka kończyła dopiero wtedy, gdy ona tak nakazała. Potem robiły razem kolację, a podczas niej, opowiadała Dziewczynie o świecie poza chatą - o drzewach, niebie i zwierzętach. Dziewczyna słuchała zachwycona i marzyła, Że pewnego dnia zobaczy wszystkie cuda z opowieści Matki na własne oczy.
Gdy zaczęły się zbliżać15 urodziny Dziewczyny, dostrzegła, że kartki w książce Matki zbliżają się do końca. Po paru dniach Matka zapisała w księdze ostatnie zdanie i zamknęła ją z trzaskiem, po czym poszła przygotowywać kolację. Dziewczyna chciała jej pomóc, ale spotkała się z kategorycznym sprzeciwem. Zdziwiona usiadła przy stole i czekała, aż razem z Matką zacznie jeść.
"Chodź do nas... Chodź!" - dobiegały do niej okrzyki potworów, ale Dziewczyna jak zwykle nie zwróciła na nie zbytniej uwagi. Niech krzyczą. Przecież i tak nie wejdą do chaty.
Matka skończyła gotować i razem zasiadły do kolacji.
- Dziś są twoje 15 urodziny. - rzekła na wstępie, a Dziewczyna przytaknęła. - W związku z tym od jutra zaczniesz uczyć się samodzielności. Nie będziesz już mogła liczyć na moją pomoc. Będziesz musiała się zdać na swoje zdolności i wytrwałość.
- Ale dlaczego, Matko? - Dziewczyna nie potrafiła ukryć swojego zdziwienia.
- Bo jutro umrę. - słowa kobiety były przepełnione spokojem.
- Ale Matko! Ty nie możesz umrzeć!
- Mogę. I to stanie się jutro. Od jutra będziesz mogła polegać tylko na sobie... Ale to stanie się dopiero jutro, więc dam ci parę rad - zaraz po przebudzeniu się, rozpal pochodnię - ogień odstrasza potwory.
- Potwory? Mam opuścić chatkę?
- Tak. Oprócz pochodni weźmiesz z sobą torbę, która leży obok drzwi oraz księgę, którą tak długo pisałam. Będziesz mogła ją czytać od jutra.
- Ale gdzie ja mam iść, Matko?
- Jak wiesz, z naszej chatki wychodzą dróżki, prowadzące w dwie różne strony Bagien - wschodnią i zachodnią. Na wchodzie leży małe miasteczko Bagiennych Ludzi, u których kupowałam jadło i atrament. Niestety, oni nie będą w stanie ci pomóc. Ty pójdziesz w przeciwną stronę - na zachód... Ale wszystkiego dowiesz się jutro z książki. - Matka wstała od stołu i zaczęła zbierać brudne naczynia. - Idź się położyć. Jutro czeka cię długa droga.
Dziewczyna posłusznie położyła się, choć wcale nie chciało jej się spać. Ciągle męczyło ją pytanie - czy Matka naprawdę jutro umrze? Ale dlaczego? Dlaczego ona, Dziewczyna, ma nagle wyruszyć na zachód, nie wiedząc nawet co się tam znajduje?
Zmęczona tymi pytaniami, zasnęła.
***
Obudziła ją dziwna cisza. Zdziwiła się, że nie słyszy Matki krzątającej się w kuchni lub skrobiącej piórem w swej tajemniczej książce. Na myśl o książce przypomniała sobie wczorajsze słowa Matki. Zerwała się z pryczy i krzyknęła:
- Matko! - nie usłyszała jednak żadnej odpowiedzi. Przerażona spojrzała na prycz Matki i zobaczyła ją leżącą na niej z zamkniętymi oczami. - Matko... - podeszła do niej i wzięła ja za rękę. Była zimna jak lód. Kobieta nie oddychała.
Dziewczyna padła na ziemię przerażona. Przyglądała się Matce tak długo, aż jej oczy zaszkliły się od łez i wszystko przed nimi się zamazało.
"Wpuść nas!" - usłyszała krzyk i spojrzała w okno nad pryczą Matki. Potwory przyglądały się jej i nieżywej, a ich brzydkie twarze wyrażały jakieś straszne zamiary. Wtedy drzwi wejściowe zatrzęsły się od silnego uderzenia.
- Idźcie stąd! Zostawcie mnie w spokoju! - krzyknęła na całe gardło, ale jej rozkaz nie dał żadnego efektu, bo nawoływania Potworów były coraz głośniejsze. Raz po raz uderzały w drzwi, lub przylepiały swoje brzydkie twarze do szyb okiennych.
Dziewczyna szybko zrozumiała, że nie powstrzyma ich słowami i za niedługo wtargną do jej domu. Podbiegła do kominka i rozpaliła w nim ogień. Wzięła ze stołu księgę i otworzyła ją na pierwszej stronie.
"Droga córko. Skoro czytasz owe słowa, oznacza to, że umarłam i nie będę w stanie dłużej się tobą opiekować. Jak już pewnie zauważyłaś, Potwory zaczęły się dobijać do domu i wkrótce do niego wtargną. Musisz opuścić chatkę najszybciej jak potrafisz! Weź ze sobą rzeczy, o których ci wczoraj ci mówiłam: torbę położoną obok drzwi oraz księgę, którą trzymasz w rękach. Nie zapominaj o zapaleniu pochodni. Ogień odstraszy potwory.
Gdy już wyjdziesz na zewnątrz, dostrzeżesz dwie dróżki - jedną prowadzącą na wschód, drugą na zachód. Wybierz zachodnią odnogę. Poznasz ją po tym, że na horyzoncie zobaczysz zarys potężnej Góry. Jednak droga przez Bagna będzie długa, a Potwory będą ci towarzyszyć, dopóki nie dojdziesz do lasu pokrywającego Górę. Podczas swej wędrówki w tamtym kierunku spotkasz tylko jedno miejsce, gdzie będziesz mogła odpocząć. Jest to krąg białych kamieni, których nie przekroczy żaden Potwór. Tam odzyskasz siły i wyruszysz w dalszą drogę. Pamiętaj o jednym! Idąc przez bagna nie zatrzymuj się! Jeśli to zrobisz, Potwory cię pochwycą!
Gdy już opuścisz bagna, idź dalej prosto, ścieżką, która łączy się z bagnami. Podążaj nią cały czas, a w końcu dojdziesz do celu swojej podróży, który poznasz niebawem."
Przerwała lekturę i schowała książkę do torby, którą przerzuciła przez ramię. Podeszła do kominka i rozpaliła pochodnię. Stanęła naprzeciw drzwi i starała się opanować dreszcz strachu przebiegający po jej plecach. Pierwszy raz w swym życiu miała wyjść poza chatkę. Zawsze wyobrażała sobie to zdarzenie w zupełnie inny sposób...
Po paru chwilach zadumy złapała za klamkę i pchnęła drzwi. Zrobiła pierwszy krok, potem drugi. Była na zewnątrz. Potwory na widok ognia jarzącego się na pochodni cofnęły się w tył. Dziewczyna przez chwilę miała okropną ochotę uciec z powrotem do chatki, ale zrezygnowała z tego pomysłu. Gdyby to zrobiła, Potwory wtargnęłyby do jej schronu i wtedy spotkałaby ją okrutna śmierć z ich obrzydliwych rąk. Nie mogła do tego dopuścić! Będzie walczyć o swoje życie!
Ruszyła ścieżką przed siebie, aż po paru krokach doszła do rozwidlenia. Rozejrzała się i dostrzegła zarysy Góry na horyzoncie. To był jej cel. Kiedy dojdzie do lasów pokrywających Górę, będzie bezpieczna. A co potem? Dowie się z czasem.
Wzięła głęboki oddech i ruszyła w zachodnim kierunku, a Potwory stojące przed nią rozstąpiły się. Kroczyła przed siebie, a obrzydliwe istoty nie odstępowały jej na krok, wciąż otaczając ją szerokim pierścieniem.
"Odrzuć ogień. Chodź do nas!" - błagały ją. Dziewczyna starała się nie zwracać uwagi na ich słowa. Czuła, że w oczach zbierają się jej łzy przerażenia. Spuściła głowę i wpatrywała się w swoje stopy i kałuże pokrywające dróżkę.
Po kilku godzinach męczącego marszu dostrzegła, że krąg wokół niej zacieśnia się coraz bardziej. Spojrzała na pochodnię i z przerażeniem odkryła, że ogień zaczyna dogasać. Przyspieszyła kroku, a po paru chwilach zaczęła biec.
- Zostawcie mnie w spokoju! Słyszycie?! - krzyczała, ale Potwory nadal podążały za nią. Była coraz bardziej zrozpaczona, gdy wtem dostrzegła przed sobą krąg białych kamieni. Po chwili znalazła się w jego wnętrzu. Upuściła dogasającą pochodnię i padła zapłakana na wilgotną ziemię. Potwory tłoczyły się dookoła kręgu, lecz żaden z nich nie ośmielił się wejść do środka. Czuła coraz większy wstręt do maszkar tępo wpatrujących się w nią.
"Nic ci nie zrobimy! Nic!" - zapewnił ją jeden z Potworów. Spojrzała na niego z obrzydzeniem i spojrzała w niebo ciemniejące powoli niebo, udając, że go nie usłyszała. Po chwili namysłu wyciągnęła z torby książkę Matki oraz jedną z kanapek przez nią przygotowanych.
"Musisz wiedzieć, że podczas swej wędrówki spotkasz zarówno przyjaciół jak i wrogów. Właśnie dlatego nie możesz używać swojego prawdziwego imienia. Musisz przyjąć nowe. Od dziś nazywasz się Kea. Przedstawiaj się tym mieniem, prawdziwego NIKOMU nie ujawniaj. Jeśli ktoś obcy będzie je znał, będzie to oznaczać, że to jeden z moich znajomych czyli twój sprzymierzeniec. Zapamiętaj to, Keo."
- Kea... - powtórzyła swoje nowe imię i schowała książkę do torby. Zrobiło się tak ciemno, że już nic nie mogła odczytać z zapisków Matki. Położyła się na ziemi. Było jej zimno, więc skuliła się i objęła ramionami. Zacisnęła oczy, żeby nie widzieć ciągle wpatrzonych w nią potworów.
Zasnęła dość szybko, a gdy się obudziła, wszystko było takie same jak poprzedniego dnia - począwszy od koloru zachmurzonego nieba, na Potworach dookoła zakończywszy. Zjadała kolejną kanapkę i rozpaliła pochodnię. Wiedziała, że tym razem droga będzie o wiele bardziej niebezpieczna, bo zakończy się dopiero w lesie Góry. Do tego czasu ogień w pochodni musi płonąć.
Szybko opuściła krąg. Starała się, by jej kroki były szybkie i bardziej zdecydowane niż poprzedniego dnia. Czasami nawet biegła, by skrócić dystans między nią a lasem. Udawało się. Góra , która na początku drogi wydawała się być niedostępna i nieosiągalna, coraz bardziej wyłaniała się z mgły, choć jej szczyt nadal okrywały białe opary.
Powoli zaczął zapadać wieczór. Dostrzegła, że pochodnia zaczyna się wypalać. Przez chwilę miała ochotę się zatrzymać i wzniecić płomienie, ale przypomniało się jej ostrzeżenie Matki - nie może się zatrzymywać, inaczej potwory ją pochwycą. Postanowiła biec. Potwory ruszyły za nią, świadome tego, że ich cel może być wkrótce osiągnięty. Kea biegła, ile miała sił w nogach. Las był coraz bliżej niej, jednak wciąż był za daleko, żeby czuła się bezpiecznie. Musi biec szybciej. Szybciej. Jeszcze parę kroków i będzie bezpieczna. Bez pierścienia Potworów bezmyślnie wpatrujących się w nią. Musi tylko dobiec.
Nagle ogień w pochodni zgasł. Jeden z Potworów wyciągnął rękę w jej stronę, ale uderzyła go w głowę zgaszoną pochodnią. Maszkara odskoczyła w tył, a Kea przyspieszyła, wymachując kijem we wszystkie strony. Las był już na wyciągnięcie ręki, kiedy jeden ze stworów wyrwał jej broń z ręki, a inne zaczęły ją łapać za spódnicę i ręce.
- Zostawcie mnie! Zostawcie! - zaczęła odpychać Potwory od siebie, ale te nie dawały za wygraną. Przerażona Kea zacisnęła oczy i biegła na oślep do przodu. Wtem potknęła się i wylądowała na ziemi.
"To koniec!" - pomyślała przerażona i oczekiwała na atak Potworów. Ten nie nastąpił. Otworzyła oczy i odkryła, że leży na ciemnozielonej trawie. Odwróciła się i zobaczyła, że stwory stoją w miejscu, gdzie morka bagienna ziemia zaczyna porastać trawą. Zrozumiała, że wkroczyła na teren Góry. Potwory nie mogą na niego wchodzić. Odetchnęła z ulgą. Była bezpieczna. Podniosła się i podeszła do najbliższego drzewa, pod którym się położyła. Oczy zaczęły się jej się zamykać, a po chwili już spała.
***
- Tatataratadidi - obudził ją czyjś śpiew. Kea otworzyła oczy i rozejrzała się, ale nikogo nie dostrzegła. Zdziwiona wstała i zerknęła w stronę Bagien. Potwory wciąż stały na granicy i przyglądały się jej tęsknie. Odwróciła się go nich plecami i ruszyła ścieżką łączącą się z ścieżką z Bagien, którą miała podążać.
Po godzinie marszu zjadała na śniadanie drugą kanapkę, którą popiła wodą z manierki. Kiedy skończyła, otrzepała ubranie z okruszyn i ruszyła dalej. W drodze towarzyszył jej śpiew, który usłyszała po przebudzeniu się.
- Nanananana - Kea zaczęła się zastanawiać, do kogo należy ten piękny, wręczy anielski głos, który raz wydawał się być bliżej niej, innym razem oddalał się.
Wtem dostrzegła przed sobą mężczyznę siedzącego na ścieżce i piszącego coś na małym skrawku papieru. Podeszła do obcego i przyjrzała mu się. Nosił zniszczone, wiele razy połatane ciuchy. Jego twarz była szczupła, wręcz wychudzona i okropnie brudna. Włosy były skołtunione i bardzo długie. Rękawy i dłonie miał granatowe od atramentu. Człek był tak zaaferowany tym co pisze, że nawet nie dostrzegł jej najścia. Postanowiła więc choć na chwilę oderwać go od notatki, którą sporządzał z taką pasją.
- Przepraszam?
Skrzypnął piórem ostatni raz i spojrzał na nią rozzłoszczony.
- Czego chcesz? - krzyknął. Jego głos był piskliwy i bardzo kobiecy. Oczy człowieka były zapuchnięte, tak jakby dawno nie spał od wielu nocy.
- Nie chciałam panu przeszkadzać. - wyjąkała, wystraszona złością w jego piskliwym głosie.
- Ale właśnie to zrobiłaś! - oburzył się.
- Błagam o wybaczenie. Pisał pan tak zawzięcie, że zechciałam się dowiedzieć, co pan opisuje.
- Co? - powtórzył, a jego oczy zapłonęły. - Opisuję ją. - oświadczył dumnie i wskazał na drzewo stojące naprzeciw nich po drugiej stronie dróżki.
- Drzewo? - zdziwiła się Kea.
- To nie jest zwykłe drzewo! - wściekł się ponownie. - To jest JABŁOŃ!
- Jabłoń - powtórzyła i przyjrzała się koronie "zjawiska". Dostrzegła parę młodych owoców wśród ciemnozielonych liści. - Ale dlaczego opisuje pan właśnie ją? - zapytała, a mężczyzna zaczął skrobać piórem po kartce. Kiedy skończył, spojrzał na nią niechętnie.
- Jak to "dlaczego"? Czy ty nie widzisz? To najpiękniejsze drzewo w całym lesie pokrywającym Górę! Te liście... Te owoce... Ta kora... Z każdym rokiem jest piękniejsza!
- Długo pan ją tak obserwuje?
- 15 lat.
- 15 lat? - powtórzyła zdziwiona. - Jak można przez tyle opisywać jedno drzewo?
W ramach odpowiedzi mężczyzna szybkim ruchem wyrwał parę włosów z głowy Kei.
- Ał! - jęknęła.
- Widzisz? - podsunął po jej nos wyrwane włosy. - Przed chwilą te włosy były na czubku twojej głowy, teraz znajdują się w mojej dłoni. Już ich nie masz. Jesteś inna o kilka włosów. Tak samo jest z drzewem. Obradza się w owoce, obsypuje się kwieciem, zmienia kolor liści, jej koronę pokrywa śnieg... - kiedy wyliczał wszystkie możliwości zmiany wyglądu drzewa, z jabłoni oderwał się liść, który opadł na dróżkę. - WIDZISZ! Zmieniła się! Jest inna! - pisnął zachwycony i jął opisywać to zdarzenie.
Kea przyglądała się mu i postanowiła zadać ostatnie pytanie:
- A co pan je podczas swoich obserwacji?
- Mój dom leży niedaleko stąd. Raz na jakiś czas Błotni Ludzie przynoszą mi zapasy jedzenia... A czemu o to pytasz? - spojrzał na nią uważnie. - Jesteś głodna?
- Teraz nie... Ale dziś zjadałam swoją ostatnią kanapkę i nie wiem co będę jadła podczas swojej dalszej podróży.
- Weź to! - podniósł z ziemi worek leżący obok niego i wręczyło go Kei. - To mój zapas jedzenia na ten tydzień.
- Ale co pan będzie jadł?
- Pożywię się owocami z jej gałęzi. Będę mógł opisać ich smak oraz jak się dzięki mnie zmieniła.
- W takim razie dziękuję z prezent. - schowała jedzenie do torby. - Idę dalej. Do widzenia.
