Sen
Od ponad miesiąca słońce grzało bez ustanku. Ciągle i ciągle. Natten, młody chłopak o nieufnym spojrzeniu, wędrował przez las i był wdzięczny drzewom, że dają mu azyl przed natarczywymi promieniami słonecznymi.
Ubrany był w szaro-czarny strój, który sprawiał, że z łatwością krył się w mrocznych i zaciemnionych zakątkach. Do pasa miał przyczepiony miecz ukryty w pochwie, z nieco zniszczoną rękojeścią. Przez ramię przerzucony miał płócienny plecak, a prawej ręce trzymał worek, który taszczył po ziemi.
Skrzywił się raptownie. Czas i słońce sprawiły, że z worka zaczynał wydobywać się odpychający odór.
- Zaraz będziesz na miejscu - szepnął do siebie. - Nikt cię tu nie zna. Odpoczniesz, a jutro, jak gdyby nigdy nic wyruszysz dalej. - jak na potwierdzenie tych słów w oddali zobaczył bramę leśnego miasta Cest.
"Nareszcie" - pomyślał z ulgą i przyspieszył.
***
W mieście panował tłok i duchota. Nie zniechęcony ruszył przed siebie. Ludzie co chwilę przechodzący obok niego zaczynali go drażnić. Było ich za dużo. Nigdy nie wiadomo czy wśród obcych nie kryje się jeden z nich...
Nagle zobaczył przed sobą miejsce do którego zmierzał - duży, kanciasty budynek zbudowany z szarej cegły. Szybko podszedł do drzwi wejściowych i wszedł do środka. Znalazł się w dużym pomieszczeniu, którego centrum było biurko załadowane zapisanymi papierami, przy którym siedział gruby i błyszczący od potu mężczyzna.
- Nareszcie jesteś. - mruknął na przywitanie i wypił zawartość pozłacanego kielicha leżącego tuż obok jego prawej dłoni.
- Zadanie skończone. - powiedział beznamiętnie Natten. - Czekam na obiecaną zapłatę.
- Pieniądze będą, oczywiście. - grubas wykrzywił brudne zęby w nieszczerym uśmiechu. - O ile masz jakiś dowód na to, że rzeczywiście wykonałeś zadanie.
Chłopak rzucił mu krótkie spojrzenie w którym czaiła się pogarda, po czym wyrzucił zawartość śmierdzącego worka na biurko. Grubas wydał z siebie cichy okrzyk i tak gwałtownie odskoczył w tył, że przewrócił krzesło na którym siedział. Rzeczą, którą tak mocno go przeraziła była głowa starej kobiety, której twarz wykrzywiona była w grymasie bólu i wściekłości.
- Ten dowód wystarczy, panie burmistrzu? - Natten przeniósł swe czarne oczy z głowy na przerażonego mężczyznę.
- T-tak. - wydyszał burmistrz, po czym podszedł do biurka, nie odrywając spojrzenia z głowy i wyciągnął z szuflady worek, w którym pobrzękiwały złote monety.
- Bierz! - rzucił sakiewkę chłopakowi, a ten złapał ją w locie i ruszył w kierunku drzwi. - Poczekaj! - grubas zawołał za nim, a Natten spojrzał na niego przez ramię. - Ostatnio w mieście ginie coraz więcej rzeczy. Podobno to jakiś niezwykle zwinny złodziej. Czy mógłbyś...
- Nie - przerwał mu.
- Nie chcesz zarobić? - burmistrz uśmiechnął się tak, jakby usłyszał dobry żart.
- Dobrze wiesz, że tacy jak ja nie łapią ludzi. - rzekł i wyszedł.
Znowu musiał przeciskać się przez tłum. Tym razem jednak zamiast do ratusza, zmierzał do oberży w której wynajął pokój. Jednak ona była na końcu miasta. Musiał przez jakiś czas wędrować między obcymi, między którymi mogło się czaić niebezpieczeństwo.
- Proszę pana. - wtem ktoś złapał go za łokieć.
Odwrócił się i zobaczył młodą, może 17-letnią dziewczynę o dużych, zapłakanych brązowych oczach i brudnej twarzy. Ubrana była w wypłowiałą niebieską bluzę, sięgające do kolan, schodzone buty oraz brudne granatowe spodnie. Na ramię miała narzuconą zniszczoną torbę, która wyglądała tak, jakby za chwilę miała się rozpaść ze starości. Jej kruczoczarne włosy opadały na ramiona, a krzywo ścięta grzywka przysłaniała lewe oko.
- O co chodzi? - zapytał, bez najmniejszego cienia troski w głosie.
- Czy nie widział pan mojego braciszka? - jej głos drżał od płaczu.
- Nie - już chciał odejść, ale dziewczyna nadal trzymała go za łokieć.
- Naprawdę go pan nie widział?
- Nie
- Ale może jednak. Taki malutki, 7 lat. Oczy jasne, włosy ciemne.
- Nie widziałem go.
- Na pewno?
- Tak - prawie na nią krzyknął, ale dziewczyna nie wyglądała na wystraszoną.
- Jeśli pan go spotka, to proszę powiedzieć, że siostra na niego czeka. - puściła jego łokieć, ukłoniła się niezgrabnie i ruszyła w stronę ratusza. Niewiele myśląc, pobiegł za nią i zacisnął palce na jej ramieniu.
- Oddawaj - rozkazał.
- Ale co? - zapytała i pociągnęła nosem.
- Nie udawaj niewiniątka!
- Proszę mnie puścić! Natychmiast!
- Puszczę, jeśli oddasz mi to, co sobie przywłaszczyłaś! - rzekł ostro i potrząsnął jej ramieniem.
- Ratunku! Ratunku! - zaczęła krzyczeć na całe gardło. - Ludzie, pomóżcie! On mnie bije!
- Cicho! - za późno wydał ten rozkaz, gdyż zdążył otoczyć ich tłum gapiów.
- Jak tak można! - oburzyła się wysoka kobieta z końską twarzą. - To przecież jeszcze dziecko!
- Chłopcze, puść ją natychmiast - polecił starszy jegomość o twarzy pomarszczonej jak śliwka.
- Właśnie, puszczaj mnie! - z twarzy dziewczyny naraz znikła cała rozpacz i zastąpiła ją złość. Zaczęła się wyrywać, ale Natten nie zwalniał uścisku.
- Puszczę cię, jeśli oddasz to, co zabrałaś.
- Zabrałam? - powtórzyła i wybuchła głośnym śmiechem. - Słyszą państwo?! Zabrałam mu coś! Ciekawa jestem co?!
- Chciałem to załatwić po dobroci - westchnął. - Ale widzę, że inaczej się nie da. - wyrwał jej torbę i wyrzucił jej zawartość na ziemię.
- OCH! - krzyknęli równo wszyscy gapie.
Z torby wypadło pełno świecidełek - broszek, pierścionków, naszyjników, bransolet i tym podobnych. Oprócz biżuterii na ziemi leżało kilka sakiewek. W tym sakiewka, którą przed chwilą Natten dostał od burmistrza.
- To mój naszyjnik! - wykrzyknęła jakaś kobieta.
- I moja obrączka! - dodał ktoś inny.
- Złodziejka! - wrzasnął pomarszczony facet. - Zabrać ją do burmistrza.
- Skoro tego chcecie - Natten podniósł swoją sakiewkę i przyjrzał się uważnie ukradzionym rzeczom. - Niech ktoś pozbiera to wszystko i zaniesie do burmistrza. On odda skradzione przedmioty we właściwe ręce.
Z tłumu wyskoczył jakiś dzieciak, który powrzucał wszystkie drobiazgi do torby i wręczył go Nattenowi.
- Niech pan to zaniesie. - rzekł z poważną miną i zaczął klaskać, a reszta tłumu szybko od niego dołączyła.
Natten stłumił westchnięcie i pociągnął złodziejkę w kierunku ratusza.
- Puść mnie, błagam! - dziewczyna wybuchła płaczem.
- Gdybyś wcześniej oddała mi pieniądze, nie byłabyś teraz w takiej sytuacji. Sama się w to wpakowałaś. - stwierdził.
- Musiałam z czegoś żyć, rozumiesz? Musiałam! - załkała i padła na kolana.
Spojrzał na nią z litością i zmęczeniem zarazem.
- Wstań - polecił i dla podkreślenia tych słów pociągnął ją nieco do góry, ale złodzieja nie ruszyła się z ziemi. Spuściła głowę i głośno szlochała. - Wstań - powtórzył nieco ostrzej. Tym razem wysłuchała - zerwała się na nogi i zamachnęła się na niego ręką w której trzymała sztylet. Zareagował natychmiast - wypuścił jej torbę i złapał ją za nadgarstek. Zacisnął palce z całej siły, a dziewczyna krzyknęła z bólu i wypuściła sztylet z ręki.
- Sztyletów nie chowa się w bucie. Są za bardzo widoczne. - poinformował ją i puścił jej dłoń, mocniej zaciskając palce prawej dłoni na jej ramieniu.
- Ty draniu - jęknęła łykając łzy. Natten spojrzał na nią, po czym podniósł z ziemi torbę z łupem złodziejki i pociągnął ją w stronę ratusza. Po chwili znaleźli się pod drzwiami wejściowymi budynku, które otworzył kopniakiem. - Właź - wydał jej chłodne polecenie, ale dziewczyna nie miała zamiaru się ruszyć z miejsca. Wtedy bezpardonowo wepchnął ją do chłodnego wnętrza ratusza, po czym sam do niego wszedł.
- To znowu ty! - wykrzyknął grubas, który ciągle siedział przy biurku. Odcięta głowa już z niego znikła. - Czego chcesz tym razem? Zmieniłeś zdanie?
- Powiedzmy, że tak. Oto twój złodziej. - wskazał głową na dziewczynę.
- Ona?
- Ona. Zobacz, co miała przy sobie. - po tych słowach wysypał zawartość torby na ziemię.
Burmistrz na ten widok zaklął po cichu, po czym wezwał do siebie dwóch rosłych mężczyzn, stojących jak dotąd w kącie pomieszczenia z bronią gotową do natychmiastowego ataku.
- Zbierzcie ją. - polecił, a siłacze złapali ją za ramiona i ruszyli w stronę drzwi po prawej stronie gabinetu.
- Puśćcie mnie! Puśćcie! - zaczęła się wyrywać, ale na próżno. - Gdzie mnie zabieracie?
- Do lochów - poinformował ją burmistrz i wyszczerzył swe brudne zęby.
- Co się ze mną stanie? Co mi zrobicie? - jej przerażenie rosło z każdą chwilą.
- Takich jak ty najczęściej skazuję na szubienicę. Nie oczekuj lepszego losu. - poinformował ją, nadal uśmiechając się obleśnie.
- Nie! Błagam! Nie! - zaczęła się miotać i wrzeszczeć na całe gardło. Jej krzyki słyszeli nawet po zniknięciu jej i osiłków za drzwiami.
- Znowu ci się udało - rzekł burmistrz, który zdawał się rozkoszować ciągle dobrze słyszalnymi błaganiami dziewczyny. - Winien ci jestem kolejną nagrodę. Oto i ona. - położył na stole drugą sakiewkę pełną złota.
- Nie potrzebuję twojej darowizny - oświadczył Natten i szybko wyszedł z ratusza. Chciał wreszcie odpocząć po nieprzespanej nocy.
***
W oberży zjadł obiad, składający się z żylastego wołowego mięsa i paru ziemniaków. Nie narzekał jednak. Wiedział, że taki poczęstunek w mieścinie takiej jak Cest jest uważany za luksus. Rzucił więc na stół parę dopiero co zarobiony monet i poszedł do wynajętego przez siebie pokoju. Była to mała izdebka z oknem na główną ulicę, łóżkiem i szafą. Przyjrzał się pomieszczeniu dość krytycznie, po czym położył się na łóżku i zasnął.
***
Sny na ogół są absurdalną mieszanką wydarzeń ostatnich dni, marzeń oraz rzeczy w ogóle nas nie dotyczących. Taki właśnie sen męczył Nattena. Widział niebo usłane gwiazdami i niewyraźną postać się im przyglądającą, wielki las bez wyjścia oraz czarnowłosą złodziejkę ze sztyletem w ręku.
Nagle sen się urwał. Ale Natten wcale się nie obudził. Ciągle śnił, ale sen tym razem był okropnie rzeczywisty. Stał w wielkim ciemnym pomieszczeniu, oświetlonym światłem księżyca padającym przez okno. Wtem z mroku wyszedł mężczyzna ubrany w jedwabne, misternie uszyte błękitne szaty. Jego włosy były popielate i sięgały ramion. Oczy miały kolor podobny do koloru jego ubrania. Na skroniach miał złoty diadem. Natten przyjrzał mu się uważniej i w ciemnościach dostrzegł jego srebrzystą skórę i spiczaste uszy, które sprawiły, że Natten był już pewien - przed nim stał elf. I to nie zwykły elf. To był jeden z tych, którzy opuścili już Varisann i przez większość ludzi byli uważani za legendę - elf księżycowy. Nieraz słyszał opowieści ludzi, który spotkali we śnie księżycowego elfa i teraz sam będzie mógł dołączyć do tego nielicznego grona. Ale nie czuł się zaszczycony. Czuł niepokój.
- Witaj Nattenie. Moje imię brzmi Haru, jestem królem elfów księżycowych. - przedstawił się.
"Jego sylwetka i głos są niezwykle wyraźne - pomyślał chłopak nie odrywając wzroku od króla. - Kiedyś czytałem, że elfy księżycowe uzyskują najlepszy kontakt z śniącym podczas pełni. Pewnie dzisiejszej nocy księżyc na niebie jest okrągły."
- Czego ode mnie chcesz, królu? - zapytał, nie siląc się na uprzejmość.
- Jest taki, jak go sobie wyobrażałam. - wtem obok elfa pojawiła się kobieta w czarnej sukni. Po skórze i uszach od razu rozpoznał, że to księżycowa elfka.
- Nattenie, poznaj moją małżonkę, Katię.
- Czy możecie mi wreszcie powiedzieć, co robicie w moim śnie? - zapytał wrogo.
- Dość nieokrzesany. Czy podoła misji? - królowa nie zwracała na Nattena najmniejszej uwagi.
- To na pewno on. - zapewnił ją Haru. - Uważam, że powinniśmy wytłumaczyć Nattenowi powód naszego przybycia.
- Zgadzam się z tobą. - Katia spojrzała na Nattena i uśmiechnęła się. - Jak wiesz, na Varisannie są trzy bóstwa - Shiryu, Naya i największy z nich, Nilnan. Ich czcimy i im składamy ofiary...
- Jeśli chcecie, żebym złożył siebie w ofierze, to wybraliście złą osobę. - przerwał jej, a elfka zaśmiała się srebrzyście.
- Chłopcze, pozwól nam dokończyć. - rzekła ciągle uśmiechnięta, a Haru zaczął kontynuować słowa żony:
- Każdy narodzony na Varisannie wie, że na początku naszego świata istniały cztery bóstwa. Czwartym bogiem był Shikami, ten, co urodził się bez żadnego daru. Ten, co rzucił na nas klątwę, której nigdy nie zdjęto.
- Do rzeczy, królu. Wszyscy wiedzą kim jest Shikami i co zrobił. Nie potrzebuję tłumaczeń. - oświadczył twardo Natten.
- Właśnie. Wiesz to, co wszyscy wiedzą, chłopcze. A czy słyszałeś o księdze zapisanej przez samego czwartego boga?
- Nie - przyznał cicho.
- Otóż przed walką ze swym rodzeństwem Shikami spisał taką właśnie księgę. Dał ją swemu wiernemu słudze, elfowi o imieniu Sernn, który gdzieś ją ukrył. Runy w niej zapisane dadzą odpowiedź na pytanie, jak wskrzesić Shikamiego.
Natten przyglądał się w milczeniu Haru i Katii. Nagle uśmiechnął się gorzko i rzekł:
- Niezła bajka. Myślicie, że w nią uwierzę? Przykro mi, ale mylicie się.
- To nie bajka! - elfka spojrzała na niego z przerażeniem i wrogością jednocześnie.
- Skoro tak, to skąd o tym wiecie? Przecież twój mąż sam powiedział, że o księdze wiedział tylko Sernn.
- Wyczytaliśmy z gwiazd. - rzekł poważnie król. - One potrafią powiedzieć historie świata. Świata przeszłości, teraźniejszości i przeszłości.
- Wyczytaliście. - powtórzył. - Ja też wiele rzeczy czytałem. Czytałem także o tobie, Katio. O tobie i twoim... wyczynie. Zawsze się zastanawiałem, jakie to uczucie, stworzyć nowy odłam. - w głosie chłopaka brzmiała ironia.
- Oni zabili mojego męża i moje dzieci! - rzekła na swoją obronę.
- Ciekawe, czemu ich śmierci nie odczytałaś z gwiazd.
- Nattenie, nie przybyliśmy tutaj, by rozmawiać o tym, co było. - Haru położył dłoń na ramieniu swojej żony, na której twarz powrócił spokój. - Gwiazdy mówią, że przodek Sernna wkrótce odczyta ostanie strony z księgi Shikamiego. Wkrótce duchy czterech dziewic rozbudzą ostanie bóstwo.
- Duchy? - zdziwił się Natten.
- Owszem. - wzrok Katii był zimny jak lód. - Duchy takie jak ty i my. To nie ciało przeniesione jest w świat snu. Cztery dziewice zasną i ich nieświadome niczego dusze, zdejmą pieczęć z miejsca lub rzeczy, w której znajduje się duch Shikamiego.
- Dlaczego w takim razie nie odwiedzicie snów tych waszych dziewic, co?
- Bo nie da się ich uchronić przed ich losem. Nawet jeśli je ostrzeżemy i tak wskrzeszą Shikamiego. Przybyliśmy do twojego snu, bo ty zostałeś wybrany. Ty będziesz się opiekować czterema wybrankami. Ty dopilnujesz do uśpienia czwartego boga przez wybranki. Tym razem już na zawsze.
- Mowy nie ma. - oświadczył bez chwili namysłu. - Znajdźcie kogoś innego. Albo jeszcze lepiej - wyślijcie mordercę, by skończył z przodkiem Sernna i zniszczył księgę.
- Wysłaliśmy kogoś, by spróbował zatrzymać odczytanie ostatnich stron, ale układ gwiazd jak dotąd się nie zmienił, więc wkrótce dojdzie do przebudzenia.
- Nie możemy wybrać nikogo innego, Nattenie. To ciebie wybrały gwiazdy.
Chłopak spojrzał z pogardą na srebrną parę.
- Nie będę przyporządkowywać się czyjeś woli. Nawet woli gwiazd. Tym bardziej ich woli.
- Ale... - zaczęła królowa.
- Dość już tego. - przerwał jej. - Dość tej niczego nie przynoszącej rozmowy. Opuście mój sen natychmiast!
***
Otworzył oczy. Leżał w mały pokoju w mieście Cest. Ciągle była noc.
- Pali się! Ludzie, pali się! - usłyszał kobiecy krzyk i szybko wyjrzał przez okno. Zobaczył łunę nad centrum miasteczka.
"Ciągłe upały przyniosły nieszczęście." - pomyślał i postanowił natychmiast opuścić Cest.
***
Nocą na ulicach Cest było tak samo tłoczno, jak za dnia, z tą różnicą, że obecnie ludzie biegali w jedną i drugą stronę z przerażeniem wymalowanym na twarzach.
Z ulgą przekroczył bramę wejściową i wszedł w ciemny i cichy las. Nie był zmęczony. Położył się spać wczesnym południem i zgromadził wystarczająco dużo sił na nocną wędrówkę. Wtem usłyszał za plecami szelest. Odwrócił się, ale zobaczył tylko ciemność. Nie przejął się tym zbytnio i ruszył w drogę.
***
Słońce zaczęło wschodzić. Był więcej niż pewien, że jest śledzony. Śledzony niezwykle nieudolnie - do jego uszu wciąż dobiegały szmery i szelesty. Zaczynało go to coraz bardziej drażnić. Odwrócił się i rzekł:
- Ile jeszcze zamierzasz za mną iść? Natychmiast wyłaź! - wtedy z krzaków wyszła czarnowłosa złodziejka.
- Kiedy się zorientowałeś, że cię śledzę?
- Od początku o tobie wiedziałem. Nie potrafisz się skradać. - stwierdził, po czym odwrócił się do niej plecami i ruszył w dalsza drogę. Bez namysłu pobiegła za nim.
- Może nie potrafię, ale przyznaj, że złodziejką jestem dobrą.
- Gdybyś była dobrą złodziejką, to nie przyłapałbym cię za kradzieży.
- Musisz zmienić zdanie. - pokazała mu pęk kluczy. - Ukradłam je, kiedy ci dwaj prowadzili mnie do celi. Dla niepoznaki udawałam zrozpaczoną. - naraz zrobiła pokrzywdzoną minę. - Nie! Błagam! Nie! - prawie zapłakała i nagle na jej twarz powrócił sprytny uśmiech. - Jestem więcej niż pewna, że i ty się na to nabrałeś. A ja miast naprawdę rozpaczać, planowałam nocną ucieczkę, którą ułatwił mi pożar. Bo gdy wszyscy panikowali, ja uciekłam z tego zapchlonego miasta, szeroko uśmiechnięta.
- Bardzo ciekawa historia. - westchnął. - Czy teraz możesz mi powiedzieć, dlaczego za mną idziesz?
- Jeszcze się pytasz? - spojrzała na niego z oburzeniem. - Przez ciebie straciłam wszystko, co ukradłam. Chcę cię zabić.
Natten zatrzymał się i niezwykle szybko wyjął z pochwy miecz, którego ostrze przyłożył do szyi dziewczyny.
- Chcesz mnie zabić? Chyba żartujesz!
- Mówię poważnie! Poczekam, aż uśniesz i uduszę cię gołymi rękoma!
- Ty najwyraźniej nie rozumiesz swoich słów. - uśmiechnął się gorzko. - Nikogo jak dotąd nie zabiłaś, prawda? - przyjrzał się jej uważnie. - Oczywiście. Głęboko w twoich oczach widzę strach. Strach przed odebraniem życia innemu człowiekowi.
- Wcale się nie boję! - zaprzeczyła wściekła.
- Skoro tak mówisz. - schował miecz do pochwy. - Musisz jednak wiedzieć, że w moich oczach nie zobaczysz takiego strachu. Zdążył zniknąć dawno temu... Dlatego lepiej będzie, byś dała mi spokój i zrezygnowała z chorej zemsty. Znajdź sobie jakieś miasteczko i tam kradnij ile chcesz.
Zrobiła krok do tyłu.
- Złodziejka i morderca. Jesteśmy siebie warci. - po tych słowach odwróciła się od niego tyłem i żwawo kroczyła przed siebie.
Czekał, aż zniknie z widoku i ruszył w dalszą podróż.
Obserwatorka
Yessinka powoli schodziła do lochów. Niosła tacę z jedzeniem dla Astera. Zatrzymała się przy solidnych drzwiach do jego celi, które otworzyła dużym kluczem wykonanym z brązu. Weszła do zatęchłego wnętrza celi i w ciemnościach dostrzegła go - siedział skulony w kącie i patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem. Kiedyś był przystojny, lecz szaleństwo odebrało mu całą urodę.
- Przyniosłam ci jedzenie. - przyklękła i położyła przed nim tacę.
- Shina... to ty? - zapytał ochrypłym głosem.
- Nie. To ja, Yessinka.
- A gdzie jest Shina? - zadał kolejne pytanie. Skrzywiła się i mimowolnie dotknęła szramy na swym prawym policzku.
Dokładnie pamiętała, jak trzy lata temu, kiedy po raz kolejny zapytał ją: "Gdzie jest Shina?", nie wytrzymała i wybuchła: "Shiny nie ma! Shina odeszła! I nigdy nie wróci!" - nie podejrzewała, że Aster wpadnie w szał. Pochwycił nóż z talerza i zostawił na jej policzku paskudną bliznę. Nienawidziła go za to. Z całego serca.
- Wkrótce ją spotkasz. Dlatego musisz być silny. Jedz. - powtórzyła zadanie, które wypowiadała od lat i zmusiła się do uśmiechu.
Wynurzył się z kąta i zaczął łapczywie zjadać zawartość talerza. Robił to rękoma, gdyż od czasu jego niespodziewanego ataku, nie dostawał sztućców. Yessinka czuła, jak wzrasta w niej obrzydzenie. Zamknęła oczy, by na niego nie patrzeć. Nieważne, jak mocno kochała Nedda. Jego brata nie potrafiła go ścierpieć. Nedd o tym wiedział i często prosił ją, by wytrzymała. Wiedział, że jego niespełna rozumu brat kiedyś się im przyda...
Aster nie zawsze był taki. Dawno temu, zachowywał się tak, jak inni, ale spotkał i pokochał Shinę. Pokochał do szaleństwa. Tej miłości nie mógł znieść Nedd. Shina nie była jedną z nich. Była człowiekiem. Dlatego została wywieziona jak najdalej od niego. Asterowi powiedziano, że zmarła. Popadł wtedy w obłęd, ale Nedd uważa, że jest im to na rękę. Użyją go, kiedy TO się stanie.
- Skończyłeś już? - otworzyła oczy i opatrzyła na niego z nieukrywanym wstrętem.
- Tak. - zaczął wycierać brudnym rękawem swe usta, a Yessinka pochwyciła tacę i ruszyła ku drzwiom.
- Kiedy przybędzie Shina? - usłyszała za sobą. Nie odpowiedziała. Złapała za klamkę i wyszła z celi.
***
- Nedd, kiedy TO się stanie? - zapytała swojego męża. Czekała na to wydarzenie od dawna. Wtedy mogłyby się spełnić jej najskrytsze marzenia. Mogła by pozbyć się blizny... Mogłaby urodzić dziecko.
- Wkrótce, moja droga. - oderwał wzrok od stronicy starej księgi, którą bacznie obserwował.
- Skąd ta pewność? - starała się, by w jej głosie nie było niepokoju.
- Do odczytania zostało nam tylko 5 stron zapisanych tymi samymi runami. A poza tym... Mój ród wygasa. Zostałem tylko ja.
- I twój brat.
- On nigdy nie będzie mieć dzieci. A my... - urwał boleśnie.
- To moja wina. Przepraszam. - wyszeptała, a po jej policzkach spływały łzy.
- Spokojnie, Yessinko. On rzekł, że ktoś z mego rodu wezwie go za pomocą tej księgi. A skoro zostałem tylko ja... - urwał i po chwili kontynuował: - Kiedy już tu przybędzie, spełni nasze życzenia, a później może nawet da nam jedno ze swych przyszłych państw. Bo tym razem zwycięży. Na pewno.
***
- Jestem taka zmęczona! Bracie, czemu się nie zatrzymamy? Przecież ściemnia się!... Nive, słyszysz mnie?
- Oczywiście, że słyszę, Mitro.
- To czemu nie odpowiadasz?
- Chcesz odpowiedzi? Proszę bardzo - widzisz zamek na horyzoncie? Jeśli będziemy mieć szczęście, to gospodarze pozwolą nam przenocować.
- A jeśli nie?
- To zanocujemy pod zamkiem.
***
Było kilka dni po pełni, dlatego postać króla Haru była nieco zamazana.
- Możesz już się wycofać. Nic się nie zmieniło w układzie gwiazd. Twoja obecność nic tu nie da. Lepiej będzie, jeśli wyruszysz po niego.
- Wyruszę, gdy będę pewna, że zrobiłam tutaj wszystko, co było możliwe.
- Chyba nigdy się nie zmienisz. - zaśmiał się. - Szkoda, że wybraniec nie jest tak chętny do współpracy.
- Proszę się nie obawiać. Przekonam go, że powinien być dumny ze swojej misji.
- Mam nadzieję, że osiągniesz sukces.
- Czy pozostali już wyruszyli?
- Tak.
- Doskonale. Kończę już, królu. Wracam do obserwacji.
- W takim razie do zobaczenia.
- Do zobaczenia.
***
Otworzyła oczy. Znowu była w swoim obozowisku, w którym mieszkała od trzech tygodni. W którym obserwowała. W którym czekała. Lecz nic się nie działo... Ale wkrótce do zamku przybędą osoby, które odczytają ostatnie strony księgi. Musi być na to gotowa.
Wtem dostrzegła dwie postacie zmierzające w stronę posiadłości przodka Sernna. Pośpiesznie narzuciła na siebie płaszcz i naciągnęła kaptur na głowę. Wybiegła ze swojej kryjówki. Dwaj wędrowcy byli coraz bliżej zamku. Musiała się spieszyć.
***
Nedd czuwał na swej baszcie jak co noc, od kiedy dostrzegł, że są obserwowani przez jakąś zakapturzoną postać ukrytą w pobliskim lesie. Dobrze wiedział na co owy szpieg czeka. Oczekuje przybycia tego, który odczyta ostatnie strony księgi spisanej przez Shikamiego.
Coś przykuło jego uwagę. Dwie postacie stały pod jego zamkiem.
"To oni!" - pomyślał zachwycony i dostrzegł trzecią postać zmierzającą biegiem w kierunku dwójki wędrowców. Rozpoznał w niej zakapturzonego obserwatora i postanowił działać. Pochwycił leżącą przy nim kuszę i wysłał bełt w kierunku szpiega, który wbił się w ziemię pod jego stopami. Zakapturzony zatrzymał się. Nedd wysłał kolejny bełt. Trafił w ramię kapturnika.
- Nie obawiajcie się! - zawołał do dwójki wędrowców na dole. - Ten paskudny zbój grabi wszystkich moich gości. Precz! Precz! - wystrzelił po raz kolejny, celując prosto w serce obserwatora, lecz ten dość zręcznie umknął ciosu. Na szczęście począł się wycofywać. - A uciekaj! - krzyknął za nim. - Żebym cię tu więcej nie widział! - po czym spojrzał na dwójkę na dolę. - Jesteście bezpieczni. Zapraszam was do siebie na kolację. Moja żona zaraz wam otworzy.
***
- Witajcie w naszych skromnych progach. - przywitała ich szeroko uśmiechnięta elfka z dużą blizną na prawym policzku. - Nazywam się Yessinka, a zamek, w którym się znajdujecie należy do mego męża Nedda.
- To on nas uratował? - domyśliła się Mitra.
- Tak. Ciągle walczy z tym złoczyńcą. Mam nadzieję, że tym razem dostał nauczkę... Ale o tym porozmawiamy przy stole. Zapraszam was do jadalni na kolację. Pewnie jesteście głodni po długiej drodze.
- Bardzo głodni. - przytaknął jej Nive i ruszyli za elfka długim korytarzem, który zaprowadził ich do przestronnego pokoju z dużym stołem przykrytym talerzami z różnorakim jadłem.
- Usiądźcie - poprosiła ich grzecznie i sama zasiadła przy stole. Zrobili to samo.
- Witam nowo przybyłych. - do sali wszedł przystojny elf z kuszą w ręce. - Niestety gagatek znowu mi uciekł. Ale za szybko nie wróci. Mam nadzieję, że rana, którą mu zadałem oduczyła go grabienia naszych gości.
- Jesteśmy bardzo wdzięczni państwu za tak miłe przyjęcie. - rzekła Mitra i zaczęła nakładać na swój talerz jedzenie. - Mamy za sobą bardzo długą drogę.
- A przed sobą jeszcze dłuższą. - dodał jej brat.
- Naprawdę? A dokąd zmierzacie?
- Do małego miasteczka w państwie Derana, Dropp.
- A skąd wracacie, jeśli można wiedzieć? - Nedd starał się ukryć niecierpliwość, która nim targała.
- Od 10 lat pobieraliśmy nauki w kompleksie Nayi na zachodzie. Ukończyliśmy je 2 tygodnie temu. - wytłumaczył Nive.
- Pobieraliście nauki? - na twarzy elfa odmalował się nagły zachwyt. - A czy potraficie odczytać starożytne runy?
- Tego uczyliśmy się najwięcej. - zaśmiała się Mitra. - Teraz potrafimy odczytać około 500 rodzajów runów.
- To doskonale! - Nedd klasnął w dłonie. - W mojej rodzinie od lat przekazywana jest pewna dziwna księga w całości zapisana runami z różnych epok. Każdy z moich przodków przetłumaczył kilkanaście stron. Mi zostało ich zaledwie 5. Gdybyście je odczytali. Byłbym wam niezmiernie wdzięczny.
- Możemy spróbować, prawda Mitro?
- Oczywiście. - przytaknęła. - Tym samym odwdzięczymy się państwu za gościnę.
- Yessinko, idź w takim razie po księgę. - polecił w swojej żonie, a ona zerwała się z krzesła i wybiegła z uśmiechem na ustach. - Nawet nie wiecie jaką wielką przysługę mi sprawiacie... - rzekł i dodał w myślach: "Jemu także".
***
"Na szczęście skończyło się tylko na małej ranie. - pomyślała przemywając ślad po bełcie. - Wkrótce zostanie tylko mała blizna. - skrzywiła się lekko i sięgnęła po bandaż. - Muszę jak najszybciej dostać się do Ksewes. Stamtąd wyruszę na wierzchowcu na poszukiwania. Tym razem nie zawiodę króla Haru."
***
- Śpią twardo jak kamienie. - poinformowała Yessinka męża, kiedy wróciła z pokoi wyznaczonych dwójcie gości.
Nedd skinął głową wpatrując się w stronę pokrytą runami, nad którymi Mitra starannym pismem zapisała dokładne tłumaczenie.
- Mój przodek Sernn za to, że służył Shikamiemu został przeklęty przez bogów, miał umrzeć natychmiast, lecz jego pan przed śmiercią rzucił na niego czar, który spowolnił karę trójki bóstw, ale nie potrafił jej zatrzymać... Tak więc wszyscy z mojego rodu, mimo elfiej krwi w żyłach, umierali... Ale cierpienia opłaciły się! Wszystkie strony zostały przetłumaczone, a księga odzyskała zwą moc, tym samym umożliwiając nam wskrzeszenie naszego pana! Nasze marzenie się spełniło, Yessinko!
- O tak, mój kochany, a co z nimi?
- Będą służyć Shikamiemu, tak jak my. - rzekł zdecydowanym głosem.
- Skąd ta pewność, że na to przystaną?