Nie odpowiedział. Ponownie zagłębił się w swych dokładnych obserwacjach jabłoni. Kea dwa razy odwróciła się i dwa razy zobaczyła jak mężczyzna bardzo pochłonięty jest tym, co pisał. Nie odwróciła się po raz trzeci. Nie było warto.
***
Wieczorem na kolację zjadła odrobinę jadła od dziwnego mężczyzny i położyła się pod jednym z drzew stojących przy ścieżce. Nie mogła jednak zasnąć i wsłuchiwała się w śpiew dochodzący do niej z oddali:
- Natadaratanatudiranana....
Piękna piosenka zaczęła ją powoli kołysać do snu. Nagle pieśń gwałtownie się urwała, a Kea poczuła się tak, jakby wylano na nią kubeł lodowatej wody. Usiadła na ziemi, przestraszona ciszą, jaka zapadła wokół niej. Wtem usłyszała dziwny dźwięk. Dźwięk zbliżał się do miejsca, w którym leżała. Tym dźwiękiem był odgłos uderzeń kopyt o ziemię. Nie wiedząc czemu, szybko wstała, pochwyciła torbę i schowała się za drzewem. Czekała, nieśmiało wyglądając z ukrycia. Po chwili jej skrytkę minął olbrzymi wierzchowiec, na którym zasiadał człowiek ukrywający swoją twarz pod zaciągniętym kapturem czarnego płaszcza.
Odgłosy końskich kopyt słyszała jeszcze długo. Nie wiedziała czemu jej serce bije tak mocno, ani dlaczego drży na całym ciele. Skuliła się pod drzewem i starała się zasnąć, co udało jej się dopiero po godzinie ciągłego czuwania. Jednak nawet we śnie czuła strach przed powrotem wierzchowca i jego pana.
***
Obudziła się zmarznięta i głodna. Zjadła jedną z kanapek od mężczyzny, po czym ruszyła ścieżką w górę. Podążała nią trzy godziny i postanowiła zrobić sobie przerwę. Usiadła pod jednym z drzew i przez chwilę wsłuchiwała się w śpiew noszony przez wiatr.
- Nataridanana....
Po chwili wyciągnęła z torby książkę Matki i otworzyła ją miejscu, gdzie ostatnio skończyła ją czytać.
"Czas najwyższy, byś dowiedziała się więcej o celu swojej podróży i o Państwie, w którym mieszkamy. Zacznę, od tego drugiego. Naszym Państwem żądzą Król i Królowa. Nie jest to jednak małżeństwo. Ona mieszka w Południowym Pałacu, on w Północnym. Oba te zamki leżą w Stolicy.
Musisz wiedzieć, że Królowa to zła kobieta. Trzeba się bać zarówno jej, jak i ludzi, którzy jej służą. Królowa często skazuje rodziny swoich podwładnych na śmierć, a potem wmawia opuszczonym ludziom, że za śmiercią ich najbliższych stoi Król. Pokrzywdzeni zaczynają przez to nienawidzić zarówno Króla, jak i ludzi, którzy są mu wierni.
Zarówno ty, jak i ja służymy Królowi, który jest człowiekiem dobrym i sprawiedliwym. Niestety, jest bardzo chory - od urodzenia cierpi na pewien wirus, który występuje w jego rodzinie od pokoleń. Ów wirus sprawia, że kolejne części ciała odpadają od reszty. Król utracił już lewą rękę i nogi, ale wciąż ma siłę, by władać Państwem razem z Królową. To właśnie do niego musisz się udać, Keo. Za Górą znajduje się Stolica, do której musisz dotrzeć. Gdy tylko się w niej znajdziesz, skieruj swe kroki do Północnego Pałacu i powiedz strażnikom, że przybyłaś do Króla. Przedstaw się im swym fałszywym imieniem, a wpuszczą cię natychmiast, gdyż jesteś tam oczekiwana. Król i jego ludzie otoczą cię opieką i będziesz bezpieczna, jak nigdzie indziej. Musisz jednak uważać - Królowa nie chce, żebyś dotarła do stolicy i z pewnością wyśle swoich ludzi, by ci przeszkodzili w osiągnięciu celu. Od dziś przyglądaj się uważnie wszystkim, których spotkasz i wsłuchuj się w ich słowa, gdyż mogą to być ludzie Królowej gotowi zrobić wszystko, byś nie dotarła do Północnego Pałacu. Nie pozwól im na to, Keo!"
- Nie pozwolę, Matko. - powiedziała do siebie Kea, po czym zamknęła książkę i schowała ją do torby. Ruszyła w dalszą drogę. Zatrzymała się dopiero wieczorem. Tym razem nie położyła się przy ścieżce, ale zeszła na bok i skuliła się pod olbrzymim, rozłożystym drzewem. Zasnęła prawie natychmiast.
***
Keę coś raptownie wyrwało ze snu. Podniosła głowę do góry i rozejrzała się, lecz w ciemnościach nocy nie dostrzegła powodu nagłego przebudzenia. Nie zobaczyła go, lecz usłyszała - uderzenia kopyt o ziemię były coraz bliższe. Mimo, że spała oddalona od ścieżki, postanowiła się jeszcze bardziej od niej oddalić. Podniosła się, wzięła torbę do góry i ruszyła w głąb lasu najszybciej jak potrafiła.
Nagle wśród ciemności dostrzegła światło. Ruszyła biegiem w jego stronę. Jednak, gdy dotarła do celu, nie zastała nikogo, kto mógłby jej pomóc, gdyż światło nie powstało za pomocą ognia, jak na początku myślała. Źródłem światła były miliony świetlików latających nad polaną. Było ich tak wiele, że Kea czuła się tak, jakby w środku nocy zaczął się dzień. Owady krążyły wokół niej, obsiadły jej ramiona, włosy oraz nogi. Nie bała się ich. Wręcz przeciwnie - czuła dziwną więź łączącą ją z owadami.
Wtem wszystkie światła na polance znikły, a wokół Kei zapanowała ciemność. Usłyszała jak owady wzlatują w powietrze i opuszczają polanę. To ją przeraziło. Świetliki wiedziały o czymś, o czym ona nie wiedziała. Wtedy usłyszała czyjś krzyk:
- Gdzie jesteś?! Nie chowaj się, bo i tak cię znajdę! Znajdę cię!
Przerażona padła na ziemię i starała się być jak najmniej widoczną. Dobrze wiedziała, do kogo należy głos. Aż za dobrze.
***
Obudziły ją promienie słoneczne. Powoli podniosła się i dostrzegła polankę, na której świetliki urządziły swój nocny taniec. Zjadła śniadanie, po czym wróciła na dróżkę. Szła przed siebie, a jej krokom towarzyszył znajomy śpiew:
- Tatadiritidi...
Nagle kątem oka dostrzegła coś dziwnego i zatrzymała się. Wśród ściany zielonych koron drzew stojących przy dróżce zobaczyła czerwone plamy. Tak jakby jakieś drzewo w oddali miało liście koloru czerwonego. Postanowiła się temu przyjrzeć i zboczyła z ścieżki. Po chwili stała pod drzewem, którego wszystkie liście były czerwone, ostro kontrastując z zielonymi koronami dookoła. Zrobiła parę kroków w przód, a wtedy jeden z czerwonych liści oderwał się od gałęzi i zaczął spadać na ziemię. Wyciągnęła dłoń i złapała go. Przyglądała się mu uważnie, gdy nagle zauważyła, że z każdą chwilą liść jest coraz bardziej miękki. W pewnym momencie zamienił się w czerwony pył i zaczął przeciekać jej przez palce. Z przerażeniem przyglądała się czerwonej wodzie brudzącej jej dłoń i rękaw, gdy nagle coś mokrego spadło jej na ramię. Spojrzała na nie i dostrzegła mokrą plamę na swej czarnej bluzce. Po chwili czerwony płyn zaczął spadać na ziemię ciurkiem tuż przed jej nosem. Podniosła głowę do góry i odkryła, że wszystkie liście zaczynają ściekać czerwonym płynem na ziemię. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że liście zamieniają się w krew. Krzyknęła i biegiem wróciła na ścieżkę. Nie zatrzymywała się. Biegła przed siebie tak długo, aż zabrakło jej sił i wycieńczona padła na kolana z takim impetem, że obdarła je ze skóry. Wtedy zaczęła płakać. Czuła, że ma dość wszystkiego, i że najchętniej wróciła by na Bagna, do chatki otoczonej przez Potwory.
Ciągle płacząc doczołgała się pod jedno z drzew i wyciągnęła z torby manierkę z wodą, którą przemyła rany na kolanach oraz wyczyściła swoją dłoń z krwi. Kiedy w końcu się opanowała i przestała płakać, wstała, krzywiąc się lekko, bo rany na jej kolanach sprawiały jej ból. Postanowiła jednak nie zwracać na to uwagi i ruszyła ścieżką w górę. Kiedy zaczęło się ściemniać, nie zatrzymywała się. Stwierdziła, że tego dnia przeszła za mało, marnując czas na przyglądnie się dziwnemu drzewu i płacz. Musiała to nadrobić.
Zaczęła się robić senna, ale nie zaprzestawała marszu. Podniosła oczy ku niebu i kroczyła przed siebie, wpatrując się w gwiazdy, których było tysiące. To był przepiękny widok. Zachwycona Kea starała się oglądać każdą z gwiazd z osoba, a nagle pośród nich dostrzegła jedną, która szybko mknęła przed siebie. Zaczęła śledzić tor jej lotu. Gwiazda spadała coraz niżej i niżej, a im niżej była, tym większa się wydawała. Rosła w oczach z każdą chwilą, a Kea zrozumiała, że uderzy w ziemię gdzieś nieopodal niej. Gwiazda zaczęła przypominać olbrzymią kulę stworzoną z srebrnego ognia. Była przepiękna i dziewczyna nie mogła oderwać od niej wzroku. Udało jej się to dopiero, kiedy kula uderzyła o ziemię, a jasny błysk rozświetlił na chwile ciemne niebo. Kea ruszyła biegiem przed siebie. Gwiazda wylądowała na dróżce, którą ona podążała na szczyt Góry. Nie musiała długo pędzić, by zobaczyć przed sobą lej utworzony podczas zderzenia kuli srebrnego ognia z ziemią. Zatrzymała się nad nim i spojrzała na dół. Nie spodziewała się zobaczyć czegokolwiek poza wydrążoną ziemią, więc jej zdziwienie było ogromne, kiedy zobaczyła, że na dnie krateru ktoś leży. Bez zastanowienia zaczęła powoli schodzić w dół. Kiedy znalazła się na dnie leja, u jej stóp leżała kobieta. Była skulona i drżała. Jej srebrzyste, lekko falowane włosy okrywały srebrno-białe nagie ciało. Kobieta emanowała jasnym blaskiem, który niczym promienie słoneczne oświetlał twarz Kei.
- Jesteś cała? - zapytała srebrzystą kobietę. Ta otworzyła oczy i spojrzała na Keę z przerażeniem, którego nawet nie starała się ukryć. Tęczówka jej oka była srebrna. - Nie bój się, nic ci nie zrobię! - starała się ją uspokoić, ale ta wciąż drżała. Nagle zwinęła się z bólu, a poświata otaczająca jej ciało zaczęła słabnąć. Wtem znikło całkowicie. Srebrna skóra kobiety zaczęła szarzeć, a potem czernieć. Po chwili jej ciało zamieniło się w popiół. Kea wpatrywała się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą leżała srebrna kobieta, którą zastąpiła kupka popiołu.
Nie wiedząc, co myśleć o tym zdarzeniu, wyszła z leja i położyła się pod jednym z drzew nieopodal dróżki. Tym razem odgłos kopyt nie wyrwał jej ze snu.
***
Kiedy otworzyła oczy, poczuła falę zimna zalewającą ciało. Starając się opanować dreszcze, zjadła śniadanie i powróciła na ścieżkę, by kontynuować swoją dotychczasową podróż.
- Tadadiritadatada - usłyszała dobrze znany śpiew i uśmiechnęła się. Przez te parę dni zdążyła pokochać tajemniczy głos, który dodawał jej sił i chęci do dalszego marszu. - Nananataditada - Kea nagle poczuła, że śpiew zachęca ją do biegu i niewiele myśląc ruszyła pędem przed siebie. Im szybciej biegła, tym głos wydawał jej się bliższy. Wiedziona słuchem zatrzymała się i skręciła w prawą stronę ścieżki. Czuła się jak zahipnotyzowana. Głos ją prowadził, a ona posłusznie podążała za nim, niczym dziecko za matką.
Wtem z gęstwiny drzew wynurzył się górski strumień, przy którym stała dziewczyna wglądająca na jej rówieśniczkę. Miała falowane złote włosy związane różową wstążką. Nosiła białą, zwiewną sukienkę a jej stopy były bose. Kea wpatrywała się w plecy śpiewającej dziewczyny i pomyślała, że spotkała swoje przeciwieństwo. Ona nosiła czarną bluzkę i spódnicę, dziewczyna była ubrana na biało. Włosy śpiewającej były długie i jasne. Włosy Kei były czarne, krótkie i postrzępione. Różniły się nawet tym, że Kea nosiła wysokie sznurowane buty, a dziewczyna nie nosiła żadnych butów.
"Pewnie jej oczy są przeciwstawne do moich, czyli niebieskie" - stwierdziła w myślach i rzekła nieśmiało:
- Przepraszam?
Śpiew raptownie urwał się, a złotowłosa zwróciła się w stronę Kei, a na jej ustach zagościł szeroki uśmiech. Jej oczy rzeczywiście były niebieskie.
- Dzień dobry. Kim jesteś? Po raz pierwszy widzę cię w tym lesie.
- Dotychczas mieszkałam na Bagnach, ale po śmierci Matki zmierzam w stronę Północnego Pałacu.
- Zmierzasz do Królowej?
- Nie, do Króla. Królowa zamieszkuje Południowy Pałac.
- Pewnie masz rację. Nie znam się za dobrze na świecie dookoła mnie. Mój świat ogranicza się do tej Góry i to mi wystarcza.
- Lubię słuchać twojego głosu. - przyznała Kea. - Jest piękny. Za każdym razem, gdy go słyszę, czuję nadzieję rodzącą się w sercu.
- Naprawdę? - dziewczyna ucieszyła się. - Bardzo mnie to cieszy, bo po to właśnie śpiewam. - usiadła na jednym z kamieni leżącym obok strumienia. - Jak masz na imię?
- Kea.
- Ja jestem Echo. Miło mi.
- Mnie również. - Kea usiadła na ziemi i uważnie przypatrywała się nowopoznanej. - Dlaczego śpiewasz ciągle tą samą pieśń bez żadnych słów?
- Bo ja lubię. Jest radosna i... moja. Sama wymyśliłam do niej melodię i za każdym razem, kiedy ją nucę, czuje dumę i nieopisane szczęście. Co do słów, to kiedyś na pewno powstaną, lecz jeszcze nie teraz.
- Czemu? - zaciekawiła się.
- Gdyż to nie ja je stworzę. Kiedyś, nie wiem dokładnie kiedy, spotkam kogoś, kto napisze idealne słowa do mojej melodii. Stworzy piękne zwrotki i piękny refren. Stworzy idealną całość. Póki to się nie stanie, będę śpiewać tak, jak śpiewam obecnie.
- Mam nadzieję, że twoja melodia dostanie słowa już wkrótce. - powiedziała Kea.
- O czym według ciebie powinny one być? - zapytała ją Echo.
- O czym? - powtórzyła i zamyśliła się. - O Górze. Tutaj jest tyle ciekawych rzeczy, które warto opisać. Każde drzewo mogłoby mieć własną zwrotkę.
- Masz rację. Jednak na Górze rośnie jedno drzewo, którego nie da się w żaden sposób opisać.
Kea natychmiast domyśliła się, o jakim drzewie mówi Echo.
- Drzewo o liściach spływających krwią. - wyszeptała.
- Widziałaś je? - zapytała ją, a Kea przytaknęła ruchem głowy. - To musiał być dla ciebie szok. Nigdy nie zapomnę, jak zobaczyłam je po raz pierwszy, 6 lat temu.
- Dlaczego ono takie jest? Czemu broczy krwią?
- Nie zawsze takie było. - westchnęła Echo. - Przeszło zmianę przez pewnego 10-letniego chłopca, któremu dano do ręki miecz. Pod tym drzewem zabił człowieka, którego krwią pożywiły się korzenie. Niedługo po tym zdarzeniu, chłopiec zabił pod drzewem następnego człowieka, potem kolejnego. Chłopiec ma obecnie 17 lat i nadal przyprowadza pod drzewo swoje ofiary.
Kea milczała. Historia krwawiącego drzewa przeraziła ją. Dodatkowo czuła dziwny niepokój w sercu, złe przeczucie odpychające na bok wszelkie pozytywne myśli.
- Czy wiesz... Czy wiesz po czym mogę rozpoznać tego mordercę?
- Tak. Nosi czarne lub szare ubrania i miecz na plecach. Nie rozstaje się z swoim olbrzymim, czarnym wierzchowcem.
- Czemu... Czemu on zabija? - wyszeptała przerażona Kea, która zrozumiała przyczynę niepokoju w swoim sercu.
- Nie mam pojęcia. Nie raz słyszałam od Bagiennych Ludzi, którzy obserwowali go z ukrycia, że swoje ofiary porywa, wiąże i prowadzi pod tamto drzewo. Tam je zabija.
- A co robi z ciałami?
- Tego nikt nie wiem. - głos Echo był cichy, ledwo słyszalny. - Widziałam go parę razy, ukryta w koronach drzew. Ma piękną twarz, całkiem inną od swojego serca.
- Nie mów już o nim. - poprosiła Kea i poczuła ciepłe łzy spływające po policzkach.
- Przepraszam. - Echo spojrzała na nią smutno. - Nie chciałam cię zasmucić.
- Czy ten człowiek ma jakieś imię?
- Nie wiem. Ja i Błotni Ludzie nazywamy go Jeździec.
- Jeździec... - powtórzyła. Bezimienny zwany Jeźdźcem był jej największym zagrożeniem. Nie mogła pozwolić, by ją złapał! Nie mogła! - Musze już iść. - przetarła zapłakane oczy i wstała.
- Poczekaj! - Echo również podniosła się. - Pozwól, że przez chwilę potowarzyszę ci! Idziesz na szczyt Góry, tak?
- Tak.
- To chodźmy razem. Znam kilka skrótów, dzięki której znajdziesz się na szczycie. Zgadzasz się?
- Tak, o ile później zaprowadzisz mnie z powrotem na ścieżkę, bo inaczej pobłądzę. - odparła.
- Dobrze. - Echo uśmiechnęła się szeroko. - Chodźmy więc. - zaczęła stąpać przed siebie, a Kea stwierdziła, że jej kroki bardziej przypominają jakiś ulotny taniec, niż chód człowieka. - Nananananananana - Echo zaczęła śpiewać i zerknęła na Keę. - Śpiewaj ze mną!
- Ale... ja nie umiem!
- Przecież znasz melodię. Słowa wymyśl sama! - złapała Keę za rękę i powróciła do śpiewu. Kea z początku nieśmiało ją wspomagała, lecz z czasem zaczęła śpiewać na całe gardło, tak jak Echo. Dzięki temu zaczęła zapominać o tym, co jeszcze przed chwilą ją trapiło. Wyrzuciła ze swych myśli Jeźdźca i Królową. Zapomniała o śmierci Matki i o krwawiącym drzewie. Teraz najważniejszy był dla niej śpiew.
***
Wieczorem zatrzymały się na małej polance, zdyszane, lecz bardzo szczęśliwe.
- To było wspaniałe! - wyznała Kea. - Czułam się tak... Tak jakbym nigdy się nie bała i smuciła.
- Ja czuję to każdego dnia. Kocham to uczucie. - Echo zerwała z jabłoni rosnącej nieopodal dwa dzikie jabłka i jedno z nich podała Kei.
- Zazdroszczę ci. Też chciałabym spędzać każdy dzień bez żadnych zmartwień.
- To w czym problem? Przyłącz się do mnie i razem śpiewajmy dla Góry!
- Bardzo bym tego chciała, ale nie mogę. - westchnęła zasmucona. - Wolą Matki było dotarcie do Króla i oddanie się pod jego opiekę.
- Rozumiem. - przytaknęła smutno Echo. - Ale obiecaj mi, że kiedy już zamieszkasz u Króla, czasem mnie tu odwiedzisz.
- Obiecuję. - Kea uśmiechnęła się szeroko.
- Jutro zaprowadzę cię z powrotem na dróżkę. Teraz śpijmy. - Echo położyła się na ziemi, a Kea zrobiła to samo.
Nad łąką przebiegł zimny wiatr i dziewczyna zadrżała. Echo natomiast wyglądała na nieporuszoną, tak jakby miała na sobie płaszcz obszyty futrem, a nie cienką sukienkę.
- Echo
- Słucham?
- Nie jest ci zimno?
- Nie.
- W ogóle?
- W ogóle.
- A kiedy tak biegasz po Górze i pada deszcz? Albo śnieg?
- Nigdy nie czuję chłodu.
- Jak to jest możliwe?
- Ja jestem jednością z Górą. Ja czuję ją, a ona czuje mnie.
- Czujesz Górę? - powtórzyła Kea nieco zbita z tropu.
- Pokażę ci. - Echo usiadła i zaczęła rozkopywać ziemię obok niej. Kiedy wykopała mały dołek, kiwnęła na Keę, aby ta podeszła do niej.
- Włóż ręce do dołka. - rozkazała, a Kea wykonała jej polecenie.
- Co teraz? - zapytała szeptem.
- Staraj się poczuć Górę.
- W jaki sposób?
- Po prostu spróbuj.
Kea zamknęła oczy i wbiła palce w ziemię. Przez chwilę czuła na sobie spojrzenie towarzyszki, ale ono raptownie się urwało. Wszystko, co ją otaczało, nagle znikło. Nie czuła zimna, nie słyszała wiatru szeleszczącego w gałęziach, ani kopyt uderzających o ziemię daleko od niej. Zdawała się być w całkiem innym miejscu. Miejscu bez ścian i podłóg. Nie odbijającym żadnych dźwięków ani kolorów. Nie mającym w sobie ciepła lub zimna. Pustka. Keę otaczała olbrzymia pustka. I w taj pustce oprócz niej było coś jeszcze - serce, którego uderzenia czuła w koniuszkach swoich palców. Uderzenie. Uderzenie. Uderzenie... Kea z każdym uderzeniem czuła coraz większe ciepło ogarniające ciało.
I nagle wszystko się urwało. Znowu było jej zimno. Otworzyła oczy i spojrzała uważnie na swoje palce wciąż zagłębione w ziemi.
- Poczułaś ją? - zapytała Echo.
- Tak. To było... Nie wiem jak to opisać... Czemu tak szybko się skończyło?
- Góra nie przyjmuje kogoś od razu. Musi poznać i zaakceptować śmiałka, który chce nią czuć. W moim przypadku trwało to niecały rok, ale w twoim... - urwała nagle.
- Co się stało? Czemu zamilkłaś? - zaniepokoiła się Kea.
- Mi udało się ją poczuć dopiero za piątym razem. Nie sądziłam, że może to się udać za pierwszym razem. To... niezwykłe.
- Niezwykłe - powtórzyła cicho Kea.
- Chodźmy spać. - zdecydowała Echo i szybko położyły się na ziemi. Kea jednak nie mogła zasnąć. W głowie wciąż słyszała słowa towarzyszki. Niezwykła... Ona?
*** Następnego dnia po zjedzeniu śniadania ruszyły w stronę ścieżki ze śpiewem na ustach, który urwał się, gdy dotarły do celu.
- Czas się rozstać. - westchnęła Echo. - Szkoda, bo uświadomiłaś mi, jak czasem bardzo mi brakuje kogoś, z kim mogłabym porozmawiać. Mam nadzieję, że kiedyś znowu się spotkamy.
- Ja też. - Kea uścisnęła dłoń dziewczyny. - Echo, wiesz może, czy po drodze na szczyt spotkam jakieś bezpieczne miejsce na nocleg? - zadając to pytanie starała się nie myśleć o Jeźdźcu.
- Na ścieżce jest zbudowana chatka i powinnaś do niej dojść wieczorem. Niestety, nie wiem za dobrze kto tam mieszka. Natomiast na szczycie Góry zbudowana jest Wieża, w której mieszka pewien wspaniały człowiek razem z swoim Uczniem. Powiedz, że cię przysyłam, a na pewno udzielą ci schronienia. To dobrzy ludzie.
- Tak zrobię. Do widzenia.
- Do widzenia - Echo uśmiechnęła się do niej i wbiegła do lasu ze śpiewem na ustach.
Kea westchnęła cicho. Znowu była sama. Odrobinę zawiedziona ruszyła ścieżką w górę. Po 5 godzinach marszu niebo zaczęło się chmurzyć i błyskać. Przyspieszyła kroku, ale to nie uchroniło ją przed ciężkimi kroplami deszczu, które nagle zaczęły spadać z nieba. Kea z każdą chwilą czuła się coraz gorzej. Była mokra, zziębnięta, torba wżynała jej się w ramię, a kamienie pod jej stopami były tak śliskie, że parę razy wylądowała na ziemi, brudząc ubranie i kalecząc nogi. Nie poddawała się jednak i ciągle brnęła przed siebie, nucąc pod nosem piosenkę Echo.
Tego dnia noc zmrok zapadł wcześniej, gdyż niebo szczelnie opatuliły szaro-granatowe chmury. Ten fakt budził w sercu Kei obawę - kto wie, czy nagle z drzew nie wyskoczy Jeździec na swym rumaku, pragnący nakarmić korzenie tamtego drzewa jej krwią?
"Nie pozwolę mu na to!" - krzyknęła w myślach i zaczęła biec, co chwila potykając się.
Po paru chwilach biegu zobaczyła małą chatkę, w której oknie jaśniało światło. Uśmiechnęła się z ulgą - odpocznie i ogrzeje zmarznięte ciało. Pobiegła do drzwi wejściowych chatki i zapukała do nich. Nie usłyszała żadnej odpowiedzi, więc zapukała ponownie, a gdy odczekała odpowiednią chwilę, weszła do chatki.
Znalazła się w dużym pomieszczeniu łączącym sypialnię, kuchnię i łazienkę w jedno.
"To przypomina mi moją chatkę z Bagien - pomyślała Kea. - Tyle, że u mnie były kotary, które odgradzały poszczególne pomieszczenia od siebie. W mojej chatce były też jedne drzwi." - spojrzała na drugie drzwi stojące naprzeciw drzwi, którymi weszła. Były one lekko uchylone i krople deszczu przesmykały się przez szparę, tworząc kałużę w klepisku.
- Wróciłeś? - Kea o mało nie krzyknęła ze strachu, gdy usłyszała zadane jej pytanie. Rozejrzała się i zobaczyła, że przy rozpalonym kominku siedziała kobieta o smutnych oczach, ubrana w łachmany. Jej twarz była brudna, tak samo jak jej skołtunione włosy. Jej ręce do łokci do palców były oplecione szarymi z brudu bandażami. - To nie ty. - westchnęła kobieta nie odrywając wzroku od Kei.
- Ja... - zaczęła niepewnie dziewczyna. - Czy mogłabym tutaj przeczekać noc? Jestem zmęczona i zmarznięta.
- Nie wiem, czy mój mąż pozwoli ci tutaj zostać, panno....?
- Keo. Mam na imię Kea.
- Ja jestem Sarna. - przedstawiła się i przeniosła spojrzenie na uchylone drzwi.
- Czeka pani na męża? - zapytała ją.
- Tak. Dzień w dzień. Oni mówią, ze już nie wróci, ale ja wiem, ze kłamią. Przecież ja go widzę codziennie. Przychodzi do mnie, ale nigdy nic nie mówi. Ciągle milczy.
Kea przysłuchiwała się Sarnie z lekkim zdziwieniem, ale nie podważała jej słów, choć brzmiały one dość dziwnie.
- Oni, czyli kto? - zapytała.
- Nie słyszysz ich? Ciągle szeptają mi jakieś złośliwości. Chcą mnie przygnębić, ale nic z tego! On wróci do mnie, codziennie do mnie wraca i pojawia się tam - wskazała na kominek.
- Ogień? Pojawia się w ogniu?
- Nie. Pojawia się za nim, a płomienie nas rozdzielają. Kiedy chcę je zgasić, on znika razem z nimi. Dlatego próbuję go dotknąć poprzez nie - spojrzała wymownie na brudne bandaże na swoich rękach. - To zadaje ból, ale to tylko próba. Kiedy ją przejdę nic już nas nie rozdzieli. - Sarna zaczęła się kiwać na boki i śpiewać coś pod nosem. Wyglądało na to, że całkowicie zapomniała o obecności Kei w chatce.
Tymczasem dziewczyna przypatrywała się Sarnie oniemiała. Była zmarznięta, ale bała się podejść do kominka i dziwnej kobiety. Wtem wiatr uderzył w uchylone drzwi, które ostro skrzypiąc otworzyły się. Na zewnątrz zaczęło się błyskać.
- Przybył! Przybył! - Sarna zaczęła krzyczeć.
- Pani Sarno, ja nikogo tu nie widzę... - powiedziała, ale kobieta nie zwracała na nią uwagi i przykucnęła przy kominku. - Jesteś. Przyszedłeś. Już się bałam, że mnie zostawisz i Oni będą się ze mnie śmiać. Ale ty mnie kochasz i przyszedłeś. Proszę, zostań ze mną już na zawsze... Zawsze... Zawsze... - jej głos począł drżeć, a słowa, które wypowiadała były coraz bardziej bełkotliwe i niewyraźne. - Powiedz moje imię, wyszeptaj je, przytul, pokaż im, że miłujesz mnie... - Kea nie zrozumiała dalszych słów, bo zamieniły się w całkowity bełkot. Przyglądała się Sarnie z przerażeniem. Kobieta kiwała się na boki i wydawała z siebie dziwne dźwięki. Nagle wyciągnęła ręce w stronę ognia.
- Sarno, PRZESTAŃ! - podbiegła do niej i odciągnęła ją od ognia.
- To ty przestań! - kobieta wymierzyła jej ostry policzek. - To Oni cię przysłali! Chcesz nas rozdzielić! Chcesz go mieć tylko dla siebie! Nie pozwolę ci na to! - z ust Sarny zaczęła wypływać piana. Pchnęła Keę na ziemię i rzuciła się na nią. Jej ręce oplotły szyję dziewczyny i przez chwilę mocno ją ściskały. Nagle uścisk Sarny zelżał, a ona sama wstała i spojrzała w stronę kominka.
- Co się stało, kochany? Chcesz mi coś powiedzieć? Już do ciebie idę! - i ponownie usiadła naprzeciw ognia. - To bardzo miłe, naprawdę.
Kea przez chwilę przyglądała się kobiecie, która najwyraźniej całkowicie zapomniała o jej istnieniu, po czym szybko podniosła się i wybiegła z chatki przez otwarte na oścież drzwi. Biegła przed siebie, a słowa Sarny wciąż obijały się o jej głowę, przez co strach w sercu rósł. Z oczu wypływały jej łzy, które mieszały się z deszczem.
Nagle poślizgnęła się o jeden z kamieni i wylądowała na ziemi. Nie podniosła się jednak do góry. Miała już wszystkiego dość. Czuła, że wędrówka, którą musiała odbyć to kara, która nigdy się nie skończy. Ona nie chciała tej kary. Ona chciała być wolna.
- Wolna... - wyszeptała i zaczęła nucić pod nosem piosenkę, którą stworzyła Echo. Jakiś czas później zasnęła.
***
Kiedy się obudziła, deszcz ciągle padał. Jej ciało było mokre i obolałe. Powoli podniosła się i zajrzała do torby. Wszystko, co się w niej znajdowało, było całkowicie przemoczone. Kanapki, które zdążyły stwardnieć, teraz rozsypywały się przy mocniejszym dotknięciu, a atrament w książce Matki rozpłynął się i wszystkie zdania zamieniły się w olbrzymie plamy, z których nic nie mogła odczytać. Poczuła w sercu ogromny wstyd - Matka zapisywała książkę przez tyle lat, o ona zamiast dbać o nią, pozwoliła, by książka wyglądała, tak jak wygląda. Nawet nie przeczytała jej całej...
"Może kiedy strony wyschną, będę mogła coś odczytać" - pomyślała chowając do torby książkę. Wyciągnęła jabłko, które jadła, idąc przed siebie. Miała cichą nadzieję, że jeszcze tego dnia uda jej się dostać na szczyt Góry, gdzie zgodnie z słowami Echo miała być dobrze ugoszczona przez mieszkańców Wieży.
- Muszę być silna. - szepnęła do siebie.
Czas mijał, a prócz deszczu zaczęło ją otaczać coś innego - mgła, która utrudniała jej oddychanie. Kea przypomniała sobie, jak parę dni temu opuściła chatkę i po raz pierwszy zobaczyła Górę, której szczyt był zamglony... W takim razie mgła jest dobrym znakiem! Oznacza, że jest blisko szczytu!
Zachwycona tą myślą, zaczęła biec, wyglądając Wieży wynurzającej się z mgły. Jednak budynek się nie pojawiał. Kea uświadomiła sobie, że może do niego dojść zarówno za parę minut, jak i za parę godzin...
Nagle przypomniało jej się, jak razem z Echo biegała po leśnych ścieżkach i śpiewała na całe gardło. Wtedy w ogóle nie odczuwała zmęczenia. W ogóle. Kea zaczęła nucić pod nosem piosenkę Echo. Z każdą chwilą robiła to coraz głośniej i w końcu maszerowała przed siebie, śpiewając na całe gardło. I już nie ważna dla niej była mgła, utrudniająca oddychanie, ciągle padający deszcz, ani obolałe ciało. Dla Kei liczył się tylko śpiew.
- Wreszcie cię znalazłem - wtem usłyszała czyjś głos. Ten głos sprawił, że raptownie urwała pieśń, a wszelkie problemy wróciły do niej z zdwojoną siłą.
Powoli odwróciła się i zobaczyła ciemną postać wynurzającą się z mgły. Ową postacią był człowiek siedzący na olbrzymim wierzchowcu. Przerażona Kea zaczęła cofać się w tył, nie potrafiąc wydać z siebie żadnego dźwięku.
Chłopak, który siedział na grzbiecie konia, bacznie się jej przyglądał. Miał krótkie czarne włosy, przerażająco jasnoniebieskie oczy i świeżą ranę na prawym policzku, zszytą grubą czarną nicią. Jego ubranie było szare, a na plecach miał olbrzymi miecz.
"Zabije mnie, zabije!" - pomyślała przerażona, ale coś jej środku nie zgadzało się - nie umarła podczas podróży przez Bagna, nie zabiła ją obłąkana Sarna, nie zginie teraz!
Zacisnęła usta, odwróciła się na pięcie i puściła się pędem przed siebie.
"Nie krzycz. Nie okazuj strachu." - powtarzała sobie w myślach.