- Nie będą mieli wyjścia. W tej księdze jest spisanych wiele użytecznych czarów. Jeden z nich potrafi zmienić wolę człowieka. Przekonamy ich, że służba czwartemu bogu jest ich życiowym celem, a oni będą myśleć, że to ich własne zdanie.
Yessinka uśmiechnęła się do Nedda.
- Nie mogę doczekać się kolejnej pełni.
- Ja też. To będzie pełnia odrodzenia.
Pakt
- Twoja wiedźma - Natten wręczył burmistrzowi małej mieściny Nids worek z odciętą głową, czyli dowód na wykonanie zadania.
- Jaka praca, taka płaca. - burmistrza niechętnie zajrzał do worka, poczym wręczył Nattenowi sakiewkę z pieniędzmi. - Mam dla ciebie kolejne zadanie. Tym razem to nie wiedźma.
- Wybacz, ale...
- Zamilknij - przerwał mu. - Ja wiem, kim ty jesteś. Nie musisz udawać.
- Wiesz? To czemu mnie nie wydałeś? Znasz cenę za moją głowę?
- Znam. Ale na co mi byłyby te pieniądze, gdyby dorwała mnie ta wiedźma? - wskazał ruchem głowy na worek.
Natten milczał. Utkwił w mężczyźnie swe głębokie, czarne oczy i, jakby od niechcenia zapytał:
- Kogo mam zabić?
- Podoba mi się twoje podejście do sprawy, chłopcze. - człek zaśmiał się posępnie. - Udajesz świętego obrońcę dobra, ale gdy ktoś cię przejrzy, od razu pokazujesz swą prawdziwą twarz.
- Prawdziwą twarz? - powtórzył Natten. - Na tym świecie nieliczni
znają moją prawdziwą twarz. Ty nic o niej nie wiesz. Nic.
- Niech ci będzie. W końcu nie przybyłeś tutaj, by ze mną się spierać. Masz - wręczył chłopakowi złożona kartkę. - Tutaj jest dokładnie narysowana droga do jego domu.
- To mężczyzna?
- Tak. Chce mi odebrać stanowisko.
- Mieszka z kimś?
- Sam. Dodatkowo jego dom jest położony na uboczu, więc masz dodatkowo ułatwione zadanie.
- Skoro to takie łatwe, czemu sam go nie zabijesz? - zapytał burmistrza, którego twarz skrzywiła się w grymasie złości.
- Jak już mówiłem, nie przyszedłeś tutaj, by się ze mną spierać. Kiedy to zrobisz?
- Dziś w nocy.
***
Wślizgnął się do domu zaznaczanego na mapie przez otwarte okno. Z małej kuchni niesłyszalnie przeszedł do przedpokoju, a z niego trafił od razu do sypialni, gdzie spał pogrążony w błogiej nieświadomości mężczyzna - cel Nattena. Podszedł do łóżka i spojrzał na swoją ofiarę. Zadrżał. Ten, którego wyobrażał sobie jako 50-letniego mężczyznę okazał się jego rówieśnikiem. Natten zaczął się zastanawiać, co taki młody chłopak chce zwojować jako burmistrz. Ale zaraz porzucił te myśli. To nie były jego sprawy. On miał go tylko usunąć z świata żywych. Podniósł miecz nad śpiącym, a ten nagle otworzył oczy.
- Kim jesteś? - zapytał, a jego twarz wyraźnie wskazywała na to, że nie do końca wie, czy Natten jest wytworem jego wyobraźni, czy też jawą.
- Jestem... kimś, kogo wolałbyś nie znać. - odparł i opuścił miecz, który przebił serce młodego mężczyzny. Ten wydał z siebie cichy jęk i zamknął oczy - nie żył.
Natten wytarł miecz o prześcieradło i uciekł tym samym oknem, przez które wtargnął do domu nieboszczyka. Nie skierował się jednak do domu burmistrza po zapłatę. Opuścił Nids. Miał go dość. Przez długi czas biegł przez mroczne łąki, aż w końcu dostrzegł las. Poczuł ulgę. Las dawał poczucie bezpieczeństwa. Pełen ciemnych zakamarków i niewidzialnych kryjówek...
W lesie znalazł polanę i położył się. Spojrzał na niebo. Przez korony drzew prześwitywały srebrzyste promienie księżyca. Była pełnia. Miesiąc temu spotkał w swym śnie księżycowe elfy. Był pewien, że tym razem spotka jedynie zamordowanego przez siebie chłopaka. Mylił się.
***
Znajdował się w ciemnym pomieszczeniu. Niedaleko niego stało coś, co przypominało ołtarz. Był to prostokątny stół na którym leżał nieprzytomny elf, skrępowany linami. Dookoła stołu była narysowana czerwona linia (kolorem przypominająca świeżą krew), przy której ktoś postawił cztery wysokie świece według kierunków świata - północy, południa, wschodu i zachodu.
Wtem z ciemności wynurzyły się cztery postacie, które wydawały się go nie dostrzegać. Byli to dwaj mężczyźni i dwie kobiety. Elfka z dużą szramą na policzku stanęła naprzeciw północnej świecy. Młoda dziewczyna o krótkich, miodowych włosach ustawiła się za południową świecą. Chłopak niezwykle podobny do krótkowłosej stanął przy wschodniej świecy, a dostojny elf przy zachodniej. Zaczęli coś szeptać, poczym narysowali na ziemi koła wokół swoich stóp i wspólnie cofnęli się o dwa kroki w tył.
- Przybądźcie wybranki! - zwołał głośno elf i podniósł ręce do góry. Pozostali powtórzyli jego słowa i również wznieśli ręce do góry. Elf począł kontynuować: - Cztery dziewice, co wskrzeszą Shikamiego przybywajcie!
- Przybywajcie! Przybywajcie! - chłopak, dziewczyna i elfka krzyknęli równo.
- Przybywaj Sprycie! - koło przed elfem, narysowane białą kredą naraz zapłonęło jasnym blaskiem.
- Przybywaj Delikatności! - tym razem błysnęło koło przed elfką z blizną.
- Przybywaj Rozwago! - rozkazała jasnowłosa, a okrąg przed nią zapłonął.
- Przybywaj Zdrowie! - ostatnie koło zaświeciło się jak pozostałe.
Po tych wezwaniach na świetlistych kręgach pojawiły się cztery postacie. Nie widział ich twarzy. Każda miała na sobie zwiewną szatę z kapturem i maskę z podłużnymi szparami na oczy.
Zjawa ubrana w błękitną szatę i srebrną maskę wyciągnęła przed siebie lewą dłoń, którą dotknęła płomienia świecy. Zdziwił się, że nie odsunęła ręki. Tak bliski kontakt z płomieniem musiał sprawiać jej ogromny ból, ale postać trwała niewzruszona w ciągłym bezruchu. Ta, która miała na swym ciele zieloną tunikę, a jej twarz zakrywała brązowa maska, zrobiła to samo. Po chwili dwie pozostałe postacie powtórzyły ten ruch.
Przez chwilę nic się nie działo. Elf i jego towarzysze szeptali pod nosami jakieś modły, a zakapturzone postacie ciągle trzymały lewe dłonie nad płomieniami świec. Bezruch przerwała osoba ubrana w szkarłatną szatę i złotą maskę, która wyciągnęła prawą dłoń przed siebie, niedaleko lewej ręki. Tym razem jednak wierzch dłoni skierowany był ku górze. Ten sam ruch wykonała postać w żółtej szacie i miedzianej masce. Zjawy ubrane w błękitną i zieloną szatę zrobiły to samo. Wtedy pozostali przerwali modły, wydobyli srebrne sztylety i podeszli do stojących przed nimi postaci. Każdy z czwórki rozciął skórę na dłoni zjawy, poczym wrócił na swoje miejsce.
- Ta krew. Ta skóra. Dziś ci są oddane! - wykrzyknął elf. - To ciało na zawsze ci darowane!
- Darowane! Darowane! Darowane! Darowane! - krzyczeli jego towarzysze razem z postaciami.
Nagle wszyscy umilkli. Zjawy wyciągnęły dłonie z ognia i podeszły do stołu przy którym przyklękły. Dopiero wtedy dostrzegł, że pod stołem leży duża płyta w której wyrzeźbionych jest 8 miejsc na 4 pary rąk. Postacie położyły w nich swe dłonie.
- Zejdź na ziemię! Wróć nasz panie! - zaczął wrzeszczeć elf, a nad stołem zaczęło kłębić się coś, co przypominało ciemną jak smoła chmurę.
- Zejdź nasz panie! Zejdź nasz panie! Zejdź nasz panie! - zaczęli wspólnie krzyczeć, a z chmury spadł czerwony piorun, który uderzył w związanego elfa. Koła pod stopami czterech postaci zgasły, a one same znikły. Elf na stole otworzył oczy, a krótkowłosa podbiegła rozciąć liny krępujące jego ciało.
Natten chciał się cofnąć, ale nie potrafił. Nie podobała mu się aura otaczająca przebudzonego. Zło. Czuł zło od niego bijące. Od dziecka znał wielu złych ludzi, ale to, co było w tym elfie przerażało go.
Wtem elf spojrzał prosto w jego stronę, a Natten osunął się na ziemię.
***
Otworzył oczy. Zaczęło się powoli rozjaśniać. Wstał i zaczął przeklinać w myślach noce pełni. Czuł się tak, jakby w ogóle nie spał. Naraz przypomniał sobie sen. Dziwaczna ceremonia i złowrogi elf... przez głowę przebiegła mu myśl, że to może ma jakiś związek z dwójką księżycowych elfów, ale porzucił ją szybko. Nie było się nad czym zastanawiać. To przecież nie jego sprawa.
Pomimo zmęczenia, jakie ogarniało jego ciało, postanowił wyruszyć w dalszą drogę. Obiecał sobie, że odpocznie dopiero późnym południem.
***
Ledwo trzymał się na nogach. Maszerował bez ustanku od ponad czterech godzin. Czuł, że musi się położyć, inaczej padnie ze zmęczenia. Jednak coś pokrzyżowało jego plan - z krzaków wyszła czwórka dzikich mężczyzn ubranych w łachmany.
- Nareszcie cię znaleźliśmy, wilczku. - zakpił potężny tłuścioch z twarzą porośniętą burym zarostem. W dłoni trzymał buławę rozmiarem odpowiadającą jego wzrostowi.
- Twoja główka jest bardzo cenna - dodał żylasty wyrostek.
- Łowcy nagród - wyszeptał i sięgnął po miecz, wściekając się, że nie odpoczął przed wyruszeniem w drogę. - Wielu z was posłałem na tamten świat. Lepiej dajcie mi spokój.
- Twoje groźby nie wywierają na nas żadnego wrażenia. - stwierdził młody chłopak ogolony na łyso. - A ty nie wyglądasz dziś najlepiej. Czyżby choroba?
- Obrzydzenie - odparł bez namysłu Natten. - Niedobrze mi, kiedy się na was patrzę.
- Patrzcie jaki pyskaty! - stwierdził czwarty z łowców głów, przygarbiony karzeł i razem ze swymi towarzyszami otoczył Nattena.
Chłopak zacisnął dłoń na rękojeści i czekał na atak. Ten po chwili nastąpił - chudzielec rzucił się ku niemu i natychmiast skończył z ostrzem miecza w brzuchu. Natten wyciągnął miecz z ciała, a wyrostek padł na ziemię. Nagle chłopak poczuł zimne ostrze przy swojej szyi.
- Dobrze, że go zabiłeś. Działał mi na nerwy. - usłyszał za sobą głos ogolonego na łyso.
- To było zamierzone? - domyślił się Natten. - Miałem się nim zająć, a ty podeszłeś mnie od tyłu?
- Dokładnie. Tego idiotę przyłączyliśmy do naszej grupy niedawno. Od początku spisany był na starty. - stwierdził chłopak i zaśmiał się okrutnie. - Tak samo jak ty.
- Trzech na jednego? Czy to trochę nieuczciwe? - wtem z cienia pobliskich drzew wynurzyła się zakapturzona postać i przykuła spojrzenie całej czwórki.
- Kim ty jesteś, żeby decydować co jest uczciwe, a co nie? - zapytał grubas z buławą i splunął z obrzydzeniem.
- Jestem... obserwatorką. - zrzuciła z głowy kaptur i skierowała na nich swój błękitny wzrok. Miała brązowe, lśniące włosy, jasną cerę i spiczaste uszy. Była elfką.
- Jesteś ładniutka - stwierdził karzeł. - Pozbędziemy się go, a potem zajmiemy się tobą.
- Mam inne zdanie w tej spawie. - posłała Nattenowi uroczy uśmiech. - Oddacie mi go, a pozwolę wam odejść wolno.
- Zgłupiałaś! - gruby wybuchnął śmiechem.
- Nie lubię się powtarzać. - rzekła spokojnie. - Jeśli nie poprzestaniecie na moją propozycję, pożałujecie swojej decyzji.
- Doprawdy? - zaciekawił się łysy. - A co ktoś taki jak ty może nam zrobić.
Elfka szybkim ruchem wyciągnęła prawą dłoń z płaszcza i rzuciła czymś w kierunku Nattena i chłopaka stojącego za nim. Rozległ się nagły świst i cichy jęk. Natten zerknął w bok i zobaczył ostrze sztyletu wystające z czoła chłopaka, który upuścił miecz i padł martwy na ziemię.
- Ty suko! - wrzasnął grubas i cisnął w nią buławą, której uniknęła bez najmniejszego problemu. Sięgnęła po kolejny sztylet, który po chwili znalazł się w sercu człeka. Natten tymczasem szybkim cięciem skrócił karła o głowę.
Elfka wyciągnęła sztylety z ciał łowców i uśmiechnęła się do chłopaka.
- Źle wyglądasz, Nattenie. - rzekła troskliwie. - Musisz odpocząć. Chodź za mną.
Nie chciał jej łaski. Zaczął podejrzewać, że to kolejna łowczyni, która chce zdobyć jego zaufanie i zabić we śnie. Nie wiedział więc czemu, ale poszedł za nią. Zmęczenie wzięło górę.
***
Tym razem nie męczyła go żadna go wizja-sen. Kiedy otworzył oczy, zobaczył elfkę siedzącą przy ognisku na swej czarnej pelerynie. Nic nie powiedział. Zdziwił się, że wciąż żyje. Może jednak nie była łowczynią?
- Jak się spało, Nattenie? Odpocząłeś? - zapytała troskliwie. Spojrzał na nie podejrzliwie. W jej ubraniu dominowały brązy. Brązowe rękawice sięgające łokci, brązowe buty do kolan, brązowa kamizelka nałożona na zieloną koszulę i zielona spódnica do łydek. Tak jakby ubiorem chciała podkreślić, że jest częścią tego świata i żyje w nim w harmonii. Jedyną rzeczą, która psuła ten dopasowany komplet była srebrna, misternie wykonana bransoletka, nałożona na lewy nadgarstek ukryty w rękawiczce.
- Skąd wiesz jak się nazywam? - zapytał wrogo i wstał. Ona również wstała. Podeszła do niego z uśmiechem wymalowanym na ustach.
- Po prostu wiem. - odparła tajemniczo i spojrzała mu prosto w oczy. - Taki młody... A twe oczy mówią, że tyle przeżyłeś... Ile masz lat, Nattenie? 21? 22?
- To wyłącznie moja sprawa. - odparł i złapał ją za nadgarstek. Nawet się nie skrzywiła. - Lepiej ty mi powiedz, kim jesteś?
- Nazywam się Lina - przedstawiła się i wyrwała dłoń z jego uścisku. - Pochodzę z Ksewes, zwanego także Lasem Złotych Dębów. Tyle wystarczy?
- Teraz powiedz, czego ode mnie chcesz?
- Dostałam zadanie. Miałam odnaleźć wybrańca i Spryt.
- Wybraniec? - powtórzył. - Jesteś od księżycowych elfów?
- Tak. Przysłali mnie, żebym przekonała cię do słuszności twojej misji.
- Powiedziałem już raz i teraz to powtórzę - niczym nie zostanę!
- Dlaczego? To twoja misja! Zostałeś wybrany przez gwiazdy! To twoje przeznaczenie!
- Nie wierzę w przeznaczenie! Ani w to, że gwiazdy mnie wybrały! Nie będę się nikim opiekować, rozumiesz?
- Świetnie. Cudownie. - elfka wyglądała na nieco zdenerwowaną. - Żebyś się nie zdziwił, kiedy ci się przyśni ceremonia wskrzeszenia Shikamiego.
- Ona już nastąpiła. - rzekł spokojnie. - I wcale mnie nie zdziwiła.
- Śniła ci się? - jej błękitne oczy zaokrągliły się z przerażenia. - I ty to mówisz tak spokojnie? Ten, który rzucił na nas klątwę śmierci znowu chodzi po Varisannie, a ty... ty... Ciebie to nic nie obchodzi?!
- Dokładnie. - odparł i zdecydowanym krokiem ruszył w głąb lasu.
- Stój! - zatrzymał go rozkaz Liny. Odwrócił się i za pytał:
- Czego znowu chcesz?
- Gdyby nie ja, tamci mieli by cię w swoich rękach. Uratowałam ci życie, czyli zaciągnąłeś u mnie dług. A długi trzeba spłacać.
- A ja mam go spłacić, godząc się na obowiązki wybrańca?
- Tak postąpi człowiek honoru.
- A jeśli nie jestem człowiekiem honoru? - zapytał zaczepnie.
- Zapłacę ci - wyciągnęła z swojej torby sakiewkę, którą wyciągnęła przed siebie. - Domyśliłam się, że być może trzeba będzie postąpić właśnie w ten sposób, więc sprzedałam mojego wierzchowca. Weź te pieniądze i chodź ze mną.
- Schowaj sakiewkę. Nie potrzebuję jej.
- To, znaczy...
- To znaczy, że nie lubię zaciągać długów.
***
- Miasto Dran. Tutaj znajduje się jedna z poszukiwanych przez nas wybranek, której przypisano imię Spryt.
- Świetnie - stwierdził ironicznie. - Czy ty wiesz, ile w tym mieście jest młodych dziewczyn? Czy będziemy podchodzić do każdej i pytać, czy przypadkiem nie wskrzesiła czwartego boga we śnie?
- Spokojnie. Król Haru wyczytał z gwiazd dokładne miejsce jej pobytu.
- To gdzie ją znajdziemy?
- W miejscu, gdzie mieszka burmistrz, czyli w ratuszu. - odparła i podeszła do jakieś kobiety i zapytała ją o ratusz. Kiedy uzyskała odpowiednie wskazówki, ruszyła przed siebie, a Natten podążał za nią. Znał elfkę od ponad pięciu dni i zdążył się przekonać, że zrobi wszystko dla króla Haru i królowej Katii, których bezgranicznie podziwiała. - To tutaj. - wskazała ruchem głowy na budynek z piaskowca. - Nattenie, pozwól, że ja porozmawiam z burmistrzem. Wiem na temat Sprytu parę rzeczy, których nie zdążyłam ci powiedzieć.
- Rób co chcesz. - odparł spokojnie, a Lina posłała mu wdzięczny uśmiech i zapukała do drzwi wejściowych, które natychmiast się otworzyły i stanęli oko w oko z potężnym mężczyzną ściskającym w rękach olbrzymi miecz.
- Czego tutaj chcecie? - zapytał ochrypłym głosem.
- Chcemy porozmawiać z burmistrzem w bardzo ważnej sprawie. Będziemy wdzięczni, jeśli puścisz nas dalej. - rzekła elfka i posłała olbrzymowi słodki uśmiech.
Natten nie miał pojęcia, co tak podziałało na osiłka - słowa czy uśmiech elfki, ale w każdym razie pozwolił im wejść do wnętrza ratusza.
- Idźcie tym korytarzem, aż dojdziecie do drzwi. Tam przyjmuje pan Arie. - polecił im.
- Dziękujemy za pomoc - Lina posłała mu kolejny uśmiech i ruszyła razem z Nattenem wąskim korytarzem, który był ozdobiony malowidłami w złotym ramach. - Są drzwi - wyszeptała i podeszła do mahoniowych wrót z mosiężną klamką, którą pociągnęła z całej siły do siebie. Drzwi skrzypnęły i razem weszli do jasnego gabinetu. Burmistrz stał przy oknie i wpatrywał się w błękitne niebo za nim. Wyglądał na 50 lat i był właścicielem niezwykle ciepłego spojrzenia.
- Witajcie. - rzekł i uprzejmie pochylił głowę. - Co was do mnie sprowadza?
- Bardzo ważna sprawa. - Lina podeszła do okna i zaczęła cichą rozmowę z mężczyzną. Natten został przy drzwiach i przypatrywał się wszystkim kątom w gabinecie. Wtem cicha dyskusja pomiędzy elfką a burmistrzem się zakończyła, a mężczyzna głośno klasnął w dłonie. Na ten dźwięk, drzwi do gabinetu otworzyły się i do środka wkroczył ten sam olbrzymi człek, którego spotkali przy wejściu do ratusza. Podszedł on do swojego pracodawcy, który coś mu włożył do ręki i szepnął coś do ucha. Olbrzym wyszedł z gabinetu, A Natten spojrzał na Linę, która kiwnęła głową i powiedziała wesoło:
- Twoja siostra zaraz tutaj będzie. Cierpliwości przyjacielu.
Spojrzał na nią lekko zdziwiony, ale nie powiedział nic, domyślając się, że elfka użyła podstępu, by dostać się do Sprytu. Nagle drzwi otworzyły się i do gabinetu wkroczył postawny sługa i mała istota przez niego prowadzona.
Lina spojrzała na dziewczynę z zachwytem - zadanie zostało wykonane. Znalazła wybrańca i Spryt.
Natten natomiast sam nie wiedział, czy się dziwić, czy też wybuchnąć śmiechem. Dziewczyna, która przyczyniła się do wskrzeszenia Shikamiego, była złodziejką, którą spotkał w Cest. Spojrzała na niego zza swej krzywo ściętej grzywki i krzyknęła:
- To ty!
- Widzi pan? - Lina prawie krzyknęła, a Natten domyślił się, że podniosła głos tylko dlatego, żeby wyprzedzić słowa złodziejki, które mogły zniszczyć całą jej intrygę. - Rozpoznaje swojego brata! - słowo brat bardzo mocno podkreśliła, a złodziejka w lot podjęła jej grę - rzuciła się na szyję Nattena i pisnęła:
- Braciszku! Jak dobrze, że jesteś przy mnie! Tutaj jest tak strasznie! Tak się bałam! - i zaczęła szlochać. Natten dobrze wiedział, że jej łzy są jak najbardziej sztuczne. - Witaj panie morderco - szepnęła mu do ucha i jęknęła: - Braciszku! Nie zostawiaj mnie nigdy więcej!
- Jeszcze raz przepraszamy za nią. - Lina spojrzała ze smutkiem na burmistrza.
- Następnym razem, radzę jej lepiej pilnować. - poradził.
- Tak też zrobimy. Do widzenia. - elfka ruszyła ku drzwiom i wyszła z gabinetem razem z Nattenem i złodziejką.
***
Zatrzymali się w karczmie, gdzie mieli zjeść obiad. Uwolniona dziewczyna rzuciła się na półmiski z jedzeniem i zaczęła wszystko wpychać po ust. Lina spojrzała na nią ze współczuciem i postanowiła poczekać z pytaniami, aż zje.
- To bardzo miłe, że mnie stamtąd wyciągnęłaś. - Spryt zwróciła się do Liny, kiedy skończyła jeść. - A co do ciebie - zerknęła na Nattena. - Nie do końca cię rozumiem. Raz pozbawiasz mnie całego dobytku i doprowadzasz do wrzucenia mnie do lochów, a teraz pomagasz mnie uwolnić.
Zignorował jej słowa i rzekł:
- A za co ciebie tym razem złapali? Podobno jesteś dobrą złodziejką.
- Czy wy się znacie? - zaciekawiła się Lina.
- Stare dzieje - rzuciła nonszalancko dziewczyna, a Natten dodał:
- Sprzed miesiąca.
- W każdym razie - złodziejka zwróciła się do Nattena. - Może po raz kolejny dałam się złapać, ale uciekłabym bez waszej pomocy. - położyła na blacie stołu mały klucz. - Zwędziłam go wczoraj, kiedy mnie złapano. Ten olbrzym myślał, że go zgubił. Co za idiota! - wybuchła nagłym śmiechem i naraz spoważniała. - Ale zdobycie klucza za łatwe nie było. To wszystko przez te cholerne rany...
- Rany? - Lina spojrzała na dziewczynę z zainteresowaniem.
- Rany. - przytaknęła dziewczyna. - O te. - i pokazała jej dłonie od zewnętrznej strony. Na lewej ręce widniał ślad po oparzeniu, a na prawej świeży ślad po skaleczeniu. Nattenowi natychmiast przypomniał się sen, podczas którego obserwował ceremonię wskrzeszenia czwartego boga.
Lina złapała złodziejkę za nadgarstki i spojrzała na rany z niedowierzaniem.
- Jak je zdobyłaś? - spytała i wypuściła ręce dziewczyny z żelaznego uścisku.
- Sama za bardzo nie wiem. - złodziejka zmrużyła oczy i wpatrywała się w swoje dłonie. - Parę dni temu zasnęłam... I we śnie ktoś nazywał mnie "Sprytem"... I tam, we śnie, była jakaś dziwna ceremonia... Lewą dłoń włożyłam do ognia, a prawą ktoś mi rozciął. Wiem, że to zabrzmi niedorzecznie, ale kiedy się obudziłam, te rany były na moich dłoniach, tak jakby... Sen okazał się prawdą.
- Bo on był prawdą. - rzekła Lina. - Ty i trzy inne dziewczyny zostałyście wybrane i wskrzesiłyście Shikamiego. Lecz nie obawiaj się, bo przybyliśmy ci pomóc.
- Nic z tego nie rozumiem. - stwierdziła złodziejka.
- Wytłumaczę ci, jeśli zgodzisz się pójść z nami. - Lina ujęła jej dłonie w swoje ręce. - Jesteś nam bardzo potrzebna, więc błagam o twoją zgodę.
- Wyruszyć z wami? - dziewczyna zamyśliła się na chwilę. - Dobrze. Pójdę. I tak nie mam nic ciekawszego do roboty. A tak poza tym, nazywam się Peryl.
- Ja jestem Lina, a to jest Natten. Miło cię poznać. - elfka uśmiechnęła się serdecznie. - A, jeszcze jedno, Peryl.
- Tak?
- Jestem bardzo przywiązana do tej bransolety. Byłabym bardzo wdzięczna, gdybyś mi ją oddała.
Peryl z zawiedzioną miną wręczyła jej zgubę i rzekła:
- Ty i Natten jesteście za bystrzy. - na te słowa Lina zaśmiała się, a Natten zaczął się zastanawiać, jak będzie wyglądać jego wędrówka z elfką-idealistką i złodziejką u boku.
Zakon Nayi
Miała zamieść dziedziniec. Lubiła to robić. Wtedy mogła choć na chwilę odpocząć od obowiązków Pomocnicy Wyższej Kapłanki. Odłożyła miotłę na bok, gdyż trzymanie jej sprawiało ból w dłoniach. Pstryknęła palcami i wezwała siły wiatru, które zaczęły podnosić kurz i piasek w wyznaczone przez nią miejsce. Dokładnie pamiętała dzień, kiedy Wyższa Kapłanka zapytała ją, który z czterech żywiołów wybiera sobie do pomocy. Bez wahania wybrała powietrze. Przez 4 lata nauczyła się je kontrolować. Umiała już nawet stworzyć małą trąbę powietrzną, ale nie sądziła, że kiedyś się do czegoś przyda. W końcu kapłani i kapłanki Nayi wybierali sobie żywioły tylko po to, by w razie wojny potrafili nie tylko leczyć swoich, ale także zadawać rany wrogom.
- Siostro Uld - z zamyślenia wyrwała ją mała dziewczynka w błękitnej szacie.
- Tak, siostrzyczko Fio? - zapytała, a kurz i piach podniesione przez wiatr opadły na ziemię, z powodu jej dekoncentracji.
- Bo ja... - mała zaczerwieniła się. - Dziś pierwszy raz będę składać ofiary i strasznie się boję.
Uld uśmiechnęła się i schyliła się, by spojrzeć małej prosto w oczy.
- Zamiast strachu powinnaś czuć dumę. - stwierdziła surowo. - Od kiedy pobierasz tu nauki na kapłankę?
- O pięciu miesięcy.
- A więc twoja duma powinna być jeszcze większa! Bardzo rzadko zdarza się, by Wyższa Kapłanka wybrała takiego nowicjusza jak ty do składania ofiar. Mi pozwolono przystąpić do tego obrządku dopiero po roku.
- Naprawdę? - zdziwiła się dziewczynka.
- Tak.
- Siostro Uld! Siostro Uld! - podbiegł do nich zapłakany chłopiec, także ubrany w błękitną szatę.
- Co się stało, braciszku Dess? - spojrzała na niego z zaciekawieniem.
- S... skaleczyłem się. - wyjąkał i wyciągnął w kierunku Uld prawą rękę, na której widniało małe skaleczenie.
- Spokojnie. Zajmę się tym. - położyła swoją dłoń na skaleczeniu. - Trochę zapiecze. - uprzedziła i zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła, podniosła dłoń do góry, a rana znikła.
- Dziękuję siostro Uld! - wykrzyknął chłopiec i otarł łzy.
- Nie ma za co braciszku. - zaśmiała się i pogłaskała Dessa po głowie.
- Siostra potrafi leczyć rany. Też tak chcę. - stwierdziła zachwycona Fio.
- Na razie potrafię leczyć tylko małe skaleczenia i sińce. Daleko mi do leczenia ran. - zaśmiała się. - Ale wkrótce się nauczę. I wy także.
- Nie mogę się doczekać! - oświadczył Dess.
- Ja też! Ja też! - zapiszczała Fio.
- Cierpliwości. - poradziła im. - A teraz zmykajcie. Zaraz zaczną się zajęcia dla nowicjuszy. Pamiętajcie, że prawdziwy kapłan nigdy się nie spóźnia.
- Pamiętamy, siostro! - przytaknęli i podbiegli do budynku kapłanów, a Uld wróciła do sprzątania. Wspomniała swoje pierwsze ubranie błękitnych szat, cztery lata temu. Błękitna szata była szatą nowicjusza. Po niej powinna nosić szatę zieloną - szatę ucznia, a po niej upragnioną brązową czyli szatę kapłana. Wyższy Kapłan i Kapłanka nosili śnieżnobiałe ubranie. Jednak jej ubranie nie miało żadnego z tych kolorów. Jej szata miała kolor pomarańczowy. Ten kolor oznaczał pomocnika wyższej kapłanki. W zakonie tylko dwie osoby nosiły pomarańczowe przyodzianie. Wyższy Kapłan i Wyższa Kapłanka wybierali sobie jednego ucznia, który po ich śmierci miał ich zastąpić. Uld w przyszłości miała nosić białą szatę i być Wyższą Kapłanką, którą każdy szanuje. Jednak tego wcale nie chciała. Owszem, czuła się zaszczycona tym, że dwa lata temu włożyła pomarańczową szatę, ale ona chciała zostać kapłanką, a nie kimś tak wielkim.
Westchnęła i spojrzała na świątynię Nayi, która stała naprzeciw niej. Była to niezwykle piękna budowla, wyglądająca na ulotną, a jednocześnie stabilną. Była taka jak bogini, dla której została postawiona - Naya, pani przyrody, matka nimf.
Po lewej stronie świątyni stał duży budynek w którym mieszkali i pobierali nauki początkujący kapłani. W nim też mieszkali zwykli i Wyżsi Kapłani. To tutaj ludzi przychodzili po uzdrowienie ran i chorób. Naprzeciw budynku kapłanów stał jego budynek - bliźniak, w którym także pobierano nauki. Ale nie czynili tego początkujący kapłani, tylko ludzie chętni wiedzy. Owe nauki trwały 10 lat.
- Uld, jak mija dzień? - wtem podszedł do nie Ren - jej rówieśnik pobierający nauki w budynku nauk. Miał bursztynowe oczy i brązowe oczy opadające na ramiona. Lubiła jego ciepłe spojrzenie i uprzejmy uśmiech.
- Podejrzewam, że dobrze.
- Widziałem, jak rozmawiałaś z Fio i Dessem. Znowu coś spsocili?
- Nie. Dess się skaleczył, a Fio dziś po raz pierwszy składa ofiarę i prosiła mnie o radę.
- Fio składa ofiarę? Tak wcześnie?
- Widzę, że decyzja Wyższej Kapłanki zdziwiła nie tylko mnie. - zaśmiała się. - Wygląda na to, że nasza mała Fio ma predyspozycję do prawdziwej kapłanki... Tylko... czy ona naprawdę chce być kapłanką?
- Sam nie wiem. Zarówno ona, jak i Dess są za mali, by podejmować tak poważne decyzję. Mają tylko 7 lat.
- Właśnie. Tylko 7 lat. Do zakonu można przystąpić w każdym wieku, jednak 7 lat to dla mnie za wcześnie.
- Może to bieda zmusiła ich rodziców do oddania ich tutaj? Mieli pewność, że ich dzieci będą pod dobrą opieką i nie zaznają głodu.
- Może bieda, a może wygórowane rodzicielskie ambicje. Ja przynajmniej sama zdecydowałam o swoim losie.
- Naprawdę tego chciałaś?
- Tak.
- Odrzuciłaś tym samym od siebie miłość i macierzyństwo.
- Wiem. Nie czuję jednak żalu z tego powodu.
- Ty nie... Ale ja tak. - powiedział nagle, a Uld popatrzyła na niego ze zdziwieniem. Co on miał na myśli? - Jesteś moim ideałem, Uld. Długo chciałem ci to powiedzieć... Kocham cię.
Wpatrywała się w niego zdziwiona. Po głowie kołatały się jej dwa słowa: "kocham cię". Wciąż i wciąż. Kocham cię, kocham cię, kocham... Kochał ją? Jak mogła tego nie zauważyć? Może czasami coś podejrzewała, ale nigdy nie dopuszczała do siebie tej myśli.
- Cały czas myślę o tobie. Chcę ciągle być u twojego boku. - nawet nie zauważyła, kiedy znalazła się w ramionach Rena. Powinna go odepchnąć, ale nie zrobiła tego. To strach? A może po prostu odwzajemnia jego uczucia? A jeśli to tylko zdziwienie nie pozwala jej się ruszyć?
- Ren... ja... - nie dokończyła, gdyż chłopak pocałował ją. Uld po raz pierwszy ktoś całował. Czuła się dziwnie. Bała się, że zaraz ktoś nadejdzie i zobaczy ich, a jednocześnie nie chciała, by Ren odstępował jej na krok.
Wtem ktoś zastukał do bramy wejściowej. Odskoczyła od chłopaka jak oparzona, dobrze wiedząc, że zaraz przybędzie kapłan-klucznik, by otworzyć wrota. Tak tez się stało. Z budynku kapłanów wynurzył się kapłan o imieniu Takan. W ręku trzymał pęk kluczy.
- Dzień dobry, siostro Uld. - przywitał się, szeroko uśmiechnięty.
- Dzień dobry, bracie Takan. - wymamrotała.
- Nie ma jak chwilka przerwy, co? - zapytał i podszedł do bramy. Czuła, że oblewa ją gorący rumieniec. Co on miał na myśli? Widział ich? A może był po prostu uprzejmy?... Wolała nie wiedzieć.
Przypatrywała się, jak Takan otwiera pierwszy, drugi i trzeci zamek, a pod koniec przykłada dłoń do drzwi i szepcze pod nosem zaklęcie otwierające. Wtedy wrota ustąpiły, a jej oczom ukazały się dwie postacie. Była to dwójka elfów. Piękna, czarnowłosa elfka o przepięknych błękitnych oczach oraz przystojny elf o szarych oczach, długich ciemnobrązowych włosach i szarym ubraniu.
- Witajcie. Co was sprowadza do świątyni Nayi? - zapytał przybyszów Takan.
- Musimy jak najprędzej porozmawiać z Wyższymi Kapłanami. - rzekł elf. Jego głos był szorstki, a jednocześnie miły dla ucha.
- Przykro mi, ale to na razie nie możliwe. Wyżsi Kapłani są zajęci w związku z popołudniową ceremonią składania ofiar.
- Ta sprawa nie może czekać. - rzekła piękna elfka.
- Ale...
- Zaprowadzę was do nich. - Uld wystąpiła. Sama nie wiedziała dlaczego to zrobiła. Coś jej po prostu kazało. - Proszę za mną. - zwróciła się ku drzwiom budynku kapłanów i weszła do niego razem z dwójka wędrowców, ani razu nie spoglądając na Rena.
***
Hana zaczynała się martwić. Kompleks czci Nayi był olbrzymi. Jak ona i Storm mieli w nim znaleźć Rozwagę?
- Zaraz będziemy na miejscu. - zwróciła się do nich dziewczyna, która zaoferowała się zaprowadzić ich do Wyższych Kapłanów. Hana spojrzała na nią uważnie. Mogła mieć z 19 lat, nie mniej, nie więcej. Miała błękitno-szare oczy i kręcone rude włosy sięgające pasa. Jej krok był delikatny i jakże inny od twardego stąpania niektórych ludzi! - To tutaj. - dziewczyna zatrzymała się przed zdobnymi drzwiami, które otworzyła. Weszli do pomieszczenia za nimi, a rudowłosa zamknęła drzwi za ich plecami.
Pokój, w którym się znaleźli był jak śnieg. Wszystko w nim miało kolor biały. Białe ściany, meble, oprawy ksiąg i śnieżnobiałe szaty kapłanów.
-Nie przypominam sobie, byśmy dali komukolwiek zezwolenie na odwiedziny. - Wyższa Kapłanka spojrzała na nich surowo. Była wysoką i żylastą kobietą zbliżającą się 50 urodzin. Jej twarz wyglądała tak, jakby nigdy nie gościł na niej uśmiech. Wyższy Kapłan był o głowę od niej niższy. Czubek jego głowy był łysy jak kolano, a w kącikach ust czaił się uśmiech. Wyglądał o wiele sympatyczniej od Wyższej Kapłanki.
- Państwo raczą wybaczyć to nagłe najście, lecz przybyliśmy w bardzo ważnej sprawie. - Storm wystąpił.
- Jakiej sprawie? - chuda kobieta podniosła prawą brew do góry.
- Chodzi nam o jedną z kapłanek, uczennic na kapłankę lub uczennic z sąsiedniego budynku.
- "Jedną z"? Nie możecie mówić jaśniej?
- Niestety, nie potrafimy. - Hana westchnęła. - Proszę wysłuchać nas uważnie i zachować nasze słowa dla siebie. Nie chcemy wywoływać paniki.
- Ale co się stało? - Wyższy Kapłan wyglądał na zaniepokojonego.
- Ten, który rzucił na nas klątwę nieśmiertelności, znowu chodzi po tym świecie. - powiedział szybko Storm, a biały pokój wypełnił się ciszą. Kapłan patrzył na nich z niedowierzaniem, a kapłanka z przerażeniem. Trwali w ciszy, którą przerwał chrobot zza drzwi.
- Shikami żyje? To... niemożliwe - wyjąkała kapłanka.
- Możliwe. Został wskrzeszony przez cztery dziewice. Tylko one mogą go ponownie uśpić.
- Zaraz. - kapłan przerwał Hanie. - Czy to oznacza, że ktoś w zakonie czci Shikamiego?
- Nie. - zaprzeczył Storm. - One nie wiedziały co robią. Ich dusze zostały wyrwane z ciała podczas snu i chwilowo zostały marionetkami sług czwartego boga.
- Biedne dzieci. - zasmuciła się kapłanka. - Musimy jak najszybciej znaleźć w kompleksie tę nieszczęśliwą istotę!
- Tylko jak to zrobić? - zafrasował się kapłan i spojrzał na dwójkę elfów. - Czy macie może jakieś wskazówki dotyczące tej dziewczyny?
- Owszem. - Hana kiwnęła głową. - Na lewej dłoni będzie mieć ślad po poparzeniu, a na prawej ślad po skaleczeniu.
Nagle drzwi wejściowe otworzyły się z impetem i do wnętrza białego pomieszczenia wkroczyła rudowłosa kapłanka. Na jej twarzy malowało się przerażenie.
- Co się stało, Uld? - zapytała ją Wyższa Kapłanka.
- Ja... - wyszeptała. - Wszystko słyszałam. Podsłuchiwałam pod drzwiami. Ja... To ja wskrzesiłam Shikamiego! - z jej błękitnych oczu wypłynęły łzy. Wyciągnęła przed siebie drżące dłonie, na których widniały ślady po oparzeniu i skaleczeniu.
- Uld, czemu nam nie powiedziałaś? - zapytała ją Wyższa Kapłanka.
- Bałam się... myślałam, że weźmiecie mnie za zły omen, więc milczałam. - wyjąkała.
- Uspokój się, dziewczyno. - Hana podeszła do niej i spojrzała prosto w oczy. - Ty, czyli Rozwaga, razem z Delikatnością, Zdrowiem i Sprytem uśpicie czwartego boga. Pójdziesz z nami, prawda?
- Tak.
***
Nigdy nie była we wnętrzu budynku nauk. Teraz kręciła się po nim i rozglądała na wszystkie strony.
- Uld? Co ty tutaj robisz? - wtem zza rogu wyszedł Ren.
- Ja... Szukałam cię.
- Mnie? - powtórzył. Wyglądał na zachwyconego, lecz nagle zachwyt zastąpiła troska. - Masz zaczerwienione oczy - położył dłoń na jej policzku. - Płakałaś?
- Tak. Płakałam. - przyznała.
- Stało się coś?... Płakałaś przeze mnie?
- Ren... Ja jutro opuszczam kompleks Nayi.
- Ale dlaczego? Z mojego powodu?
- Nie. Chciałabym ci powiedzieć, ale nie mogę. Wybacz. Kiedyś... Kiedyś wytłumaczę ci to, ale teraz mogę jedynie powiedzieć: "Żegnaj". - odwróciła się na pięcie i ruszyła ku wyjściu.
- A co z nami? - usłyszała za sobą.
- Ren... Zapomnij o mnie. - powiedziała, nie zatrzymując się ani nie odwracając.
- Uld, będę na ciebie czekał. Zawsze. - dobiegły do niej słowa, gdy była już za daleko, by odwrócić się i spojrzeć na niego po raz ostatni.
Druid i Zdrowie
Burmistrz miasta Alken wpatrywał się ze smutkiem na Demosa.
- Czy to koniecznie druidzie? - zapytał.
- Niestety tak.
- Ale to moja jedyna rodzina... Nie chcę jej stracić.
- Bez obaw. Będzie pod dobra opieką. Jej opiekunów wybrały gwiazdy. - spojrzał przelotnie na srebrną bransoletę na swoim nadgarstku.
- D... dobrze. - mężczyzna wstał. - Przyprowadzę ją. - i wyszedł z gabinetu.
Demos pomyślał, że burmistrz słusznie nie stawiał oporu. Byłby on niepotrzebny. Zdrowie musi wyruszyć w podróż. Od tego zależy los całego Varisannu. Jedynej córki burmistrza też.
Drzwi wejściowe otworzyły się i do pomieszczenia wszedł burmistrz, a za nim kroczyła młoda dziewczyna. Demos spojrzał na nią z niedowierzaniem. Czy to miała być wybranka, której zostało nadane imię "Zdrowie"? Ona wyglądała na absolutne zaprzeczenie tego mienia - szczuplutka i blada, o smutnych zielonych oczach i jasnobrązowych włosach sięgających ramion.
- Panie druidzie, oto moja córka Onee. - przedstawił ją burmistrz.
- Miło mi. - Onee ukłoniła się zgrabnie, a Demos uprzejmie skinął głową. Zerknął na jej dłonie i dostrzegł na nich ślady. A więc to jednak ona.
- Będziesz musiała pójść ze mną, Onee.
- Z panem? - utkwiła w nim swe duże, zielone oczy. - To ma związek z tymi ranami, tak?
- Tak.
- Ja nie chciałam tego robić. Bałam się. Okropnie się bałam. Ktoś mną kierował i nic nie mogłam zrobić. Wpatrywałam się więc w tego chłopaka stojącego za tą postacią w błękitnej szacie i srebrnej masce.
- Chłopak? Jaki chłopak?
- On stał daleko od nas. Przyglądał się nam, a ja przyglądałam się jemu... Tak strasznie pragnęłam, żeby mi pomógł!... Ale on tego nie zrobił.
Demos przyglądał się jej z niedowierzaniem. Ona dostrzegła wybrańca. Swojego przyszłego opiekuna. Może pomimo tego kruchego wyglądu drzemie w niej wielka siła? Czas pokaże.
***
Wyruszyli następnego dnia. Onee jechała na koniu, którego za uzdę prowadził Demos. Druid stwierdził, że podróż na wierzchowcu dla Onee będzie lepsza od marszu, który zbyt szybko by ją zmęczył.
- Przepraszam - powiedziała nagle zawstydzonym głosem.
- Za co, Onee?
- Za to, że jestem dla pana ciężarem. Bo... ja właśnie tym jestem. Ciężarem dla innych, nikim więcej. - w jej oczach zalśniły łzy. - Gdziekolwiek nie pójdę, każę wszystkim się mną zajmować, choć wcale tego nie chcę.
Demos spojrzał na jej zasmuconą twarz. Onee nie była pięknością, ale było w niej coś ładnego. Cudownego wręcz.
- Przestań tak mówić. - polecił i spostrzegł szare wróble latające po błękitnym niebie. Przywołał do siebie jednego z nich, który usiadł mu na ramieniu. - Spójrz na tego wróbla. - dziewczyna zrobiła to, o co ją prosił. - On też jest mały i słaby... Lecz kiedyś widziałem, jak kot pochwycił w zęby małego wróbla takiego jak ten. Ptak z początku starał się wyrwać, ale w końcu przestał, bo wiedział, że nie ucieknie. Kot był pewien, że wróbel jest martwy i zwolnił uścisk swych kłów. Wtedy wróbel wyfrunął z jego pyska i wzleciał wysoko ku górze, tam, gdzie kot nie mógł go dostać. Jesteś jak ten wróbel, Onee. Słaba ciałem, ale mocna duchem. Musisz tylko w to uwierzyć. - położył rękę na jej szczupłej dłoni i uśmiechnął się. - Poza tym, każdy z nas jest słaby. Ja też.
- Pan? - zdziwiła się.
- Przecież widzisz, że chodzę oparty o laskę.
Twarz Onee rozjaśniła się.
- Ale to jest laska druida. Ona pomaga panu czarować, a nie chodzić.
- Widzę, że znasz się na rzeczy.
- To z książek. Mój ojciec sprawił mi dużą bibliotekę, abym chociaż na chwilę zapomniała o chorobach. Jest pan pierwszym druidem, którego spotkałam. Czy to prawda, że kiedy pan czaruje, runy wyryte w lasce zaczynają świecić?
- Owszem. - przytaknął, a wróbel wzbił się w powietrze i dołączył do swoich przyjaciół. Demos dostrzegł w ruchach jego skrzydeł strach. Zerknął na wierzchowca. Jego krok także był niepewny. Demos dobrze wiedział, że zwierzęta mają lepiej rozwinięte zmysły od ludzi i czuł, że w pobliżu znajduje się coś, co przyniesie im kłopoty. Zacisnął dłoń na lasce i zatrzymał konia.
- Panie Demos, stało się coś?
- Coś tu jest. - odparł, rozglądając się uważnie dookoła.
- Coś? - powtórzyła, a jej głos drżał. - Ale co?
- Sęk w tym że nie wiem. Słyszę to i czuję... To nie jest żadne ze znanych mi stworzeń.
- Czy to coś chce czegoś od nas?
- Obawiam się, że tak. Chce cię dopaść.
- Mnie? - jej twarz była bledsza niż zwykle.
- Słudzy czwartego boga chcą usunąć wybranki, aby Shikamiemu nic już nie zagrażało. - wcisnął w jej dłonie uzdę wierzchowca. - Trzymaj się mocno i pozwól się prowadzić. Ten koń zaprowadzi cię do bezpiecznego miejsca. - po czym szepnął coś do ucha konia.
- Jak to "pozwolić się prowadzić"? A co z panem?
- Pójdę za wami... - urwał, bo dostrzegł ciemny zarys w pobliskich krzakach. -Uciekaj! - rozkazał, a koń ruszył z kopyta. W tym momencie z krzaków wyskoczyło coś, co przypominało panterę pokrytą szarą łuską. Owe stworzenie ruszyło za koniem. - Nigdzie nie pójdziesz! - Demos podniósł laskę do góry, na której wyryte runy błyszczały jasnym światłem. Dziwnego kota otoczyła piątka panter, które natychmiast się na niego rzuciły. Jednak kot był silny i po paru jego ciosach, gepardy znikły. Demos wiedział, ze fantomy nie poradzą sobie z żywym i w dodatku potężnym stworzeniem. Musiał zdać się na ciało... Wezwał 20 fantomów panter i miał nadzieję, ze to zatrzyma kota na dłuższą chwilę. Nakreślił wokół siebie okrąg dolnym trzonkiem laski i wbił ją w ziemię.
- Bracia wilki, potrzebuję was! Przybywajcie! - krzyknął, a wiatr poniósł jego głos wysoko ku niebu. Teraz musiał czekać. Spojrzał na kota. Zniszczył już 13 fantomów i nie wyglądało na to, że walka zmęczyła go choć trochę. Demos wezwał kolejne fantomy. Tym razem nie tylko pantery. Na polanie pojawiły się pumy, sokoły i lisy. Dobrze wiedział, że zadadzą mu tylko małe rany, lecz one są lepsze od żadnych. Wtem usłyszał wycie. Odwrócił się i zobaczył srebrzyste kształty zmierzające w jego stronę.
- Walczcie z nim bracia! - polecił, a wilki przebiegły obok niego i rzuciły się na kota. Ten chyba poczuł zagrożenie, bo zaczął wierzgać, by odpędzić od siebie wilki i fantomy. Udało mu się to i ruszył w stronę Demosa, ale po chwili został zatrzymany przez największego z wilków, który rzucił się na niego i wgryzł w szyję, a reszta wilków wraz z fantomami skoczyła na kota.
Demos słyszał jęki i piski zwierząt. Każdego po trochu. Najwięcej jednak cierpiał kot pokryty łuską. Druid powoli podszedł po zbiorowiska i zobaczył, że wrogie stworzenie leżało bezradnie, całe we krwi. Oddychało z trudem, więc odwołał fantomy i wezwał przed siebie wilki.
- Dziękuję wam, bracia. Możecie odejść. - ukłonił się zwierzętom, które ruszyły w kierunku swych leśnych domostw.
Demos podszedł do półżywego kota i ukląkł przy nim. Delikatnie pogłaskał go po pysku.
- I na co ci to było, bracie? - zapytał spoglądając w złoto-zielone oczy kota. - Wiem, że chcesz żyć. Jeśli obiecasz nie czynić więcej zła ludziom, to uleczę cię. Będziesz mógł żyć na wolności, z daleka od swojego okrutnego pana. - kiedy wypowiedział te słowa, kot zerwał się i zatopił swe kły w jego ramieniu. Demos krzyknął z bólu. Po chwili jednak cierpienie ustało, bo kot rozluźnił swe szczęki i padł martwy na ziemię. - A więc wybrałeś służbę Shikamiemu. - skrzywił się z bólu. Musiał jak najszybciej przemyć ranę. Kły kota były zatrute. Wstał, by po chwili ponownie paść na ziemię. Święta woda z świątyni Shiryu w Kananii z pewnością pomogłaby mu, ale znajdowała się ona w torbie przywiązanej do siodła wierzchowca Onee.
- Bracie... Bracie... Przybądź... - wyjąkał słabo. Nie wiedział, czy koń go usłyszy. Jego głos mógł nie dotrzeć do konia, który mógł być już daleko stąd.
"Czy to tak się skończy? Umrę tutaj? - zapytał samego siebie. - Ja chciałem osiągnąć tyle rzeczy... Chciałem... Chciałem..." - z przerażeniem stwierdził, ze nie może sobie przypomnieć co zawsze chciał osiągnąć i o czym zawsze marzył. Jedyną rzeczą, o której pamiętał i na której mógł się skupić, to ból i myśl, że jeśli nie przemyje szybko rany, to trucizna wedrze się do jego wnętrza i zniszczy. Ten świat był taki piękny. Nie chciał go opuszczać. Jeszcze nie teraz.
- Panie Demos! - usłyszał krzyki z oddali. Słyszał też stukot kopyt. Niebo traciło swój błękitny kolor. Zaczynało szarzeć i ciemnieć.
- Panie Demos! - zobaczył nad sobą zapłakaną dziewczęcą twarz. Wydawała mu się znajoma. Do kogo należała? - Panie Demos, co się panu dzieje?! Słyszy mnie pan?! To ja, Onee!!
Onee... Tak. Pamięta ją. Córka burmistrza Alken. Ona mu pomoże.
- Trucizna... kły... - jęknął.
- Trucizna?! Jest pan zatruty?! - po jej policzkach spływały łzy.
- Wyjmij świętą wodę i przemyj ranę - poprosił ją słabym głosem.
- Dobrze - Onee wyciągnęła z torby bukłak i swój płaszcz. Wylała na niego wodę i zaczęła ją przemywać. - Będzie dobrze, prawda... Prawda?!
- Trucizna dostała się do mojego ciała. - odparł słabo.
- Nie! Nie może pan umrzeć! Panie Demos! Proszę mnie nie opuszczać! Błagam!
- Podaj mi bukłak z świętą wodą. - poprosił, a Onee wręczyła mu ją drżącymi rękoma. Wypiła parę łyków i wręczył jej karafkę. - Powinno wkrótce ustąpić... Jeśli będę leżeć, to może jutro będę mieć siłę iść dalej.
- To dobrze. - zaczęła wycierać zapłakane oczy i obwiązała płaszczem ranę na ramieniu Demosa. - Niech pan teraz odpocznie.
- Tak... - przytaknął i spojrzał w niebo. Starał sobie przypomnieć swoje najskrytsze marzenia, do których zawsze dążył. W końcu zamknął oczy.
***
Sam nie wiedział, czy śni, czy też może widzi obrazy na jawie. Stał teraz w świątyni Shiryu i obserwował małego chłopca ćwiczącego wzywanie fantomów. Nagle do małego podeszła kobieta, w której Demos rozpoznał swoją matkę.
"Czyli to dziecko, to ja" - pomyślał.
- Druidzi cię chwalą Demosie. - powiedziała do chłopca, a na jej twarzy malowała się duma. - Mówią, że z każdym dniem robisz coraz większe postępy.
- Staram się mamo. Ze wszystkich sił. Kiedyś będę musiał być do tego gotów.
- Do czego, synku?
- Do obrony ważnej dla mnie osoby. Słyszałem, że każdy ma kogoś takiego. Ja też chcę znaleźć tą osobę i chcę ją bronić.
- Piękne postanowienie. Obyś go dotrzymał. - pogłaskała go po głowie.
- Oczywiście, że go dotrzymam! - po tych słowach, obydwoje znikli. Przez Demosem stała teraz dziewczyna odwrócona do niego plecami.
- Zapomniałeś o mnie - usłyszał jej zasmucony głos. - Chciałeś żyć dla mnie, a nie potrafiłeś sobie przypomnieć o swoim przyrzeczeniu!
- Nieprawda! To ta trucizna! Ona... Odebrała mi tą obietnicę. Ja nigdy nie zapomniałbym o tobie... Czy... Mogę zobaczyć twoją twarz? - czuł, że dziewczyna nie spełni jego prośby, ale ona odwróciła się.
- Znajdę cię - obiecał cicho, a dziewczyna uśmiechnęła się do niego.
***
Otworzył oczy. Podniósł się i rozejrzał. Niedaleko niego padł się koń, na ziemi leżał martwy gepard pokryty łuską, a tuż obok Demosa spała skulona Onee. Przypomniał sobie, co się stało. Rozwiązał płaszcz związany za swoim ramieniu i spojrzał na swoją ranę. Nie było po niej śladu. Wolał jednak zachować ostrożność i ją opatrzył. Podszedł do konia i wyjął z torby przyczepionej do siodła bandaż, którym owinął ramię.
- Onee, wstawaj. - podszedł do niej i delikatnie szturchnął w ramię. Otworzyła oczy i spojrzała na niego rozpromienionym wzrokiem.
- Nic panu nie jest! Jak dobrze!
- To dzięki twojej fachowej pomocy. - uśmiechnął się do niej. - Nie jest ci zimo?
- Odrobinę. - odparła, a Demos wyciągnął z torby koc, którym ją opatulił i podał jej bukłak z wodą.
- Wypij parę łyków, to cię wzmocni. - zrobiła to, co jej kazał. - Jesteś głodna?
- Nie.
- To wyruszajmy w dalszą drogę. Zjemy obiad w sympatyczniejszym miejscu.
- Dobrze - wstała i chciała ściągnąć z siebie koc, ale jej nie pozwolił.
- Ściągniesz go dopiero, kiedy zrobi się cieplej.
- Dobrze - kiwnęła potakująco głową i weszła na wierzchowca z małą pomocą Demosa.
- Wiesz co, Onee? Miałem dzisiaj piękny sen.
- Naprawdę? Jaki?
- Nie mogę ci powiedzieć, bo już go nie pamiętam.
Niewolnicy
- Ludzie kochają komplikować sobie życie. Tak było od kiedy pamiętam.
- A możesz mi podać jakoś przykład tych komplikacji, Lino?
- Proszę bardzo - jak dobrze wiesz, na Varisannie są cztery państwa ludzkie - Yaned, Vess, Karn i Derana. Wszystkie dzielą się na małe miasteczka, którymi rządzą burmistrzowie, a burmistrzami rządzi król państwa osiadły w największym mieście, czyli w stolicy. Elfy czegoś takiego nie mają. Nasze państwo od razu jest naszą stolicą. Nie posiadamy też żadnych burmistrzów. Dodatkowo nasze państwa - Ksewes, Isten i Shona są piękne i w niczym nie przypominają zniszczonych miasteczek w ludzkich państwach. Wkrótce poznacie moją ojczyznę, Ksewes i jestem przekonana, że przyznacie mi rację. Peryl, musisz też wiedzieć, że dawniej na Varisannie było o wiele więcej elfich państw. Dawniej żyły tu także elfy księżycowe, morskie i złote. Niestety opuściły Varisann i zamieszkały gdzieś, na odległych ziemiach. Gdy przyjdzie czas, pozostałe elfy do nas dołączą.
- A co z elfami cienistymi? Gdzie one mieszkają? - spytała Peryl, a Lina skrzywiła się z odrazą.
- Tego nikt nie wie. Chodzą głosy, że dawno wymarły. Mam nadzieję, że to prawda... W każdym razie, o nich z reguły się nie mówi. - wtem elfka zatrzymała się.
- Co się stało? - dziwiła się Peryl, gdy Natten też przystanął. - Powiedzcie! - krzyknęła, a chłopak położył jej dłoń na ustach.
- Zamilknij, to zrozumiesz. - szepnął. - Jak masz cokolwiek usłyszeć, skoro ciągle gadasz?
Posłusznie zamilkła. Słyszała śpiewy ptaków i coś jeszcze... Tym czymś był stukot końskich kopyt o ziemię i ludzkie kroki. Dużo korków. Do tych dźwięków dołączyły płacze i jęki. Słyszała też donośne okrzyki: "Prędzej! Prędzej!".
Chciała zapytać o źródło owych dźwięków, ale dłoń Nattena wciąż spoczywała jej na ustach. Szybko ją ściągnęła i wyszeptała:
- Co to?
- Potwory. - odparła Lina. - Ludzie, którzy zarabiają na swym gatunku.
- Zarabiają? W jaki sposób?
- Sprzedając ich. - rzekł cicho Natten. - To handlarze niewolników. Łapią bezdomnych i zakuwają ich w kajdany. Prowadzą ich do Ened i tam sprzedają.
- Ened? - zdziwiła się.
- Państwo rasy kalysh. Kalyshe uważają się za tak wielkich, że sami nie pracują. Do pracy kupują ludzi.
- Z którym się bezdusznie obchodzą. - wyszeptała Lina.- Kalyshe dbają tylko o swoją rasę. Inni ich nie obchodzą... Biedni ludzie.
Płacze i jęki były coraz bliżej.
- Będą przechodzić obok nas. - Lina podeszła do pobliskich krzaków, za którymi przykucnęła i spojrzała na polanę rozciągającą się za nimi. - Nadchodzą.
Peryl po chwili była przy niej. Natten oparł się o pobliskie drzewo i nawet nie zerknął w stronę polany, na którą zaczęła wkraczać duża grupa ludzi. W większości były to kobiety i dzieci ubrane w łachmany. Peryl dostrzegła tez parę kobiet i mężczyzn w podeszłym wieku. Byli połączeni łańcuchami przyczepionymi do kajdan na ich nadgarstkach. Po prawej i lewej stronie niewolników jechali uzbrojeni jeźdźcy. Było ich razem 6.
- Szybciej! Ruszać się! - jeden z nich bił spętanych batem. Wtem jedna z niewolnic padła bezsilnie na kolana. Towarzyszki niedoli zaczęły pomagać jej wstawać, ale dziewczyna ciągle wywracała się.
- Rusz się, wiedźmo! - podjechał do niej jeden z mężczyzn i smagnął ją batem. Dziewczyna zaczęła się zwijać z bólu.
- Czy ty nie widzisz, że ona już nie może?! - krzyknęła na niego jedna z niewolnic. Ona także oberwała.
Wtem z tłumu więźniów wybiegł mały chłopiec. Peryl z przerażeniem obserwowała, jak pędzi przed siebie, ile sił w jego dziecięcych nogach.
- Szczeniak ucieka! - jeden z handlarzy ruszył za nim na koniu i po chwili był przy uciekinierze, którego uderzył batem w plecy. Dziecko padło na ziemię, a mężczyzna zeskoczył z grzbietu konia i zaczął zadawać kolejne ciosy.
Peryl zamknęła oczy i zasłoniła uszy rękoma. Nie chciała patrzeć, ani słyszeć cierpień dziecka. Biedny mały chłopiec. Co on takiego im zrobił? Czym zawinił? Chciał być wolny. Czy za to marzenie musiał płacić taką straszną cenę?
Nagle krzyki pełne bólu ustały.
- Idziemy dalej. - usłyszała twardy rozkaz handlarza, ale ciągle nie otwierała oczy. Nie mogła. Nie potrafiła. Nie chciała.
- Peryl, poszli już sobie. - usłyszała po paru minutach ciszy. Otworzyła oczy i spojrzała na miejsce, w którym niedawno stali niewolnicy. Teraz na polanie pozostał tylko martwy chłopiec. Z jej ust wydobył się cichy jęk. Spojrzała na Linę załzawionymi oczyma. Twarz elfki była blada i przerażona. Przeniosła spojrzenie na Nattena. On patrzył na polanę z obojętnością. Na jego twarzy nie malowała się żadna emocja. Żadna.
- Idziemy dalej. - powiedział nagle, ale ani Peryl, ani Lina nie poruszyły się.
- Nigdzie nie idę. - głos Peryl drżał. - Nie chcę się znowu na nich natknąć.
Lina milczała, ale Natten dobrze wiedział, że myśli to samo.
- W takim razie zostajemy. - westchnął i usiadł na zielonej trawie.
- Peryl... pochowajmy tego chłopca. - rzekła cicho Lina, a dziewczyna skinęła głową i razem z elfką zeszła na polanę. Natten przyglądał się im i westchnął. Zapowiadało się na długą noc.
***
Siedzieli w zupełnej ciszy i wpatrywali się w ogień. Na ich głowami zaczęły pojawiać się gwiazdy.
- Połóżcie się spać. - poradziła Lina. - Ja będę czuwać pierwsza, a potem cię obudzę, Nattenie.
- Niech będzie - stwierdził i położył się. Peryl zrobiła to samo, lecz mimo wszelkich starań nie mogła zasnąć. Wsłuchiwała się w zrównoważony oddech swojego opiekuna, któremu udało się usnąć bez większych problemów, westchnienia Liny i muzykę świerszczy. W końcu podniosła się i rzekła szeptem:
- Lino, pewnie jesteś zmęczona. Ja nie mogę zasnąć, więc z chęcią się z tobą zamienię.
- To nie jest dobry pomysł, Peryl. Powinnaś odpocząć przed jutrzejszą wędrówką.
- Bardzo chciałabym odpocząć, ale nie mogę, bo nie zasnę. Pozwól mi czuwać zamiast ciebie. Obiecuję, że jutro nie będę narzekać.
Elfka przyglądała się uważnie Peryl. Robiła to tak intensywnie, że dziewczyna zaczęła się obawiać, że Lina jakimś sposobem dostrzeże w niej kłamstwo. Na szczęście tak się nie stało, bo opiekunka w końcu powiedziała z uśmiechem:
- Skoro nie będziesz narzekać, to się zgadzam. - i położyła się, a Peryl odetchnęła z ulgą. Udało się. Teraz musiała jedynie czekać. Po paru dłuższych chwilach, Lina spała tak mocno jak Natten. Tylko na to czekała. Podniosła się najciszej jak potrafiła i przeniosła się na polankę, z której ruszyła śladem handlarzy i ich ofiar. Sama nie wiedziała, czemu to robiła. Przecież ci ludzie w ogóle jej nie obchodzili. Sami byli sobie winni, że wpadli w ręce tych okropnych ludzi. Ale... ten mały chłopiec... Jego krzyki przedzierające się przez zasłonę z dłoni, prosto do jej uszu... Ten nieszczęśliwy, pośmiertny wyraz twarzy... Musi go pomścić!... I już nawet wie jak.
***
Dostrzegła obozowisko handlarzy z daleka. Piątka jeźdźców spała przy ogniu, a szósty kręcił się przy umęczonych niewolnikach zmorzonych snem z łukiem w ręku. Nieopodal pasły się wierzchowce mężczyzn.
Przykucnęła i zaczęła powoli skradać się w stronę obozu, starając się, by jej ruchy były niesłyszalne. Zbyt dobrze pamiętała, jak Natten wygarnął jej to, że nie potrafi poruszać się bezszelestnie. Musiała to zmienić.
Kiedy była wystarczająco blisko strażnika, zaczęła dotykać palcami ziemi, aż poczuła pod nimi duży, zimny kamień, ujęła go w dłoń. Wzięła głęboki wdech i ruszyła bezszelestnie w stronę handlarza. Gdy znalazła się tuż za jego plecami, uderzyła go kamieniem z całej siły w głowę. Osunął się na ziemię, nie wydając jakiegokolwiek jęku lub okrzyku. Pochyliła się nad nim i z ulgą odkryła, że mężczyzna oddycha. Natten miał rację. Bała się zabijać. Nikomu jak dotąd nie odebrała życia i jeszcze nie była gotowa na taką możliwość.
Wyciągnęła łuk z rąk nieprzytomnego i odpięła pas z kołczanem, który sobie zapięła. Potem zaczęła przeszukiwać handlarza. Nie miał przy sobie kluczy. Musiał je mieć któryś z śpiących. Nie za bardzo podobało jej się to, że musiała ich także przeszukać - sprowadzało to na nią możliwość odkrycia zamiarów, a to nie byłoby dobre ani dla niej, ani dla niewolników. Jednak wizja martwego chłopca mignęła jej przed oczyma, dodając tym samym siłę. Ruszyła w stronę śpiących i zaczęła ich przeszukiwać. Klucze znalazła przy trzecim z kolei przeszukiwanym handlarzu. Bezszelestnie podeszła do śpiących niewolników i szturchnęła w ramię dziewczynę, która potknęła się podczas marszu. Ta otworzyła oczy i spojrzała na nią zdumiona.
- Nic ci nie zrobię. - zapewniła ją szeptem. - Przybyła wam pomóc. - na dowód swych dobrych zamiarów pokazała jej klucze. - Poczekaj chwilę, zaraz będziesz wolna. - zaczęła dopasowywać pierwszy z pięciu kluczy od zamka kajdan, lecz nie pasował. Spróbowała z następnym. Kajdany otworzyły się z cichym trzaskiem. - Obudź pozostałych. - poleciła jej i zaczęła otwierać kajdany na dłoniach śpiącej dziewczynki. - Poproś, by zachowywali się jak najciszej.