Co dziwne, jej kroki były o wiele zgrabniejsze niż poprzedniego dnia i mimo tego, że kamienie były okropne śliskie, nie potykała się o nie. Nasłuchiwała końskich kopyt, ale jedynymi dźwiękami jakie słyszała, były własne kroki i uderzenia serca. Przez chwilę myślała, że Jeździec dał jej spokój, ale szybko sprowadziła się na ziemię - dla niej zaczęła się walka o życie, dla niego zabawa. Zabawa w polowanie. Specjalnie czeka. Kiedy stwierdzi, że już czas, wyruszy za nią w pościg. Miała więc szansę przeżyć spotkanie z nim. Dużą szansę. Musi tylko dostać się do Wieży. Musi!
"Pojaw się, błagam! - myślała zrozpaczona i nagle usłyszała dźwięk, którego tak strasznie nie chciała usłyszeć - uderzenia kopyt o ziemię. - Nie! Nie! - zaczęła krzyczeć w duchu, a po policzkach spływały jej łzy. Odwróciła się i zobaczyła słabe zarysy Jeźdźca, po czym szybko skierowała głowę przed siebie, przerażona tym widokiem. Wtedy zobaczyła przed sobą słabe zarysy wrót. Wrót wejściowych do Wieży.
- OTWÓRZCIE MI! - zaczęła wrzeszczeć. - OTWÓRZCIE MI! OTWÓRZCIE! - nie wiedziała skąd miała siłę by przyspieszyć i krzyczeć ile sił w płucach jednocześnie. - BŁAGAM! PRZYSYŁA MNIE ECHO! - wrota i reszta Wieży były coraz bardziej widoczne, ale drzwi nadal były zamknięte. Kopyta uderzające o ziemię mroziły krew w żyłach Kei swoją przeraźliwą bliskością. - OTWÓRZCIE! - krzyknęła po raz kolejny i stał się cud - wrota zaczęły się otwierać.
"Uda mi się! - pomyślała, zachwycona małą odległością między nią a wnętrzem Wieży. - Musi się udać!" - stwierdziła w myślach i spojrzała za siebie. Cały zachwyt natychmiast ulotnił się z niej. Strach powrócił. Jeździec był zaledwie parę kroków za nią i wyciągnął rękę w jej stronę.
- ZOSTAW MNIE! ZOSTAW! - jej błagania nie interesowały chłopaka, który już był obok niej i chciał złapać ją za kołnierz. W ostatniej chwili odskoczyła w bok i zamiast kołnierza pochwycił pasek torby dziewczyny, który pękł pod wpływem mocnego ciągnięcia z obu stron. Koń Jeźdźca raptownie zwolnił, a Kea ostatkiem sił wbiegła do Wieży.
- Wrota! Zamknijcie je! - wydusiła z siebie, a młody chłopak, który stał za nimi, szybko wykonał jej rozkaz i dodatkowo zaryglował je. - Dziękuję. - wyjąkała i usiadła na zimnej, kamiennej posadzce, by po chwili położyć się na niej. Łapczywie łapała powietrze, czując się bezpieczna jak nigdy dotąd.
- Kto to był? Przez chwilę myślałem, że już cię ma. Wtedy ty pięknie uskoczyłaś! - usłyszała słowa chłopaka i podniosła się na łokciach, by spojrzeć na niego. Miał okrągłą piegowatą twarz i duże brązowe oczy. Bardzo chciała odpowiedzieć mu coś, ale wciąż nie mogła wydusić z siebie słowa, więc uśmiechnęła się tylko, wciąż ciężko dysząc. Chyba domyślił się tego, bo pozwolił jej odpocząć i nie zadawał więcej pytań. Kiedy w końcu oddech i serce Kei się uspokoiły, rzekła:
- Nazywam się Kea i pochodzę z Bagien. Moja matka kazała mi iść do Północnego Pałacu. Ten człowiek podąża za mną od paru dni. Nie wiem, czego ode mnie chce i wolę nie wiedzieć. Przysyła mnie Echo. - wiedziała, że jej słowa nie miały większego sensu w całości, ale nie miała siły układać słów w inteligentne zdania. Chłopakowi to jednak wystarczyło, bo powiedział:
- Witaj w Wieży, Keo. Jestem Uczeń i jeśli masz wystarczająco dużo siły, zaprowadzę cię do mojego pana.
- A na którym piętrze znajduje się teraz twój pan? - zapytała, przyglądając się spirali schodów nad jej głową.
- Obecnie jest na pierwszym.
- W takim razie prowadź. - podniosła się i ruszyła za Uczniem, który żwawo wchodził po stopniach do góry.
- Jesteśmy na miejscu - obwieścił uczeń, kiedy znaleźli się na pierwszym piętrze i zaprowadził ją do pokoju zapełnionego książkami. - Profesorze, to Kea. Przysłała ją do nas Echo. - kiedy Uczeń wypowiedział te słowa, z ksiąg wynurzył się niski człowiek o siwej czuprynie.
- Dzień dobry - przywitała się cicho. Człek nie odpowiedział. Przyglądał się jej w milczeniu i nagle krzyknął:
- Idioto! Po coś tu ją przyprowadził?! Przecież ona ledwo na nogach stoi! Pędź do najbliższego wolnego pokoju gościnnego i przygotuj jej czyste ubranie i ciepłą kąpiel!... Jesteś może głodna?
- Tak
- I zrób jej coś do jedzenia! - wtedy Uczeń wybiegł z pokoju. - Przepraszam za niego. Czasem jest taki nie pozbierany. Jak się wykąpiesz, zjedz i połóż się spać. Porozmawiamy jutro, dobrze?
- Dobrze - przytaknęła, uśmiechając się do staruszka. Czuła, że ani on, ani jego nie pozbierany Uczeń nie zrobią jej krzywdy. To miła odmiana po spotkaniu z Sarną i Jeźdźcem.
- Kąpiel gotowa. - chłopak wrócił i skinął na Keę. - Chodź, zaprowadzę cię do twojego pokoju.
Na szczęście pokój, który dostała znajdował się na pierwszym piętrze i nie musiała wychodzić po schodach na wyższe piętra. Było to bardzo przytulne pomieszczenie - z dużym łóżkiem, rozpalonym kominkiem i puszystym dywanem.
- Tam jest łazienka. - Uczeń wskazał jej drzwi położone obok szafy. - Z szafy wybierz sobie jakieś ubranie. - po tych słowach wyszedł. Kea podeszła do szafy, w której znajdowało się pełno sukienek. Wybrała najbrzydszą z nich (gdyż po kąpieli i zjedzeniu czegoś zamierzała pójść spać) i weszła do łazienki, gdzie czekała na nią wanna pełna ciepłej wody. Zachwycona, szybko weszła do niej. Jak ta woda różniła się od lodowatego deszczu, który spływał na nią podczas drogi! To była cudowna różnica!
Kiedy wyszorowała ciało i włosy z wszystkich brudów dotychczasowej podróży, wyszła z wanny, wytarła ciało i ubrała wybraną przez siebie sukienkę. Kiedy wyszła z łazienki, zobaczyła, że na stoliku obok łóżka ktoś położył tacę z kubkiem ciepłej herbaty i talerzem pełnym kanapek. Dopiero na widok jedzenia poczuła, jaka naprawdę jest głodna. Łapczywie zjadła wszystko na talerzu i popiła herbatą. Kiedy zapełniła żołądek, położyła się i westchnęła zachwycona - już zapomniała, jakie to wspaniałe uczucie zasypiać w czymś miękkim i ciepłym. Z wdzięcznością pomyślała o Uczniu i Nauczycielu. Kea nigdy nie poznała swojego dziadka, ale chciała, żeby był właśnie taki jak Nauczyciel.
"To byłby najwspanialszy dziadek na świcie." - pomyślała i zamknęła oczy.
Nagle, pomimo otaczającego ją ciepła, ogarnął ją chłód. W myślach ujrzała twarz Jeźdźca. Piękną twarz o nieujarzmionym spojrzeniu, zeszpeconą blizną.
"Czego on ode mnie chce? Czego? - pomyślała przerażona. Pognębiał ją fakt, że ciągle miała przed oczyma jego twarz. Jego błękitne oczy ciągle wpatrywały się w nią... - Daj mi spokój przynajmniej teraz!" - pomyślała wściekła. Niedługo potem zasnęła.
***
Gdy obudziła się, w pokoju było jasno, a do jej uszu nie dobiegał deszczowy szum. Wstała i podeszła do okna, za którym dostrzegła mgłę.
"Zapomniałam, że jestem na szczycie" - pomyślała, po czym wybrała jedną z sukien z szafy i weszła do łazienki, by się wymyć i przebrać. Kiedy wróciła do pokoju, ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę. - powiedziała, a do środka wszedł Uczeń z jej ubraniami w ręku.
- Wyprałem i zacerowałem twoje ciuchy. - powiedział i położył je na krześle.
- Dziękuję. To bardzo miło z twojej strony.
- Nie dziękuj. Ty byś na moim miejscu zrobiła to samo - muszę prać i cerować wszystkie ciuchy Profesora, bo on tego nie umie. Dodatkowy ciuch nie zrobił mi różnicy... Ale nie przyszedłem tutaj, żeby narzekać! Profesor przysłał mnie tutaj, żebym się zapytał, czy zjesz z nami śniadanie?
- Z chęcią. - przytaknęła i razem wyszli z pokoju.
- Mam nadzieję, że już odzyskałaś siły, bo tym razem zdecydował, że będzie jadł na piątym piętrze.
- Tym razem? - zainteresowała się.
- Codziennie je gdzie indziej. - westchnął chłopak. - Nie rozumiem, skąd w nim tyle siły. Potrafi w niecałe 20 minut z parteru wejść na ostatnie, 25 piętro bez śladu zmęczenia. Do tego ubzdurał sobie, że każdego dnia będzie jadł na innym piętrze, co dla gotującego, czyli dla mnie jest okropnie męczące. Co prawda, na każdym piętrze jest kuchnia, ale tylko w tej na parterze znajduje się pełna spiżarnia. Tak więc czasem muszę biegać na samą górę z jedzeniem do przygotowania.
- Narzekasz na swojego pana, ale nie próbuj mi wmówić, że go nie lubisz. - zaśmiała się Kea.
- To prawda. Bardzo go lubię i mocno podziwiam. Profesor potrafi stworzyć niezwykłe rzeczy. Pisze wiersze i uczy mnie historii. Gdyby tylko jego zamiłowanie do Wieży było mniejsze. - jęknął, a Kea zaśmiała się ponownie.
- Dlaczego w Wieży jest tyle wolnych pokoi?
- Dla gości. - odpowiedział szybko. - Wpuszczamy do Wieży każdego, kto o to poprosi, ale tylko nielicznych traktujemy wyjątkowo.
- Wyjątkowo czyli jak?
- Tak jak ciebie. Większość gości nigdy nie spotkała Profesora.
- Dlaczego?
- Bo on nie przepada za innymi ludźmi. A ty go bardzo zainteresowałaś - rzadko kogo poleca Echo. On bardzo ją lubi. Czasem przychodzi do nas, by zaśpiewać. Profesor uwielbia jej słuchać. Mówi, że ma głos anioła.
- To prawda. - przyznała.
- I do tego wygląda jak anioł. - westchnął chłopak i nagle spłonął rumieńcem, co Kea skomentowała szerokim uśmiechem. - Jesteśmy na miejscu - powiedział i wskazał jej drzwi, które po chwili przekroczyli. Znaleźli się w małej jadalni, w której postawiono stół w kształcie kwadratu. Profesor czekał na nich przy nim.
- Siadaj naprzeciw mnie, panienko. Uczeń zaraz przyniesie nam jadło. - po tych słowach chłopak opuścił jadalnię. Kea została sama z starszym człowiekiem, który bacznie się jej przyglądał. - Jak masz na imię, dziewczynko?
- Kea.
- A jak chcesz, żebym ja się nazywał?
- Słucham?
- Ja nie mam jednego imienia. Dla jednych jestem Profesorem, dla innych Nauczycielem. Jeszcze inni mówią na mnie Mistrz albo Uczony. Wybierz sobie imię, którym będziesz mnie zwać.
- A... a może być Dziadek? - zapytała nieśmiało.
- Dziadek? - powtórzył zdziwiony i wybuchł śmiechem. - Nikt jeszcze mnie tak nie nazwał! Wspaniale! Wspaniale! - kiedy się uspokoił, rzekł: - Jesteś bardzo ciekawą istotką. Skąd pochodzisz?
- Z Bagien.
- To daleko! Co w taki razie robisz tutaj, tak daleko od domu?
- Matka kazała mi iść do Północnego Pałacu.
- Samej?
- Tak. Powiedziała, że muszę nauczyć się samodzielności.
- Przecież samodzielności człowiek uczy się przez całe życie! Nie może jej przyswoić od tak!
- Matka uważała inaczej.
- Dziwna kobieta. - stwierdził.
Wtedy do jadalni wszedł Uczeń i położył na stole talerze z kanapkami. Szybko wyszedł i wrócił z tacą w rękach, na której znajdowały się kubki, trzeci talerz oraz dzbanek z herbatą.
- Smacznego. - rzekł Dziadek. Uczeń usiadł obok Kei, skinął głową w kierunku swojego pana i zaczął jeść. - Keo, piszesz może wiersze?
- Nie.
- Ja tak. Zaproponowałem nawet Echo, że napiszę słowa do jej piosenki, ale podziękowała mi. Powiedziała, że moje wiersze są piękne, ale nie dla niej. Zawsze, gdy przychodzi do nas, pyta, czy nie napisałem jakiegoś nowego wiersza, który mógłbym jej przeczytać. Oczywiście, zawsze mam coś dla niej, bo to ona zachęca mnie do tworzenia. Echo umie słuchać, w przeciwieństwie do tego tutaj. - spojrzał krytycznie na Ucznia, który zaczerwienił się aż po uszy.
- A co mi da słuchanie pańskich wierszy, Profesorze? - zapytał oburzony. - Wybrałeś mnie po to, by mnie nauczać, a nie po to, by czytać mi wiersze!
- Słusznie mówisz! - Dziadek zaśmiał się.
- Ja z chęcią wysłucham twojej poezji, Dziadku. - powiedziała Kea, a człek zerknął na nią zaciekawiony. - Wygląda na to, że znalazłem nową słuchaczkę. Jak miło! - stwierdził i wstał od stołu. - Chodźmy do gabinetu obok. Przeczytam ci moje dzieła, a ty powiesz mi, co o nich myślisz. Uczniu, pozmywaj tymczasem naczynia. - zwrócił się do chłopaka, a ten posłusznie skinął głową.
Gabinet był bardzo podobny do tego, w który po raz pierwszy spotkała Dziadka zeszłego dnia - tutaj też było pełno ksiąg. Gabinet z piątego piętra różnił się od gabinetu z pierwszego piętra tym, że był po brzegi wypełniony różnymi zwojami i papirusami. Leżały one wszędzie - na stołach, półkach, krzesłach i ziemi. Zapełniały całe pomieszczenie.
- Usiądź sobie gdzieś. - Dziadek ściągnął z fotela pokreśloną kartkę, na której leżało pióro i kałamarz, odłożył je na ziemię i zasiadł wygodnie w fotelu.
Kea odgarnęła na bok kartki leżące u jej stóp i usiadła po turecku na podłodze. Dziadek uznał, że może zaczynać i przeczytał jej swój wiersz. Bardzo spodobał się Kei. Mówił o parze kochanków, którzy mimo wielu przeciwności losu byli razem do końca swoich dni. Drugi wiersz odczytany przez Dziadka był całkowicie inny - zawiły i jakby zapisany szyfrem. Człek dostrzegł zakłopotanie na twarzy dziewczyny i poprosił ją, by opowiedziała mu, o czym był wiersz, który jej przeczytał.
Po dłuższym zamyśleniu udzieliła mu odpowiedzi. Dziadka zainteresowała interpretacja Kei i opowiedział jej własną. Potem powtarzali tą czynność po każdym wierszu. Tak upłynęły im trzy godziny.
- Słuchasz jak mało kto! - zachwycił się staruszek. - Jak tylko dotrzesz do Północnego Pałacu i pozałatwiasz wszystkie swoje sprawy, masz wrócić tutaj i wysłuchać moich nowych wierszy, zrozumiano?
- Zrozumiano. - przytaknęła ochoczo, a do gabinetu zajrzał Uczeń.
- Mam nadzieję, że 3 godziny czytania głupot wam na dzisiaj wystarczą. - powiedział znudzony.
- Trzy godziny? - zdziwił się Dziadek. - Tyle już minęło? Kto by pomyślał! Podczas robienia rzeczy przyjemnych czas szybko płynie!
- Przyjemnych? Akurat - szepnął do siebie Uczeń.
- W takim razie, chodźmy teraz do mojego gabinetu na ósmy piętrze - Dziadek odłożył wiersze na bok i wstał.
- Profesorze! - wykrzyknął zdziwiony chłopak. - Czy ty chcesz...?
- Tak, chcę jej pokazać nasze najnowsze dzieło. Keo, pozwól za mną. - razem wyszli z gabinetu i zaczęli się wspinać po schodach do góry. Po paru chwilach znaleźli się w gabinecie z piętra ósmego. Tym razem był on wypełniony dziwnymi urządzeniami.
- Wszystkie rzeczy, które tutaj widzisz, wykonałem razem z Uczniem. - oświadczył Dziadek i pochylił się nad dużą skrzynią, z której wyjął coś, co składało się z giętkich prętów, na które naciągnięto coś jakby zwierzęcą skórę.
- Czy... czy to są skrzydła? - zapytała cicho.
- Otóż to! - wykrzyknął dumnie Dziadek. - Razem z Uczniem stworzyliśmy 4 pary skrzydeł.
- Próbowaliście na nich latać? - zapytała zafascynowana.
- Tak. Wypróbowaliśmy wszystkie 4 pary. Spisują się znakomicie.
- To musi być wspaniałe uczucie... - rozmarzyła się. - Płynąć w powietrzu i czuć się wolnym..