Niewolnica posłusznie wykonała jej rozkaz, a Peryl po paru otwarciach zamków nauczyła się znajdować odpowiedni, po rozmiarze kłódki.
- Jeśli jesteście wolni, uciekajcie. - zwróciła się do niewolników. - Pamiętajcie, żeby nie biec w tę samą stronę - zmniejszycie szansę na złapanie was. - uwolnieni ruszyli w las prawie bezszelestnie.
- Uwolnij moją mamę - poprosiła ją mała, dopiero co oswobodzona dziewczynka, a Peryl pośpiesznie wykonała jej rozkaz.
Z każdą chwilą niewolników było coraz mniej. W końcu została piątka więźniów. Kiedy otwierała zamek kajdan starszego człeka, ten nagle krzyknął:
- Uważaj! - nie wiedziała, o co mu chodzi, gdy nagle poczuła ogromny ból rozchodzący się po jej plecach. Poczuła łzy w oczach.
- Ty mała wiedźmo! - usłyszała za sobą i odwróciła się. Zobaczyła mężczyznę, którego ogłuszyła kamieniem. W ręku trzymał bat. - Wstawać! - wrzasnął w stronę kompanów i strzelił z bata, ale Peryl zdążyła odskoczyć, razem ze starszym mężczyzną za nią stojącym. - I tak cię dopadnę szkodniku! - darł się handlarz. - Wstawać lenie! Mamy intruza! - dwa ostatnie słowa rozbudziły jego towarzyszy, którzy otworzyli oczy i spojrzeli na obozowisko rozespanym wzrokiem. Peryl postanowiła skorzystać z chwilowej nieuwagi przeciwnika i uciec, ale handlarz-strażnik złapał ją za ramię, przyciągnął do siebie i warknął: - Nigdzie nie uciekniesz, mały szkodniku! Zostaniesz tutaj, a my nauczymy cię, co to znaczy słowo "kara"! - na potwierdzenie tych słów trzasnął ją w policzek. Padła na ziemię, a świat przed jej oczyma wirował. Poczuła krew strugę krwi cieknącą po jej brodzie. Zaczęła drżeć ze strachu.
"On nie żartuje - pomyślała przerażona. - Oni... Oni mnie zabiją! Nie! Ja nie chcę umierać!" - zerwała się na nogi i sięgnęła po strzałę, którą nałożyła na cięciwę łuku. Nie zdążyła jej jednak wystrzelić, bo bat strażnika po raz kolejny świsnął w powietrzu i uderzył w jej rękę tak mocno, że upuściła broń na ziemię. Chciała ją podnieść, ale zatrzymały ją słowa jednego z handlarzy:
- Zostaw natychmiast ten łuk. Chyba, że chcesz mieć krwawą pręgę przecinającą twarz. - ta groźba przeraziła dziewczynę, która zamarła i z przerażeniem wpatrywała się w szóstkę rozjuszonych i uzbrojonych mężczyzn zmierzających w jej stronę. Co oni chcą jej zrobić? Czy tutaj, w tym miejscu skończy się jej nic, jak dotąd nie warte życie?
- Zginiesz suko - rzucił jeden z handlarzy, a Peryl utkwiła w nim swe przerażone spojrzenie. Człek podążał w jej kierunku z okrutnym uśmiechem na ustach. Wtem zatrzymał się i z hukiem padł twarzą na ziemię. Z tyłu jego głowy wystawał sztylet. Peryl dobrze znała ten sztylet. Poczuła, że jest uratowana.
- Wszystko porządku? - za handlarzami stali Lina i Natten. Elfka bez większego leku przebiegła miedzy mężczyznami prosto do Peryl. - Zrobili ci coś?
- A coś ty za jedna? -warknął jeden z handlarzy niewolników.
- Jestem jej opiekunką i nie życzę sobie, byście dotykali jej swoim brudnymi rękoma!
- To my decydujemy kogo dotykamy, a kogo nie. - stwierdził jeden z mężczyzn. - I twoje słowa tego nie zmienią, paniusiu. Skoro już tu jesteś, to pocierpisz razem z wychowanką.
- Będzie źle - jęknęła Peryl, a Lina na te słowa pokręciła przecząco głową i uśmiechnęła się spokojnie.
- A może zanim do tego przejdziecie, zmierzycie się ze mną? - zapytał Natten stojący za mężczyznami i zanim którykolwiek z nich zdążył odpowiedzieć, wpadł między handlarzy i szybkim ciosem odciął głowę jednemu z nich. Pozostali skoczyli na chłopaka, ale ten bez problemu odparł każdy ich atak. Peryl przyglądała się Nattenowi z zachwytem. Jego ruchy były tak zgrabne, że chłopak wydawał się walczyć z mieczem. Handlarze zamienili się przy nim w uczące się walczyć niezdary. Dziewczyna spojrzała na twarz chłopaka i po raz kolejny nie dostrzegła na niej żadnej emocji. Tak jakby walka była dla niego tylko nudną rutyną. Dziecinnie łatwą zabawą.
- Ty mały szczeniaku, zaraz zginiesz! - wrzasnął jeden z handlarzy, ale jego groźba zadziałała odwrotnie - Natten przebił jego pierś na wylot i natychmiast wyrwał ostrze z jego ciała. Mężczyzna jęknął i runął martwy na ziemię. Po krótkiej chwili pozostali handlarze leżeli martwi na ziemi, a Natten z właściwym sobie spokojem wytarł miecz z krwi o płaszcz jednego z trupów i schował go do pochwy.
Peryl odetchnęła z ulgą, podniosła z ziemi pęk kluczy i uwolniła ostatnich niewolników ze słowami:
- Teraz nie musicie się obawiać pościgu. Weźcie konie handlarzy i wracajcie do domów.
- Dziękujemy! - młoda niewolnica rzuciła jej się na szyję, po czym wskoczyła na grzbiet wierzchowca i pogalopowała gdzieś z czwórką ludzi uwolnionych przez Peryl.
Lina tymczasem wyrwała sztylet z głowy handlarza i spojrzała surowo na dziewczynę:
- Twoje dzisiejsze zachowanie było naganne - oddaliłaś się od obozu bez naszego pozwolenia, ściągając na siebie niebezpieczeństwo. Powinnam być na ciebie zła. Bardzo zła... Ale nie jestem.
- Naprawdę? - spytała Peryl z niedowierzaniem.
- Twoimi działaniami kierowały szlachetne intencje. Nie mogę mieć żalu do twojego szlachetnego serca.
- Szlachetnego serca... - powtórzyła szeptem Peryl. Pierwszy raz usłyszała tak ciepłe słowa dotyczące jej osoby. Na ogół ludzie na jej widok odwracali wzrok lub nazywali ją "brudasem". Nikt nigdy nie powiedział jej, że ma "szlachetne serce". Nigdy.
- Wracajmy już. - zdecydowała elfka, a Peryl podniosła z ziemi łuk handlarza i rzekła:
- On już nie żyje. To nie będzie złodziejstwem, jeśli wezmę jego łuk i kołczan, prawda?
- Sądzę, że nie. - stwierdził Natten, a Peryl spojrzała na zdobycz z zadowoleniem. Jej nowa broń. Dzięki niej, nikt już nigdy nie będzie zmuszony jej biec z pomocą, bo nauczy się bronić sama.
Delikatność
Zwiedzały Denest od niecałej godziny. Sol biegała od straganu do straganu, a Menchi tylko się wszystkiemu przyglądała. Nigdy nie lubiła ludzkich miast. Zawsze każdy przechodzień uparcie się w nią wpatrywał. A ona nienawidziła ludzkich spojrzeń. Jak mało kto.
- Sol, może byś się wreszcie uspokoiła? - zapytała ostro swoją towarzyszkę, która teraz przeglądała jedwabie. Menchi nigdy jej nie rozumiała. Dobrze wiedziała, że Sol kocha przebywać miedzy ludźmi. Uwielbiała, gdy ją obserwowali. Nigdy się nikomu do tego nie przyznawała, ale zawsze do nich legła. Jak ćma do ognia.
- Już, już - podbiegła do niej z szerokim uśmiechem na ustach. Jej bursztynowe oczy lśniły jak nigdy, a długie brązowe włosy pięknie błyszczały na słońcu. - Przepraszam, ale nie mogę się opanować. - zmierzwiła krótkie płowe Menchi, która łypnęła na nią groźnie i oświadczyła surowo:
- Uspokój się. Mamy mało czasu. Musimy znaleźć tan dom, a nawet nie wiemy gdzie on się znajduje.
- Na obrzeżach Denest. W zachodnio-północnej części. - Sol uśmiechnęła się szeroko.
- Skąd to wiesz?
- Pytałam kupców.
- Pytałaś? O co?
- Zapytałam, gdzie mieszka właściciel większości straganów w mieście. Bratanie się z ludźmi czasem jest bardzo przydatne. - spojrzała wymownie na Menchi, lecz ta nie powiedziała nic.
***
Kiedy Menchi opowiedziała historię wskrzeszenia Shikamiego, w sali, w której zostały przyjęte, zapanowała okropna cisza. Szanowany kupiec z Denest, Denevan i jego żona Sea wpatrywali się w nich z zdziwieniem. Wtem kobieta podniosła się i rzekła:
- Przyprowadzę ją - i opuściła komnatę. Po chwili powróciła, a za nią szła młoda, ubrana w szmaty dziewczyna ze spuszczoną głową. Jej czarne włosy były brudne i pokiklane, a jej ruchy był niepewne. - To moja córka - przedstawiła ją żona kupca. - Pokaż im rany. - szturchnęła wybrankę w ramię, a ta wyciągnęła drżące dłonie przed siebie.
- Będziesz musiała iść z nami - powiedziała Sol, uważnie przyglądając się dłoniom dziewczyny.
- Najlepiej będzie, jak wyruszycie już teraz. - rzekła nieuprzejmie Sea, a Menchi poczuła, że jedyne, czego chce ta kobieta, to chwila, w której opuszczą jej dom. Ale dlaczego? Dlatego, że nie są ludźmi? Nieważne. Skoro ich nie chce, to naprawdę pójdą.
- Skoro pani tego chce. Żegnam. - nie siliła się nawet na ukłon. Nie lubiła tej kobiety.
- Nigdzie nie pójdziecie! - wtem do salonu wpadła zdyszana, złotowłosa dziewczyna. Jej duże, szare oczy przepełnione były wrogością i utkwione były w Denevanie i Sei.
Menchi i Sol przypatrywały się jej z zaciekawieniem. Kim była ta wojownicza dziewczyna? Jej strój wskazywał na to, że gotowa była do dalekiej drogi. Miała na sobie zieloną koszulę wiązaną rzemykiem, rękawiczki do łokci obszyte futrem lisa, spódnicę sięgającą do łydek i wysokie buty. Do pasa miała przypięty miecz, ale wyglądało na to, że nie za bardzo potrafiła się nim posługiwać, bo lekko przechylała się na prawą stronę pod jego ciężarem.
- Mogłam się tego od razu domyślić! Od razu! - krzyczała. - Przecież ty nie wysłałabyś mnie od tak na spacer! Chciałaś skorzystać z mojej nieobecności! Jak mogłaś mamo!
- Córeczko, uspokój się. - poprosił Denevan, ale dziewczyna nie zwróciła najmniejszej uwagi na jego słowa. Przeniosła wzrok na Sol i Menchi, odgarnęła swe złote loki do tyłu i rzekła:
- Czekałam na wasze przybycie każdego dnia i w końcu doczekałam się. Jestem gotowa na podróż u waszego boku.
- Przykro mi, ale przybyłyśmy tylko po twoją siostrę. Nie możemy wziąć cię z sobą. - Sol wskazała ruchem głowy na dziewczynę w łachmanach.
- To nie jest moja siostra. - prychnęła szarooka. - A wy przybyłyście po mnie, a nie po nią. - po tych słowach ściągnęła rękawiczki i zaprezentowała im swe dłonie. Na obydwóch widniały ślady identyczne jak u tej ze spuszczoną głową. - Ja jestem ich jedyną córką. Nazywam się Karin.
- Karin! Nigdzie nie pójdziesz! Nie pozwalam! - krzyknęła Sea.
- Moja matka czuła, że prędzej, czy później ktoś po mnie przyjdzie. - Karin puściła sprzeciwy kobiety mimo uszu. - Dlatego zrobiła identyczne ślady naszej służącej, by mogła iść za mnie. Ale ja jestem stworzona do tej drogi i z chęcią z wami wyruszę!
- Karin! - Denevan podszedł do córki. - Przecież ty nigdy nie wyruszałaś w taką podróż! To nie jest rzecz dla ciebie!
- To ja decyduję, co jest dla mnie, a co nie! - prychnęła. - Czy ty w ogóle słyszałeś, co one mówiły? Wskrzesiłam czwartego boga! muszę go wysłać z powrotem do grobu!
- Jestem pewien, że może to zrobić ktoś inny!
- A ja jestem pewna, że nie może! Pójdę z nimi z twoją zgodą równie dobrze, jak i bez niej! - oświadczyła i zwróciła się do Menchi: - Czas wyruszać. Nie tracić więcej czasu. - i ruszyła w stronę drzwi z głową zadartą do góry. Bez namysłu ruszyły za nią.
***
- Jesteście nimfami, tak?
- W pewnym sensie tak. - Sol kiwnęła potakująco głową.
- Można dokładniej?
- Prawdziwymi nimfami staniemy się w wieku 25 lat. Wtedy przestaniemy malować pod oczyma te podłużne pasma. Tego dnia zostaniemy przyjęte do rady nimf i połączymy się ze Skałą, Wodą lub Drzewem, w zależności do którego odłamu należała nasza matka. Jestem nimfką rośliną, czyli połączę się z Drzewem. Natomiast Menchi połączy się z Wodą, gdyż jej matka jest nimfą wodną.
- Czyli podczas tej ceremonii staniecie się pełnoletnie w oczach nimf?
- Można tak powiedzieć. - Menchi stłumiła westchnienie. Obecność i charakter Karin irytowały ją. Sol, co prawda też była lekko narwana, ale była także posłuszna i na ogół uległa, w przeciwieństwie do wybranki, której gwiazdy nadały imię "Delikatność". Karin była okropnie rozpieszczona i Menchi podejrzewała, że chęć wyruszenia w podróż była zapewnie kaprysem. Wolała nie wiedzieć, co będzie, kiedy Karin znudzi się ta cała podróż.
- Potrafisz posługiwać się mieczem? - zapytała ją.
- Trochę. Zaczęłam się uczyć z myślą o tej podróży.
"Czyli nie umiesz" - pomyślała nimfka i poczuła nagłe uczucie niepokoju rodzące się w sercu. Parę nocy temu Katia ostrzegała je, że Shikami nie zamierza obserwować ich bezczynnie. W każdej chwili może nastąpić atak jego popleczników... Nigdy nie wiadomo, co może czaić się za rogiem.
***
Nedd, Yessinka, Mitra i Nive wpatrywali się z zachwytem w swojego pana, który obserwował srebrne gwiazdy usłane na granatowym niebie.
- Szkoda, że ty i twój brat nie jesteście elfami księżycowymi. - zwrócił się do Nedda. - Wtedy może potrafiłbym czytać z gwiazd... Co nie znaczy, że ciało, które mi darowaliście jest niewygodne.
- Panie, przecież umiesz posługiwać się magią. Dlaczego nie każesz gwiazdom wyjawić ci swej przyszłości? - zapytała Mitra.
- Nawet za pomocą czaru nie powiedziałby mi wszystkiego. One dzielą się swoimi sekretami tylko z księżycowymi elfami. Są takie nieodgadnione...
Yessinka patrzyła na czwartego boga z zachwytem. Duch Shikamiego nadał zupełnie nowy wyraz ciału Astera. Teraz było ono władcze i jakby nieosiągalne, choć na wyciągnięcie ręki. Najbardziej jednak zmieniły się oczy - teraz były zielone z poprzeczną źrenicą.
- Wkrótce ziemie Varisannu będą moje i tylko moje. Nie będę musiał się dzielić nimi z moim rodzeństwem. Nareszcie zrozumieją, co to znaczy poniżenie. Oni potrafili tworzyć... Ja nie umiałem nic. Czarować potrafię tylko dzięki nienawiści do nich... Do Nilnana, Shiryu i do... - urwał. - Do całego Varisannu. Nienawiść daje moc i władzę. Ogromną moc i władzę.
- Panie, a co z tymi, którzy chcą cię ponownie uśpić? - zapytał Nedd.
- Zginą. Mógłbym to zrobić nawet teraz. Zabić wszystkich za jednym zamachem... Ale po co? Są tacy zabawni z tymi swoimi ideami i celami. Wolę nasłać na nich indy i patrzeć, jacy nieudolni są w walce. Poza tym, ciekawi mnie, czy będą chcieli odwiedzić moją przeklętą wyspę. O tak, jestem więcej niż ciekawy. - zamknął oczy, a kamienna, podłoga zaczęła drżeć.
- Panie! Baszta się zaraz zawali! - krzyknęła przerażona Yessinka.
- Spokojnie. Nic się nie zawali. - rzekł, a wstrząsy ustały. - Rozejrzycie się. - wykonali jego rozkaz i odkryli, że zamek nie leży już na zielonych polach w pobliżu lasów. Teraz stał na jałowych i suchych ziemiach.
- Gdzie my jesteśmy panie? - zapytał Nedd.
- Przeniosłem twój zamek na moją wyspę. Wszyscy mieszkańcy Varisannu boją się tego miejsca, dlatego nikt tutaj nie mieszka. - uśmiechnął się gorzko. - Ciekawe, czy będą chcieli dość za mną aż tutaj? - naraz jego twarz spoważniała. - Czas wysłać kolejne indy. Niech wiedzą, że z Czwartym Bogiem nie ma żartów!
***
- Zatrzymajmy się! Jestem zmęczona! - Karin już od godziny stroiła fochy i żądała odpoczynku.
- Menchi, może rzeczywiście... - zaczęła cicho Sol, która zaczynała mieć już dość ciągłych jęków Karin.
- Zatrzymamy się za godzinę, nie prędzej - nimfka była nieugięta.
- Nie chcę tyle czekać! Zatrzymajmy się teraz! - krzyknęła wściekła dziewczyna. - Nikt normalny nie chodzi po lesie w nocy! Słyszycie? Nikt!
- Słuchaj - Menchi spojrzała na Karin z wyższością. - Wygląda na to, że zawsze dostawałaś to, co chciałaś. Ta podróż nie jest spełnieniem twojego kolejnego kaprysu. Czas najwyższy nauczyć się, że nie wszyscy będą słuchać twoich poleceń. Od dziś to ty będziesz ich słuchać i wykonywać bez mrugnięcia okiem.
Karin spojrzała na nimfkę rozwścieczona.
- Nie będziesz mi rozkazywać! Mowy nie ma! Jak chcesz iść dalej, to proszę bardzo. Ja tu zostaję. - oświadczyła i usiadła na ziemi.
- Skoro chcesz, to zostań. - Menchi nawet się nie odwróciła.
- Czy nie przesadzasz? - zapytała ją szeptem Sol. - Nie możemy...
- Możemy - przerwała jej. - Jedna samotna noc i nauczy się gryźć w język.
***
Leżała na ziemi i wpatrywała się w gwiazdy. Była na siebie wściekła, ale nie potrafiła się do tego przyznać. Obarczała całą winą Menchi i Sol. To przez nie od ponad godziny leżała na ziemi, sama w wielkim lesie.
- Jak śmiały? Jak mogły? - zapytała i zadrżała, pomimo ciepłej nocy czuła zimne dreszcze. Zaczęła ocierać dłonie, by choć odrobinę jej rozgrzać. Nic nie pomogło. W końcu założyła rękawiczki, jednak te wcale nie dały jej upragnionego ciepła. Wtem usłyszała jakieś dziwne odgłosy dochodzące z oddali. Przypominały one pomruki dzikiego, rozjuszonego kota. Wytężyła słuch i z przerażeniem odkryła, że dźwięki zbliżają się do jej osoby. Szybko podniosła się i sięgnęła po miecz. Ręce jej drżały. Drżała cała.
- Opanuj się. Błagam, opanuj się. - poprosiła siebie, ale to nic nie pomogło. Rozglądała się na wszystkie strony i szukała wzrokiem stworzeń wydających te tajemnicze pomruki, lecz w ciemnościach nie mogła ich dostrzec. Wtem na niebie dostrzegła trzy duże cienie. Wytężyła wzrok i świetle gwiazd dostrzegła trzy olbrzymie, uskrzydlone koty. Sama nie wiedziała, kiedy krzyk wyrwał się jej z ust. Właśnie wtedy zwróciły swe olbrzymie pyski w jej stronę. Doszło do niej, że krzyk był błędem. Zdradziła się nim.
Jeden z kotów zgrabnie wylądował na ziemi i ruszył w jej stronę obnażając kły. Dostrzegła łuskę pokrywającą jego zgrabne ciało. Zacisnęła dłonie na rękojeści miecz i starała się zatrzymać łzy wypływające jej z oczu.
- No... No chodź! - rozkazała łamiącym się głosem. Kot tak jakby czekał na jej rozkaz i ruszył w jej kierunku. Wtedy zrozumiała, że jeśli szybko nie zacznie działać, to skończy w jego paszczy. A ona wcale nie chciała umierać. Kot był już na wyciągnięcie ręki, gdy zrobiła natychmiastowy unik, uciekając tym samym od szponów kota i niewiele myśląc puściła miecz na ziemię i ruszyła biegiem tą samą ścieżką, którą przed godziną poszły Sol i Menchi. Dobrze wiedziała, że kot i dwójka jego towarzyszy podążyli za nią. Słyszała za sobą trzask łamanych gałązek i dzikie pomruki.
- Zostawcie mnie! Natychmiast! - krzyknęła przez łzy. Biegła jeszcze chwile, nim zorientowała się, że dźwięki pościgu ustały. Zatrzymała się i oparła o najbliższe drzewo. Starała się złapać oddech. - A więc zrezygnowaliście, co? - zapytała i wybuchła śmiechem. Cieszyła się ze swojego zwycięstwa, pomimo tego, że wcale nie walczyła. Kiedy się uspokoiła, pewnym krokiem ruszyła przed siebie. Czuła, że jest silna. Bardzo silna.
To przekonanie trwało w niej kilkanaście minut i urwało się, gdy usłyszała dobrze znane jej pomruki.
- Nie... Nie! - jęknęła. Wiedziała, że powinna biec, ale nie mogła. Za bardzo się bała. Wpatrywała się w ciemność przed nią i dostrzegła kota zmierzającego w jej stronę. Po chwili dołączyły do niego dwa pozostałe koty. Była otoczona. Teraz nie miała już miecza, którym mogła się bronić. Nie miała szans na przetrwanie.
Wtem pobliskie krzaki zaszeleściły i wypadły z nich dwa olbrzymie, przedziwne stworzenia. Jedno było przeźroczysto - błękitne, tak jakby powstało z wody. Jego towarzysz był takiej samej postury, a jego skórę pokrywała brązowa kora drzewna. Nie miała pojęcia, kim byli, lecz obydwoje ruszyli na koty, które zaczęły prychać i wzbiły się w powietrze, lecz nie zrezygnowały z ataku na Karin. Ciągle latały nad jej głową, głośno warcząc. Nagle dwa koty ruszyły ku ziemi, a giganty zasłoniły Karin. Ten z korową skórą uderzył swą olbrzymią pięścią w kota, a ten wydał na siebie przeraźliwy jęk i padł na ziemię. Przeźroczysty kolos nie poruszył się, więc drugi kot zaatakował go swymi olbrzymimi pazurami i właśnie wtedy coś wciągnęło do wnętrza giganta. Kot miotał się we wnętrzu istoty, ale nie mógł się z niej wydostać. Karin przyglądała się jego zmaganiom i nagle dostrzegła, że kot przestał się ruszać. Zrozumiała, że się udusił. Wtedy przeźroczysty gigant wyrzucił ciało z swojego wnętrza. Trzeci z kotów wydał z siebie pełen wściekłości ryk i wzniósł się wyżej, by odlecieć w tylko sobie znanym kierunku. Karin padła na ziemię i zaczęło ciężko oddychać. Tak się bała...
- Jesteś cała? - nagle obok niej pojawiły się Sol i Menchi.
- Tak - wydyszała. - A kto to? - wskazała ruchem głowy na dwójkę gigantów.
- To nasze golemy. Najlepsza i najskuteczniejsza broń nimf. - odpowiedziała Sol, a Menchi zwróciła się do golemów:
- Dziękujemy wam za pomoc. Możecie już odejść. - wtedy obydwa giganty znikły. Po ich obecności zostało tylko kilka gałązek i mała kałuża.
- Skąd wiedziałyście, że jestem w niebezpieczeństwie?
- Chyba nie myślałaś, że cię tak zostawimy, co? Cały czas cię obserwowałyśmy. Chciałyśmy, żebyś trochę się usamodzielniła. - wyjaśniła jej Sol i podała jej miecz, który zostawiła na rzecz ucieczki.
- A więc te koty to też wasza sprawka?
- Nie. Je wysłał ktoś inny. O wiele potężniejszy.
Ksewes
- W tym lesie znajduje się moja ojczyzna. Cieszę się, że po tylu tygodniach wędrówki mogę do niej wrócić. - Lina patrzyła z zachwytem na pierwsze drzewa z lasu Ksewes. - Podążajcie za mną. - zwróciła się do Nattena i Peryl. - Żeby dojść do miasta trzeba przejść przez ten las. To labirynt dla tych, którzy pierwszy raz do niego wchodzą. Możecie jednak wyzbyć się wszelkich obaw. Ze mną nic się wam nie stanie.
***
Po godzinie wędrówki przez gąszcz znaleźli się w elfim państwie. Było ono niezwykłe - jego budynki przypominały drzewa... A może to były drzewa.
- Odpoczniemy tam - wskazała na olbrzymi budynek-dąb. - To pałac mego władcy, gdzie zaczekamy na pozostałych. Na początku jednak poznacie mojego króla.
***
- Panie, oto wybraniec i Spryt. - Lina złożyła głęboki ukłon w stronę eleganckiego elfa siedzącego na tronie.
- Witajcie moi drodzy. - elfi król powstał, podszedł do nich i uściskał im dłonie. - Pewnie jesteście głodni, nieprawdaż? Lino, zaprowadź naszych gości do jadalni, a potem wróć do mnie. Chcę zamówić z tobą parę zdań.
- Tak jest. - skłoniła się królowi i zwróciła się do Nattena i Peryl: - Chodźcie za mną. - zaprowadziła ich do małej, zielono-złotej sali ze stołem pełnym jadła. - To wszystko dla was, chodź nie sądzę, że wszystko zjecie. - zaśmiała się. - W każdym razie smacznego. Zobaczymy się później. - po tych słowach wyszła.
Usiedli przy stole i zaczęli jeść w ciszy. Po chwili Natten rzekł:
- Peryl
- Tak?
- Wyjmij tą złotą łyżeczkę z rękawa.
Dziewczyna spłonęła rumieńcem i posłusznie położyła zgubę na stole.
- Dlaczego ty ciągle się mnie czepiasz? - zapytała.
- Bo ciągle kradniesz. - odparł obojętnie. - Po co to robisz?
- Z... przyzwyczajenia. Gdybyś żył na ulicy tyle, ile ja żyłam, też byś kradł. Bo jeśli nie zaczniesz kraść, nie przeżyjesz... Czy... Ukradłeś coś kiedykolwiek?
- Tak. Ukradłem. - przyznał, a jego oczy zaszły mgłą. - Dawno temu ukradłem coś... Ten czyn sprowadził na mnie wielkie kłopoty.
***
- Lino, opisz mi Spryt i wybrańca. - poprosił elfi król.
- Spryt czyli Peryl jest niezwykła. Kiedy ją spotkałam po raz pierwszy miała kłopoty, ale wyciągnęliśmy ją z nich. Podejrzewam, że większość swojego życia spędziła na ulicy, co nauczyło ją twardości, ale tak naprawdę jest bardzo wrażliwa i uczuciowa. To dobra dziewczyna.
- A wybraniec?
- Natten? Sama nie wiem co o nim myśleć. Czasami zdaje się nie posiadać żadnych uczuć, ale kiedy indziej dostrzegam w jego oczach ogromny ból i tęsknotę...
- Intryguje cię?
- Bardzo. Chciałabym wiedzieć o nim jak najwięcej, ale on nigdy nie ujawni mi swej przeszłości. Na zawsze pozostanie tajemnicą.
***
- To jest Ksewes, panie Demos?
- Tak, Onee. To Ksewes. To tutaj poznasz towarzyszki swojej wędrówki.
- Boję się tego spotkania. - wyznała cicho.
- Dlaczego?
- Nie lubię poznawać obcych ludzi. Boję się ich.
- Przyzwyczaisz się. Tak jak przyzwyczaiłaś się do mnie. - zaśmiał się i pogładził wierzchowca Onee po pysku.
- Pan naprawdę nie pójdzie z nami?
- Nie. Nie rób takiej smutnej miny! Wybraniec na pewno się tobą zaopiekuje.
- Chciałabym - stwierdziła smutno.
- Popatrz, tam są trzy postacie zmierzające w tę samą stronę, co my. - powiedział nagle. - A niech mnie! To Sol i Menchi! - wziął głęboki wdech i zawołał: - SOL! MENCHI! TUTAJ!
Trójka wędrowców ruszyła w ich stronę. Były to trzy młode dziewczyny. Dwie z nich miały wymalowane pod oczyma podłużne pasma.
- Demos! Jak dobrze cię widzieć w pełni zdrowia! - powiedziała krótkowłosa.
- Ciebie też, Menchi.
- Czy to jest Zdrowie? - zapytała właścicielka dużych, bursztynowych oczu.
- Tak. To ona. Nazywa się Onee. Onee, poznaj nimfki - Menchii - wskazał na te krótkowłosą - i Sol - skinął na długowłosą. - A to jest zapewnie Delikatność, zgadłem?
- Dokładnie. - szarooka dziewczyna uśmiechnęła się dumnie. - Nazywam się Karin. Jestem córką Denevana, kupca z Denest.
Onee spojrzała na Karin z podziwem i poczuła, że się czerwieni. Ta dziewczyna była taka żywa i bezpośrednia. A ona? Krucha i słaba. Nawet nie potrafi się sama przedstawić!
Spuściła wzrok i zapragnęła, by jak najszybciej znaleźć się w Ksewes. Najgorsze było to, że Demos nie zwracał na nią żadnej uwagi. Cały czas rozmawiał ze swymi znajomymi. Ona tymczasem w ciszy podążała za nimi na końskim grzbiecie. Nagle dziewczyna, która nosiła imię Delikatność wskoczyła na grzbiet jej wierzchowca.
- Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam. - powiedziała do Onee. - Nogi mnie już bolą od tego ciągłego marszu i chcę trochę odpocząć.
- To... Może ja zejdę...
- Po co? Przecież zmieścimy się obie!
- Dobrze - znowu poczuła wstyd. Nie potrafiła ukryć niechęci przed tą dziewczyną. Miała nadzieję, że Karin tego nie dostrzegła. To ona wszystko psuła tym swoim ciągłym, głupim strachem. Wszystko.
***
Lina oprowadzała właśnie Peryl i Nattena po zamku, gdy podbiegł do nich jakiś elf.
- Pani Lino! Zwiadowcy przynieśli mi wiadomość, że pani Sol, pani Menchi oraz pan Demos razem z wybrankami są już blisko naszego królestwa. Natomiast pani Hana i pan Storm są już w lesie.
- Nareszcie. - twarz Liny rozjaśniła się w promienistym uśmiechu. - Chodźcie, pójdziemy do pewnego miejsca. - zwróciła się do swoich towarzyszy i zaprowadziła ich do dużej ciemnej sali z równie dużym stołem pośrodku. - Usiądźcie tutaj i poczekajcie. Wkrótce wrócę. - rzekła i zostawiła ich samych.
***
Stała pod pałacem i rozglądała się na wszystkie strony. Serce biło jej jak oszalałe. Nagle zobaczyła Stroma i Hanę zbliżających się w jej stronę. Obok nich szła młoda, może 19 letnia dziewczyna ubrana w czerwoną szatę przypominającą kapłańską. Lina domyśliła się, co ona oznacza - wybranka przerwała nauki i opuściła świątynię, lecz zamierza do niej wrócić i kontynuować to, co przerwała.
- Hana! Storm! - podbiegła do nich. - Witajcie z powrotem!
- Witaj Lino! - Hana szybko przytuliła ją.
- Dawno się nie widzieliśmy. - zauważył Storm i uśmiechnął się. Szybko odwzajemniła jego uśmiech.
- A to jest pewnie Rozsądek, tak?
- Tak. Nazywa się Uld.
Wybranka wystąpiła i wyciągnęła dłoń w jej kierunku. Lina szybko ją uścisnęła.
- Witaj w Ksewes, Uld. Nazywam się Lina.
- A ja, jak już pani wie, jestem Uld. Dziękuję za miłe przywitanie.
- Ależ nie ma za co. Podejdźmy po zamek i poczekajmy na pozostałych. Razem wejdziemy do zamku.
***
Przy stole zostało jeszcze 9 pustych miejsc. Peryl zastanawiała się kto oprócz Liny je zajmie. Rozejrzała się po sali. Okna były pokryte witrażami przedstawiającymi noce, rozgwieżdżone niebo. Sufit i ściany też były wzorowane na niebie podczas pełni.
Natten milczał. Myślami znowu był gdzieś indziej. Przy kimś innym... Postanowiła sprowadzić go z powrotem.
- Jak myślisz, jakie one będą?
- Kto?
- Te trzy pozostałe. No wiesz, Delikatność, Rozsądek i Zdrowie.
- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Mało mnie to obchodzi.
- Jak wszystko zresztą. - rzuciła szybko. Okropnie denerwowała ją niewiedza na jego temat. Wędrowała z nim prawie miesiąc, a jedyną rzeczą, którą może powiedzieć na jego temat, to to, że doskonale włada mieczem. Chciała go wreszcie rozgryźć i lepiej poznać, ale nie wiedziała w jaki sposób ma to zrobić. - Czy możesz mi szczerze powiedzieć, czy na tym świecie jest przynajmniej jedna osoba, która coś dla ciebie znaczy.
- Mam dwie osoby, które wiele dla mnie znaczą, jeśli chcesz wiedzieć. Tyle, że jedna z nich nie żyje.
- A druga?
- To na pewno nie ty.
Skrzywiła się. Czy on zawsze musiał mówić co myśli? To okropne!
Nagle do sali wszedł ten sam elf, który przed paroma chwilami powiadomił Linę o przybyciu jej znajomych. Trzymał w rękach tacę z 11 kieliszkami i butelką wina. Położył każdy kieliszek przed krzesłem, a wino ustawił na końcu stołu.
- Wkrótce przybędą pozostali. - obwieścił i wyszedł.
Drzwi po kilkunastu minutach znowu się otworzyły i do pomieszczenia wkroczyła Lina i ósemka innych osób.
- Siadajcie - elfka poprosiła przybyłych i sama usiadła przy stole. Po prawej stronie Nattena usiadła szarooka dziewczyna, która utkwiła w nim swe spojrzenie, pełne nieukrywanego zachwytu. Peryl tymczasem przyglądała się wszystkim po kolei. Lina wzięła butelkę z winem, nalazła je do każdego kieliszka i wróciła na swoje miejsce.
- Cieszę się, że spotkaliśmy się tutaj wszyscy. Wypijmy za to. - podniosła kieliszek do góry i wypiła parę łyków. Pozostali zrobili to samo. Natten zauważył, że wino ma jakiś dziwny smak, ale nie mógł określić, dlaczego. - W takim razie miłych snów. - pozwiedzała elfka, a parę osób zaśmiało się. Przez chwilę nie rozumiał jej słów, ale nagle ogarnęła go ogromna senność. Zrozumiał, że w winie był środek usypiający. Ale po co? Nie zdążył sobie odpowiedzieć, bo oczy mi się zamknęły i zasnął.
***
- Witaj ponownie, wybrańcu. - zobaczył przed sobą króla Haru. Teraz już wiedział, dlaczego w winie był środek nasenny. - Witam także 4 dziewice i pozostałych przyjaciół.
- Dzień... dobry - przywitała się lekko przestraszona Peryl.
- Nie musisz się mnie bać, Sprycie. Nie zrobię ci krzywdy. - zaśmiał się.
- Pan mnie zna? - zdziwiła się.
- Oczywiście. Jesteś Spryt, Dziecko Ulicy. Ty jesteś Rozwagą - spojrzał na Uld. - Uczennicą Kapłanki, a ty nazywasz się Zdrowie, Córko Burmistrza. - uśmiechnął się do Onee.
- A ja? - zapytała Karin.
- Ty jesteś Delikatność, Mieszkanko Denest.
- Zgadza się - przytaknęła dumnie.
- Zapewnie wiecie, po co się tutaj zgromadziliście. Z tego miejsca wyruszycie nowymi, jeszcze przez was nie odkrytymi ścieżkami życia. Dziewice wyruszą ponownie uśpić Czwartego Boga razem z wybrańcem i wybranką.
- Wybranką? - zdziwiła się Peryl. - Przecież Natten jest jedynym wybrańcem!
- Owszem, ale ostatnimi dniami gwiazdy zmieniły swe pozycje i wybrały kogoś, kto będzie wspomagać Nattena. Tą osobą będzie Lina. - na te słowa elfka spojrzała na króla zdziwiona i zachwycona jednocześnie. Skinęła potakująco głową i uśmiechnęła się szeroko.
- Świetnie. Skoro gwiazdy wybrały Linę na moją towarzyszkę, to może wybiorą także kogoś na moje zastępstwo? - zapytał Natten.
- Nattenie, o czym ty mówisz? - elfka spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- To, co słyszysz. Nie chcę męczyć się wędrówką z czwórką nie wiedzących nic o życiu dzieci. A może wy źle odczytaliście zamiary gwiazd?
- Sugerujesz, że król Haru kłamie? - czarnowłosa elfka wystąpiła i zmierzyła Nattena wściekłym spojrzeniem.
- Sugeruję, że się pomylił. To nie to samo - rzucił.
- Jak śmiesz tak mówić nędzny człowieku? Nasza rasa ma więcej wiedzy, niż całe twoje nędze plemię! Naucz się ważyć słowa!
- Hano, wystarczy. - poprosił ją król, a elfka spojrzała z pogardą na Nattena, ale nie powiedziała już żadnej złośliwości pod jego adresem. - Nattenie, wiem, że chcesz się wycofać, ale nie możesz tego zrobić. To twoje przeznaczenie. Już go nie zmienimy. Ani ja, ani ty. Prawda?
Chłopak nie odpowiedział. Kiwnął tylko głową na znak zgody.
- Doskonale. W takim razie, za parę dni wyruszycie na północ, na Wyspę Shikamiego.
- Wyspa Shikamiego? - powtórzyła zdziwiona Karin.
- Dawniej wyspa była częścią Varisannu, ale po "pierwszej" śmierci czwartego boga jego rodzeństwo odgrodziło jego małe królestwo od reszty lądu, gdyż tam ziemia została przeklęta w większym stopniu, niż ziemia w innych częściach Varisannu. To klątwa śmierci i nienawiści. Wszystko, co narodzi się na tej wyspie ma czarne serce i pragnie śmierci innych. - wytłumaczyła jej Uld.
- Dokładnie - przytaknął Haru. - Parę tygodni temu Shikami przeniósł tam zamek swojego podwładnego. To jest właśnie cel waszej podróży. Tam znajduje się kamień, na którym podczas nocy wskrzeszenia położyłyście dłonie. Aby odesłać Shikamiego z tego świata będzie musiały powtórzyć ten czyn. Jednak musicie wiedzieć, że czwarty bóg nie śpi. Demos, Sol i Menchi przekonali się o tym najlepiej, prawda?
- Tak - przytaknął druid. - Shikamiemu służą olbrzymie koty pokryte łuską. Nigdy nie spotkałem takich stworzeń, ale podejrzewam, że to indy. Koty, które dawno temu zamieszkiwały Varisann.
- Nie mylisz się. To one. Za swojego istnienia poprzysięgły mu wieczną wierność, więc powróciły razem z nim. Na razie jest ich mało, ale z każdym dniem ich liczba będzie się zwiększać, a one same będą rosnąć w siłę. Z nich Shikami stworzy swoją armię, którą będzie chciał wyruszyć na Varisann. Musicie wiedzieć, że im więcej krwi przeleje on lub jego poplecznicy, tym bardziej wzmocni się osłabione, jak na razie ciało naszego wroga. Dlatego nie możemy pozwolić, by jego podwładni ruszyli na podbój. Zgromadzimy wojska, które otoczą brzegi Varisannu naprzeciw Wyspy Shikamiego i zatrzymają jego armię. Jednak do tego czynu potrzebujemy wielu żołnierzy. Elfy z trzech królestw zgodziły się nam pomóc. Teraz musimy uzyskać wsparcie od pozostałych państw. To będzie wasze zadanie... Demos, ty wyruszysz do Kananii, po nimfy i twoich towarzyszów, druidów. Menchi, skierujesz swe kroki do Dark, królestwa krasnoludów. Sol przydzieliłem leżące obok siebie dwa największe państwa ludzkie - Vess i Karn. Najtrudniejsze zadanie czeka Hanę i Storma. - spojrzał na dwójkę elfów. - Będziecie musieli przekonać do walki państwo kalysh.
- Ale przecież to niewykonalne! - stwierdził elf.
- Będziecie musieli spróbować. Kalyshe są niezawodne w walce. Nasze szanse zwiększyłyby się o wiele, gdyby do nas dołączyli.
- Królu Haru - Uld nieśmiało wystąpiła.
- Tak, Rozwago?
- Podczas tej walki przyda się moc uzdrowicielska kapłanów ze świątyni Nayi. Proszę odwiedzić sen Najwyższej Kapłanki i powołać się na mnie. Jestem pewna, że wyrazi zgodę na dołączenie kapłanów do walki.
- Skoro tak mówisz, zrobię to. - uśmiechnął się do niej. - Jednak muszę was ostrzec - na przekonanie innych państw do walki oraz dojście na wyspę macie tylko rok.
- Rok? - powtórzyła Sol z lekkim przerażeniem. - Przecież niektóre państwa leżą daleko stąd!
- Shikami wciąż regeneruje swoje siły i moc. Ten proces jest powolny, gdyż jego ciało jest ciałem śmiertelnym. Ale kiedy jego siły powrócą, nic go nie powstrzyma. Nawet 4 wybranki.
Wszyscy umilkli. Czasu było mało. Niebezpiecznie mało.
- Mam nadzieję, że sobie poradzicie. - król podszedł do Onee i wręczył jej srebrną bransoletę. Później taką samą dostali Peryl, Karin, Uld i Natten. - Noście je zawsze przy sobie. Będą was wzmacniać i przypominać o waszej misji, tak jak pozostałych. - po tych słowach Natten spostrzegł, że każdy z pozostałych miał taki samy srebrny dar na ręce. - Życzę wam powodzenia. Żegnajcie.
***
Otworzył oczy. Pozostali też zaczęli się powoli przebudzać. W dłoni wciąż ściskał złotą bransoletę, którą włożył do kieszeni.
- Mamy mało czasu - rzekła Lina przecierając zaspane oczy. Najlepiej będzie, jak odpoczniemy i wyruszymy za jakieś dwa dni.
- To dobry pomysł - powiedział za wszystkich Storm, a elfka podeszła do drzwi i rzekła:
- Chodźcie za mną. Pokażę wam miejsca, w których odpoczniecie. - i wyszła razem z pozostałymi. W sali został tylko Natten. Miał mętlik w głowie. Dlaczego gwiazdy wybrały właśnie jego? Zrzuciły na jego plecy tak wielki ciężar, jakby miało miał własnych kłopotów. A co będzie gdy podczas podróży na wyspę zaatakuje ich banda łowcy głów? Co wtedy zrobi?
Westchnął i powolnym krokiem skierował w kierunku wyjścia. Pchnął drzwi z taką trudnością, jakby były zrobione z kamienia i ruszył pustym korytarzem w stronę przydzielonego przez Linę pokoju. Wtedy podbiegła do niego szarooka dziewczyna, nosząca imię Delikatności.
- Witaj. Ty jesteś Natten, prawda? Ja jestem Karin, miło mi. - przedstawiła się, ale chłopak nawet na nią nie spojrzał. - Za parę dni zacznie się nasza wspólna podróż. Trochę się boję, a ty? - odczekała chwilę, a kiedy nie usłyszała żadnej odpowiedzi, ciągnęła dalej: - No tak. Ty pewnie często gdzieś wędrujesz i dla ciebie to całkiem normalna sprawa. Skąd jesteś? Ja pochodzę z Denest, znajdującego się w państwie Karn. Mój ojciec ma w mieście filię kupiecką i myśli, że wszyscy będą mu tak posłuszni jak kupcy. Wyobraź sobie, ze nie chciał mnie tu puścić! Ale ja się uparłam i jak widzisz jestem! Po drodze miałam okropną przygodę - zaatakowały mnie trzy indy, ale na szczęście wyszłam z tego cało... A może ty chcesz coś powiedzieć? Ja tak ciągle gadam i gadam...
- Tak. - Natten zatrzymał się i zmierzył ją wzrokiem. - Chcę coś powiedzieć.
- Słucham - rzekła wpatrując się w niego urzeczona.
- Daj mi spokój. - rzucił i ruszył przed siebie, by po chwili zniknąć za zakrętem korytarza.
Karin wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. Nie mogła zrozumieć sensu jego słów. Wtem usłyszała za sobą głośny śmiech. Odwróciła się i zobaczyła chichoczącą dziewczynę, która nosiła imię Spryt.
- Co cię tak rozśmieszyło? - zapytała, starając się nie pokazywać złości.
- Ty. Myślałaś, że Natten zwróci na ciebie jakąkolwiek uwagę? - czarnowłosa przestała się śmiać. - Gdybyś lepiej go znała, to nigdy nie próbowałabyś zwrócić jego uwagi w taki sposób. To było żałosne. Okropnie żałosne.
Karin poczuła, że nienawidzi tej dziewczyny w czystych, ale zniszczonych ubraniach.
- "Dziecko Ulicy" - rzekła przez zaciśnięte zęby. - Tak cię nazwał król Haru. Wnioskuję z tego, że nigdy nie miałaś prawdziwego domu.
- Zgadza się. - Peryl spoważniała.
- W takim razie - na ustach Karin zagościł gorzki, acz tryumfalny uśmiech. - Co ty tutaj robisz, Przybłędo? Takie jak ty nie mają prawa wchodzenia do pałaców takich jak ten. Dziwię się Shikamiemu, że pozwolił, byś dotykała tamten kamień swoimi brudnymi rękoma. Przybłędy z ulicy powinny na niej pozostawać. Tam jest ich miejsce. Tam mogą robić co im dusza zapragnie.
Peryl nic nie powiedziała. Podeszła do Karin i z całej siły uderzyła ją w policzek.
- Przybłędy nie przejmują się miejscami, w których przebywają. One wszędzie, nie tylko na ulicy robią co im dusza zapragnie. - stwierdziła, po czym odwróciła się na pięcie i zostawiła Karin samą. Kroczyła w stronę ogrodu, który niedawno pokazywała jej Lina. Kiedy się w nim znalazła, padła na ziemię i zapłakała. "Przybłęda". Tym zawsze będzie dla wszystkich. A czym zawiniła? Tym, że mieszka na ulicy.
Ukryła twarz w trawie i zamknęła oczy. Nie chciała patrzeć na ten okrutny świat. Nagle coś połaskotało ją w prawą dłoń. Spojrzała w jej stronę i zobaczyła szarego królika obwąchującego jej rękę z uwagą.
- Czego chcesz? - zapytała drżącym głosem.
- On chce cię pocieszyć. - usłyszała za sobą, wiec szybko zerwała się z ziemi i spojrzała na siebie. Zobaczyła młodego człowieka siedzącego w cieniu drzew. Miał jasnobrązowe włosy i przyjazny uśmiech. Obok niego leżała laska zdobiona runami.
- Ty... - zaczęła wycierać załzawione oczy. - Nazywasz się Demos i jesteś druidem, tak?
- Zgadza się. - przyznał.
- W takim razie nie wmawiaj mi kłamstw. To ty wezwałeś tego królika.
- Nie chcę nikogo okłamywać. - podniósł się, podszedł do niej i usiadł obok. - Przecież ty i tak nie uwierzysz. - wtedy z krzaków wyskoczyły kolejne, które podbiegły do nich. - Ale on naprawdę chcą cię pocieszyć. - po tych słowach na ustach Peryl zajaśniał słaby uśmiech. - Proszę, udało się nam cię rozweselić! To nie lada wyczyn! A czy teraz możesz mi powiedzieć, co cię tak bardzo zasmuciło?
- Ta... Delikatność nazwała mnie Przybłędą... A co ja poradzę, że przez prawie całe swoje życie mieszkałam na ulicy? To nie moja wina, że oni wszystko odebrali moim rodzicom! To wina klątwy, która nad nami ciąży!
- Klątwa? Jaka klątwa?
- Zaczęło się od mojej babki. Nie pamiętam jej, bo zmarła przed moimi urodzinami, ale mama często mówiła, że zawsze była smutna. Tak, jakby coś jej odebrano... A potem byli moi rodzice. Mieliśmy mały domek i nikomu nie wadziliśmy. Ale wtedy zjawili się jacyś bogaci ludzie, który odebrali nam dach nad głową. Mówili, że to ich ziemia... Nie mieliśmy gdzie mieszkać, nie mieliśmy co jeść... W końcu zostałam tylko ja, bo moi rodzice pewnej zimowej nocy oddali mi swe płaszcze, by było mi cieplej. To była naprawdę mroźna zimowa noc... Zamarzli na śmierć... - jej usta zadrżały, a z oczu popłynęły łzy.
- Spokojnie. - pogłaskał ją po załzawionym policzku. - Nie powinnaś się przejmować słowami Delikatności. Sol i Menchi mówiły mi, ze Karin ma okropnie trudny charakter, a jej docinki potrafią zaboleć. Masz na imię Peryl, prawda? - dziewczyna skinęła potakująco głową. - Nie myśl o sobie jako "Przybłędzie". Dostrzeż swoje zalety. Na pewno masz ich wiele. Wystarczy, że zajrzysz w głąb serca.
Uśmiechnęła się do niego przez łzy.
- To piękne słowa. Dziękuję.
- Nie ma za co... Może to zabrzmi dziwnie, ale kogoś mi przypominasz. Czy kiedyś się już nie spotkaliśmy?
- Nie. Zapamiętałabym cię.
- Ale twoja twarz... Czuję się tak, jakbym już kiedyś na nią patrzył.
***
Onee chodziła rozgorączkowana po pałacu króla elfów. Widziała go. To naprawdę był on. Dokładnie pamiętała jego oblicze i wyraz twarzy. Teraz był bardziej poważny, ale to był on.
Nagle o mało na kogoś nie wpadła. Podniosła wzrok i zobaczyła wybrańca. Wglądał na zmęczonego i czymś zmartwionego. Nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Miał piękne ciemne oczy. Głębokie i tajemnicze.
Nagle doszło do niej, że powinna coś powiedzieć, a nie patrzyć się na niego, ale kiedy otworzyła usta, minął ją. Postanowiła przełamać swoją nieśmiałość i pobiegła za nim.
- Proszę pana - wykrztusiła, a wybraniec odwrócił się i spojrzał na nią wyraźnie znudzony. Spuściła głowę. Już nie potrafiła wpatrywać się w jego oczy. - Ja... widziałam pana w... w tamtym śnie. - wyjąkała, wpatrując się w ziemię. - I... nazywam się Onee... czyli Zdrowie.
- Natten - przedstawił się i odwrócił się. Patrzyła, jak odchodzi od niej. Jak jest coraz dalej i dalej. Poczuła się słaba. Jak nigdy.
Droga
Katia z niepokojem obserwowała układ gwiazd. Znowu zmieniły miejsca. Na ich niekorzyść.
- Czy powinniśmy? - zawróciła się do męża.
- Nie. - Haru zaprzeczył ruchem głowy. - Ostrzeżenia nic nie dadzą. Ona i tak zostanie wezwana.
- Czyli nie możemy zrobić? - zapytała.
- Możemy patrzeć. - położył dłoń na jej ramieniu. - Tylko tyle.
***
Lina razem z Uld pakowała prowiant oraz najważniejsze rzeczy do toreb podróżnych. Nie potrafiła się jednak skupić się na tej czynności.
- Jesteś okropnie nieobecna. - z zamyślenia wyrwała ją jej towarzyszka.
- Aż tak to widać? - zapytała i upuściła bukłak z wodą, która się rozlała. - Niech to! - pochyliła się i pochwyciła karafkę, zawstydzona swoją niezdarnością.
- Czy... możesz mi powiedzieć, co cię trapi?
- Storm i Hana wyruszyli dziś o świcie w kierunku Ened.
- Do państwa kalyshów?
- Tak. Boję się o nich. Co będzie, jeśli wezmą ich do niewoli?
- Są dla ciebie ważni?
- Tak. To chyba dwie najważniejsze osoby w moim życiu... Czy ty masz kogoś takiego, Uld?
Dziewczyna milczała przez chwilę. Ktoś ważny dla niej... Czy miała kogoś takiego? Naraz przypomniał jej się uśmiech Rena.
- Tak... Znaczy nie... Sama nie wiem.
***
Peryl siedziała na trawie w środku królewskiego ogrodu i obserwowała chmury.
- Witaj Peryl. - podszedł do niej Demos. W rękach trzymał piękny łuk i kołczan bo brzegi zapełniony strzałami. - Powiedziałaś mi wczoraj, że uczysz się strzelać z łuku, więc pomyślałem, że spodoba ci się mój prezent. - wręczył jej łuk i kołczan. - Na pewno będzie lepszy od tego ukradzionego.
- Dziękuję! Jest piękny! - spojrzała z zachwytem na broń. - Pierwszy raz coś dostałam.
- Cieszę się, że ci się podoba.
- Podoba? Jestem zachwycona! Teraz będę bronić się jeszcze skuteczniej, niż przedtem! - zaśmiała się, ale naraz jej twarz spoważniała. - Ja... jeszcze nigdy nikogo nie zabiłam. Potrafię grozić, ale nic poza tym...
- Nie ma w tym nic złego. Wręcz przeciwnie. - zapewnił ją i zamilkł na chwilę. - Lubię z tobą rozmawiać, Peryl. Szkoda, że jutro się rozstaniemy. Ja skieruję swe kroki do Kananii, ty na Wyspę Shikamiego.
- Tak. I twoja i moja droga będzie pełna ukrytych niebezpieczeństw. - westchnęła. - W każdym razie życzę ci powodzenia.
Uśmiechnął się do niej i rzekł:
- Nawzajem.
***
Nedd wpatrywał się w swojego pana, który zasiadywał na swym tronie z zamkniętymi oczyma. Wyglądał tak, jakby spał, lecz naprawdę, jego dusza wędrowała po Varisannie i przyglądała się jego mieszkańcom i miejscom, które odwiedzała. Nagle Shikami otworzył oczy i uśmiechnął się zwycięsko.
- Znalazłem. Oszukałem to, czego szukałem.
- Panie, przecież masz przy sobie...
- Nie mam. - przerwał mu. - Ja chcę kogoś innego. Kogoś specjalnego, kogoś takiego jak... - urwał raptownie. - I taką osobę znalazłem.
- Kto to, panie mój?
- Mój wybór zdziwi cię. Pamiętaj jednak, że najlepszych przyjaciół znajduje się wśród wrogów.
***
Storm pełnił wartę. Hana spała od ponad dwóch godzin. Spojrzał na niebo i pomyślał o Linie. Tego ranka wyruszy razem z wybrańcem i 4 dziewicami na Wyspę Shikamiego... Czy nic się jej nie stanie? Przecież czwarty bóg dysponuje tak wielkim wachlarzem czarów...
Wtem coś wyrwało go z zamyślenia. Tym czymś był wiatr, który zerwał się nagle i czyjś szept, który z sobą niósł. Pełen złych przeczuć pochwycił miecz i zerwał się na równe nogi. Ruszył obudzić Hanę, ale nagle się zatrzymał. Wytężył słuch i zrobił dwa kroki w jej stronę. Im bliżej był śpiącej towarzyszki, tym głos stawał się wyraźniejszy, choć nadal miast słów wyłapywał tylko stłumiony bełkot.
- ... łaś... na... teś... ką... go.. wa... - zaintrygowany Storm pochylił się nad elfką i tym razem usłyszał słowa, które razem nie miały żadnego sensu: - Ty... jedyna... ciebie... innych.
- Hana! - krzyknął, a elfka otworzyła oczy. Szept urwał się.
- Stało się coś? - zapytała go, a Storm pomyślał, że w jego przyjaciółce coś się zmieniło. Nie wiedział jednak co.
- Nie. Nic się nie stało. Coś usłyszałem i to mnie zaniepokoiło.
- Rozumiem. - kiwnęła głową. - Miałam sen... Król Haru kazał mi zawrócić. Gwiazdy wyznaczyły mi inne zadanie. - wstała i otrzepała z trawy koc, na którym spała.
- Zadanie? Jakie? - zdziwił się.
- Nie wiem. W każdym razie będziesz musiał sam sobie poradzić z kalyshami. - podeszła do swojego wierzchowca i wskoczyła na jego grzbiet. - W każdym razie życzę ci powodzenia.
- Dziękuję. Hano, uważaj na siebie.
W ramach odpowiedzi rzuciła mu krótkie spojrzenie, po czym jej koń ruszył. Wkrótce znikła w ciemnościach nocy. Storm usiadł na trawie i westchnął. Nie wiedział dlaczego, ale miał złe przeczucia.
***
Koń Hany długo pędził przez zielone pola otulone mrokiem. W końcu go zatrzymała i utkwiła wzrok w granatowym niebie, na którym pojawił się czarny cień. Zeszła z wierzchowca, który zarżał strachliwie i puścił się pędem przed siebie, wystraszony przez zbliżającą się istotę, która niedługo potem wylądowała naprzeciw Hany.
Elfka przez chwilę przypatrywała się olbrzymiemu skrzydlatemu kotu, po czym podeszła do niego i zasiadła na jego grzbiecie.
- Ruszamy - szepnęła, a kot wzbił się w powietrze.
***
Shikami razem z czwórką swoich podwładnych stał na szczycie baszty i przyglądał się niebu zniecierpliwiony. Nagle pojawił się na nim ciemny kształt zbliżający się do zamku.
- Wkrótce ujrzycie waszego nowego sprzymierzeńca. - zwrócił się do Nedda i pozostałych.
- Panie, czy to dobry pomysł, by przyjmować do naszego grona kolejną osobę? - elf podszedł do swojego władcy i podzielił się szeptem swoim obawami.
- Spokojnie, przyjacielu. Zrobiłem jej to samo, co ty zrobiłeś rodzeństwu. A kiedy powie mi wszystko, co wie, zapomni o swojej misji, przyjaciołach i dotychczasowym życiu. Stanie się moim najwierniejszym sługą.
- Niech tak się stanie. - elf skłoni się i powrócił do swoich towarzyszy, by razem przyglądać się, jak ind razem z ich nowym sprzymierzeńcem na grzbiecie zbliża się do baszty, na której stali. Kiedy na niej wylądował, Shikami podszedł do niego i pomógł zejść pięknej, czarnowłosej elfce, przyglądającej się mu uważnie dużymi, błękitnymi oczyma.
- Oto Hana, wasza nowa towarzyszka. - przedstawił ją, a nowoprzybyła obdarowała ich pięknym uśmiechem, co chwila zerkając na swojego pana. - Mam nadzieję, że odnajdziecie wspólny język. Pozwólcie, że teraz zostawimy was samych. Musimy omówić parę ważnych spraw na osobności. Chodź za mną, Hano. - polecił elfce, a ona posłusznie podążyła za nim. Shikami uśmiechnął się do siebie. Wszystko szło zgodnie z planem.
***
Natten bez słowa wziął torbę z prowiantem, którą wręczyła mu Lina. Wiedział, że sensu nie ma narzekać już na początku drogi. Irytował go jednak fakt, że jedna z wybranek nie została obciążona żadnym plecakiem lub torbą. Tą osobą była Onee, czyli Zdrowie. Nawet jej ciuchy na zmianę niosła Lina miast niej.
- Czemu Onee nic nie niesie? - zapytał elfki.
- Ona jest taka słaba. Nie chcę jej przemęczać. - odparła.
- Jak nie będziesz jej przemęczać, to nigdy nie nabierze siły. - stwierdził i zawołał: - Onee, pozwól tutaj.
- Tak, panie Nattenie? - podeszła do niego, odprowadzona przez pełne zazdrości spojrzenie Karin.
- Ponieś to. - wręczył jej swoja torbę z prowiantem.
- Tak - skinęła głową i wzięła od niego bagaż.
Lina przez chwilkę bała się, że dziewczyna wywróci się po jego ciężarem, lecz Onee dzielnie kroczyła dalej, starając się nie okazywać zbytniego zmęczenia.
- Dlaczego jej to dałeś? - miała wielką ochotę krzyknąć na chłopaka, ale ograniczyła się do wrogiego szeptu.
- Już mówiłem - jak jej odpuścimy, będzie dla nas zbytnim ciężarem.
Nie odpowiedziała. Mimo, że bardzo chciała bronić Onee, wiedziała, że Natten ma rację. Wtem niebo przeszył dziwny dźwięk, na który wszyscy równo się zatrzymali.
- Nie... Tylko nie to! - jęknęła Karin, Onee nerwowo przyglądała się niebu nad głową. W jej oczach lśniły łzy.
- Co się stało? Co to za dźwięk? - zapytała je elfka.
- To one! Nadlatują tutaj!
- Kto nadlatuje?
- Te olbrzymie skrzydlate koty! Indy! Ja nie chcę mieć już z nimi styczności! Nie chcę! - Karin zaczęła histeryzować.
- Lina, będziesz pilnować wybranek. - Natten sięgnął po miecz.
- Ja też chcę walczyć! - krzyknęła Peryl. - Właśnie po to dostałam łuk! Nie mogę stać na uboczu i się przyglądać!
- Nie pozwalam! - krzyknęła elfka. - To niebezpieczne!
- Niech walczy. - Natten wezwał do siebie Peryl ruchem głowy. - Cały czas będę przy niej. - Lina nie wyglądała na zachwyconą pomysłem Nattena, ale nic nie powiedziała, gdy Peryl pochwyciła łuk w ręce i stanęła obok wybrańca.
- Ja też będę walczyć. - oświadczyła nagle Uld. - Nie mam co prawda broni, ale poradzę sobie bez niej. Lino, pozwól, że ja zajmę się pilnowaniem Karin i Onee.
Elfka spojrzała na kapłankę niezbyt pewnie. Wiedziała, że umiejętności Uld muszą być duże, skoro Wyższa Kapłanka wybrała ja na swoja następczynię, ale czy dziewczyna będzie potrafiła je wykorzystać w walce? Będzie musiała jej zaufać.
- Niechaj tak będzie - skinęła głową i stanęła obok Peryl oraz Nattena. Przez chwilę trwali w ciszy, którą przerwał kolejny ryk.
- Nadchodzą. - jęknęła Karin, która siedziała skulona na ziemi. Onee tymczasem nie odstępowała Uld na krok, kryjąc się za jej plecami. Wtem na niebie pojawiły się złowrogie cienie.
- Dziesięć - policzyła Uld.
- Zaraz będzie dziewięć. - Peryl nałożyła strzałę na cięciwę.
- Jeszcze nie - zabronił jej Natten.
- Dlaczego? - zerknęła na niego zdziwiona.
- Są za wysoko. Dostrzegą twoją strzałę i ją z łatwością ominą.
Kiwnęła głową na znak zrozumienia i opuściła łuk.
- No chodźcie, na co czekacie! - rzuciła, choć tak naprawdę okropnie bała się potyczki z wysłannikami czwartego boga.
Koty jednak ciągle nie schodziły na ziemię i tylko zataczały koła nad ich głowami.
- Uld - Lina zwróciła się do kapłanki.
- Słucham.
- Pilnuj Karin i Onee najlepiej jak umiesz. - poprosiła ją, a dziewczyna uśmiechnęła się do niej z zrozumieniem.
- Nie. - Karin nagle podniosła się i otrzepała spódnicę. - Ja też będę walczyć. Po to mam miecz.
- Jesteś roztrzęsiona. Powinnaś...
- Wiem, co powinnam, a czego nie! - przerwała ostro elfce.
- Skoro tak mówisz. - Lina nie miała siły się kłócić.
- Nadlatują. - Peryl podniosła łuk do góry.
- Nie śpiesz się. - powiedział cicho Natten. - Wybierz sobie jeden cel i śledź każdy jego ruch. Wystrzel wtedy, gdy dam ci znak.
- Dobrze. - szepnęła.
- Celuj w głowę. - poradził i przypatrywał się skrzydlatym kotom razem z swoimi towarzyszkami. Nagle krzyknął: - Strzelaj! - Peryl natychmiast wysłuchała jego rozkazu i wypuściła strzałę, która poszybowała przed siebie i utkwiła w szyi kota. Ind zaczął tracić równowagę i runął na ziemię. Wciągnęła kolejną strzałę, by go dobić, ale ten ruch wyprzedziły słowa Nattena: - Daj mu spokój. On już długo nie pożyje. Nie marnuj na niego strzał. Zajmij się innymi.
- Dobrze! - wysłała kolejną strzałę, ale tym razem jej cel zgrabnie jej uniknął.
Lina tymczasem sięgnęła po sztylety przypięte do paska. Ujęła po jednym sztylecie w prawą i lewą dłoń, wybrała inda, który był najniżej i wyrzuciła je. Jeden ze sztyletów trafił w lewe skrzydło kota, a drugi w prawe. Zwierzę zaczęło spadać, ale w ostatniej sekundzie obróciło się ku ziemi i wylądowało na czterech łapach. Pochwyciła kolejny sztylet, który wylądował w krtani kota, który zajęczał bezradnie i padł martwy.
- Uld, biegnę po sztylety, pilnuj Onee razem z Karin!
- Dobrze! - przytaknęły równo, przy czym głos kapłanki był zdecydowany i pewny, a Karin wydawała z siebie raczej piski a nie prawdziwe słowa.
- Zaraz zaczną lądować - powiedział spokojnie Natten i spojrzał na stojącą obok niego Peryl. - Na nich mi się tutaj już nie przydasz, lepiej będzie ja teraz dołączysz do swych towarzyszek. Brońcie się we trójkę.
- Pomogę ci tu! - zaprała się.
- Strzelanie z łuku do wroga znajdującego się na ziemi jest czymś całkowicie innym, niż strzelanie do przeciwnika wiszącego w powietrzu. Teraz walka będzie należeć do mnie i Liny. Będziesz nam tylko przeszkadzać. - pod wpływem tych argumentów Peryl bez słowa wycofała się do trójki wybranek, mocno ściskając łuk, na którego nałożyła nową strzałę.
Tymczasem ósemka pozostałych indów wylądowała na ziemi.
- Zaczęło się - szepnął do siebie Natten i podbiegł do najbliżej stojącego kota i skrócił go o głowę.
- A niech mnie. - powiedziała z niedowierzaniem Uld. - Jaki on szybki.
- Pomyślałam dokładnie to samo, gdy pierwszy raz zobaczyłam go w walce. - powiedziała do niej Peryl. Karin i Onee nie odezwały się słowem. Przypatrywały się walce swoich opiekunów, która nie wyglądała wcale na łatwą. I taka nie była. Nattenowi udało się odciąć głowę indowi dzięki szybkiemu i zdecydowanemu ataku, którego kot się nie spodziewał. Teraz indy wiedziały, że nie ma z nim żartów i starały się przejrzeć jego ruchy, ale nie zawsze im to wychodziło, dzięki czemu chłopak zdążył zadać im parę ran i w jak na razie jednym przypadku były to rany śmiertelne. Lina nie pozostawała w tyle za chłopakiem i miotała sztyletami, zgrabnie unikając kocich ataków.