- Chcesz polatać?- zapytał ją staruszek.
- Bardzo! - przytaknęła.
- Doskonale! Polatamy we trójkę jutro o wschodzie słońca! - zdecydował. - Jestem pewien, że będziesz zachwycona!
Potem zjedli razem obiad, po którym Kea streściła Dziadkowi i Uczniowi swoją dotychczasową podróż. Staruszka najbardziej zaciekawiła postać Jeźdźca.
- Co za okrutny człowiek! Że też tacy zwyrodnialcy mogą bezkarnie chodzić po ziemi!
- Najbardziej boję się tego, że kiedy wyjdę z Wieży, złapie mnie. - westchnęła na wspomnienie błękitnych oczu mordercy.
- Nie dopuszczę do tego. - oświadczył twardo staruszek.
- Dziękuję. - uśmiechnęła się wdzięcznie. Słowa Dziadka wlały w jej serce otuchę i poczucie bezpieczeństwa. Tylko czy jego postanowienie zostanie spełnione?
***
- Keo, wstawaj. - obudziło ją szturchanie w ramię. Otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą Ucznia z świeczką w dłoni.
- Co się stało? - zapytała niewyspana.
- Nauczyciel kazał ciebie obudzić. Czeka na nas na górze.
- Mamy latać! - przypomniała sobie. - Już wstaję!
- Poczekam za drzwiami. - położył świeczkę na stoliku i wszedł z pokoju. Kea szybko włożyła swoje ubrania wyprane przez Ucznia i pośpiesznie zasznurowała buty. Wzięła świeczkę i wyszła z pokoju. Zadrżała. Na korytarzu było bardzo zimno.
- Wchodzenie po schodach rozgrzeje cię - obiecał jej Uczeń, a Kea uśmiechnęła się szeroko. Mogła mu wierzyć na słowo. Zaczęli wchodzić do góry.
Po długiej i mozolnej wspinaczce znaleźli się na ostatnim piętrze. Na dach prowadziła drabina, po szczeblach której dotarli do celu swojej wędrówki. Na zewnątrz było ciemno i mgliście.
- Nareszcie! Myślałem, że się nigdy was nie doczekam! - Dziadek podszedł do nich.
- Przepraszamy. - wydyszała zmęczona Kea.
- Nie przepraszaj. - Dziadek wziął skrzydła do rąk i skinął na Keę, by podeszła do niego. Zrobiła to, co jej kazał, a staruszek szybko przytwierdził skrzydła do jej ramion. Potem pomógł Uczniowi i na koniec sam włożył swój wynalazek. - Za mną. - polecił i razem z dwójką młodych towarzyszy stanął na krawędzi wieży.
- Co mam teraz robić, Dziadku? - zapytała go Kea.
- Po prostu rozłóż skrzydła i leć. O tak - i Dziadek skoczył z Wieży. Kea o mało nie krzyknęła, widząc staruszka spadającego w dół, ku ziemi. Nagle jednak miast spadać dalej, wzniósł się ku górze, a Kea westchnęła. To westchnienie było zarówno westchnieniem ulgi, jak i zachwytu. Uczeń, który stał obok niej także skoczył i po chwili wisiał w powietrzu.
- Kea, na co czekasz? - zapytał ją.
"No właśnie, na co czekam?" - zapytała siebie, po czym rozstawiła szeroko ramiona i skoczyła. Przez chwilę spadała w dół. Nagle jej skrzydła nabrały powietrza i zaczęła się unosić ku górze.
- To jest cudowne! Cudowne! - krzyknęła do Ucznia i Dziadka wynurzających się z mgły.
- Wiedziałem, że ci się spodoba! - oświadczył Uczeń.
- Cisza! - zganił go Dziadek. - Zaczyna się!
Kea chciała się zapytać, co się zaczyna, gdy z białych oparów mgły wystrzeliły złote promienie, oświetlając twarze lotników. Poczuła coraz większy zachwyt w sercu. Mgła już nie była biała - jej kolor był srebrzysty i od czasu do czasu prócz złotych promieni dostrzegała lazurowe plamy nieba.
"Piękne! Piękne!" - pomyślała i zaczęła lecieć to w górę, to w dół, grzejąc twarz w słońcu.
- Aż chce się mówić wiersze! - stwierdził Dziadek. - Chyba jakiś zadeklamuję!
- Tylko nie to! - jęknął Uczeń.
- Oto moje nowe dzieło, jeszcze nie skończone - staruszek nie zwracał uwagi na rozpacz chłopaka. - Owy wiersz nazywa się "Skrzydlaci". Oto i on:
My skrzydlaci, patrzymy na gwiazdy
I świat wokół nas,
My skrzydlaci, patrzymy na gwiazdy
Za kogo ty nas masz?
- Podoba mi się! - Kea zatoczyła koło wokół Dziadka. - Zróbmy z niego piosenkę! - i nim się obejrzała, zaczęła śpiewać słowa wiersza pod stworzoną przez siebie melodię. Dziadek szybko do niej dołączył, a Uczeń po chwili zrobił to samo. Razem wymyślili zwrotki do refrenu i nowostworzoną piosenkę powtórzyli w locie kilkadziesiąt razy nim wrócili do dach.
- To było wspaniałe! Cudowne! - zachwycała się Kea, kiedy zdjęła skrzydła.
- Cieszę się, że mój wynalazek znalazł miejsce w twoim sercu. - stwierdził Dziadek i zeszli po drabinie na 25 piętro, gdzie ona i Dziadek udali się do jadalni, a Uczeń do kuchni.
Kiedy chłopak przyszedł do nich z talerzami pełnymi jadła i dzbankiem herbaty, staruszek rzekł:
- Długo myślałem nad tym co ci wczoraj wieczorem obiecałem, Keo. Myślałem i w końcu wymyśliłem. Wiem jak ustrzec cię przed Jeźdźcem.
- Naprawdę? Jak?
- Dam ci skrzydła, na których polecisz do Północnego Pałacu.
- Skrzydła? Dla mnie? - zapytała z niedowierzaniem.
- Tak. Mam ich przecież 4 pary. Gdybyś miała schodzić w dół, wędrówka zajęłaby ci kilka męczących i niebezpiecznych dni. Na skrzydłach dotrzesz do głównych wrót Stolicy, a stamtąd parę kroków do Północnego Pałacu. O ile się nie mylę powinnaś tam trafić jeszcze dzisiejszego wieczora.
- Dziękuję Dziadku, jesteś taki dobry. - powiedziała wdzięcznie.
- Gadanie. - machnął lekceważąco dłonią. - Oby wiatry ci sprzyjały. Tutaj łatwo panować nad skrzydłami, bo mgła zatrzymuje wiatr. Kiedy się z niej wynurzysz, będziesz musiała radzić sobie sama.
- Poradzę sobie. Obiecuję. - przyrzekła.
- Jestem tego więcej niż pewien. - przyznał Dziadek, po czym wstali od stołu i wrócili na dach. Promienie słońca znikły, a mgła znów była biała, a nie srebrna. Kea włożyła skrzydła, a staruszek pokazał jej, nad którą krawędzią dachu ma stać.
- Skacz stąd i leć cały czas przed siebie. - poinstruował ją. - W końcu dolecisz.
- Dziękuję wam obydwu. Za gościnę, za miłe słowa... Za wszystko! - wtedy skoczyła. Znowu spadała w dół i znowu nagle wzlatywała w górę, kiedy jej skrzyła nabrały wiatru.
"Nie dostaniesz mnie. Nie dostaniesz mnie!" - powtarzała w myślach, mknąc przez mgłę. Pragnęła, by wiatr uderzający w twarz wyrzucił z jej wspomnień Jeźdźca, lecz jej pragnienie nie zostało spełnione.
Wtem wyleciała z mgły. Spojrzała w dół. Szybowała nad tysiącami ciemnozielonych drzew. Uśmiechnęła się na ten widok i podniosła głowę do góry. Wtedy zobaczyła zarysy miasta i dwóch dużych budynków.
"Stolica i Pałace" - pomyślała.
Im bliżej miasta była, tym bardziej żałowała, że Jeździec ukradł jej torbę wraz książkę Matki. Miała ją przeczytać podczas podróży, a tymczasem odczytała zaledwie parę kartek. Przeklęła w myślach Jeźdźca, a potem zganiła siebie za to, że znowu o nim myśli.
Wtem mocne uderzenie wiatru sprawiło, że straciła równowagę i zaczęła skręcać w prawą stronę. Próbowała wrócić do poprzedniego toru lotu, ale nie udawało jej się to - im bardziej chciała powrócić, tym bardziej oddalała się od obranej drogi. W pewnym momencie straciła kontrolę nad skrzydłami i zaczęła koziołkować w dół. Z ust Kei wyrwał się krzyk, a przed oczyma zaczęła widzieć wszystkich, których spotkała ostatnimi dniami - Matkę, Potwory z Bagien, człeka opisującego jabłoń, Echo, Sarnę, kobietę z gwiazd, Dziadka, Ucznia i Jeźdźca.
"Nie chcę umierać! Nie!!!" - pomyślała przerażona i nagle poczuła, że coś ją drapie i szarpie. Nagle zatrzymała się. Otworzyła oczy i zobaczyła, że zahaczyła skrzydłami o gałąź drzewa. Teraz już wiedziała, co ją tak drapało i szarpało. Spojrzała w dół i odkryła, że znajduje się bardzo blisko ziemi. Wyswobodziła się ze skrzydeł i wylądowała na nogach cała i zdrowa. Wtedy westchnęła z ulgą. Jednak to uczucie szybko znikło - zboczyła z toru lotu, nie miała pojęcia, w którą stronę ma iść, by dojść do ścieżki, która ułatwiłaby jej dojście do Stolicy.
- Trudno. - szepnęła do siebie. - Przecież ta wędrówka miała mnie nauczyć samodzielności. Dotrę do Stolicy bez ścieżki. - i zaczęła schodzić w dół.
Po godzinie marszu spojrzała na niebo. Słońce wisiało tuż nad jej głową.
- Południe? Byłam przekonana, że jest znacznie później. - powiedziała do siebie i do jej uszu dobiegło rżenie konia. Przerażona przywarła do najbliższego drzewa i skuliła się. Rozejrzałam się dookoła, lecz nic nie dostrzegła. Wtedy rżenie powtórzyło się, a Kea nie wiedząc czemu poczuła w sercu ogromny smutek. Powoli wstała i ruszyła przed siebie, wciąż rozglądając się dookoła. Wtem zobaczyła olbrzymią willę wynurzającą się z drzew. Po chwili zauważyła także stajnię położoną obok willi. Rżenie dochodziło właśnie z niej.
"Biedny koń. Pewnie jest głodny lub spragniony." - pomyślała i podbiegła do drzwi wejściowych, w które zapukała najmocniej jak umiała. Jednak nikt nie przyszedł jej otworzyć. Nie usłyszała także zaproszenia. Nacisnęła klamkę, ale drzwi okazały się być zamknięte. Postanowiła więc sama pomóc rumakowi i skierowała swe kroki do stajni, do której drzwi były lekko uchylone. Bezszelestnie weszła do środka. W stajni znajdowało się 10 boksów na konie. Dwa były puste. Jedna przegroda była zajęta przez srebrnego wierzchowca, przy którym stała kobieta, głaszcząca zwierzę po pysku. Dopiero wtedy Kea dostrzegła, że z oczu konia wypływają łzy.
- Przepraszam? - zaczęła cicho, a kobieta zwróciła swoją zasmuconą twarz w jej stronę. - Czy... Czy ten koń jest chory?
- Nie. Moje wierzchowce płaczą...
- Płaczą? Dlaczego?
- Ich pan umarł. - kiedy kobieta wypowiedziała te słowa, Kea zauważyła, że jest ona w żałobie. - Co chwila któryś zaczyna szlochać. Kiedy uspokoję jednego, płacze inny. Już dwa zdechły z żalu. Wkrótce zostanę tutaj sama. Bez męża. Bez wierzchowców.
Kea pomyślała, że kobieta przypomina jej Sarnę. Co prawda, jej twarz była czysta, ubranie schludne, a włosy starannie zaczesane do tyłu, jej oczy wypełniał taki sam smutek i tęsknota jak oczy Sarny.
- Co się stało z pani mężem?
- Zabito go. - rzekła, wciąż głaszcząc srebrnego rumaka po pysku. - To wyglądało jak wypadek, ale dobrze wiem, że było inaczej. Dopadli go, bo stało po stronie Królowej.
- Dopadli go? - powtórzyła.
- Owszem. Królowa to bardzo dobra kobieta. Przeciwieństwo Króla.
"Królowa często skazuje rodziny swoich podwładnych na śmierć, a potem wmawia opuszczonym ludziom, że za śmiercią ich najbliższych stoi Król." - dziewczynie przypomniały się słowa Matki z książki. Królowa robiła swym poddanym parnie mózgu, przez co uważali ją za świętość i niedostrzegalni zła, które czyniła dookoła. Ta kobieta była jej kolejną ofiarą...
- Bardzo mi przykro z powodu śmierci pani męża. - zrobiła krok do tyłu. Nie chciała przebywać z tą kobietą. Miała wystrzegać się sprzymierzeńców Królowej. - Do widzenia - rzuciła i ruszyła do wyjścia.
- Poczekaj! - usłyszała za sobą i przyspieszyła. - Zatrzymaj się! - wtedy Kea puściła się biegiem przed siebie. Wybiegła ze stajni, minęła ją i zaczęła zbiegać w dół. Kiedy w końcu stwierdziła, że jest bezpieczna, zatrzymała się. Wzięła parę głębokich wdechów i kontynuowała wędrówkę. Miała ochotę śpiewać piosenkę Echo lub tą, którą wymyśliła razem z Dziadkiem i Uczniem, ale stwierdziła, że lepiej będzie, jeśli będzie szła w ciszy. Ostatnim razem śpiew sprawił, że Jeździec odnalazł ją we mgle. Nie mogła dopuścić do tego, by sytuacja się powtórzyła.
Spojrzała w niebo. Słońce zaczęło powoli opadać, lecz do nocy jeszcze daleko. Poczuła nagły skurcz w żołądku i zaczęła żałować, ze nie wzięła od Dziadka żadnego jedzenia. Skąd jednak mogła wtedy wiedzieć, że złośliwy wiatr nie pozwoli jej tak szybko osiągnąć zamierzonego celu? Zaczęła się uważnie rozglądać z nadzieję napotkania w pobliży jabłoni lub jakiegoś krzaka obsypanego jadalnymi owocami. Jednak nie widziała żadnego. Westchnęła głęboko i ruszyła biegiem przed siebie.
"Im dalej zajdę, tym krócej będę głodować." - pomyślała gnając przed siebie. Zatrzymywała się od czasu do czasu, by zaczerpnąć powietrza, po czym biegła dalej.
Po dwóch godzinach przepełnionych biegiem i marszem, zatrzymała się. Wśród gąszczu zielonych drzew dostrzegła coś żółto-pomarańczowego. Zaciekawiona przyspieszyła, ale nie biegła - nie wiedziała, co może wyłonić się z drzew, więc lepsze będzie ciche zbliżenie się do żółto-pomarańczowej rzeczy. Kiedy była już blisko, ukryła się w krzakach i przyjrzała się uważnie temu co zobaczyła - olbrzymiemu namiotowi. Szybko wyszła z ukrycia i przyjrzała się mu dokładniej. Ostre z daleka kolory okazały się bardzo wypłowiałe, a materiał z którego namiot był uszyty był często łatany.
"To musi stać tutaj od dawna." - pomyślała przyglądając się zardzewiałej karuzeli stojącej obok namiotu. Farba pokrywająca koniki na których dzieci miały się kręcić, łuszczyła się.
- Smutne miejsce. - powiedziała do siebie.
- Nie zgadzam się z tobą! - usłyszała i wystraszona nie na żarty odwróciła się.
Przed nią stał wysoki mężczyzna ubrany w szerokie, kolorowe ciuchy. Na stopach miał olbrzymie buty, a na głowie wyleniałą perukę zielonych kędziorów. Jego twarz pokrywały fantazyjne malunki, które najprawdopodobniej miały służyć w celu rozbawienia widza, ale w Kei wzbudziły tylko strach.
- Jak się nazywasz, dziewczynko? - zapytał ją, szczerząc brudne zęby, przez co wyglądał jeszcze bardziej przerażająco.
- Kea.
- Haha! - zaśmiał się sztucznie. - A ja jestem Klaun! Moje imię też jest na "k"!
- I... I co z tego? - zapytała wciąż wystraszona.
- No... to jest śmieszne! - powiedział wciąż śmiejąc się. - Śmieszne tak jak to miejsce!
- A co tutaj jest takiego śmiesznego? Wszystko zniszczone i opuszczone.
- To tylko pozór! A przecież każdy wie, że pozory mylą! - i znowu zaczął zanosić się śmiechem. Ten śmiech coraz bardziej denerwował Keę. - Obiecuję ci, że wkrótce będziesz najbardziej roześmianą dziewczynką na świecie!
- Ale...
- Karuzelnik! - wrzasnął Klaun, zagłuszając jej dalsze słowa. - Karuzelnik, rusz się! - po tych słowach, z namiotu wynurzył się gruby człek, który na widok Kei zaczął szczerzyć zęby.
- Witam! Witam! - przywitał się ochrypłym głosem. - Zapraszamy! Zapraszamy! - wskazał ruchem głowy na zardzewiałą karuzelę. Kea chciała zaprzeczyć po raz drugi, ale Klaun złapał ją za nadgarstek i pociągnął do karuzeli. Posadził ją na żółtym koniku, a sam zasiadł na różowym, tuż obok niej.
- Ruszamy! - krzyknął, a Karuzelnik pchnął dźwignię uruchamiającą mechanizm karuzeli. Coś w środku maszyny skrzypnęło i koniki powoli, z ogromnym zgrzytem ruszyły przed siebie. Z karuzeli zaczęła płynąć cyrkowa muzyka, która w dziwaczny sposób łączyła się ze zgrzytem karuzeli. Klaun zaczął się śmiać, natomiast Kea rozglądała się nerwowo, chcąc jak najszybciej zejść na ziemię.
- Wiesz co? - Klaun wreszcie przestał udawać rozbawionego. - Pójdę przygotować przedstawienie dla ciebie. Ty tymczasem pokręć się tu jeszcze. To takie zabawne! - znowu zaczął się śmiać, po czym zeskoczył z konika i zgrabnie wylądował na ziemi. Spojrzał na nią przez ramię, szczerząc się głupio i ruszył w kierunku namiotu razem z Karuzelnikiem. Kea odczekała, aż znikną w jego wnętrzu i zaczęła się szykować do skoku. Od ciągłych okrążeń bolała ją głowa, od wymuszonego śmiechu Klauna uszy, a coś w środku mówiło jej, że lepiej będzie, jeśli natychmiast opuści to dziwne miejsce.
Zeskoczyła z konika i potknęła się. Świat przed jej oczyma ciągle wirował. Poczekała, aż wszystko co miała przed nosem zatrzyma się i wstała. Miała już ruszyć przed siebie, gdy nagle usłyszała za sobą słowa:
- Patrz, co mi zrobili. - Kea odwróciła się i zobaczyła przed sobą niewiele starszą od siebie dziewczynę, ubraną w błękitny kostium obszyty cekinami, z których większość już dawno odpadła. Jej mocno umalowana twarz była zasmucona i przerażona jednocześnie. Wzrok dziewczyny utkwiony był w ziemi. Kea spojrzała za nią i odkryła, że prawa noga nieznajomej kończyła się nad kolanem. Dziewczyna stała naprzeciw niej, podpierając się na drewnianych kulach. - Nie straciłam nogi przypadkiem. - wyszeptała nerwowo. - Iluzjonista odciął ją podczas jednego ze swoich popisów. Ciebie też to może spotkać. Uciekaj jak najdalej się da!
- Dziękuję za ostrzeżenie! - rzuciła Kea i ruszyła biegiem przed siebie. Wtem usłyszała dziwny świst i poczuła okropny ból w kostce lewej nogi. Coś ją pociągnęło w tył i padła na ziemię.
- Keo, przecież przedstawienie się jeszcze nie zaczęło! To nieuprzejmie odchodzić, nie oglądając spektaklu przygotowanego specjalnie dla ciebie! - usłyszała za sobą słowa Klauna i spojrzała przez ramię. Zobaczyła, że stoi z jakimś mężczyzną ubranym w wypłowiały smoking i cylinder. Elegant trzymał w dłoni bat, którego końcówka oplatała jej kostkę. Szybko rozplatała końcówkę i wstała, krzywiąc się z bólu. Nie mogła normalnie iść - kulała. O biegu będzie mogła zapomnieć... Pełna najgorszych przeczuć pokuśtykała w stronę Klauna i jego towarzysza.
- Słuszna decyzja - stwierdził Klaun, chichocząc głupio. - A oto Treser - wskazał na mężczyznę z batem, który uchylił kapelusz i skłonił się. Kea nie odwzajemniła ukłonu. - A teraz, chodź z nami, Keo. Przedstawienie czas zacząć!
Zaprowadzili ją do wnętrza namiotu, pełnego pustych ławek dookoła sceny. W pierwszym rzędzie zasiadało parę osób, w tym siedzieli miedzy innymi Karuzelnik i dziewczyna bez nogi. Treser zasiadł obok nich, a Klaun siłą posadził Keę na ławce i kazał siedzieć. Sam wszedł na scenę i zaczął opowiadać żałosne dowcipy, które wszyscy, prócz Kei, skomentowali sztucznym, głośnym i śmiechem. Kiedy w końcu umilkli, Klaun rzekł:
- A teraz sztukę tańca w powietrzu zaprezentuje Akrobatka! - salę wypełniły gromkie oklaski, a kulawa dziewczyna wkroczyła na scenę i podeszła do pala z drabinką, który prowadził do huśtawek akrobackich. Odłożyła kule na bok i poczęła się wspinać na górę. Kea stwierdziła, że ta wspinaczka musiała kosztować ją dużo wysiłku z odciętą nogą. W końcu Akrobatka znalazła się na górze i złapała rękoma drążek huśtawki i odbiła się z podestu. Zaczęła się huśtać, robiąc zgrabne obroty na drążku i nagle złapała się prawą nogą drugiej huśtawki, która zaczęła się kołysać, tak jak pierwsza. Wtem puściła się drążka, zrobiła salto w powietrzu i rękoma złapała kolejny drążek. Po paru obrotach na drążku, zeskoczyła na podest drugiego pala. Wtedy zaczęła się kłaniać, a oklaski zagrzmiały. Kea także klaskała. Nie potrafiła nie czuć podziwu do niepełnosprawnej artystki o smutnych oczach.
"Te akrobacje musza być dla niej ucieczką od całego świata" - pomyślała, przyglądając się schodzącej po drabince Akrobatce. Na dole Klaun podał jej kule, a dziewczyna natychmiast straciła całą grację, jaką miała w powietrzu. Kiedy wróciła na ławkę, Klaun zaczął opowiadać kolejne głupie dowcipy i zawołał Iluzjonistę, który starał się zachwycić Keę niezwykłością swych sztuczek, tymczasem budził w niej współczucie - wszystkie sztuczki, który próbował wykonać, nie wychodziły mu. Mimo to zebrał jeszcze liczniejsze oklaski od Akrobatki. Nieudolnego Iluzjonistę zastąpił Żongler - umięśniony mężczyzna ubrany w krótkie spodenki w panterkę. Towarzyszyła mu brzydka, otyła kobieta ubrana w różowy gorset i krótką spódnicę z falbanek, którą przedstawił jako Asystentkę.
Kobieta podała mu cztery siekiery, którymi zaczął zręcznie żonglować. Kiedy skończył, wniosła na scenę cztery szare pudełka z małymi otworami po bokach. Otworzyła dwa z nich, a z środka wyleciały dwa gołębie, które wzniosły się ku górze, szukając jakiegokolwiek wyjścia z namiotu. Żongler podał Asystentce dwie siekiery, po czym cisnął dwoma pozostałymi w gołębie. Bronie poszybowały w powietrzu, a ich ostrze utkwiło w ptakach, które padły martwe na ziemię. Kea jęknęła cicho, ale zagłuszyły ją oklaski cyrkowców. Kiedy te ucichły, Asystentka otworzyła dwa pozostałe pudełka, z których wybiegły dwa małe zajączki. Podzieliły one los gołębi.
Kea poczuła łzy w oczach. Bestialstwo. To było bestialstwo. A ich to bawiło. Klaskali i śmiali się, patrząc, jak Żongler wyciągał z martwych zwierząt zakrwawione siekiery. Kiedy zszedł ze sceny, na jego miejscu pojawił się Treser, który ukłonił się i zaczął uderzać batem w powietrze. Asystentka trzymała duże obręcze, a on uderzał w ziemię pod nimi. Każdemu trzaśnięciu bata towarzyszył śmiech i oklaski.
"To obłęd. - pomyślała. - Oni oklaskują go za smaganie niewidocznych zwierząt. Nie chcę wiedzieć, co jeszcze chcą mi tutaj pokazać." - zaczęła kręcić stopą i stwierdziła, że ból prawie minął, więc będzie miała szansę uciec.
Treser popędzał kolejne niewidoczne stworzenie, a Kea podniosła się i ruszyła ku wyjściu najciszej jak umiała. Kiedy wyszła z namiotu usłyszała krzyk Asystentki:
- Ona ucieka! - i wtedy Kea rzeczywiście zaczęła uciekać, jednak ból w kostce jakby się odrodził, skutecznie utrudniając bieg.
- Stój! - usłyszała rozkaz Klauna, a potem uderzenie bata o ziemię. Ten dźwięk przeraził ją. Nie chciała, by Treser smagnął ją po raz drugi. Bała się i w milczeniu wykonała rozkaz Klauna. Odwróciła się i spojrzała z przerażeniem na cyrkowców zmierzających w jej stronę. Muzyka z karuzeli przyprawiała ją o ból głowy. Bała się, że zaraz oszaleje.
- Masz wrócić do namiotu i obejrzeć przedstawienie do końca! - twarz Klauna wykrzywiał grymas złości, do którego ostry makijaż pasował o wiele bardziej, niż do sztucznego uśmiechu.
- A kiedy pokaz się skończy, ukażemy cię za to, że wyszłaś w trakcie spektaklu! - dodał Treser i po raz kolejny trzasnął z bata.
- Przestańcie! - Akrobatka wystąpiła i zasłoniła sobą Keę. - Macie natychmiast przestać! Skoro ona chce odejść, musimy jej na to pozwolić!
- Ostatnio ciągle mnie rozczarowujesz - stwierdził Klaun. - Myślałem, że przymknę oko na twoja wcześniejszą chęć odgonienia stąd naszego gościa, ale teraz jest to zupełnie niemożliwe. Zostaniesz ukarana.
- Ukarana? - powtórzyła Akrobata, a jej głos zadrżał ze strachu.
- Karą będzie śmierć. - oświadczył Klaun, a Żongler cisnął jedną ze swych siekier w dziewczynę. Ostrze zagłębiło się w jej piersi. Akrobatka jęknęła i osunęła się na ziemię.
Kea usłyszała czyjś krzyk. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że to ona krzyczy. Ukryła twarz w dłoniach, nie chcąc patrzeć na Akrobatkę, która straciła życie przez nią. Zaczęła płakać, a kiedy oderwała dłonie od twarzy zobaczyła, że cyrkowcy otoczyli ją.
- Jesteście potworami! Mordercy! - zaczęła krzyczeć.
- Jesteśmy artystami, a nie mordercami! Zapamiętaj to sobie! - Klaun skoczył ku niej i złapał za ramię tak mocno, że Kea krzyknęła z bólu. - A teraz wrócisz do namiotu i dokończysz...
- Nigdzie nie pójdę! Nigdzie! - zaczęła krzyczeć i wyrywać się, ale Klaun trzymał ją mocno i ciągnął w stronę namiotu.
Wtem do ciągle płynącej muzyki z karuzeli dołączył krzyk Asystentki. Kea odwróciła się i zobaczyła Jeźdźca galopującego w jej stronę z zakrwawionym mieczem w ręce. Przerażony tym widokiem Klaun tak raptownie cofnął się w tył, że wylądował na ziemi. Kea tymczasem nie ruszyła się z miejsca. Nie cofnęła się nawet wtedy, gdy zobaczyła, że Jeździec wyciąga wolną rękę w jej kierunku. Po chwili została wciągnięta na grzbiet czarnego wierzchowca. Jeździec oplótł swoją rękę wokół jej tali, żeby nie mogła zeskoczyć, potem schował miecz do pochwy na plecach i złapał uzdę wierzchowca.
- Złapać ich! Złapać! - krzyczał Klaun, który wciąż leżał na ziemi. - Żongler! Zabij ich natychmiast!
- Żongler nie żyje! On go zabił! - jęczała Asystentka.
Kea nie poczuła nawet odrobiny żalu z powodu śmierci Żonglera. Była zbyt oszołomiona, by odczuwać jakąkolwiek emocję. Wpatrywała w ciągle zmieniający się krajobraz przed nią. Dopiero kiedy krzyki cyrkowców i muzyka z karuzeli ucichły, dotarło do niej, co zdarzyło się przed chwilą. Poczuła łzy zbierające się w oczach. Dlaczego ci ludzie byli tacy? Myślała, że Sarna jest szalona. Ale skoro ona była szalona, to jak miała nazwać obłęd, który pochwycił ludzi z namiotu?
Spuściła głowę i zapłakała. Kiedy wyrzuciła z siebie cały smutek i żal, uświadomiła sobie, że znajduje się w nienajlepszej sytuacji - w niewoli u Jeźdźca. Znalazła w sobie siłę i rzekła:
- Wypuść mnie!
- Nic z tego - usłyszała w odpowiedzi i uśmiechnęła się gorzko.
- No tak, przecież tyle mnie szukałeś! Nie może mnie teraz wypuścić! Gdzie mnie wieziesz? Pod tamto drzewo? Zetniesz mi głowę, czy tez przebijesz mnie mieczem? - sama nie wiedziała skąd ma w sobie tyle odwagi, by krzyczeć na mordercę. - Czemu wieziesz mnie akurat tam? Czemu nie zabiłeś pod namiotem? Miałeś doskonałą okazję!
- Naszym celem nie jest tamto drzewo.
- Nie? A co jest naszym, a raczej twoim celem?
- Południowy Pałac. - oświadczył ze spokojem.
- Południowy Pałac? - powtórzyła i krzyknęła: - Wieziesz mnie do Królowej! Od początku wiedziałam, że coś was łączy! Czego wy ode mnie chcecie?
- Dowiesz się wkrótce. - tymi słowami Jeździec uciął ich rozmowę.
Było już ciemno i Kea poczuła się bardzo zmęczona. Wstała przed wschodem słońca, by wejść na szczyt Wieży... To było dzisiejszego ranka. Mogłaby przysiąc, że od jej pożegnania z Dziadkiem i Uczniem minęło 100 lat, a może i więcej. Spuściła głowę i zamknęła oczy. Zaczęła wspominać, jak razem latali i śpiewali piosenkę, którą razem stworzyli. Zaczęła nucić ją w myślach. Jej dźwięki ukołysały ja do snu.
***
Kiedy otworzyła oczy, odkryła, że nie znajduje się na grzbiecie wierzchowca. Teraz leżała na ziemi, przykryta szarym płaszczem. Pod głową miała położony koc złożony w kostkę. Słońce powoli wstawało, a ognisko przed nią zaczynało dogasać. Za słabymi płomieniami siedział Jeździec, który uważnie się jej przyglądał. Natychmiast przypomniała sobie zdarzenia z poprzedniego dnia i domyśliła się, kto przykrył ją płaszczem. Szybko usiadła i zrzuciła go z siebie, wrogo spoglądając na chłopaka.
- Jesteś głodna? - zapytał. W jego głosie nie było żadnych emocji.
- Nie. - skłamała. Ona wręcz umierała z głodu. Ale od niego nie chciała niczego. Wolała się zagłodzić na śmierć.
- Może jednak coś zjesz?
- Nie chcę niczego! - krzyknęła i nagle zawstydziła się swojego wybuchu złości. Przez chwilę wpatrywała się w Jeźdźca, po czym spuściła głowę. Czemu budził w niej takie mieszane uczucia? Czemu?
- Skoro tak mówisz - wstał i podniósł z ziemi koc i płaszcz. Odsunęła się w tył, gdy się zbliżył. - Wstawaj, jedziemy dalej. - oświadczył.
- Czego Królowa ode mnie chce?! Powiedz mi to natychmiast! - krzyknęła, a Jeździec spojrzał na nią znudzony.
- Już ci mówiłem, że wszystkiego się dowiesz się wkrótce. - mruknął. - Chodź, jedziemy dalej.
- Myślisz, że pojadę z tobą? Mowy nie ma!
- Nie masz wyboru. - podszedł do niej, złapał na za nadgarstek i pociągnął w stronę wierzchowca. Uścisk jego dłoni był mocny i stanowczy, ale nie sprawiał jej bólu, jak dłoń Klauna, która jakby chciała połamać wszystkie kości Kei.
- Puść mnie! - wrzasnęła, a chłopak złapał ją w pasie i posadził na wierzchowca. Sam wskoczył na niego tak szybko, że nie zdążyła zeskoczył na dół.
- Nie próbuj uciekać. - poradził jej, a koń ruszył z kopyta.
- A jeśli spróbuję? Co wtedy się stanie? Nie dożyję do spotkania z Królową?
- Jesteś bardziej kłopotliwa niż myślałem. - westchnął.
Nie odezwała się. W głowie zaczęła układać plan ucieczki, a kiedy był wreszcie gotowy, odrzuciła go i zaczęła tworzyć nowy. To pochłonęło ją zupełnie. Kiedy skończyła ósmy plan, minęły dwie godziny od ich wyruszenia w drogę.
"To bez sensu - pomyślała. - Nie uda mi się uciec. Musiałabym mieć broń i wierzchowca. Niestety nie mam tych dwóch rzeczy." - westchnęła cicho.
Wtem usłyszała rżenie konia . Z nadzieją zaczęła się rozglądać na boki i w oddali dostrzegła dwóch mężczyzn na koniach. Jeździec też ich dostrzegł, bo wierzchowiec skręcił w przeciwną do ich stronę, a jego kroki robiły się coraz szybsze. Kea zrozumiała, że musi skorzystać z szansy ucieczki od Jeźdźca, póki ma jeszcze okazję. Wzięła głęboki oddech i krzyknęła:
- Pomocy! Pomóżcie mi! W imieniu Króla błagam o pomoc!
- Cicho! - syknął Jeździec i położył dłoń na ustach dziewczyny. Jednak konie dwójki mężczyzn już gnały w ich stronę.
- Zatrzymać się! Natychmiast! - krzyczał jeden z nich.
Ręka Jeźdźca zsunęła się z ust dziewczyny i ponownie oplotła jej talię
- Trzymaj się - polecił, a wierzchowiec zaczął galopować przed siebie.
"Nie! - pomyślała przerażona. - Nie możemy uciec! Nie możemy!"