Tymczasem w stronę czterech wybranek ruszył jeden z indów. Na jego prawym skrzydle znajdowała się pokaźnych rozmiarów rana, z której równomiernie wypływała krew, znacząca na ziemi czerwony ślad. Peryl napięła łuk i wystrzeliła. Strzała pomknęła przed siebie, jednak kot uniknął jej z groźnym pomrukiem. Jego kroki stały się szybsze niż dotychczas.
- Zróbcie coś! On zaraz nas zabije! - Karin wypuściła miecz i zaczęła na nowo histeryzować. Onee z trudem podniosła jej broń i stanęła pomiędzy Uld a Peryl. Choć bała się okropnie, wiedziała, że nie czas na strach. Nie może teraz stać z tyłu drżeć. Musi pokazać, że też jest przydatna, że umie walczyć.
Peryl wysłała kolejną strzałę, a kot tym razem nie zdążył zrobić kolejnego uniku i grot zatopił się w jego prawej łapie. Zwierze zatrzymało się, wydając z siebie ryk bólu, a gdy ucichło ponownie ruszyło w ich stronę, o wiele wolniej niż przedtem. Wtedy do walki przystąpiła Uld, która wyciągnęła dłonie przed siebie i krzyknęła:
- Nayo, daj mi siłę! Użycz mi nocy wiatru! - to tych słowach wykrzyknęła coś w jakimś niezrozumiałym dla wybranek języku, a kiedy skończyła, wokół kota pojawiły się powietrze kręgi, które zaczęły się zwężać. Z każdą chwilą były coraz bliżej siebie, aż w końcu złączyły się w jedno. Kot wpadł w wir powietrzny, który nie pozwolił zwierzęciu na zrobienie kolejnego kroku. - Odsuńcie się - Uld zwróciła się do swoich towarzyszek, a dziewczyny posłusznie wykonały jej rozkaz. Zaraz po tym Uld zacisnęła wyciągnięte przez siebie ręce w pięści. Wir zaczął się zmniejszać, a kiedy znikł całkowicie, ind zajęczał, a jego ciało zaczęły przeszywać dziwne drgawki. Nagle skóra wokół jego rany zaczęła pękać, a pęknięcia poczęły rozchodzić się po całym ciele. To samo stało się z jego raną na prawym skrzydle. Zwierze wydało z siebie ostatni jęk przepełniony bólem, a jego ciało rozpadło się na części.
- Co to było? - zapytała nieco przerażona Peryl przyglądając się częściom ciała kota leżącym w kałuży krwi.
- Trąba powietrzna wtargnęła do wnętrza inda poprzez ranę i rozsadziła go od środka, chcąc wydostać się na zewnątrz. Pierwszy raz użyłam tego czaru... I wcale nie czuję się z tego powodu dumna. To co czuję, to raczej niesmak połączony z żalem. Mimo, że w obronie własnej, ale jednak odebrałam życie stworzeniu, które w odległych czasach stworzył Nilnan z swoim bratem, Shiryu.
- Ten kot walczy w imieniu naszego wroga, nie powinnaś go żałować. - stwierdziła Peryl. - A co do twojego ataku, to jestem pod wielkim wrażeniem. Nigdy nie sądziłam, że w zakonie mogą uczyć takich rzeczy.
- Teraz masz dowód na to, że uczą. Musisz jednak wiedzieć, że ten czar mogę wykonywać tylko raz w miesiącu. Jest niezwykle potężny i gdybym chciała go teraz powtórzyć, straciłabym życie.
- Czyli nauka tych czarów to nie tylko możliwość obrony, ale i wielka odpowiedzialność. - rzekła Peryl.
- Dokładnie - przytaknęła i stwierdziła, że Spryt, jest o wiele inteligentniejsza, niż myślała. Gdyby przystąpiła do zakonu w tym samym czasie, co ona, Wyższa Kapłanka z pewnością wybrała by ją na swoją zastępczynię...
Uld wyrwał z myśli wrzask ostatniego z indów, który z hukiem runął na ziemię. Walka się skończyła. Podświadomie była z siebie dumna, że wzięła w niej udział i pokazała, na co ją stać.
- Jesteśmy bezpieczni - Lina podniosła z ziemi swoje sztylety i zaczęła je czyścić z krwi. - Co za bezczelność! Wysyłać na nas indy zaledwie 7 godzin od naszego wyruszenia w drogę!
- Czwarty bóg boi się. - stwierdziła Peryl. - Tak jak ta tutaj. - z pogardą spojrzała na Karin.
- Co masz na myśli? - dziewczyna spojrzała na nią wrogo.
- Wszyscy walczyliśmy. Nawet ta słabizna była gotowa się bronić. - wskazała głową na Onee. - A ty? Nie zrobiłaś nic. Jak zwyczajny tchórz.
Karin już chciała coś powiedzieć na swoją obronę, ale wyprzedziły ją słowa Nattena:
- Lepiej stąd chodźmy. Shikami może znowu coś na nas nasłać. - wtedy z twarzy Karin znikła cała złość. Wyrwała swój miecz z rąk Onee i podbiegła do chłopaka.
- Zgadzam się z tobą, Nattenie! Shikami nigdy nie śpi! - nie zwrócił najmniejszej uwagi na jej słowa. Wybrał drogę, która podążali i ruszył przed siebie, a wybranki podążyły za nim.
***
Shikami otworzył oczy, kończąc tym samym swoje obserwacje. Grupa wybrańców poradziła sobie z indami, które na nich nasłał. Przypomniał sobie słowa Hany, które wypowiedziała, zanim całkowicie usunął jej wspomnienia: "Wybraniec? Niewiele o nim wiem. Nie jest w każdym razie za miły". Miły, nie miły, według Shikamiego był ideałem. Ideałem na sługę.
Przeklęta trucizna
Ich wędrówka trwała już 5 dni. Jak dotąd indy zaatakowały ich tylko raz, podczas pierwszego dnia, ale Natten i Lina nie tracili czujności. Wiedzieli, że kolejny atak może nastąpić w każdej chwili.
- Może zrobimy krótki odpoczynek? - zaproponowała cicho Karin.
- To dobry pomysł, zatrzymajmy się na chwilę. - zgodziła się Lina i po chwili siedziała na trawie razem z czterema wybrankami.
- W takim tempie nigdy nie dojdziemy. - Natten oparł się o jedno z drzew i spojrzał z obojętnością na swoje towarzyszki. - Zatrzymujemy się dziś już trzeci raz, a od południa minęła dopiero godzina. Jak wiać, nie specjalnie zależy wam na dojściu na Wyspę Shikamiego.
- Tak jak tobie - odgryzła się Peryl.
- Dokładnie - powiedział ku jej zdziwieniu. - Niedaleko stąd płynie strumień. Dajcie mi swoje manierki, to pójdę je napełnić.
- Pójdę z tobą, Nattenie! - Karin natychmiast zerwała się na równe nogi.
- Ty zostaniesz. - stwierdził surowo. - Ze mną pójdzie Onee.
- Dobrze, panie Nattenie. - dziewczyna wzięła bukłaki swoich towarzyszek i podążyła za nim. Starła się nadążyć za jego szybkimi krokami, ale nie potrafiła. W pewnym momencie potknęła się o korzeń drzewny i wylądowała na ziemi. Natten zatrzymał się i pomógł jej wstać. Kiedy zebrała leżące na ziemi manierki rzekł do niej:
- Nie umiesz chodzić? - jego głos był ostrzejszy niż zwykle. - Narobiłaś tyle szumu wokół siebie, że wróg z łatwością usłyszałby cię nawet z oddali!
- Przepraszam, proszę pana - wyjąkała, starając się powstrzymać łzy.
- Onee, nie będę ukrywać, że jesteś naszą kulą u nogi - słaba i bezbronna.
- Ja... ja to wiem, panie Nattenie. - wyjąkała.
- Cieszy mnie to. Idziemy dalej. - odwrócił się i ruszył przed siebie. Onee spojrzała za nim i zacisnęła usta. Nie mogła płakać. Pan Natten miał prawo wygłosić swoją opinię. Jeśli chce go zadowolić, musi nauczyć się poruszać tak jak on - zgrabnie, szybko i niemal bezszelestnie. Wiedziała, że to nie będzie łatwe, ale musi spróbować. Ruszyła i chociaż nie poruszała się bezszelestnie, nie potykała się już i prawie za nim nadążała, przypłacając to coraz większym zmęczeniem.
Po kilkunastu minutach znaleźli się na zielonej polance, którą przecinał czysty leśny strumień. Natten wziął od niej manierki i zaczął je napełniać, podając je potem Onee. Kiedy włożył do wody ostatnią z nich, znieruchomiał. Spojrzał w niebo i przez chwilę nasłuchiwał czegoś. Po chwili opuścił głowę i jak gdyby nigdy nic napełnił ostatni bukłak. Wyprostował się, wręczył go Onee i wyszeptał:
- Ktoś tu jest. - na te słowa spojrzała na niego z przerażeniem. - Spokojnie. Udawaj, że nic nie wiesz. Idź wciąż obok mnie, powoli. - zrobiła tak jak jej kazał. Starała się, by jej wzrok był skoncentrowany na lesie przed nią, ale nie potrafiła opanować ciągłych spojrzeń na boki. Ktoś był w lesie nieopodal ich. Czy to był wróg?
Nagle usłyszeli szelest nad głowami a zaraz potem z korony jednego z drzew zeskoczył ind. Natten natychmiast zasłonił Onee.
- Stała czujność, niebywała szybkość i ten refleks. Jesteś jedyny w swoim rodzaju, Nattenie. - przemówił kot.
- On mówi! - wykrzyknęła przerażona dziewczyna. - Ten kot mówi!
- Kot? Nie rozśmieszaj mnie! - ind prychnął i stanął na dwóch łapach. Wtedy przestał wyglądać jak kot. Teraz był elfem o spojrzeniu budzącym grozę. Onee dobrze pamiętała jego twarz, chociaż kiedy widziała ją po raz ostatni, była ona zmorzona snem.
- Pamiętam cię. - Natten bez dłuższego namysłu sięgnął po miecz. - Byłem przy twoim wskrzeszeniu.
- I ja to pamiętam. Postąpiłem wtedy bardzo niegrzecznie, bo wyrzuciłem cię stamtąd. Przykro mi. Sądzę, że gdybym był wtedy dla ciebie milszy, może stalibyśmy po tej samej stronie barykady i nie musiałbym teraz przychodzić tu po ciebie.
- Czy ja dobrze rozumiem? Chcesz, żebym dla ciebie walczył?
- Dokładnie. Twoja siła mi imponuje. Chcę mieć w swoich szeregach kogoś takiego jak ty.
- Schlebiasz mi, naprawdę, ale nic z tego. A już wybrałem stronę po której stoję.
- Nie spodziewałem się po tobie takich słów. Kto jak kto, ale ty o zmienianiu stron powinieneś wiedzieć najlepiej. Czyżbyś zapomniał, co się zdarzyło 11 lat temu?
- Kto ci o tym powiedział?
- Nikt. Widzę to w twoich oczach. One opowiadają mi twoją historię.
- Skoro tak dobrze czytasz z moich oczu, to powinieneś dostrzec w nich także zdecydowaną odmowę.
- Nattenie, zrozum, ty musisz być moim sługą.
- Pan Natten służy królowi Haru i królowej Katii! Nigdy nie będzie twoim podwładnym! - wykrzyknęła Onee, która starała się nie wybuchnąć płaczem.
- Ja nie lubię słyszeć słowa "nie". Odmowa potrafi być bolesna. - po tych słowach spojrzał jej prosto w oczy, po czym przeniósł swój wzrok na Nattena.
Dziewczyna zadrżała. Zobaczyła siebie siedzącą razem z młodszym bratem przy łóżku, na którym leżała ich umierająca matka. Zaraz potem zobaczyła śmierć swojego brata. Naraz przypomniała sobie wszystkie swoje najcięższe i najboleśniejsze choroby.
"Dlaczego widzę wszystkie swoje najgorsze wspomnienia?" - zapytała siebie. Nagle usłyszała stukot i spojrzała na Nattena. Miecz wypadł mu z ręki. domyśliła się, że też walczy z zmorami z przeszłości.
"Mamusiu, proszę, nie umieraj! Nie zostawiaj nas!" - usłyszała w głowie swój głos sprzed 8 lat.
- Nie - jęknęła i poczuła łzy zbierające się w oczach. - Mamo, nie!
Nagle wizja się urwała. Wszystkie przykre wspomnienia odeszły. Natten wpatrywał się w ziemię i starał się uspokoić myśli kłębiące się w jego głowie.
- Jeśli przyłączysz się do mnie, obiecuję ci, że zapomnisz o wszystkim. - zwrócił się do niego czwarty bóg. - Będziesz szczęśliwy, Nattenie.
Chłopak podniósł głowę i utkwił w Shikamim puste spojrzenie. Zrobił krok w przód.
- Panie Nattenie! - jęknęła Onee, ale on nie zwracał na nią najmniejszej uwagi i zmierzał w stronę Shikamiego.
- Słuszna decyzja - na ustach elfa pojawił się uśmiech pełen zadowolenia, kiedy chłopak stanął na przeciw niego.
- Tak - przytaknął Natten. - Bardzo słuszna. - po tych słowach zacisnął palce prawej ręki w pieść i uderzył Shikamiego z całej siły w brzuch. Ten stracił równowagę i padł na plecy.
- Z każdą chwilą imponujesz mi coraz bardziej. - stwierdził, ciągle uśmiechnięty. Natten spojrzał na niego z pogardą i podniósł swój miecz z ziemi. Shikami podniósł się i kontynuował: - Szybkość z jaką mnie zaatakowałeś była niezwykła. Nie miałem nawet szansy na sparowanie ciosu. - w ręce elfa pojawił się miecz. - Nattenie chcę sprawdzić, czy jesteś tak samo szybki w walce. Wyzywam cię na pojedynek, by przekonać się kto jest szybszy i silniejszy - ty, czy może ja?
- Przyjmuję wyzwanie. - Natten ruszył w stronę Shikamiego i zadał cios, ale elf zgrabnie go uniknął.
- Jak chcę, to też potrafię być szybki - powiedział do chłopaka i tym razem to on uderzył, ale jego cios napotkał opór ze strony ostrza przeciwnika.
Kiedy Shikami wyzwał Nattena na pojedynek, Onee była pewna, że ich wróg szybko przegra, skoro z Natten z taką łatwością uderzył go w brzuch. Myliła się. Shikami był potężnym przeciwnikiem, który na dodatek nie miał zamiaru przegrać. Tak samo jak Natten.
Wtem stało się coś nieoczekiwanego - czwarty bóg potknął się i padł na plecy, a jego miecz wypadł mu z ręki. Natten nie zawahał się ani chwili i jednym szybkim ciosem skrócił go o głowę.
- Tak! Udało się panu! - pisnęła zachwycona Onee. - Udało się!
- Na twoim miejscu nie cieszyłbym się tak bardzo - usłyszała za sobą zimny głos. Chciała się odwrócić, ale nie zdążyła, bo czyjaś dłoń oplotła się wokół jej szyi. - Nattenie, naprawdę myślałeś, że mnie pokonałeś? Cóż za naiwność! Spójrz jeszcze raz na moje ciało! - chłopak spojrzał i zamiast zwłok Shikamiego zobaczył ciało inda z odciętą głową. - Piękny widok, nieprawdaż? - zapytał i mocniej zacisnął rękę na szyi Onee. - Teraz twoją uroczą towarzyszkę spotka podobny los - skręcę jej kark!
Natten w wpatrywał się z Onee, która utkwiła w nim swe duże zielone oczy, przepełnione łzami. Był wściekły na siebie, bo nie miał żadnego pomysłu, jak jej pomóc. Powinien się domyślić, że Shikami uderzy w to, co najłatwiej mu będzie zranić, a walka była tylko pretekstem, by oddalić go od Onee. Co robić, co robić?
Problem rozwiązał się sam - czwarty bóg pchnął Onee na ziemię i znikł. Nagle pojawił się przed Nattenem i położył prawą dłoń na jego głowie. Chłopak spojrzał na niego z niedowierzaniem. Nie widział, jak Shikami biegnie w jego stronę. Jak on to zrobił?
- Jak już mówiłem, też potrafię być szybki. Zdziwiony, co? - zaśmiał się. - Cóż się stało, Nattenie? Czemu nie atakujesz? Czyżbyś nie mógł się ruszać? - po tych słowach Onee poczuła się tak, jakby była posągiem. Domyśliła się, że Shikami sparaliżował ją i Nattena.
- Czas zacząć przedstawienie. - w lewej ręce Shikamiego pojawił się sztylet, którym rozciął sobie skórę prawej ręki w okolicach żył. Natten dostrzegł, że krople krwi spadające na ziemię mają kolor czarny. - Teraz twoja kolej - rzekł, a ręka Nattena upuściła miecz i podniosła się wierzchem do góry. Chłopak z przerażeniem obserwował swoją dłoń, która wykonała ruch, bez jego zgody. Shikami przejechał ostrzem po jego dłoni. Natten stłumił w sobie krzyk. - Zaraz będzie po wszystkim, zobaczysz. - uspokoił go, a sztylet w jego dłoni znikł. Wolną ręką złapał Nattena za nadgarstek rannej ręki i pociągnął ją do góry, przykładając ranę chłopaka do swojej rany. - Jedna krew. - szepnął do Nattena.
Z początku chłopak nic nie czuł. Nagle jednak jego rana poczęła piec, a rękę owładnął ból nie do opisania, który zaczął się rozchodzić po całym ciele. Chłopak nie wytrzymał i zaczął krzyczeć.
- To go boli, nie widzisz! Zostaw go! Zostaw natychmiast! - Onee znalazła w sobie odwagę, która pozwoliła jej powiedzieć, co myśli. - Słyszysz mnie?
- Moja krew każdemu sprawia ból. Dla śmiertelników to śmiertelna trucizna, nic więcej. - po tych słowach oderwał swoją rękę od głowy i rany Nattena. Chłopak zachwiał się i padł na kolana, ciężko oddychając. Podniósł głowę i spojrzał na Shikamiego, który uśmiechał się zwycięsko.
- Obiecuję ci, że jeszcze się spotkamy, Nattenie. Wtedy z całą pewnością staniesz po mojej stronie. Do zobaczenia. - wtedy znikł.
- Panie Nattenie! - paraliż opuścił ciało Onee, więc dziewczyna zerwała się na nogi i podbiegła do swojego opiekuna.
Spojrzał na nią wzrokiem pełnym bólu. Dostrzegła, jak bardzo zmienił się przez parę chwil - jego twarz była biała jak śnieg, a oczy podkrążone. Nagle przyłożył ranną dłoń do ust, a kiedy ją oderwał wypluł na ziemię czarno-czerwoną krew. Powtórzył tę czynność parę razy, ale krew nie zmieniała koloru.
- Musimy wracać - stwierdził i powoli wstał. Podniósł swój miecz, który schował do pochwy.
- Pan jest chory, proszę mi pozwolić iść po panią Linę!
- Nie. Wracamy do obozu razem. - zdecydował i ruszył przed siebie. Pozbierała manierki leżące na ziemi i pobiegła za nim. Szli w ciszy, która przerywał jedynie śpiew ptaków i jej chlipanie. Wiedziała, że jest źle. A nawet bardzo źle.
***
- Dlaczego tak długo ich nie ma? - po raz kolejny zapytała Karin, której obecność Nattena bardzo ciążyła.
- Wkrótce przyjdzie. Nie gorączkuj się tak. - poradziła jej Uld.
- Ja się wcale nie... - Karin nie dokończyła, bo na polanę weszła zapłakana Onee, ściskająca w rękach ich manierki oraz blady Natten, który wyglądał tak, jakby ledwo się trzymał na nogach.
- Co się stało? - podbiegła do nich zaniepokojona Lina.
- Ja... - zaczął i nie zdążył dokończyć, bo kolejna fala bólu wstrząsnęła jego ciałem. Tym razem była potężniejsza od poprzednich. Natten stracił przytomność.
***
Lina spojrzała zmartwionym wzrokiem w stronę nieprzytomnego Nattena, którego przykryła kocem. Leżał tak od ponad godziny. Kiedy się obudzi? Czy krew Shikamiego w jego żyłach sprawia aż taki wielki ból?
- Co teraz będzie z Nattenem? Co? - Karin pociągnęła nosem.
- A skąd mamy to wiedzieć? - prychnęła Peryl, starając się ukryć swój lęk o zdrowie opiekuna.
- Słyszałam kiedyś legendę o dziewczynie, która wymieszała swoja krew z krwią Nayi. Dzięki temu potrafiła robić niezwykłe rzeczy, przykładowo uzdrawiać lub wskrzeszać. - rzekła Uld.
- Ale to był Shikami. - zauważyła elfka. - Po nim nie możemy się spodziewać cudów.
- Ale dlaczego Natten? Czemu właśnie on? - w oczach Karin błyszczały łzy.
- Przykro mi Karin, ale nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. - westchnęła Lina i wstała. - Pójdę sprawdzić co z nim. - ruszyła w stronę nieprzytomnego chłopaka, który leżał oddalony od ogniska, by spokojnie leżeć, nie męczony przez ich rozmowy. Teraz przede wszystkim potrzebował spokoju. - Co takiego zrobiłeś, że Shikami obdarował cię swoją krwią? Co takiego, Nattenie? - zapytała szeptem, kiedy usiadła obok niego. Starała się nie patrzeć na jego zabandażowaną dłoń, na której czwarty bóg zostawił po sobie znak, ale nie potrafiła. To było silniejsze od niej. Wtem ta dłoń zacisnęła się w pięść. Szybko przeniosła spojrzenie na twarz Nattena i odkryła, że się przebudził, i przygląda się niebu nad nim. - Nattenie! Tak się cieszę, że się obudziłeś! Jak się czujesz?
Nie odpowiedział. Podniósł się na łokciach i rozejrzał się dookoła.
- Gdzie mój miecz? - zapytał. Linę uderzyła barwa jego głosu. Niby taka sama, ale jednocześnie inna. To samo było z jego oczami - ich czerń się wyostrzyła, dodatkowo pojawiło się w nich coś jakby wrogość.
- Proszę - wręczyła mu broń, która leżała obok niej. - Odpięłam go, bo nie chciałam, żeby ci przeszkadzał podczas leżenia. - niemalże wyrwał jej miecz z rąk i wstał. - Nattenie, powinieneś leżeć! - upomniała go.
- Nie mam zamiaru leżeć. - odparł przyglądając się czwórce wybranek siedzących przy ognisku. Wtem Karin dostrzegła, że się przebudził, zerwała się na równe nogi i ruszyła w jego stronę. Kiedy była tuż przy nim, zamachnął się i z całej siły uderzył ją w policzek. Osunęła się z krzykiem na ziemię.
- Nattenie, co ty robisz? - elfka spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Wykonuję polecenia. - odparł. - Polecenia mego pana.
- O czym ty mówisz? - zdziwiła się.
- Shikami dał mi rozkaz. Mam was zabić. Wszystkie.
- Nie... nie wierzę. - Lina zbladła, a Natten ruszył w jej stronę. - Nie... Nie zbliżaj się! - patrząc w jego oczy, zrozumiała, że chłopak nie żartuje i pochwyciła sztylet. - Ja... nie chcę ci zrobić krzywdy, Nattenie!
- Twoja strata - rzucił i uderzył Linę pięścią w brzuch. Wydała z siebie krótki jęk i padła zemdlona na ziemię. Natten spojrzał na leżącą u jego stóp Karin, która pochwyciła sztylet, który upuściła elfka i zerwała się na równe nogi.
- Nie jesteś Nattenem! Nie wierzę... Nie wierzę! - krzyknęła.
- Czas uwierzyć - zrobił krok w jej kierunku.
- Karin, uciekaj! - krzyknęła Uld, a Karin natychmiast zrobiła to, o ją prosiła i pognała do towarzyszek.
Natten odprowadził ją wzrokiem, po czym ruszył w ich stronę.
- Dlaczego? Dlaczego pan Natten chce nas zabić? - Onee z przerażeniem przyglądała się Nattenowi wolno kroczącemu ku nim.
- To przez krew Shikamiego. Czwarty bóg przeprowadził go na swoją stronę - odpowiedziała jej Uld. - Natten nie jest już naszym towarzyszem. To nasz wróg. Musimy z nim walczyć... Peryl, nałóż strzałę na łuk.
- Słucham? - dziewczyna spojrzała na nią zdziwiona.
- Zrób to! - krzyknęła, a Peryl posłusznie wykonała jej rozkaz. - Teraz strzel.
- W kogo? - jej głos drżał.
- W Nattena! Ja wiem, że ty go znasz najdłużej, ale musisz go zranić, by go chociaż odrobinę osłabić! Zrozum, że jeśli my go nie zabijemy, to on zabije nas!
- Nie potrafię tego zrobić!
- Musisz!
- Nie!
- Zrób! - wtedy Peryl wypuściła strzałę, która pognała w kierunku chłopaka, ale ten odbił ją mieczem.
- Zginiemy tutaj. Zginiemy. - powtarzała cicho Karin.
- Nic nam nie będzie, zrozumiano? - fuknęła na nią Uld. - Musimy tylko stawić mu czoła. Jesteśmy cztery, a on jest jeden. Poradzimy sobie. - kiedy wypowiedziała te słowa usłyszała obok siebie krzyk. Przeniosła spojrzenie z Karin na Peryl i z przerażeniem zobaczyła swoją towarzyszkę leżącą u jej stóp. Była nieprzytomna. - Peryl? - pochyła się nad nią przerażona i wtedy usłyszała kolejny okrzyk. Odwróciła się i ujrzała Karin leżącą na ziemi. Sztylet Liny, który tak gorączkowo ściskała, leżał teraz bezwładnie obok niej. Przerażona dziewczyna zwróciła się ku Onee i na zobaczyła Nattena, który uderza ją w brzuch. Onee jęknęła i padła na ziemię, a chłopak zwrócił swe zimne, czarne oczy ku Uld. Poczuła, jak strach paraliżuje jej ciało. Ciągle klęczała przy Peryl, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu.
"Zginiemy" - usłyszała w głowie przerażony głos Karin. Jeszcze przed chwilką wściekła się, gdy dziewczyna to powiedziała, ale teraz czuła, że to stanie się prawdą. Zawsze wiedziała, że Natten jest szybki, ale teraz... Teraz był więcej niż szybki. Nie poradzi sobie z nim, nieważne jak bardzo by się starała.
- One są słabe - oświadczył zmienionym głosem. - Zginą nawet o tym nie wiedząc. Ale ty... Ty jesteś silna. Dlatego... - podszedł do niej, pochylił się i wyciągnął rękę w jej stronę. - Dlatego będziesz cierpieć - i nim zdążyła zareagować jego palce zacisnęły się wokół jej szyi. Jęknęła cicho, a ręka Nattena zaczęła się podnosić do góry, a Uld razem z nią. Po chwili stała wyprostowana naprzeciw chłopaka, ale on nie przerwał podnosić ręki do góry. Przez chwilę stała na palcach, ale one nagle oderwały się od ziemi. Zrozumiała, że umrze, jeśli nie będzie walczyć. Zaczęła uderzać i drapać jego rękę w nadziei, że żelazny uścisk choć trochę straci na sile. Lecz Natten nawet się nie skrzywił. Zrezygnowana opuściła ręce. Czuła, że zaczyna jej brakować tchu. Świat przed oczyma zaczął się jej zamazywać.
- Ren... Ren... - szeptała resztką siły. Zaczęła żałować, że potraktowała go tak chłodno. Za chłodno...
***
Natten wpatrywał się w twarz dziewczyny, która szeptała coś do siebie. Wyglądało na to, że wkrótce opuści świat żywych.
"Umrze" - pomyślał i w coś w jego wnętrzu zadrżało. Ona umrze. Zamknie oczy na zawsze. Odejdzie, tak jak...
"Bycie bohaterem oznacza bronienie niewinnych. Nie jesteś mordercą, jesteś bohaterem." - usłyszał znajomy i jakże drogi głos w głowie. Spojrzał z rozpaczą na Uld i rozluźnił uścisk. Kapłanka padła na ziemie i zaczęła łapczywie łapać powietrze. Spojrzał na nią a potem przeniósł wzrok na nieprzytomne wybranki. Na ich widok poczuł ogromny ból w rękach. Jęknął cicho.
- Przepraszam za wszystko - szepnął do Uld i podniósł z ziemi sztylet Liny, którym przeciął sobie żyły u lewej ręki.
- Nattenie! - krzyknęła Peryl, która przebudziła się i zobaczyła jego czyn. Nie zwrócił na nią uwagi i przełożył sztylet do drugiej ręki i powtórzył swój czyn sprzed chwili. Potem zaczął zadawać sobie kolejne rany w różnych częściach lewej ręki. Z każdą chwilą był coraz bledszy, a jego twarz wykrzywiał coraz większy ból. Nie przestawał jednak siebie ranić. Ponownie przerzucił sztylet i tym razem ranił prawą rękę.
- Przestań! Przestań! - podbiegła do niego Lina, a chłopak posłusznie wypuścił broń. Przyglądał się swojej krwi wypływającej z ran. Była czarno-czerwona. Ale czerni z każdą chwilą było coraz mniej. Uśmiechnął się słabo i padł na ziemię.
***
- Nattenie! - krzyknęła przerażona elfka i przystąpiła ku niemu razem z Peryl.
- On nie umrze, prawda? - zapytała ją Peryl.
- Nie, jeśli szybko zatamujemy te rany. Mamy szczęście, że nie są głębokie. Nie miał wiele siły, kiedy je sobie zadawał.
- Niesamowite - Uld podeszła do nich z torbą z lekami i innymi ważnymi leczniczymi rzeczami w ręce. - Pokonał krew czwartego boga, która go opętała i chciał ją sobie utoczyć. To mogło się skończyć śmiercią.
- Wiedział o tym - Lina zaczęła przemywać prawą rękę chłopaka, a Uld zajęła się lewą. - Ale jest przecież wybrańcem. Ma się wami opiekować i ochraniać. Nawet przed samym sobą.
- To bohater - szepnęła Peryl. - Prawdziwy bohater.
***
Shikami był wściekły. Natten odrzucił jego dar. Jego wolę. Pogardził nimi!
- Nattenie, dałem ci moc, a ty jej nie przyjąłeś, co tym samym czyni nas wrogami. Odwiecznymi wrogami.
Dziwna kobieta
Od czasu zadania sobie licznych ran na rękach Natten był ciągle nieprzytomny. Minęła nocy i minęło południe. Zbliżał się wieczór, a chłopak nie budził się. Dodatkowo miał wysoką gorączkę. Lina zaczęła się martwić jego stanem.
- Musi odzyskać utraconą krew. To trochę potrwa. - uspokajała ją Uld, choć sama czuła niepokój w sercu. Peryl, Onee i Karin także się martwiły. A kiedy dzień zmienił się w trzy dni, już nie kryły swoich obaw.
Peryl starała się nie patrzeć w stronę Nattena, bo na jego widok ogarniały ją okropne wyrzuty sumienia. Sama nie wiedziała czemu.
- Może... pójdę po chrust? - zaproponowała cicho.
- Mamy dużo chrustu - odparła Uld, która zmieniała okład na czole chłopaka.
- To pójdę po wodę.
- Ją też mamy.
- To pójdę się przejść! - zerwała się na nogi i ruszyła w głąb lasu. Będąc sama nie musiała udawać obojętnej losem Nattena. Peryl nie lubiła pokazywać swoich słabości. Zawsze starała się zgrywać twardą i obojętną na pozostałych. Jednak nie zawsze jej się to udawało. Tak było podczas uwalniania niewolników lub w Ksewes, kiedy Karin nazwała ją Przybłędą. Teraz też tak było, bo choć starała się tego nie pokazywać, to lubiła Nattena, mimo tego, że on pewnie tego uczucia nie odwzajemniał.
Wtem usłyszała szelest liści. Pochwyciła łuk i nałożyła na niego strzałę i odwróciła się.
- Wyłaź natychmiast! - krzyknęła, gotowa do walki.
- Opuść ten łuk, dziewczyno. Nic ci nie zrobię. - z krzaków wynurzyła się stara kobieta ubrana w wypłowiale akwamarynowe szaty. Prawdą dłoń miała wspartą o laskę, a lewą trzymała uzdę muła załadowanego jakimiś tobołkami.
- Kim pani jest? - zapytała wojowniczo Peryl, celując grot strzały prosto w serce staruszki.
- Mówiłam już, byś opuściła łuk. - powtórzyła ze spokojem.
- Nie zrobię tego, dopóki nie powiesz mi, czego ode mnie chcesz!
- Dlaczego sądzisz, że chcę czegoś od ciebie? Nie wpadło ci do głowy, że jestem zwykłym, zbłąkanym wędrowcem? - zaśmiała się nagle. - Wiem, wiem. Osoby w moim wieku nie powinny wyruszać na wyprawy. Ale ja musiałam na nią wyruszyć. Przybyłam tutaj, by obejrzeć twojego towarzysza.
- Skąd wiesz o nim? - Peryl napięła strzałę, gotowa wystrzelić ją w każdej chwili.
- Spokojnie, dziewczyno. Nie jestem wysłanniczką Shikamiego. Możesz opuścić broń. Przybyłam zająć się ranami Nattena.
- Skąd wiesz, jak on się nazywa?
- Wiatr mi powiedział - ta odpowiedź sprawiła, że Peryl pomału opuściła łuk.
- Dobry wybór. Teraz zaprowadź mnie do swojego opiekuna. - poleciła jej.
- Dobrze - zgodziła się i ruszyła w stronę obozowiska, a staruszka i jej muł podążyli za nią.
W obozowisku znalazły się kilkanaście minut później. Kobieta przywiązała zwierzę do drzewa i bez słowa podeszła do Nattena, nad którym się pochyliła, uważnie przyglądając się jego bladej twarzy. Peryl tymczasem podbiegła do Liny i streściła jej spotkanie z dziwaczną kobietą. Kiedy skończyła, elfka podeszła do staruszki i rzekła:
- Nie chcę być nieuprzejma, ale chcę wiedzieć skąd pani wie o Nattenie i kim pani jest.
- Jestem wędrowcem. Spryt nie powiedziała ci tego? Co do wybrańca, to przyroda mi doniosła, że został obdarowany mocą Shikamiego i ją odrzucił z własnej woli. Chciałam poznać tego bohatera.
- Przyroda? - Onee na dźwięk słów staruszki od razu pomyślała o Demosie. - Czy pani jest może druidem?
- Nie, choć potrafię mówić w języku zwierząt. - podeszła do muła i zdjęła z jego pleców jeden z tobołków z którym wróciła do Nattena. W połowie drogi zatrzymała się. Spojrzała promieniście na Uld, która była blada i jakby przerażona. Staruszka wzięła ją za rękę i rzekła uśmiechnięta: - Zachowaj to dla siebie. - po czym podeszła do nieprzytomnego chłopaka, przy którym uklękła i włożyła rękę do tobołka, z którego wyjęła sztylet.
- Co pani chce zrobić Nattenowi? - na widok broni Karin natychmiast podniosła głos.
- Chcę tylko rozciąć stare bandaże. - uspokoiła ją i dodała: - Panuj nad swymi emocjami, Karin.
- Skąd...
- Nieważne - rozcięła bandaże na prawej ręce Nattena i przyjrzała się uważnie ranom, które trzy dni temu zadał sam sobie. - Nie brak ci odwagi i determinacji, wybrańcu. - szepnęła i wyciągnęła z torby słoik z szarą maścią w środku, którą zaczęła nacierać rany, a gdy skończyła, nałożyła czysty bandaż. Kiedy zajęła się lewą ręką chłopaka, ten otworzył oczy. Przez parę sekund przypatrywał się jej zdziwiony, a jego zdziwienie niezwykle szybko zamieniło się w wrogość. Jednym szybkim ruchem złapał kobietę za szyję.
- Gadaj, kim jesteś! - rozkazał słabym głosem.
- Nattenie, puść ją natychmiast! - krzyknęła przerażona Uld.
- Spokojnie - rzekła staruszka mierząca Nattena krytycznym spojrzeniem. - Nikt nie gryzie ręki, która go karmi. Ale ty właśnie to robisz, Nattenie. Jakie to okropne... - zasmuciła się. - A poza tym, to nie powinieneś wykonywać gwałtownych ruchów, bo rany mogą ci się otworzyć.
- Jeśli chcesz, bym cię puścił, powiedz, kim jesteś! - chłopak nie ustępował.
- Nie mogę... A raczej nie chcę ci wyjawić ci swojego imienia. Ale pozwól, że powołam się na imię kogoś innego. Jeśli zdecydujesz, że osobie, na którą się powołam, nie warto ufać, zrobisz ze mną co chcesz. - Natten powoli opuścił rękę, a kobieta szepnęła mu coś do ucha. Na twarzy chłopaka pojawiło się zdziwienie.
- Ty... naprawdę go znałaś? - zapytał.
- Załam - przytaknęła ruchem głowy. - Tak jak wszystkich, którzy odeszli. Znam też wszystkich, którzy odejdą. Ciebie też znam od dawna, chłopcze. - uśmiechnęła się do Nattena, ale on nie odwzajemnił uśmiechu. Przyglądał się jej ciągle zdziwiony. - Czy teraz pozwolisz mi obejrzeć twoją lewą rękę? - skinął głową na znak zgody, a kobieta natarła rany maścią, a potem obandażowała je. - Gotowe. - oświadczyła i zwróciła się do Liny: - Weź swoje towarzyszki na spacer, Lino. Chcę porozmawiać z wybrańcem w cztery oczy.
- Dobrze - elfka sama nie wiedziała czemu ustąpiła. Nie znała tej kobiety. Przecież mogła zabić Nattena podczas ich nieobecności... Ale on jej zaufał. Ona też powinna. - Idziemy - zwróciła się do wybranek, które ruszyły za nią, przy czym Uld i Karin robiły to bardzo niechętnie.
Kiedy znikły z ich pola widzenia, staruszka kaszlnęła i rzekła:
- Wolałabym, byś naszą rozmowę zachował dla siebie, chłopcze. Jeśli jednak zdecydujesz inaczej, nie będę mieć do ciebie żalu... - zamilkła na chwilę, przyglądając się uważnie liściom drzew. - Shikami połączył twoją krew z swoją. Ona cię opętała, narzucając ci jego wolę. Na szczęście opanowałeś się w ostatniej fazie zniewolenia i zrobiłeś to, co powinieneś zrobić - usunąłeś krew z miejsca, gdzie było jej najwięcej, czyli w rękach. Bo to właśnie twoimi rękoma chciał przede wszystkim władać Shikami. Pragnął, byś był jego wojownikiem idealnym. Ale ty go odrzuciłeś, tym samym sprowadziłeś na siebie jego gniew. Teraz nie będzie się silić na litość względem ciebie. Stanie się jeszcze bardziej bezlitosny i bestialski. - jej oczy przepełniły się smutkiem. - Kiedyś był taki szlachetny... Kto by przypuszczał, że w jego sercu zrodzi się tyle negatywnych uczuć, które sprawią, że ono zniknie...
- Dużo o nim wiesz.
- To prawda. - przyznała, jakby od niechcenia. - W każdym razie w twoich żyłach wciąż płynie krew Shikamiego. Jest jej co prawda za mało, by mógłby tobą sterować, ale to nie oznacza, że nic ci nie zagraża.
- O jakim zagrożeniu mówisz?
- Czarna krew płynąca w tym ciele należała do Shikamiego. Do tego, który uważa się za boga, a jest demonem. - urwała boleśnie, a Natten dostrzegł w jej oczach łzy. - Ta krew... Ona będzie mogła zacząć żyć własnym życiem. Jeśli tylko wyczuje w twym sercu ogromną wściekłość, przejmie nad tobą kontrolę. Zamienisz się w niezwykle szybką i żądną krwi istotę, której nikt nie będzie potrafił okiełznać.
- Czytałem kiedyś o człowieku opętany przez pewnego złego ducha, którego potrafił rozbudzać i usypiać. Duch budził się tylko do walki, a kiedy ta się kończyła zasypiał z powrotem.
- Sugerujesz, że mógłbyś sobie poradzić z tym potworem? - zdziwiła się i wybuchła śmiechem. - Czemu ja się tak dziwię? Przecież to ty uciszyłeś w sobie krew nakłaniającą cię do służenia Shikamiemu! Jesteś niezwykły, chłopcze. Niezwykły.
- On... On też tak mówił. - wyszeptał. - Pamiętam, jak nazywał mnie "bohaterem". Uwielbiałem, gdy tak za mną wołał... - urwał i spuścił głowę.
- Widzę, że twoje serce nosi o wiele więcej ran, niż ciało. - pogładziła go po głowie. - Tak wiele przeszedłeś i mimo tylu cierpień brniesz dalej. Powiedz mi, skąd u ciebie ta siła?
- Nie wiem - odpowiedział, nie podnosząc wzroku.
Spojrzała na niego i zobaczyła całą jego przeszłość. Chwile smutku i chwile radości. Chwile bólu i chwile wytchnienia od niego. Po chwili ciszy wyszeptała:
- Musisz być silny, dziecko. Odpocznij teraz. Sen dobrze ci zrobi.
***
Kiedy wróciły, Natten spał, a staruszka karmiła swojego muła.
- Wróciłyście. Wreszcie mogę kontynuować swoją podróż.
- Proszę z nami jeszcze zostać. - Uld spojrzała na nią błagalnie.
- Niestety, niestety. - odwiązała muła i pociągnęła go za sobą. - Ale jeśli chcesz być ze mną dłużej, odprowadź mnie troszeczkę, Uld.
- Dobrze! - wykrzyknęła zachwycona.
- A co do Nattena - kobieta zwróciła się do Liny. - To możecie wkrótce wyruszyć. Wyleczyłam jego ciało ran. Niestety, nie potrafiłam tego samego zrobić z jego duszą. Ona wciąż krwawi.
***
Uld podążała obok staruszki w ciszy. Gdy były już daleko od obozu, zwróciła się do niej:
- Pani... ja chciałabym... spytać panią o coś.
- Chodzi o zakon?
- Tak. Chcę pomówić o zakonie i o...
- Renie - dokończyła za nią, a Uld spłonęła rumieńcem.
- Tak... O zakonie i o nim.
- Podoba ci się, prawda?
- Lubię go, ale nie wiem, czy to nie jest coś więcej, niż tylko przyjaźń.
- Boisz się, że jak porzucisz zakon, okaże się, że jednak go nie kochasz?
- Tak. - przytaknęła gorliwie. - Co mam począć, o pani?
- To wyłącznie twoja decyzja. Jeśli wybierzesz chłopaka, to nie sprowadzisz na siebie boskiego gniewu. Możesz mi wierzyć.
- Wierzę, pani moja. - uśmiechnęła się. - Czyli mam słuchać swojego serca?
- Tak. Ono powie ci, którą drogę masz wybrać. A teraz wracaj do swoich towarzyszy. Już wystarczająco oddaliłaś się od obozu.
- Dobrze, o pani. - Uld uklękła i pocałowała staruszkę w rękę.
- Jeszcze jedno, dziecko.
- Słucham?
- Zachowaj dla siebie prawdę o mnie. Nie mów nikomu.
- Dobrze. Żegnaj, pani moja.
- Żegnaj, Uld. - uśmiechnęła się do kapłanki, która ruszyła w stronę obozu. Kiedy znikła z pola widzenia staruszki, ta ściągnęła toboły z pleców muła i rozpięła uzdę z jego pyska. - Jesteś wolny, możesz iść. - szepnęła, a zwierze pobiegło w głąb lasu.
- Widzę, że nadal kochasz zwierzęta, Nayo. - usłyszała za sobą i odwróciła się. Stała naprzeciw elfa o kocich oczach przypatrującego się jej ze smutkiem.
- Shikami - wyszeptała, starając się nie patrzeć mu w oczu. Serce biło jej jak oszalałe.
- Nie podoba mi się to przebranie, które masz na sobie.
- Jest wygodne. - odparła wymijająco.
- Tyle lat się nie widzieliśmy... Tyle lat... Wciąż jesteś taka sama, Nayo. Twoje uczucia też się nie zmieniły, prawda? - Naya nie odpowiedziała. Zacisnęła usta i utkwiła spojrzenie z swoich stopach. - A co u moich braci?
- Dlaczego pytasz? Przecież cię to nie interesuje.
- Muszę zachować pozory. Nie mogę być wiecznie czarną owcą... którą i tak jestem. - przez chwilę wpatrywał się w Nayę, oczekując, że wreszcie podniesie wzrok i także spojrzy na niego. Ale ona uparcie wpatrywała się w swoje stopy. - Czego chciałaś od Nattena?
- Chciałam porozmawiać.
- Tylko tyle? Nie wierzę ci, siostrzyczko.
- Zajęłam się jego ranami.
- Gdyby wybrał służbę u mojego boku...
- Natten to inteligentny i silny człowiek. Wiem co jest dobre, a co złe. - przerwała mu.
- Podsłuchiwałem was.
- Wiem.
- Przed tobą nic się nie ukryje... - westchnął. - Powiedz mi, czy zeszłaś na Varisann tylko po to, by pomóc jednemu małemu człowiekowi?
- Owszem. Natten jest... jest inny od pozostałych. - na dźwięk tych słów Shikami drgnął.
- Można wiedzieć czemu?
- Przypomina mi kogoś.
- Kogo?
- Powinieneś wiedzieć najlepiej. Natten jest podobny do ciebie, braciszku. Przypomina mi ciebie za czasów, kiedy jeszcze miałeś uczucia.
- Kłamiesz
- Mówię prawdę.
- Kłamiesz! Kłamiesz Nayo!
- Biedny braciszku. Ty już nie pamiętasz tamtych szczęśliwych czasów. Właśnie dlatego chciałeś zrobić z Nattena bezduszną istotę, bo nie mogłeś znieść faktu, że po ziemi chodzi ktoś tak okropnie podobny do ciebie.
- Wiesz co ci powiem, Nayo? - głos Shikamiego napełniał się nienawiścią. - Gdy moje siły powrócą, ja... - urwał, ale po chwili wyrzucił z siebie słowa, których nie chciał powiedzieć: - Zabiję ciebie. Zadepczę. Sprawię, że poczujesz ból. Zapamiętaj moje słowa, Nayo! - po tych słowach znikł.
Naya podniosła głowę do góry i spojrzała w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał jej brat. Czuła, że jej serce płacze.
- Ciebie już nic nie uratuje, Shikami. Nic... - szepnęła i rozpłynęła się wraz z mocniejszym powiewem wiatru.
Zagłada Erann
- Panie, wybacz, że ci przeszkadzam, ale chciałbym z tobą porozmawiać. - Nedd nieśmiało wstąpił do komnaty Shikamiego, który zasiadywał na swoim tronie i wyglądał na nieobecnego.
- Słucham - czwarty bóg spojrzał na niego wrogo i obco. Elf zadrżał. Mimo, że darzył Shikamiego wielkim szacunkiem i oddaniem, ostatnimi czasy zaczął się bać swojego władcy. Bardzo bać.
- Czy... Hana mogłaby nas zostawić samych? - zapytał cicho i spojrzał z niechęcią na elfkę siedzącą tuż obok tronu swego pana.
- Hano, wyjdź na chwilę. - polecił jej Shikami, a elfka wstała i wyszła bez słowa.
- Panie... - zaczął niepewnie Nedd. - Ty wiesz, od ilu lat mój ród jest ci wierny. Wiesz od ilu pokoleń moi przodkowie starali się rozszyfrować tajemnice księgi spisanej przez ciebie.
- Nedd, do rzeczy.
- Ja myślałem...
- Że nadszedł czas nagrody?
- Tak
- Co chcesz dostać?
- Ja i moja żona od lat staramy się o dziecko, lecz jak dotąd nieskutecznie. Jestem ostatni z mego rodu i...
- Twoja żona urodzi dziecko. - Shikami wstał i podszedł do okna, przez które spojrzał. Zobaczył suche i jałowe ziemie swej wyspy. - Ale stanie się dopiero wtedy, gdy odzyskam całą swą moc. Na razie jestem na to za słaby.
- Dziękuję, mój panie! - zachwycony elf ukłonił się i wyszedł z komnaty z uśmiechem na ustach.
- Jesteś głupcem, skoro wierzysz w moje obietnice, Nedd. - szepnął do siebie Shikami. Od dawna planował, że gdy cała jego siła powróci, to pierwszą rzeczą, którą zrobi będzie zabicie Nedda i Yessinki. Znajdzie sobie wtedy prawdziwych podwładnych, a nie ich namiastki. Dobrze wiedział, że Nedd wskrzesił go po to, by mógł go obdarzyć dzieckiem. Żałosny głupiec. On, Shikami, narodził się bez żadnego daru. Nie potrafił dawać innym życia. Potrafił natomiast je odbierać.
Zamknął oczy, a w myślach usłyszał głos Nayi: "Natten jest podobny do ciebie, braciszku".
"Do mnie? To kłamstwo! - pomyślał oburzony. - Mi nie zależy na kimś podobnym do mnie! Mi zależy na sile..." - nawet nie zauważył, kiedy cofnął się razem z wspomnieniami do przeszłości.
***
- Shikami! Shikami! Patrz! Patrz! - mała, ciemnowłosa dziewczyna podbiegła do chłopca siedzącego na suchej, burej ziemi.
- Co się stało Nayo? - zapytał ją z uśmiechem.
- Patrz! - wzięła w swoje ręce parę grudek ziemi, a te zajaśniały i nagle wynurzył się z nich mały, zielony kiełek.
- A niech mnie! Jak to zrobiłaś?
- Nie wiem! Pomyślałam, że chcę dać tej ziemi kolor i... sam widzisz. Ty też spróbuj, braciszku!
- Nie sądzę...
- Shikami, spróbuj!
Podniósł parę grudek ziemi i spojrzał na nią błagalnie.
"No dalej! Niech coś się stanie! Błagam!" - pomyślał. Jednak ziemia na jego rękach została taka sama jak przedtem. Nadal była tylko burą ziemią.
- Nic z tego. - rzekł z rezygnacją i otrzepał dłonie.
- Shikami! Nayo! - wtedy podbiegli do nich dwaj chłopcy. Jeden z nich ściskał w rękach kamień.
- Witam cię! Bardzo miło cię poznać! - rzekł kamień.
- On mówi! - Shikami spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- To Nilnan dał mi życie. On potrafi sprawiać, że rzeczy zaczynają żyć!
- A Shiryu dał kamieniowi uczucia i emocje. Bo żywy kamień bez uczuć nadal byłby martwy, prawda?
- Tak - przytaknął i utkwił wzrok w ziemi.
- Shikami, a co ty potrafisz zrobić?
- Ja? Nic... Nic...
***
- Panie, stało się coś? - z zamyślenia wyrwało go pytanie Hany.
- Nie. Dlaczego pytasz?
- Twe spojrzenie jest takie nieobecne.
- Wspominam przeszłość.
- Przeszłość? - powtórzyła zdziwiona.
- Przeszłość, czyli coś, co się kiedyś wydarzyło. Ty nie masz swojej przeszłości, Hano.
- Ja pamiętam tylko ciebie, panie mój. Jest pan moją przyszłością.
- Tak. Jestem nią, Hano. Jestem twoją przeszłością, teraźniejszością i przyszłością.
- Cieszy mnie to, panie mój.
- To dobrze - westchnął. Uśmiech Hany przypominał mu uśmiech innej osoby.
***
Żył już 25 lat i przez ten czas zdążył zrozumieć, że nie posiada żadnego daru. Że jest bezwartościowy... Nilnan i Shiryu też to zauważyli i właśnie dlatego oddalili swoje pałace od jego zamku. Czuł, że się go wstydzą.
- Shikami, braciszku - drzwi do komnaty otworzyły się i stanęła w nich Naya.
- Nayo! - podbiegł do niej i przytulił ją. Od 5 lat była jedyną osoba, z którą utrzymywał jakikolwiek kontakt. Zamknął się dla reszty świata, bo wiedział, że ona i tak się nim nie interesuje. Naya natomiast zawsze była przy nim i zawsze dawała mu ciepło, którego potrzebował.
- Jesteś zadowolony z mojej wizyty, cieszy mnie to. - szepnęła.
- Twoja obecność zawsze mnie uszczęśliwia, nie wiesz o tym?
- Dlaczego tylko moja? - zapytała nagle. Wypuścił ją z swoich objęć i zrobił krok do tyłu.
- Bo ty przede mną nie uciekasz, Nayo.
- Przecież Nilnan i Shiryu przed tobą nie uciekają! To ty od nich uciekłeś! Zachowujesz się wobec nich tak zimno, jakbyś nie miał uczuć!
- Bo na to zasługują! Czy ty widzisz ich wzrok?! Patrzą na mnie ze wstydem, bo nie mam żadnego daru, bo urodziłem się z niczym!
- Jesteś ich bratem i cię kochają, jak ja. Nigdy nie będą się patrzeć na ciebie ze wstydem!
Nie odpowiedział. Wpatrywał się tylko w Nayę surowym spojrzeniem.
- Shikami, ja... - urwała. Wyglądało na to, że boi się mu coś wyjawić.
- Słucham.
- Żyjemy na tym świecie już 25 lat. Przez te lata nauczyliśmy się władać swoimi darami... - przerwała ponownie, gotowa na kolejny atak złość ze strony brata, lecz on nie nastąpił. - I... chcemy zaludnić Varisann. Ja będę stwarzać rośliny i oczyszczać wody, a Nilnan razem z Shiryu stworzą zwierzęta i istoty podobne do nas. One będą nas czcić...
- A co z nami? - wszedł jej w zadnie.
- Przeniesiemy się do Niebios. Tam jest nasze miejsce.
- Ja tu zostaję.
- Słucham?
- Zostaję tutaj. Nie będę mieszkać tam, gdzie wy. Przecież ja nie mam żadnej mocy. Tylko bym wam przeszkadzał.
- Nie mów tak!
- Wyjdź. - rzucił, a Naya spojrzała na niego zdziwiona. - Zostaw mnie samego, Nayo.
- Dobrze. Żegnaj zatem. - ukłoniła się i wyszła.
Shikami wpatrywał się w drzwi, po cichu marząc, że Naya się wróci, lecz nie, Naya nie wróciła. Ona też go wstydziła. Został sam.
- Nienawidzę cię... nienawidzę... - wyszeptał i zacisnął pieści. - Nienawidzę was! - krzyknął, a jego dłonie otoczyła ciemna poświata. Spojrzał na ręce z zdziwieniem, a poświata znikła tak nagle, jak się pojawiła. - Co to było? - zapytał siebie. Szybko zrozumiał czym była ciemna łuna wokół dłoni. To była jego nienawiść. - Gardzę wami! Chciałbym was zabić! - wyrzucił z siebie, a poświata powróciła. Im więcej nienawiści wyrażał w słowach, tym poświata była większa. Wtem z jego dłoni wystrzelił ciemny pocisk, który uderzył w drzwi i je doszczętnie zniszczył.
Shikami spojrzał z niedowierzaniem na swoje ręce, poczym wybuchł głośnym śmiechem.
- Proszę, proszę. Nie podejrzewałem, że nienawiść jest tak potężna. Wystarczy, że pozbędę się wszelkich pozytywnych uczuć, a moja moc wzrośnie do tego stopnia, że nie będę musiał nic mówić, by ją zgromadzić... Nilnanie, Shiryu... Nayo... Kiedy poznacie moją moc, zaczniecie się bać.
***
- Siła - Shikami spojrzał na swoje dłonie. - Jestem jeszcze taki słaby. Jak na początku. Co zrobić, by urosnąć w siłę? - zacisnął ręce w pięści. Już wiedział, co ma robić. - Hano.
- Tak, panie?
- Wezwij do mnie Nive i Mitrę.
- Tak jest - przytaknęła i wyszła. Wiedział, że w tym momencie tylko Mitra i Nive nadają się do pomocy. Co prawda, pranie mózgu zrobione im przez Nedda nie jest tak silne, jak to, które on zrobił Hanie, a rodzeństwo jest i tak bardziej przydatne od Yessinki i Nedda, dwóch słabych tchórzy. Najchętniej wziąłby ze sobą Hanę, ale wolał, by została w zamku. Dla bezpieczeństwa.
- Wzywałeś, nas panie? - Nive wkroczył do jego komnaty razem z swoja siostrą.
- Tak. Chcę się dowiedzieć czegoś o państwie, w którym mieszkaliście. O państwie Deran. Interesuje mnie szczególnie 7 wysp należących do państwa, na których mieszkają i pracują rybacy. Czy możecie mi powiedzieć, która z nich jest najbardziej zaludniona?
- Podejrzewam, że Erann - rzekła zamyślona Mitra.
- W takim razie odwiedzimy tą wysepkę. - powiedział bardziej do siebie, niż do nich. - Chodźcie na północą basztę. Polecimy na indach. - wyszedł z komnaty, a rodzeństwo ruszyło za nim. Zauważył, że trzymają się za ręce. Zupełnie tak, jakby byli kochankami, a nie rodzeństwem. Od dłuższego czasu podejrzewał, że pranie mózgu zmieniło ich uczucia do siebie. Z braterskich na kazirodcze. On, w każdym razie, nie miał nic przeciw temu.
***
- Nayo, czy ja jestem potworem?
- Potworem? Shikami, o czym ty mówisz?
- Już 17 lat chodzimy po ziemi i ja ciągle nie odkryłem swojego daru...
- I dlatego uważasz, że jesteś potworem? Nie żartuj!
- Ale...
- To, że twój dar się jeszcze nie objawił, może oznaczać tylko jedno.
- Co takiego, siostro?
- Twój dar będzie o wiele potężniejszy od daru mojego, Nilnana i Shiryu.
- Tak myślisz?
- Oczywiście.
- Dziękuję, Nayo. - przytulił ja do siebie. - Ja... kocham cię.
- Ja też cię kocham, braciszku.
***
Klasnął w dłonie, a na horyzoncie pojawiły się dwie ciemne postacie, zmierzające w ich kierunku. Po paru minutach wylądowały na baszcie i Shikami zasiadł na indzie, który pierwszy na niej się znalazł. Mitra i Nive wskoczyli na grzbiet drugiego.
- Weźcie nas na Erann - rozkazał, a koty oderwały łapy od ziemi i wzbiły się w powietrze.
***
Była późna noc. Nilnan i Shiryu stworzyli już dużo różnorodnych istot, które tylko czekały na to, by dać im życie. Naya tymczasem chodziła po świecie, tworzyła strumienie i rzeki oraz siała rośliny, które pięły się do góry w błyskawicznym tempie.
- Jak wam idzie praca? - wtem z ciemności wynurzył się Shikami z szyderczym uśmiechem na ustach.
- Shikami? - spytał z niedowierzaniem Nilnan.
- Nie podejrzewałem, że tak was zdziwi moja obecność. Nie stęskniliście się za braciszkiem?
- Oczywiście, że się stęskniliśmy! Zdziwiliśmy się, bo nie spodziewaliśmy się ciebie.
- Przybyłem, by przypatrzeć się waszej pracy. Prócz tego mam do was małą prośbę.
- Jaką?
- Skoro już tworzycie istoty, to może stworzylibyście coś według mojego pomysłu?
- Czemu nie? Shikami, opowiedz nam, jak powinno wyglądać stworzenie, które sobie wyobraziłeś, a wkrótce będzie chodzić po Varisannie.
- Zobaczmy... - Shikami dokładnie przyglądał się wszystkim stworzeniom stworzonym przez braci. Swój wzrok utkwił w kocie. - Chcę, by moja istota była podobna do niego, ale o wiele większa. Ale nie chcę sierści, chcę, by miał... - spojrzał na węża. - Chcę by jego skórę pokrywała szara łuska... I powinien mieś skrzydła jak ten tutaj... - wskazał głową na nietoperza. - Chociaż...
- Jeśli chcesz, możemy stworzyć dwa rodzaje - ze skrzydłami i bez nich. - zaproponował Shiryu.
- Doskonały pomysł, Shiryu. Genialny wręcz.
***
- Panie, zbliżamy się do Erann! - krzyknął Nive.
- Nareszcie. Mitro, Nive, słuchajcie mnie uważnie - waszym zadaniem będzie dopilnowanie, by nikt nie uciekł z wyspy, zrozumiano?
- Tak jest! - przytaknęli równo.
Uśmiechnął się do siebie. Uwielbiał czuć strach ludzi, a ten był coraz bardziej wyczuwalny. Ludzie musieli już dostrzec indy. To ich ostania chwila na ucieczkę. Ich ostatnia szansa, która zapewnie nie zostanie wykorzystana.
***
Wyjrzał przez okno i zobaczył olbrzymią armię, w skład której wchodziły indy oraz ludzie, krasnoludy i elfy, którym zrobił pranie mózgu. Czuł, że nadszedł jego czas. Czas triumfu.
- Sernn
- Tak panie? - elf był prawie natychmiast przy nim.
- Wiesz, co się dziś zacznie, prawda?
- Owszem. Dziś wypowiesz wojnę swemu rodzeństwu.
- Otóż to. Mam nadzieję, że wojna zakończy się moim zwycięstwem.
- Ja też, mój panie.
- Ale nie możemy przewidzieć przyszłości. Przecież, to ja mogę przegrać... W każdym razie jestem gotowy na taką możliwość. - podszedł do stołu i wziął w ręce leżącą na nim opasłą księgę oprawioną w czarną skórę.
- Cóż to? - zapytał Sernn.
- To moja i twoja przyszłość. - podał wolumin swemu słudze. - Jeśli zginę podczas tej wojny, to w tej księdze zapisałem rady, w jaki sposób mnie wskrzesić. Weź ją, Sernnie.
- Panie, lecz co się stanie, gdy zginę razem z tobą?
- Nie zginiesz. Rzuciłem na ciebie czar, który sprawi, że przeżyjesz tę wojnę. Nawet, gdy moje rodzeństwo rzuci na ciebie przekleństwo natychmiastowej śmierci, ty dalej będziesz żyć, a kres twych dni nadejdzie wiele lat później, ponieważ nie jestem w stanie zatrzymać tego przekleństwa w pełni.
- To mi wystarcza, panie. Więc, gdy zginiesz, mam odczytać w jaki sposób cię wskrzesić?
- Nie. Ty tego nie zrobisz. Księgę zapisałem w różnych językach Varisannu. Wiele z nich już nie istnieje. By czar wskrzeszenia mógł zadziałać, będziesz musiał przetłumaczyć całą księgę i szczerze wątpię, by to ci się udało. Zresztą... Nawet lepiej będzie, gdy powrócę Varisann wtedy, gdy nikt nie będzie się mnie spodziewać. Powrócę za tysiące lat... Wtedy ktoś z twych przodków odczyta ostatnią stronę księgi.
- Rozumiem. Jestem zaszczycony, że ten zaszczyt spadł na mnie i mych potomków.
- Tylko ty się do tego nadawałeś, Sernnie. Zawsze byłeś moim najwierniejszym sługą.
- I tak zostanie do końca, mój panie.
***
Indy wylądowały na środku Erann. Mieszkańcy wyspy przyglądali się im z przestrachem, ale nikt nie pomyślał o chwyceniu za broń, lub ucieczce. Shikami zszedł na ziemię i rozejrzał się z zachwytem po przerażonych, a jednocześnie zaciekawionych twarzach dookoła.
- Lećcie, nad brzeg i zniszczcie wszystkie łodzie jakie znajdziecie. - zwróciły się szeptem do Mity i Nive. - Pilnujcie, by nikt stąd nie zbiegł. - rodzeństwo przytaknęło ruchem głowy, a ind wzbił się w powietrze. Rybacy odprowadzili kota wzrokiem, który szybko powrócił do Shikamiego, który rzekł:
- Zapewnie zastanawiacie się, co takiego sprowadza na waszą wyspę kogoś takiego jak ja. Odpowiedź jest prosta - przybyłem po wasze życie. Zginiecie tutaj wszyscy.
- Bredzisz! - wypalił jeden z rybaków, ściskający harpun w ręce. - Nie wiem, kim jesteś, ale radzę cię odjeść, pókim dobry! - Shikami na dźwięk tych słów zaśmiał się w głos.
- Grozisz mi? To zabawne - gdy wypowiedział te słowa, harpun wybuchł i porozrzucał dookoła ostre drzazgi, wbijające się w ciało rybaka i ludzi stojących obok niego, którzy cofnęli się w tył z krzykiem. Parę drzazg wylądowało u stóp Shikamiego, który przyglądał się rybakowi padającemu na kolana i zasłaniającemu oczy w których utkwiło parę cząstek harpuna. Shikami stanął naprzeciw niego, a ludzie cofnęli się jeszcze dalej.
- Naprawdę myślałeś, że zdołasz mnie zabić, naiwny człowieku? - zapytał go, a rybak oderwał ręce od twarzy i spojrzał w jego stronę. Jego oczodoły były puste. - Powiem ci coś, nędzny robaku - na tym świecie istnieje tylko jeden człowiek, który walczył ze mną jak równy z równym... Zmierzę się z nim ponownie, gdy przyjdzie na to czas.
- Kim... kim ty jesteś? - zapytał oślepiony mężczyzna. Jego głos drżał, tak samo jak jego ciało.
- Dawno temu chodziłem po tym świecie i byłem przez was czczony. Te czasy dawno minęły i obecnie, wielu z was, śmiertelników, mnie nie pamięta. A powinno. Bo to w końcu ja sprawiłem, że umieracie i czujecie nienawiść. - tłum wokół niego zaszumiał. Większość ludzi przypatrywała się mu z przerażeniem, nieliczni potraktowali to jak dobry żart i zaśmiali się głośno. Jedna z kobiet, zaczęła się wycofywać z dwójką małych dzieci uczepionych jej spódnicy. Ktoś inny zapytał:
- Czy... czy ty jesteś czwartym bogiem?
- Ja mam imię, człowieku. Nazywam się Shikami. Pan śmierci i nienawiści. Możecie czuć się zaszczyceni - zginiecie z mojej ręki... Dalej nie wierzycie? To patrzcie. - kopnął w twarz klęczącego przez nim ślepca, który padł na plecy. Shikami podszedł do niego i położył swoją stopę na sercu człowieka. Przycisnął ją z całej siły, a mężczyzna zaczął krzyczeć. Jego wrzask był coraz głośniejszy i głośniejszy. Nagle zamilkł. Nie żył.
Wtedy podniósł się gwar. Ludzie zaczęli biec w stronę brzegu i łodzi, które były jedyną szansą na wydostanie się z wyspy.
- Nic z tego. Nie uciekniecie. - wyszeptał i złapał za szyję przebiegającą obok niego młodą kobietą z płaczącym dzieckiem na rękach.
- Zabij mnie, ale oszczędź dziecko - poprosiła, głośno łkając. Shikami bez słowa zacisnął jeszcze mocniej prawą dłoń na szyi kobiety, a lewą wyrwał z jej ramion niemowlę, które zaniosło się płaczem. Kobieta z przerażeniem obserwowała, jak ciska jej dziecko na ziemię, które nagle zamilkło.
- Nie! - krzyknęła załamana, a lewa dłoń czwartego boga dołączyła do prawej. Przez chwilę wpatrywała się w niego mętnym spojrzeniem, po czym zamknęła oczy. Cisnął jej ciało na ziemię tak samo jak przed chwilką jej dziecko. Wtedy coś świsnęło tuz obok jego głowy. Odwrócił się i zobaczył utkwioną w ziemi strzałę. Uśmiechnął się pod nosem - bronili się. Zapowiada się przednia zabawa.
- Leć! - wskoczył na grzbiet swojego inda, a on posłusznie wzniósł się do góry. Z jego grzbietu dostrzegł łuczników strzelających w jego stronę z dachów swoich domów. Wydał rozkaz i ind zniżył swój lot, zgrabnie unikając strzał przecinających powietrze. Shikami zamknął oczy, a w jego rękach pojawiły się dwa miecze. Wtedy zeskoczył na najbliższy dach i zabił łuczników paroma cięciami. Wrócił na grzbiet inda i po chwili dopadł kolejnych łuczników. Wtedy zatrzymał się i spojrzał z góry na panikę jaką wywołał. Czuł dziwne uczucie. Tak jak wtedy...