Nagle do jej uszu dobiegł dziwny świst, a uścisk Jeźdźca gwałtownie zelżał. Kea usłyszała za sobą dziwny odgłos i odwróciła się. Była sama na grzbiecie konia. Jeździec leżał na ziemi, a z jego ramienia wystawały dwie strzały. Szybko pochwyciła uzdę wierzchowca i mocną ją pociągnęła.
- Zawracaj! Twój pan spadł! Natychmiast zawracaj! - rozkazała, a koń natychmiast wysłuchał jej słów i zatrzymał się dopiero przy swym właścicielu. Kea zeskoczyła z grzbietu wierzchowca i pochyliła się nad nieprzytomnym Jeźdźcem. Prócz strzał w ramieniu, z boku jego głowy sączyła się krew. Musiał się uderzyć, kiedy spadł na ziemię.
- Wstawaj! - załapała chłopaka za zdrowe ramię i zaczęła nim potrząsać. - Wstawaj! Nie umieraj! - jej głos zaczął drżeć. - Proszę...
- Nic ci nie jest? - konie dwójki mężczyzn zatrzymały się przy niej. Podniosła wzrok znad nieprzytomnego chłopaka na dwójkę przybyszów i dostrzegła, że obaj ubrani byli w skórzane zbroje z herbem przedstawiającym koronę i księgę.
- Nic. - odparła, a mężczyźni zeskoczyli a ziemię.
- A niech mnie! - wykrzyknął jeden z nich na widok nieprzytomnego Jeźdźca. - Przecież to ten morderca, który zabił tylu naszych towarzyszy!
- Sługus Królowej - dodał drugi przyglądając się chłopakowi z pogardą.
- Służycie Królowi? - zapytała z nadzieją w głosie.
- Owszem.
- Nazywam się Kea i... - zaczęła, a młodszy z dwójki wykrzyknął:
- To ty jesteś dziewczynką z Bagien, której oczekuje Król?
- Yy... Tak, podejrzewam, że to ja. Weźmiecie mnie do Północnego Pałacu?
- Tak. Jeszcze dziś spotkasz się z Królem. - rzekł ten starszy. - Jednak na początku zajmiemy się tym, który zabił tylu naszych ziomków.
- Masz rację. - młodszy na równi ze starszym ściągnął z pleców łuk i nałożył strzałę na cięciwę. Kea patrzyła, jak napinają łuki i czuła w sercu rosnący niepokój.
"Dobrze robią! Zabił tylu ludzi! Teraz musi za to zapłacić!" - pomyślała, lecz coś głęboko w niej nie zgadzało się z tą myślą i to coś zmusiło ją do krzyknięcia:
- Zaczekajcie!
Natychmiast opuścili łuki i spojrzeli na nią ze zdziwieniem.
- On... uratował mi życie i... I nieważne, jak straszne grzechy popełnił, ma prawo żyć! Nie zabijajcie go!... Proszę! - ostatnie słowo wyszeptała, a w jej oczach zalśniły łzy.
- Dobrze - powiedział niechętnie starszy i schował strzałę do kołczanu. Jego towarzysz zrobił to samo. - W takim razie jedziemy do Północnego Pałacu. Do naszego Króla. - rzekł i posadził Keę na grzbiecie swojego rumaka, po czym usiadł za nią i ruszyli.
Gdyby mogła, co chwilę spoglądałaby za siebie. Nie mogła tego zrobić, więc tylko myślała o nieprzytomnym Jeźdźcu, od którego oddalała się z każdą chwilą coraz bardziej. Po policzkach spływały jej łzy. Nie wiedziała tylko, czemu płacze.
***
Zbliżał się wieczór, gdy znaleźli się pod Północnym Pałacem. Była to olbrzymia budowla, o strzelistych wieżach z szarego marmuru.
- Chodź ze mną. - polecił jej starszy z mężczyzn i razem weszli do pałacu. Kea nigdy nie wiedziała tak pięknego i bogatego miejsca i nawet nie próbowała ukryć swojego zachwytu.
Wtem podbiegła do nich młoda kobieta, która przywitała się z starszym, który przedstawił jej Keę. Na dźwięk imienia dziewczyny, kobieta uśmiechnęła się i rzekła:
- Król oczekuje ciebie od tygodnia, Keo. Zanim jednak go spotkasz, musisz coś zjeść. Chodź, zaprowadzę cię do kuchni - na te słowa Kea uśmiechnęła się szeroko. Obietnica zjedzenia czegokolwiek, była najpiękniejszą obietnicą, jaką można było jej dać w tej chwili. - Kiedy zjesz, zaprowadzę cię do łaźni, gdzie weźmiesz kąpiel. Kiedy skończysz, zaprowadzę cię przed obliczę Króla. - powiedziała kobieta.
- Dobrze. - Kea przyspieszyła korku, bo jej towarzyszka poruszała się niezwykle szybko.
Kiedy znalazły się w kuchni, posadziła dziewczynę przy stole i kazała kucharce przygotować Kei kolację, po czym wyszła.
Kea zjadła wszystko, co zostało dla niej przygotowane, wzbudzając ogromny zachwyt i sympatię kucharki, która na sam koniec wręczyła jej kubek z gorącą czekoladą. Kiedy ją wypiła, do kuchni wróciła kobieta, która zaprowadziła Keę do łaźni. Tam czekała na nią gorąca kąpiel i czyste ubranie.
- Będę na ciebie tutaj czekać. - powiedziała do Kei pod drzwiami łaźni. Kea skinęła głową i weszła do środka. Gdy zamknęła za sobą drzwi, ściągnęła z siebie brudne ciuchy i nagle dostrzegła coś dziwnego - na jej bluzie widniała plama krwi z broczącego drzewa.
"Byłam pewna, że znikła, kiedy Uczeń wyprał moje ciuchy." - pomyślała i weszła do wanny. Wymyła włosy, a potem dokładnie wyszorowała ciało. Chciała być jak najczystsza. W eleganckim i pełnym przepychu pałacu czuła się jak brudas i przybłęda.
Naraz zobaczyła przed oczyma obraz Jeźdźca. Takiego, jakiego widziała po raz ostatni - leżącego na ziemi ze strzałami wbitymi w ramię. Poczuła, że ją dławi w gardle.
"Czemu tak bardzo się nim przejmuję? Przecież to bezduszny morderca!" - pomyślała i wyszła z wanny. Kiedy dokładnie wysuszyła ciało, włożyła czarną suknie, którą wybrała jej kobieta. Kiedy wyszła z łaźni, ta, czekała na nią tak, jak obiecała.
- Chodź. Król już na ciebie czeka. - powiedziała i zaczęła prowadzić Keę kolejnymi korytarzami, by w końcu zatrzymać się naprzeciw olbrzymich, ozdobnych drzwi. - Dalej musisz iść sama. - po tych słowach, odeszła.
Kea przypatrywała się jej szybkim korkom i postaci znikającej za rogiem, po czym wzięła głęboki wdech i pchnęła z całej siły ciężkie drzwi, które zaczęły się rozchylać z lekkim skrzypnięciem.
Z drżącym sercem wkroczyła do olbrzymiej sali, utrzymanej w mrocznej tonacji.
- Kea? To ty? - dobiegło do niej pytanie z końca mrocznej komnaty.
- Tak, to ja. - odpowiedziała cicho, przypatrując się człowiekowi, siedzącemu na tronie obitym czarnym jedwabiem stojącym naprzeciw drzwi.
- Podejdź do mnie, dziecko. - głos Króla był drżący i zmęczony. Zasmucił Keę.
- Dobrze. - szybko przeszła przez salę i zatrzymała się naprzeciw tronu. Wtedy dostrzegła jeszcze jedną osobę - kobietę w powłóczystej czarnej szacie, z twarzą zasłonięta czarnym welonem. Całkowicie zlewała się z otaczającą ją ciemnością i z daleka była niewidoczna dla oczu Kei.
- Oczekiwałem na ciebie. - oświadczył Król, a dziewczyna spojrzała na niego. Jego młoda twarz była umęczona życiem, a korona na skroniach wydawała się jeszcze bardziej go przytłaczać. Jego długie włosy były białe i przypominały pajęczynę. Dostrzegła, że nie ma nóg oraz jednej ręki.
- Przyglądasz się mojemu ciału? - zapytał, uśmiechając się smutno. - Ta choroba wykańcza mnie. Podejrzewam, że długo nie wytrzymam. - zakaszlał. - Jednak będę żyć póki na tronie nie zasiądzie godny mnie następca... Już nawet go wybrałem. Nie wiem tylko, czy zgodzi się z moją wolą.
- Kim jest ta osoba, Królu? - zapytała, zaciekawiona.
- To moja córka. Nazywa się Serafin.
Kea raptownie cofnęła się w tył.
- Skąd... Skąd znasz moje prawdziwe imię? - zapytała szeptem.
- Bo jesteś moją córką. - odparł spokojnie. - Chcę, żebyś byłaś moją następczynią.
- Ale... Nie poradzę sobie!
- Uważam, że będziesz wspaniałą władczynią, która wyjawi całemu Państwu prawdę o rodzinie Królowej.
- Jaką prawdę?
- Od początku rządów naszych rodów, przodkowie Królowej organizowali zamachy na życie moich przodków i ich podwładnych. Za mojego panowania morderstwa te trwają nadal. Mieszkańcy Stolicy nie wiedzą o tym. Boję się ich o tym powiadomić. Wielu z nich bardzo kocha Królową. - Król westchnął i pochylił głowę. - Ściągnij z mojej skroni koronę i włóż ją na swoja głowę. Wybacz, że nie mogę zrobić tego sam, ale utraciłem już wszystkie palce u pozostałej dłoni.
Skinęła posłusznie głową i na drżących nogach podeszła do tronu. Ściągnęła z głowy Króla koronę, która okazała się niezwykle ciężka.
- Załóż ją. - polecił Król.
- Nie zakładaj! - komnatę wypełnił czyjś krzyk i do środka wkroczyła młoda kobieta o twarzy ozdobionej dziwnymi wzorami. Jej skroń ozdabiał diadem wykonany ze sznurków pereł. Za nieznajomą kroczył Jeździec. Jego ramię pokrywały bandaże. Kea dostrzegła, że z blizny na jego policzku ściągnięto szwy. Sama nie wiedziała czemu, ale uśmiechnęła się, gdy tylko go ujrzała.
- Nie zakładaj tej korony, Keo. - powtórzyła kobieta, a dziewczyna domyśliła się, że piękna nieznajoma to Królowa.
- Dlaczego? - zapytała, spoglądając raz na panią, raz na pana Stolicy.
- Dobre pytanie, córko. - stwierdził Król i chrząknął. - Dlaczego moja następczyni ma nie nakładać tej korony?
- Dobrze wiesz czemu. - głos Królowej był zimny niczym lód. - Nie udawaj niewiniątka.
- To nie jest żadne wyjaśnienie. - stwierdził Król. - Keo, ta kobieta nie chce twojej koronacji, bo jeśli ja umrę, a nikt wyznaczony przez mnie nie zasiądzie na tronie, ona będzie sama rządzić Stolicą.
- To nie prawda! - oburzyła się kobieta. - Ja chcę tylko twojego dobra, Keo!
- Serafin - postać osnuta czarnym welonem nagle odezwała się. Na dźwięk jej głosu Kea zadrżała i utkwiła w niej zdziwione spojrzenie.
- Ten głos... Matka? - zapytała z niedowierzaniem, a postać w czerni podniosła welon do góry i dziewczyna zobaczyła dobrze znaną sobie twarz. - Przecież... Przecież ty umarłaś!
- Wszystko wyjaśnię ci później. Teraz załóż koronę i zastąp Króla. - Matka uśmiechnęła się do niej, a Kea podniosła koronę do góry.
- Nie! - wykrzyknęła Królowa, lecz jej protest nie wzruszył dziewczyny.
- Nie rób tego! - usłyszała głos Jeźdźca i spojrzała na niego ukradkiem. Przez chwilę chciała spełnić jego prośbę, ale coś w niej krzyknęło: "Będziesz słuchać tego, który chciał cię zabić i wymordował tyle sług twojego ojca? Przecież on nawet nie zna twojego prawdziwego imienia!" - i dziewczyna założyła koronę. Przez chwilę nic się nie działo. Nagle jednak coś zadźwięczało w jej uszach. Pisk był rozdzierający i osłabiający. Kea zachwiała się i padła na ziemię. Złapała za koronę, ale nie mogła jej ściągnąć. Nagle okropny dźwięk ustał, a korona zsunęła się z jej głowy. Świat wirował jej przed oczyma, a gdy wrócił do normy, dostrzegła, że klęczy przy niej Jeździec.
- Dobrze się czujesz? - zapytał, a Kea cicho przytaknęła, po czym spojrzała na Króla i Matkę. Nie potrafiła odczytać uczuć na ich twarzach. Zdziwienie? Lęk? A może złość? Jednak nagle Król wyzbył się wszelkich emocji i krzyknął wściekły:
- Jak śmiałaś?! Jak śmiałaś rzucić przekleństwo na koronę?! Chciałaś, by moja córka umarła?!
- Nie używam magii do rzucania przekleństw. - odparła spokojnie Królowa. - A co do zabicia Kei, to przyznaję - na początku chciałam ją zabić. Ale potem zmieniłam zdanie. To nie dziecko powinno płacić na błędy rodziców. Dlatego Mrok dostał ode mnie inne polecenie. Domyślasz się jakie, Królu?
Król całkowicie zignorował jej słowa. Utkwił wzrok w Jeźdźcu i rzekł:
- A więc to ty jesteś Mrok? Osławiony Mrok, morderca moich ludzi? Wyglądasz normalnie, mogę nawet powiedzieć, że twoja sława cię przerosła... A skoro już cię spotkałem, to musze zadać ci pewne pytanie: jesteś człowiekiem czy psem? Bo ja uważam, że tylko pies może tak wiernie służyć tej kobiecie.
- Rozkazy królowej są jak najbardziej słuszne. - oświadczył Mrok, a Kea wstała i odsunęła się od niego. Mógł wydawać się miły, ale wciąż pozostawał mordercą.
- Od kiedy zabijanie ludzi jest słuszne? - zapytała Matka drżącym głosem.
- A od kiedy zabijanie swoich dzieci jest słuszne? - odciął się chłopak.
- O czym tu mówisz? - zapytała Kea. - Przecież oni nie chcieli mnie zabić!
- Jesteś tego pewna, Keo? - zapytała ją Królowa. - A ból, który czułaś po założeniu korony?
- Nie słuchaj jej, córko! Ona chce nas skłócić! Chce, byś się obróciła przeciw mnie! Nie wiem jaki ma w tym cel, ale...
- Królowa chce tylko dobra Kei. Taki jest jej cel. - przerwał Królowi Mrok, po czym zwrócił się do Królowej: - Pani, czas wyjaśnić Kei, o co tu właściwie chodzi. Musi poznać prawdę, a wtedy zdecyduje, po której stronie się opowie.
- Masz rację, chłopcze. - przytaknęła mu i spojrzała na Keę. - Keo, mieszkałaś dotychczas na Bagnach, prawda?
- Tak. Mieszkałam tam do 15 urodzin.
- Proszę, opisz mi, jak wyglądają Bagna.
- Niebo nad nimi jest pokryte ciemnymi chmurami, więc nigdy nie widać błękitu nieba, czy też blasku słońca. Mieszkają na nich Potwory...
- Potwory? - zaciekawiła się Królowa. - Opowiedz mi o nich. Jakie one są?
- Brzydkie. Obrzydliwie brzydkie. Codziennie wołały mnie i prosiły, żebym do nich wyszła. Chciały mnie zabić.
- Zabić? Czy aby na pewno to chciały zrobić?
- Na pewno... - Kea raptownie zamilkła. Przypomniała sobie drugi dzień wędrówki przez Bagna, gdy ogień w pochodni zgasł. Potwory wyciągnęły ku niej swe ręce i choć mogły ją pochwycić i zabić, nie zrobiły tego. - Nie. - wyszeptała. - One nie chciały mnie zabić... One chciały mnie dotknąć... Nie wiem tylko czemu.
- Bo wyczuwały w tobie Króla. - powiedział Mrok, a Kea spojrzała na niego zdziwiona.
- O co tu chodzi? Nie rozumiem. - czuła, że ma coraz większy mętlik w głowie.
- Kochana Serafin, nie słuchaj ich! - poprosił Król. - On to wszystko wymyślili! To kłamstwa!
- Te "kłamstwa" mają potwierdzenie w świecie rzeczywistym. - zauważyła cierpko i zwróciła się do Królowej. - Jak związek ma Król z Potworami? Proszę mi powiedzieć!
- Powiem. Ale byś wszystko zrozumiała, muszę zacząć od samego początku, który miał miejsce ponad 500 lat temu. Wtedy to właśnie moi przodkowie razem z przodkami twojego ojca założyli Stolicę. Zostały zbudowane dwa Pałace - Południowy dla mojego rodu oraz Północy dla rodu Króla. Na obrzeżach miasta zbudowano cmentarz, na którym miały spocząć ciała naszych przodków, ale ówczesny Król oświadczył, że on nie chce, by jego dzieci i wnuki gniły w ziemi. Zdecydował, że wszystkie ciała członków jego rodziny spoczną w krypcie w podziemiach pałacu... Ponad 200 lat temu ówczesna Królowa wydała swoim ludziom rozkaz, by włamali się niepostrzeżenie do owej krypty, gdyż wobec przodka twojego ojca istniały pewne podejrzenia. Szukali ciał. Szukali, lecz nie było żadnych ciał. Krypta była pusta... To zdarzenie przekonało moją przodkinię, że jej domysły są słuszne - rodu Króla nigdy nie nękała żadna choroba. Przodkowie twojego ojca sami pozbawiali się części ciała. Na początku palców, potem rąk i nóg...
- Ale dlaczego? Dlaczego mieli by to robić? - zapytała Kea.
- To może zabrzmi dziwnie, ale Potwory, które zamieszkują bagna powstały właśnie z owych palców, rąk i nóg... Istnieją także inne Potwory - powstawały one z reszty ciała Króla, tuż po jego śmierci. Te Potwory są o wiele mądrzejsze od tych z Bagien. Do tego mają jeszcze jedną zaletę - potrafią zmieniać swój wygląd. Wszyscy, którzy obecnie służą w pałacu, to Potwory, które zamieniły się w ludzi. Z każdy dniem wyglądają coraz starzej, lecz tak naprawdę nie odczuwają upływu czasu. Gdy w końcu postać, którą grają znudzi im się, pozorują jej śmierć, po czym zmieniają całkowicie swój wygląd, by jako całkiem nowa osoba zastąpić zmarłego lub zmarłą.
- Keo! Nie słuchaj ich! - wykrzyknął nagle Król. - To okropne kłamstwo wymyślone przez Królową i tego mordercę na jej usługach!
Kea nie zwracała na jego słowa najmniejszej uwagi. Wpatrywała się w tego, którego dotychczas miała za mordercę pozbawionego skrupułów... Miał na imię Mrok. I wcale nie mordował ludzi.
- Ci wszyscy, których zawiozłeś pod tamto drzewo byli Potworami, tak? - zapytała go.
- Tak. - przytaknął jej. - Po odcięciu głowy ich ciała zamieniają się w krew, która skaża ziemię. Moi przodkowie zabijali Potwory pod drzewami, które pochłaniały ich krew. Ja robiłem tak samo.
- Rozumiem... Ale czemu te potwory w ogóle powstały? Do czego są potrzebne Królowi?
- One mają stworzyć armię, która podbije moją część Stolicy i wyruszy na pozostałe państwa. - rzekła Królowa, a Kea zasłoniła usta dłonią, by nie krzyknąć. To, co usłyszała, przerażało ją bardziej od szaleństwa Sarny i cyrkowców. - Jednak potworami mieszkającymi na Bagnach trudno jest kierować, bo są wyjątkowo bezmyślne, więc sprawa tworzenia armii inteligentnych Potworów wyjątkowo się przeciągnęła... - Królowa nagle urwała i spojrzała boleśnie na Keę.
- To jeszcze nie wszystko, tak? - domyśliła się. - Niech pani niczego przede mną nie ukrywa. Chcę poznać całą prawdę.
Królowa z westchnieniem skinęła głową.
- Na pewno zdziwiło cię zachowanie przodków obecnego Króla. Ćwiartowali swoje ciała, by w przyszłości dać potęgę swojemu dalekiemu potomkowi... - Kea zamknęła oczy. Domyśliła się, co Królowa chciała powiedzieć. - Król sprzed 500 lat i obecny Król to ta sama osoba.
- KŁAMSTWO! - wykrzyknęła Matka, ale nikt nie zwrócił na nią uwagi.
- Król sprzed 500 lat razem ze swoją żoną, również tutaj obecną - Królowa spojrzała w stronę Matki. - stworzyli czar, dzięki któremu dusza będzie mogła przenosić się z ciała do ciała. Czar wypróbowali na swoim 15-letnim potomku. Wtedy to z martwego ciała pierwszego Króla powstał potwór-człowiek, który został mianowany doradcą młodego władcy. Podani opłakiwali swojego pierwszego pana, lecz nikt z nich nie podejrzewał, że w trumnie w której został złożony w krypcie znajdowały się kamienie, a nie ciało... Niedługo potem zmarła żona pierwszego Króla. Tego samego dnia w Stolicy znikła pewna młoda dziewczyna. Nikt specjalnie się tym nie przejął, bo była sierotą, nie posiadającą żadnej rodziny. Zaraz po tym tajemniczym zdarzeniu młody monarcha ożenił się z dziewczyną, którą poznał gdzieś na ulicy. Wyglądała zupełnie tak samo jak zaginiona. Pewnie domyślasz się, co się z nią stało.
-Matka przejęła jej ciało - rzekła Kea. Wpatrywała się z zasmuceniem w czubki swoich butów.
- Młody Król zmarł po niecałych 20 latach panowania na tą samą chorobę, co jego ojciec, a na jego tron wstąpił jego 16-letni syn, o którym nikt dotychczas nie wiedział. Ludzie tłumaczyli sobie tę niewiedzę faktem, że Król bał się zamachów, dlatego trzymał dziecko w tajemnicy. Nikt nie zwrócił uwagi na to, że nowy pan Północnego Pałacu nie jest podobny ani do matki, ani do ojca. - Królowa westchnęła. - Ten proces powtarzał się przez lata. Młodzi Królowie rządzili krajem 19 - 20 lat i umierali. Z czasem mój ród zaczął coś podejrzewać, więc Potwory - ludzie zaczęły siać pogłoski o zamachu, jaki moja rodzina chce dokonać na Króla. Dokonano nawet paru fałszywych targnięć na królewskie życie... Dzięki takim poczynaniom, w oczach poddanych ukazały się dwie postawy - Królowej-Tyranki i Króla-Męczennika. Ludzie z Południowego Pałacu byli tymi złymi, a ci z Północnego tymi dobrymi. Jedna z Królowych nie przejmowała się tymi opiniami i postanowiła zniszczyć jak najwięcej Potworów o ludzkim wyglądzie. Do tego celu kazała wyszkolić w zabijaniu małego chłopca, który pewnej nocy porwał jednego z potworów, zawiózł go pod olbrzymi dąb i tam zabił. Powtarzał ten proces, a z czasem jego miejsce zajął syn. Wtedy dąb o krwawiących liściach wyrwano z korzeniami, lecz wkrótce pojawiło się nowe drzewo o wiecznie czerwonych liściach. Mrok wywodzi się z rodziny pierwszego tępiciela Potworów i także stworzył własne drzewo. - Królowa zamilkła i spojrzała badawczo na Keę.
- To jeszcze nie koniec, prawda? - zapytała ją. - Proszę mówić dalej.
- Z czasem okazało się, że niektórzy 15-letni chłopcy i dziewczęta, które porywali Król i Matka, byli odporni na ich czar i ich ciała nie dało się przejąć. Takie osoby ginęły na miejscu, a ich zwłoki palono w królewskich piecach. Król i Matka zaczęli się denerwować faktem, że osób odpornych jest coraz więcej i zaczęli porywać niemowlęta, które dzięki specjalnemu wychowaniu traciły całą odporność na czar, o ile oczywiście ją miały. Moja rodzina dowiedziała się o ich poczynaniach i za wszelka cenę chciała uratować te nieszczęsne dzieci. Raz się to prawie udało. To zdarzenie sprawiło, że Matka opuściła Południowy Pałac i zaczęła gdzieś indziej wychowywać niemowlęta. A owe miejsce było tak dobrze ukryte, że zajęło 50 lat, nim moi podwładni zdążyli je odnaleźć. Jednak chata była strzeżona przez Potwory wielbiące Króla ponad wszystko, więc kiedy 15 lat temu wysłałam dwójkę najsilniejszych wojowników, by odebrali Matce dwójkę dzieci, Potwory rozerwały ich na strzępy.
- Dwójkę dzieci? - powtórzyła Kea. - Przecież w chatce mieszkałam tylko z Matką... Zawsze.
- Miałaś brata, Keo. Brata bliźniaka. Zmarł, kiedy miałaś rok. - kiedy Królowa wypowiedziała te słowa, z oczu Kei zaczęły wypływać łzy. - Z początku myślałam, że Matka zdążyła niszczyć całą odporność na czar, jaką miałaś w sobie, więc kazałam cię zabić. Myślałam, że w taki sposób uchronię cię przed strasznym losem. Ale potem coś odkryłam - nie byłaś osłabiana słowami, tak jak miało to miejsce dotychczas. Matka postanowiła zrobić to w wiele skuteczniejszy i szybszy sposób - dała ci książkę, którą nakazała czytać. Zapiski w książce nie były niczym ważnym - po prostu rady i wspomnienia z twojego dzieciństwa. Jednak, gdybyś ją przeczytała całą, twoje ciało, straciłoby całą odporność na czar... Gdy dowiedziałam się tego faktu, Mrok dostał inne zadanie - miał ci odebrać księgę, którą przy sobie nosiłaś.
- Czyli... - Kea spojrzała na chłopaka. - Wtedy pod Wieżą od początku chciałeś odebrać mi torbę, a nie pochwycić mnie, prawda?
- Tak - przytaknął Mrok, a Kea spuściła wzrok. On od początku chciał jej dobra, a ona uważała go za mordercę i życzyła mu jak najgorzej.
- Chciałeś przejąć moje ciało - zwróciła się do Króla. - A potem znalazłbyś jakiegoś chłopaka, do którego przeniósłbyś swoją duszę, a mnie oddałbyś Matce, tak? - jej głos drżał ze złości.
- Tak - ku jej zdziwieniu Król, miast się wypierać, przytaknął. - Ale już nie muszę szukać ciała dla siebie. Mrok będzie idealny. - uśmiechnął się do chłopaka i krzyknął: - Straże! - wtedy do sali weszła dziesiątka mężczyzn z mieczami dłoniach.
- Głupcze! - wykrzyknęła Królowa. - Myślisz, że pozwolę, by Kea i Mrok stali się marionetkami w twoich rękach?
- Sadzę, że tak. - Król nie tracił zimnej krwi. - Wkrótce zginiesz i nie będziesz miała nic do powiedzenia.
- A w jaki sposób wytłumaczysz przyczynę mojej śmieci w twojej sali tronowej?
- Jak sama zauważyłaś, w oczach ludzi to ja jestem ofiarą, a ty dręczycielem. Oświadczę, że przybyłaś do pałacu z zamiarem zabicia mnie i tylko dzięki mojej dzielnej straży przybocznej udało mi się to przeżyć. Jednak odniosę na tyle poważne rany, że po niecałym tygodniu umrę, a moje miejsce zajmie mój syn, Mrok.
- Żałosne! - oświadczył twardo Mrok. - Jestem odporny na twoje czary i nie zmusisz mnie do czytania książki spisanej przez twoją żonę! Kea też się nie da!
- Naiwny chłopcze! - Matka zaśmiała się okropnie. - Równie dobrze możemy was osłabić sowimi słowami! To potrwa trochę dłużej, ale z pewnością zniszczy całą twoją odporność. Zresztą, zobaczysz sam.
- Pojmać młodych! Zabić Królową! - rozkazał Król, a strażnicy ruszyli, by wykonać polecenie.
- Szybko! - Mrok złapał Keę za rękę i razem podbiegli do Królowej. - Pani, zajmę się nimi! Ty musisz uciec stąd razem z Keą!
- Nie poradzisz sobie! - wykrzyknęła dziewczyna.
- Walczyłem z dwudziestoma i dałem sobie radę. - oświadczył, a Kea stwierdziła, że jego słowa są grubo przesadzone, by podnieść ją na duchu. Chciała powiedzieć: "Uważaj na siebie", ale nie zdążyła, bo Mrok sięgnął po miecz i ruszył na Potwory o wyglądzie straży. Zaczęła się walka. Kea przyglądała się ruchom chłopaka z zapartym tchem. Pomyślała, że jego wcześniejsza deklaracja wcale nie była przesadzona. On pokonałby nie tylko dwadzieścia, ale nawet czterdzieści Potworów. Mimo ludzkiego wyglądu, Potwory były nadzwyczaj bezmyślnie i miast atakować wszystkie naraz, uderzały w chłopaka pojedynczo. Dodatkowo ich ruchy były łatwe do przewidzenia i okropnie wolne. Kiedy Mrok ściął głowę pierwszemu z napastników, ten zamienił się w kałużę krwi.
- Keo, uciekamy! - wyszeptała Królowa i razem zaczęły biec w stronę drzwi. Kiedy znalazły się pod nimi, okazało się, że są zamknięte.
- Nie wyjdziecie stąd tak szybko. - usłyszały za sobą i odwróciły się. Przed nimi stała Matka. W ręku trzymała sztylet. - Królowo, szykuj się na śmierć. - podniosła rękę do góry, gotowa do zadania ciosu. Wtedy Kea wystrzeliła w jej stronę i złapała za nadgarstek. - Puszczaj mnie! Natychmiast! - Matka zaczęła krzyczeć.
- Nie! Już nigdy nie spełnię żadnego z twoich rozkazów! - oświadczyła dziewczyna, a kobieta odepchnęła ją od siebie i wymierzyła jej ostry policzek.
- Głupia dziewka! - uderzyła Keę pięścią w brzuch. Dziewczynie na chwile pociemniało w oczach i nie udało jej się uniknąć kolejnego ciosu w brzuch, który pchnął ją na ziemię. - Szczerze mówiąc, to nigdy cię nie lubiłam. - oświadczyła Matka patrząc na nią z góry. - Nie będę czuła żalu, kiedy cię zabiję.
- Tylko, że wtedy nie przejmiesz mojego ciała. - zauważyła złośliwe Kea.
- Znajdę sobie lepsze! - oświadczyła i ponownie podniosła rękę ze sztyletem do góry.
Nagle obok Matki przemknął jakiś cień i coś nagle świsnęło w powietrzu. Kobieta krzyknęła, a ręka w której trzymała broń, wylądowała na podłodze.
- Ręka! Moja ręka! - Matka zaczęła histeryzować.
- Podniosłaś ją na Keę. Musiałaś za to zapłacić. - oświadczył Mrok, który pomógł Kei wstać.
- Żałosny szczeniak! Żałosny! - kobieta starała się zwyciężyć jęki bólu. - Bronisz ją, a nic za to nie masz! Nic! Ta mała wiedźma... - Kea nie usłyszała więcej obelg na swój temat, bo Mrok pochwycił miecz i jednym szybkim ruchem odciął głowę Matki.
Kea zamknęła oczy, wstrząśnięta tym ruchem, ale nie czuła smutku w sercu. To dziwne, bo matkę znała 15 lat, a bardziej cierpiała po śmierci Akrobatki, z którą łączyło ją tylko parę chwil.
- Przedstawienie skończone. - oświadczyła Królowa i ruszyła w stronę tronu Króla. Mrok pomógł Kei wstać i razem poszli za królową. - Przegrałeś.
- Przegrałem? - powtórzył zlęknionym głosem Król, który kulił się w swym tronie. Nagle wybuchnął śmiechem. - Nie. To nie ja, to wy przegraliście! - wydobył ze swych jedwabnych szat sztylet i wbił go sobie w serce. - Ja wygrałem... Wygrałem... - powtarzał resztką sił.
- Wygrałeś? - powtórzyła Królowa i rozejrzała się po sali. - Chyba wiem, o co ci chodzi. - uśmiechnęła się i podeszła do korony, która leżała na ziemi. - W tej koronie umieściłeś swoją duszę , prawda? Gdybyś włożył ją ktoś mało odporny na zaklęcie, przejąłbyś jego ciało. Podziwiam cię. Jesteś gotowy czekać nawet sto lat, by powrócić do życia. Niestety, nic z tego. - po tych słowach, położyła stopę na koronie i ścisnęła ją za całej siły. Korona wydała z siebie trzask o zaczęła pękać, a z pęknięć zaczęła wypływać krew.
- Nie! Nie! - to były ostatnio słowa Króla, który zmarł z grymasem przerażenia na twarzy.
- Razem z nim zmarły wszystkie Potwory. - powiedziała po chwili ciszy Królowa.
Kea kiwnęła potakująco głową i wybuchła płaczem.
- Przepraszam! - zaszlochała. - Ja... cały czas sądziłam, że to wy jesteście źli! Cały czas źle o was myślałam, a wy... uratowaliście mnie!
- To już nie ważne. - Królowa uśmiechnęła się do niej. - Mamy teraz większy problem na głowie - Północny Pałac stracił władcę.
- A może pani się nim zaopiekuje? - zaproponowała cicho dziewczyna.
- Nie. Wystarczy, że rządzę Południowym Pałacem. Nie poradziłabym sobie z obydwoma. Ja jednak znam osobę stworzoną do panowania. Ta osoba jest silna, sprawiedliwa i potrafi przyznać się do błędu... Zostaniesz panią Południowego Pałacu, Serafin?
- Ja? - Kea zdziwiła się.
- Nie wyobrażam sobie lepszej władczyni od ciebie.
- Ale... ja sobie nie poradzę!
- Nie obawiaj się. Mrok i ja zawsze będziemy przy tobie. Zgódź się, Serafin! Napraw błędy męża twojej opiekunki!
Kea milczała przez chwilę. W końcu rzekła:
- Dobrze. Zgadzam się.
Wtedy Królowa ściągnęła ze skroni swój perłowy diadem i włożyła go na czoło Kei. Mrok uklęknął i pochylił głowę.
- Od dziś jesteś panią Południowego Pałacu - Królową Serafin. - oświadczyła Królowa.
- Keą. - poprawiła nieśmiało. - Imię "Serafin" należy do mojej przeszłości związanej z Matką. Imię "Kea" to moja przyszłość.
- Królowo Keo, mam nadzieję, że twoje rządy będą równie mądre, jak twoje słowa. - rzekła z uśmiechem Królowa i skłoniła się przed Keą.
Dziewczyna poczuła się zakłopotana i spojrzała na klęczącego chłopaka. Mrok najwyraźniej poczuł jej wzrok na sobie, bo podniósł głowę i uśmiechnął się do niej. Kea odwzajemniła ten uśmiech i odrzuciła cały lęk z serca. Oczyści królestwo ze zła razem z Królową. A skoro Mrok będzie przy niej wszystko jej się uda. Na pewno.
KONIEC
Podziękowania...
Idą tylko do jednej osoby:).
Dziękuję A.G. za to, że jej dzieła natchnęły mnie do stworzenia świata Kei.
Data powstania - 13 marzec 3006