***
Stał naprzeciw Nilnana, Shiryu i Nayi. Cała trójka przyglądała się mu z przerażeniem i niedowierzaniem.
- Wojna? - powtórzył słabo Nilnan. - Wypowiadasz wojnę... nam?
- Dokładnie.
- Czy ty zdajesz sobie sprawę, co ona z sobą przyniesie? Śmierć wielu niewinnych istnień!
- Jestem gotowy ponieść za to konsekwencje.
- Czy ty siebie w ogóle słyszysz? - krzyknął na niego Shiryu. - Chcesz śmierci tych, którzy cię czczą? Przecież jesteś dla nich bogiem!
- Tak. Jestem dla nich bogiem. Czwartym bogiem. Tym najgorszym.
- Shikami - Nilnan wystąpił. - Powiedz mi prawdę. Chcesz zostać władcą Varisannu, czy też chcesz się zemścić za to, że nie posiadasz żadnego daru?
- Nie posiadam żadnego daru? - powtórzył i zaśmiał się. - Ależ ja posiadam dar. Moim darem jest nienawiść. Jest moją mocą... Moją potęgą.
- Bracie, błagam cię, przestań.
- Nie jestem już waszym bratem. Od dziś jestem Shikami, bóstwo śmierci i nienawiści. Od dziś różni nas wszystko. Wszystko. - zamknął nagle oczy i położył na nich prawą dłoń, która zajaśniała czarną poświatą. Kiedy ją oddalił od twarzy, otworzył oczy i spojrzał na nich. Jego źrenica była poprzeczna jak u kota. - Nawet moja oczy są inne od waszych.
- Braciszku, powiedz, że to nieprawda! - w oczach Nayi zalśniły łzy.
- Dlaczego miałby kłamać?
- Nie wierzę! - jęknęła, a łzy zaczęły spływać po jej policzkach. - Nie możesz nasz opuścić! Nie możesz...
- Mogę. Odwracam się od was, tak jak wy odwróciliście się ode mnie. Jutro... jutro moje wojska wyruszą na Varisann i zabiją wszystko, co spotkają na swej drodze. Wszystko.
***
Shikamiego otaczały martwe ciała. Gwarna jak dotąd wyspa, raptownie zamieniła się w ciche pobojowisko.
- Nive - krzyknął do sługi stojącego na brzegu Erann. - Przeszukaj domy. Nikt nie może mi uciec.
- Tak jest! - chłopak wbiegł do najbliższej chatki, a jego siostra podeszła do Shikamiego.
- Ktoś zdołał zbiec, Mitro?
- Nie. Jeśli ja i Nive kogoś nie zatrzymaliśmy, robił to nasz ind, który łapał ludzi za szaty i zanosił z powrotem na środek wyspy.
- Dobrze. Doskonale. - uśmiechnął się i obserwował, jak Nive wybiega z chaty i wbiega do innej. Po paru minutach poszukiwań dobiegł do niech okrzyk chłopaka:
- Panie! Mam kogoś! - wtedy wynurzył się z jednego z domów z dwójką dzieci - chłopcem wyglądającym na 4 lata i małą, może 2 dziewczynką. Shikami znał te dzieci - to ich matka ruszyła do ucieczki, gdy wyjawił, kim jest. W tamtej chwili dzieci nie zdawały sobie sprawy z tego, co się dzieje. Teraz było inaczej - podążały za jego sługą zapłakane i drżące. Kiedy stanęły przed Shikamim, chłopiec jęknął:
- Proszę nas oszczędzić. Błagam.
Shikami przyklęknął i spojrzał prosto w przerażone oczy chłopca. Potem przeniósł spojrzenie na dziewczynkę, która jęknęła i zapłakała jeszcze bardziej. Trzęsła się niczym osika na wietrze.
- Chłopcze, zabiłem wszystkich mieszkańców tej wyspy. Czemu miałbym zrobić dla was wyjątek?
- Proszę! - mały złożył dłonie. - W imieniu Nilnana i Shiryu! - to był błąd. Imiona dwóch bóstw rozwścieczyły Shikamiego, który wyprostował się i podniósł jeden ze swych mieczy do góry, tuż nad głowę dziewczynki. Wtedy chłopiec wyjąkał głosem łamiącym się od płaczu: - W imieniu Nayi!
Ręka Shikamiego zamarła. Przypatrywał się chwilę dwójce dzieci, po czym opuścił broń.
- Masz szczęście chłopcze. Daruję życie tobie i twej siostrze. Zostawię was tutaj, a wy o siebie zadbacie. Tylko wy przeżyliście rzeź na Erann. - odwrócił się i wskoczył na grzbiet inda. - Mitro, Nive, wracamy do zamku! - koty wzleciały w górę, a Shikami po raz kolejny zaczął przeklinać swoją słabość do Nayi.
Bestia
Trzy dni po odwiedzinach tajemniczej kobiety, Natten był gotowy do dalszej drogi. Lina i Uld starały się mu wybić ten pomysł z głowy, bo gorączka dopiero co opuściła jego ciało, ale chłopak pozostał nieugięty i w końcu musiały się zgodzić z jego decyzją.
Prócz Nattena elfkę martwiło coś innego. Za parę dni miał się zacząć pierwszy dzień jesieni i z dnia na dzień będzie coraz zimniej. Jak Onee sobie z tym poradzi? Czy zdążą dojść na wyspę podczas miesięcy jesieni? A jeśli zastanie ich zima?... Dobrze wiedziała, że taka opcja wchodzi w grę - cały czas coś stawało im na drodze, przez co prawie nie zrobili koku w przód.
- Nattenie, jak tam twoje rany? - zapytała, odrzucając od siebie złe myśl.
- Już prawie się zagoiły. - odparł. Wiedziała, że stało się to tak szybko dzięki maści tej dziwnej kobiety-wędrowca, która pojawiła się niewiadomo skąd z pomocą. Przeczuwała, że Uld ją zna, ale dziewczyna unikała tego tematu, więc Lina nie naciskała. Każdy ma prawo mieć swoje tajemnice... Mimowolnie zerknęła na Nattena. Tak, on posiadał tajemnice. On był jedną wielką tajemnicą, której nigdy nie rozszyfruje.
- Liście zaczynają żółknąć - powiedziała cicho Peryl. - Zbliżają się miesiące jesieni.
- Nie przyniesie nam to nic dobrego. - Uld spojrzała na błękitne niebo i białe obłoki po nim sunące. - Będziemy mieć mniejsze szanse na ukrycie się. Wróg z łatwością nas dopatrzy.
- Masz rację. Ponad to ktoś zacznie marudzić, bo będzie marzł. - wymownie spojrzała na Karin, która nieudolnie starała się zabawić Nattena rozmową.
- Czy wy nigdy nie dojdziecie do porozumienia?
- Podejrzewam, że nie. Jesteśmy całkowitymi przeciwieństwami.
- To przynajmniej spróbujcie się zaakceptować.
- Nic z tego. Nie uda nam się.
- Skąd ta pewność? Nawet nie spróbowałaś!
- Nie jestem ideałem, Uld. Nie jestem tobą.
- Uważasz, że jestem ideałem?
- Owszem. Zawsze jesteś taka poważna i opanowana. Potrafisz zachować zimną krew nawet w najgorszych sytuacjach.
- To nie czynu ze mnie ideału. Ja też mam wady. A największą z nich jest moje niezdecydowanie.
- Naprawdę? Nie zauważyłam.
- Kiedyś dostrzeżesz, zobaczysz. - zaśmiała się.
Nagle Lina zatrzyma się. Natten po chwili zrobił to samo.
- Pani Lino, co się stało? - zapytała szeptem Onee.
- Ktoś jest w tarapatach. - odpowiedziała jej szybko.
- Pomocy! Ratunku! - dobiegł do nich krzyk, a zaraz potem z leśnej gęstwiny wybiegła zapłakana dziewczyna, trzymająca w rękach wiklinowy kosz z pokrywą wykonaną z tego samego materiału. Na widok Nattena i jego towarzyszek zatrzymała się. Przez chwilę starała się zapłać oddech, nerwowo oglądając się za siebie. Raptownie padła na kolana i wyjąkała:
- Nie wiem, kim jesteście, dobrzy wędrowcy, ale pomórzcie mi, błagam!
- Spokojnie - Lina podeszła do roztrzęsionej dziewczyny i pomogła jej wstać. - Pomożemy ci, ale powiedz, co ci zagraża. - dziewczyna nie zdążyła odpowiedzieć, bo dobiegł do nich wrzask:
- Gdzie jesteś, mała dziwko?! Wyłaź!
Lina nie potrzebowała już więcej wyjaśnień. Odciągnęła dziewczynę do Nattena i wybranek, gdzie podeszła do nich Onee, która starała się uspokoić uciekinierkę, mimo tego, że sama bała się tak okropnie, że ledwo potrafiła sklecić zdanie. Peryl nałożyła strzałę na cięciwę, gotowa do walki. Karin sięgnęła drżącymi rękoma do miecz, Lina pochwyciła sztylety, a Uld wyciągnęła ręce przed siebie, by w razie potrzeby rzucić atak powietrzny. Natten nie poruszył się wcale. Z obojętnością przyglądał się miejscu, z którego przed chwilą wybiegła dziewczyna.
Wtedy z gęstwiny wynurzyła się dziewiątka rosłych mężczyzn, którzy u pasa nosili ogromne miecze, a w rękach trzymali wielkie topory.
- Mówiłem, że przed nami nie uciekniesz, suko. - warknął jeden z chłopów, właściciel rozczochranych jasnych włosów.
- Nie wiem, kim jesteście, ale radzę wam, byście natychmiast dali tej dziewczynie spokój. - oświadczyła twardo Lina.
- Ale my nie chcemy jej zrobić nic złego! - oburzył się szczerbaty zbir. - My chcemy się po prostu zabawić! Może się do nas przyłączysz?
- Radzę wam odejść odjeść. Inaczej będziemy zmuszeni użyć siły. - Lina spojrzała na szczerbatego z odrazą, ale nie traciła zimnej krwi.
- Myślisz, że się ciebie boimy, elfia wywłoko? Na początku zajmiemy się tobą, potem twoimi koleżankami, a potem ten sam los spotka tą małą wiedźmę.
Natten zadrżał
- Jak ją nazwałeś? - zapytał, a jego głos był przepełniony wściekłością.
- Nazwałem ją: "wiedźma". Tym właśnie jest. Niczym więcej.
- Odszczekaj te słowa! Inaczej...
- Niczego nie odszczekam! - przerwał Nattenowi. - Ta mała suka jest wiedźmą, nikim więcej!
Natten spojrzał kątem oka na płaczącą dziewczynę.
"Ta mała suka jest wiedźmą, nikim więcej!" - słowa wciąż rozbrzmiewały w jego głowie.
"Zabij ją! Zabij tą wiedźmę! Na co czekasz?!" - usłyszał inny głos. Oba okrzyki nałożyły się na siebie i stały się niezrozumiałym bełkotem. Jedynym słowem, które słyszał wyraźnie było "wiedźma".
- Czyli ona tym dla ciebie jest? Wiedźmą? - zacisnął gniewnie pięści.
- Taaa. Tym właśnie dla mnie jest - małą zapchloną wiedźmą!
"Zabij ją! Zabij tą wiedźmę!" - usłyszał po raz kolejny w swym wnętrzu i spuścił głowę. Czuł nienawiść gwałtownie rodzącą się w sercu. Wielką nienawiść.
- Zabiję cię - wyszeptał. Nie zauważył, że skóra na jego rękach zaczyna ciemnieć.
- Co ty tam mamroczesz? - zapytał mężczyzna.
- Giń psie! - chłopak pochwycił mieć i rzucił się na olbrzyma, którego jednym szybkim ruchem skrócił o głowę.
Onee krzyknęła, a Karin zamknęła raptownie oczy. Lina i Uld przypatrywały się mu z zdziwieniem.
- To nie jest pan Natten - wyszeptała Onee.
- Ty gnojku! - towarzysze martwego rzucili się na Nattena, ale ten jakby znikł. Cała ósemka zatrzymała się raptownie.
- Gdzie jesteś?! Wyłaś tchórzu! - krzyknął jeden z zbirów.
- Jesteście trochę za wolni chłopcy. - Peryl w ogóle nie dostrzegła zmiany w Nattenie. - Odwróćcie się.
Mężczyźni obejrzeli się.
- Jak? - wydyszał jeden z nich. - Nie... Nie widziałem, kiedy się tam znalazł! To... nie jest człowiek! - cofnął się raptownie w tył i wpadł na jednego ze swych towarzyszy. Natten zacisnął dłonie na klindze miecza i ruszył na mężczyzn. Nie mieli szansy na odparcie ataku. Nie mieli na to czasu. Padli martwi na ziemię.
- Dobra robota, Nattenie! - Peryl odłożyła łuk i ruszyła w stronę chłopaka. Zatrzymała się w połowie drogi do niego. Dopiero teraz zauważyła, że był jakiś inny. Jego spojrzenie było spojrzeniem dzikiego stworzenia. Zaczęła się bać. Zrobiła krok w tył. Natten ciągle się jej przyglądał. Nagle jego spojrzenie się zmieniło. Znowu patrzył na nią Natten.
- Nie umiem... Nie potrafię... - szepnął, po czym krzyknął. Bandaże na jego świeżo zagojonych rękach pokryły się czarno-czerwoną krwią. Lina i Uld natychmiast podbiegły do niego.
- Rany się otworzyły? - Uld spojrzała na krew z niedowierzaniem.
- Trzeba to szybko zatamować! - Lina sięgnęła do swej torby po bandaż.
- On przez chwilę... - wyszeptał Natten, gdy usiadł na ziemi. Uld spojrzała na niego zdziwiona, ale szybko wróciła do bandażowania jego prawej ręki.
Krwawienie ustało tak nagle, jak się pojawiło. Wtedy do Nattena podeszła zapłakana dziewczyna.
- Ja... chcę panu podziękować... Gdyby nie pan... - wyjąkała. Skinął głową na jej podziękę.
- Taka młoda dziewczyna jak ty nie powinna sama wędrować. To niebezpieczne. - stwierdziła Lina.
- Ależ nie! Od wielu lat wędruję po tym lesie i po raz pierwszy przydarzyło mi się coś takiego. To było... straszne... - zamilkła na chwilę. - Ja wyruszyłam w głąb lasu zbierać zioła dla mojej pani - wtedy uchyliła wieko i zaprezentowała im zieloną zawartość kosza.
- Zbierałaś zioła... Twoja pani jest zielarką? - zapytał Natten.
- T... tak. Jest zielarką.
- Doskonale się składa! - ucieszyła się Lina. - Odprowadzimy cię i poprosimy twoja opiekunkę o pomoc - rany Nattena potrzebują fachowej pomocy.
- N.... nie wiem... A jeśli pani Kesa nie będzie w stanie wam pomóc?
- To wtedy trafisz do jej domu cała i zdrowa. - stwierdził Natten i wstał.
- D... dobrze... Dziękuję wam... Nie powinniście... Naprawę... - dziewczyna spuściła wzrok. - Nazywam się Letta.
Peryl szybko przedstawiła siebie i pozostałych, poczym podążyli za uczennicą zielarki.
***
Dom opiekunki Letty znajdował się daleko od miejsca, w którym spotkali jej podopieczną. Gdy słońce zaczęło zachodzić, wciąż nie byli na miejscu.
- Zatrzymajmy się! Nogi mnie bolą! - jęknęła Karin, a Peryl spojrzała na nią z politowaniem.
- Letto, chcesz się zatrzymać, czy wolisz wędrować nocą? - zapytała elfka.
- Wolę się zatrzymać. Nie lubię chodzić po ciemku.
- A czy twoja pani nie będzie się martwić o ciebie?
- Nie. Gdy wyruszam na poszukiwanie ziół dla niej, często nie ma mnie cały tydzień.
- To dobrze. Nie chciałam jej narażać na niepotrzebne zmartwienia.
- Nie... Ona wie... Ona wie, że jestem cała i zdrowa.
Godzinę potem siedziały przy ogniu i jadły kolację. Nattena z nimi nie było. Spacerował po lesie z uczuciem troski i niepokoju w sercu. Wtem usłyszał za sobą szelest. Natychmiast pochwycił miecz i odwrócił się. Opuścił broń, gdy dostrzegł Uld stojącą w ciemnościach.
- To tylko ty. - schował miecz do pochwy, a dziewczyna zaśmiała się.
- To chyba dobrze, że to tylko ja. Spodziewam się, że nie wolałbyś Karin. - zachichotała ponownie, a gdy się uspokoiła, rzekła: - Wyglądasz na strapionego, stało się coś?
- Nie jestem Onee. Nie potrzebuję twojej opieki.
- Opieki może nie, ale rady owszem.
- Tego też nie chcę. - odwrócił się do niej plecami i ruszył wolno przed siebie.
- Obudził się, prawda? - jej słowa zatrzymały go. - Dziś podczas walki przejął nad tobą kontrolę. - Natten odwrócił się i spojrzał na nią zdziwiony. - Nie poradzisz sobie z nim, Nattenie. Dziś wygrałeś, ale następnym razem...
- Wiesz o nim?
- Oczywiście. To było do przewidzenia, że resztka krwi Shikamiego zacznie żyć własnym życiem i zacznie narzucać ci swoja wolę. Bo jeśli nad czwartym bogiem mogłeś zapanować, to z tą bestią sobie nie poradzisz. Słyszałeś kiedyś legendę o mężczyźnie imieniem Derk, w którego ciele uwięziono złego ducha?
- Tak
- Derk umiał go rozbudzać i usypiać czyli zapanował nad nim. Ale zajęło mu to aż 8 lat. My nie mamy tyle czasu, Nattenie. Mamy go mało... Za mało.
- Wiem, Uld.
- Jak chcesz, to ci pomogę w jego ujarzmieniu.
- Ty?
- W końcu jestem kapłanką. Nawiązywania kontaktu z duchami opętanych uczyłam się pierwszego roku wstąpienia do zakonu. Przyjmiesz moją pomoc?
- Co mam zrobić?
- Połóż się. - poleciła, a Natten, lekko zdziwiony, położył się na trawie. Uld przyklękła tuż nad jego głową i położyła dłonie na jego czole. - Zamknij oczy... A potem... odnajdź go w sobie.
- W jaki sposób? - zapytał ją.
- Myśl o nim. Myśl o czarnej krwi w swoich żyłach. Myśl o Shikamim. Na pewno ci się uda.
Natten zamknął oczy i skupił się na tym, co powiedziała Uld. Czarna krew. Bestia. Shikami. Rana na prawej dłoni... Z każdą chwilą czuł się coraz bardziej senny. Dłonie Uld były nienaturalnie gorące. Przez chwilę miał je ochotę odepchnąć, w obawie poparzenia, ale był tak zmęczony, że nie mógł zarobić najmniejszego ruchu. Usłyszał, że wybranka śpiewa coś, ale nie usłyszał słów pieśni, bo zasnął.
***
Natten otworzył oczy i odkrył, że znajduje się w miejscu innym, niż las, który znikł razem z Uld. Wstał i rozejrzał się dookoła. Pomieszczenie w którym się znajdował wydawało się nie mieć sufitu i ścian. Zupełnie tak, jakby znalazł się w wielkiej próżni. Jedyne, co widział, to ziemia pod jego stopami - czerwona i dziwnie falująca. Schylił się i dotknął jej. Palce zagłębiły się w czerwieni, która nagle wypchnęła je do góry. I wtedy zrozumiał - to była jego krew. Znajdował się w swoim wnętrzu. Tu gdzieś znajduje się także tamten stwór... Musi go znaleźć.
Ruszył pewnie przed siebie, starając się dostrzec czarną krew. Jeśli znajdzie ją, znajdzie bestię. Wtem dostrzegł to, czego szukał - na czarnym podłożu znajdowała się czarna jak smoła plama. Tuż obok niej leżała następna. I następna. Natten ruszył ich śladem, aż dotarł do miejsca w którym czerwone podłoże całkowicie znikało, a zaczynało się czarne morze. Stał na szkarłatnym brzegu i niepewnie postawił stopę na mrocznym podłożu, po czym szybko ją cofnął, bo zaczęła się zagłębiać w czarnej w toni. Zrobił krok w tył i wziął głęboki wdech. Wiedział, że jego droga się skończyła. To nie on przyjdzie do bestii, to ona przyjdzie do niego.
- Przybądź do mnie, istoto powstała z czarnej krwi! Przybądź do mnie, bestio! - krzyknął na całe gardło, a echo poniosło jego głos daleko w przód. Gdy jego rozkaz ucichł, przez chwilę nie działo się nic. Nagle czarna toń zafalowała, tak jakby zerwał się bardzo mocny wiatr. Gdy się uspokoiła, coś dziwnego zaczęło się z niej wynurzać.
Przypominało człowieka, ale nim nie było - oczy i usta były nienaturalnie duże, a zamiast nosa miało dwie podłużne szpary.
- Wzywałeś mnie? - z ust bestii wydobył się dziwny pisk, który Natten z trudnością odczytał jako wypowiedziane słowa.
- Tak. Jestem osobą, która cię wezwała.
- Czego chcesz? - pisk był tak okropny, że Natten poczuł nagły ból głowy.
- Chcę, żebyś opuścił ciało, w którym przebywasz. Moje ciało.
- Twoje ciało? - powtórzył stwór i wybuchnął śmiechem, który przypominał wrzask zarzynanej świni. Natten najchętniej zasłoniłby uszy, ale nie chciał wypaś w oczach bestii jako osoba słaba, więc zacisnął zęby i czekał, aż istota zamilknie. Po paru długich i przeciągłych chwilach to się stało. Bestia zamilkła, lecz w jej ogromnych oczach widniało szczere rozbawienie.
- Dlaczego chcesz, żebym opuścił twoje ciało? Przecież sam mnie do niego wpuściłeś, głupcze!
- Shikami wprowadził cię tutaj, wbrew mej woli. Nie chciałem twego towarzystwa.
- Nie chciałeś siły?
- Nie chciałem. Zresztą, powinieneś to wiedzieć - dziś, gdy przejąłeś moje ciało, przerwałem ci i nie pozwoliłem zrobić niczego więcej. Gdybym cię nie powstrzymał, zabiłbyś Peryl, osobę, którą mam chronić.
- Czy to ważne, kogo się zabija? Liczy się tylko uczucie ciepłej i słodkiej krwi na rękach. Tylko to. - bestia spojrzała na swoje długie palce, a jej nienaturalnie duże usta rozciągnęły się w okrutnym uśmiechu.
- Nie popieram twojej fascynacji zabijania innych.
- Ale zabijasz.
- Zbijam. Robię to, bo umiem i muszę, a nie dlatego, że lubię. To nas różni... - zamilkł. Potwór także milczał, ciągle wpatrzony w swoje palce, tak jakby oczekiwał, że nagle pojawi się na nich krew. - Sądzę, - przemówił ponownie Natten. - że nadszedł czas, byś zmienił swoje poglądy.
- Czy ty... chcesz, żebym ci służył?
- Owszem. W końcu przebywasz w moim ciele. Należy mi się jakaś wdzięczność, czyż nie?
- Nie będę twoim sługą! Nigdy! - echo poniosło wrzask istoty, tak, że Natten słyszał jego zaprzeczenie więcej, niż raz. - Chyba... - rzekła bestia, gdy echo zamilkło. - Chyba, ze mnie pokonasz. - po tych słowach rzuciła się na Nattena, który zrobił unik i pochwycił miecz. Wiedział, że musi działaś szybko - istota była o wiele silniejsza od niego. Zaatakował więc stwora od tyłu, ale ten uskoczył w ostatniej chwili.
"Niech to! - pomyślał. - Nie dość, że jest silniejszy, to do tego szybszy!"
Bestia rzuciła się na niego z szeroko rozpostartymi rękoma. Natten wiedział, że ma szansę zadać jej cios, ale jednocześnie długie palce mogą go pochwycić. Wtedy walka będzie skończona. Postanowił jednak zaryzykować. Ruszył w stronę bestii, która wyglądała na najwyraźniej zdziwioną faktem, że miast odpierać jej ataki, stawia jej czoła. Dekoncentracja zgubiła ją - ostrze miecza zagłębiło się w jej brzuchu. Bestia wydała z siebie skrzekliwy pisk, który przerodził się w jeszcze skrzekliwszy śmiech.
- Myślałeś, że pokonasz mnie w taki sposób?! - zaskrzeczała, a jej skóra zaczęła ciemnieć i nagle ciało stworzenia zamieniło się w kałużę u stóp Nattena.
Chłopak zrobił krok do tyłu, rozglądając się dookoła. Potwór może zaatakować z każdej strony. Gdyby jeszcze wiedział, z której... Odpowiedź przyszła sama - długie palce oplotły się wokół szyi Nattena, nim zdążył dostrzec, że jedna z czarnych kałuż zamienia się w potwora. Miecz wypadł z ręki chłopaka, a on sam zachwiał się i padł na plecy. Bestia wciąż ściskała jego szyję, szeroko uśmiechnięta. To był ohydny uśmiech.
- Zdychaj psie, zdychaj! - zaskrzeczała. - Gdy pozbędę się ciebie, to ciało będzie należeć do mnie i tylko do mnie! Będę mógł mordować do woli! A pierwsze zginą twoje towarzyszki! Poderżnę im gardła, a ich śliczna krew splami wszystko dookoła!
- Nie... odważysz się! - rzucił Natten i złapał stwora za nadgarstki. Starał się wyswobodzić z jego uścisku, ale nie potrafił.
"Muszę z nim wygrać. Nie mogę pozwolić, by ten pasożyt rozporządzał się moim ciałem. Nie pozwolę na to!" - przeniósł swoje dłonie z nadgarstków na szyję istoty.
- Jesteś śmiały chłopcze, ale to nie pomoże ci przeżyć. - zaskrzeczał stwór. - To ja cię uduszę. - wtedy palce bestii zmniejszyły objęcie uścisku, tym samym zwalniając objętość uścisku Nattena. Przed oczyma chłopaka zaczęły skakać szare plamy.
"Dużo umiesz chłopcze. Kiedyś z pewnością świat o tobie usłyszy." - w głowie zabrzmiał mu znajomy i jakże drogi głos, do którego dołączył drugi:
"Jesteś silny zarówno ciałem, jak i duchem. Jesteś... moim obrońcą. Bądź przy mnie zawsze."
Natten poczuł gorycz w sercu.
"Tak często mnie chwaliliście. Dostrzegliście to, czego inni nie widzieli. Żyję tylko, dzięki myślom o was. Megari... to nie jest czas na nasze powtórne spotkanie... Jeszcze nie teraz. Nie teraz!" - szare plamy znikły z przed oczu chłopaka. Poczuł, że cała utracona siła wraca do niego.
- Złaź ze mnie! - krzyknął pomimo mocno ściśniętego gardła i uderzył potwora pięścią w zęby. Bestia puściła jego szyję i odskoczyła do tyłu. Natten powoli wstał, starając się łapać jak najwięcej powietrza do płuc. Potem złapał za miecz, gotowy do dalszej walki.
- Miałeś szczęście, nic więcej. - bestia masowała obolałą szczęknę swymi długimi palcami, a w jej dużych oczach czaiła się wściekłość. - Przedłużyłeś swe życie o parę nędznych chwili. Teraz nadszedł twój koniec. - po tych słowach ruszyła w kierunku Natten, lecz nagle zatrzymała się i spojrzała w dół. Chłopak zrobił to samo. Stopy potwora zatapiały się w czerwonym podłożu. Natten przypomniał sobie, jak zanurzył w nim swój palec, który został odrzucony w tył. Bestii jednak nie odrzucało. Z każdą chwilą zatapiał się coraz bardziej. Niczym w ruchomych piaskach. Bestia spojrzała na niego przerażona.
- Nie... nie mogę się ruszyć - wyjąkała.
- Nie tylko mój duch cię nie toleruje. Ciało czuje to samo. - stwierdził Natten. - nie masz szans na wygraną. Poddaj się i służ mi.
Oczy bestii na chwilę zapłonęły wściekłością, lecz ta znikła, gdy dostrzegła, że krew sięga jej pasa. Wtedy kiwnęła potakująco głową.
- Z... zgadzam się... B... będę ci służyć... - gdy tylko wypowiedziała te słowa, przestała się zatapiać. - Wyznam ci swoje imię, tym samym akceptując cię, jako mojego pana. Jednak stoczę dla ciebie tylko trzy walki, bo tylko na tyle pozwala mi ilość czarnej krwi w twoim ciele. Gdy je stoczę, opuszczę twe ciało raz na zawsze. Zgadzasz się na taki układ?
- Tak.
***
Natten otworzył oczy i zobaczył nad sobą skrytą w mroku twarz Uld.
- Udało się? - zapytała.
- Tak. Udało się.
- To dobrze. - uśmiechnęła się do niego. - Musisz mi wszystko dokładnie opowiedzieć.
- Zrobię to po drodze. Musimy wracać do obozu, bo chcę porozmawiać z Liną o czymś bardzo ważnym.
- Czy to ma związek z bestią w twoim wnętrzu?
- Nie. Bestię i to, co się zdarzyło dzisiejszej nocy zostaw dla siebie, zgoda?
- Zgoda.
***
Wczesnym południem następnego dnia dotarli do domu zielarki.
- Tu mieszka moja... pani. - poinformowała ich Letta i zapukała do drzwi, które prawie natychmiast otworzyła wysoka kobieta o srebrno-złotych włosach. - Witaj, o pani. - dziewczyna pokłoniła się, a zielarka odwzajemniła ukłon.
- Witaj Letto. - przeniosła spojrzenie z swej podopiecznej na Nattena i jego towarzyszki. - A kim są ci... wędrowcy?
- Pomogli mi, gdy grupa łotrów zaatakowała mnie w lesie. Chcieli zaczerpnąć u ciebie rady, więc zgodziłam się ich tutaj przyprowadzić.
- Pomogli ci... - powtórzyła zielarka, a na jej wąskich ustach pojawił się słodki uśmiech. - Szlachetni wędrowcy, wdzięczna wam jestem za pomoc mojej dziewczynce. Jak ja mogę się wam odwdzięczyć za ten wspaniały uczynek?
- Bylibyśmy wdzięczni, gdyby dała nam pani zioła, które przyspieszą gojenie ran, gdyż...
- Wejdźcie, wejdźcie! - zielarka dość nieuprzejmie przerwała Linie i wprowadziła ich do wnętrza domku. - Usiądźcie przy stole i odpocznijcie. Zaraz poszukam odpowiednich ziół dla was. Letto - zerknęła na swoją uczennicę. - Przyniosłaś to, o co cię prosiłam?
- Tak... P... Proszę. - podniosła wieko kosza do góry i pokazała jego wnętrze zielarce.
- Tak... tak... - kobieta przyjrzała się roślinom uważnie. - Widzę, że tym razem się postarałaś. Cieszy mnie to. Idź oczyścić zioła, ale na początku przynieś gościom wina. Muszą być zmęczeni wędrówką.
- Dobrze, pani Keso. - Letta znikła na chwilę za drzwiami sąsiedniego pokoju, a gdy go opuściła, miast kosza, niosła tacę, na której leżało 7 kieliszków i pełna butelka. Położyła tacę na stole, przy którym siedzieli i nalała wina do każdego z kieliszków, poczym wróciła do pomieszczenia, z którego wyniosła wino.
Kesa z uśmiechem podła każdemu kielich i podniosła swój do góry.
- Chcę wznieść toast za wasz bohaterski czyn. Za waszą dobroć - nie musieliście pomagać mej uczennicy, a zrobiliście to. Za was. - już miała upić łyk, ale przeszkodziły jej w tym słowa Nattena:
- Ja też chcę wznieść toast.
- Za co, młodzieńcze?
- Za dzisiejsze spotkanie. - rzekł, a Uld i Lina jednocześnie wykrzyknęły:
- Za dzisiejsze spotkanie! - poczym cała trójka przyłożyła kielichy do ust. Kesa, Peryl, Onee i Karin zrobiły to samo.
- Smakuje wam? - zapytała Kesa.
- Doskonałe - przyznała Karin i pociągnęła kolejny łyk z kielicha.
- Sama je robiłam. Cieszę się, że wam smakuje.
- Ach, tak... - Karin ziewnęła i oparła głowę o ramię siedzącej obok Onee, która powoli zamykała oczy.
- Chyba jesteście bardzo zmęczeni - zielarka zachichotała.
- Nawet pani nie wie, jak bardzo - Uld ziewnęła i zamknęła oczy.
- Odpoczniemy tutaj, jeśli pani to pani nie przeszkadza... - wyszeptała Lina i zasnęła. Nattena też zmorzył sen.
- Miłych snów. - Peryl położyła się na stole i dołączyła do pozostałych.
Kesa powoli wstała i ruszyła w kierunku śpiącego Nattena. Wyglądał na najsilniejszego, więc musi umrzeć pierwszy.
- Pani Keso - usłyszała za Lettę.
- Dobrze się spisałaś. Tak dawno nie jadłam mięsa ludzkiego. Oni są idealni.
- Ale... To dobrzy ludzie. Czy nie mogła by pani...
- Milcz! - krzyknęła na dziewczynę. - Pamiętaj, że to ty mi służysz, a nie na odwrót! Przypominam ci, że żyjesz tylko dzięki temu, że zlitowałam się nad tobą. Ale w każdej chwili mogę zmienić zdanie i pożreć cię tak, jak twoich rodziców!... A teraz jest to jeszcze bardziej możliwe do wykonania, bo mam pod ręką 4 młode dziewki, które z łatwością mogą ciebie zastąpić!
- Wybacz! - Letta padła na kolana i dotknęła czołem ziemi. - Wybacz mi, o pani! Daruj moją zuchwałość!
- Wybaczę ci. Ale robię to tylko dlatego, że żal mi było tych 5 lat, jakie poświęciłam na nauczenie cię rozróżniania magicznych ziół. Rozumiesz moje słowa?
- Tak, pani.
- Wstań więc i zacznij przygotowywać składniki do mojej dzisiejszej kolacji. - Letta wstała bez słowa i wycofała się do kuchni. Kesa tymczasem podeszła do Nattena i położyła dłoń na jego szyi.
- Tak młody, a już musi umierać. - westchnęła. - Jak szkoda.
- O, tak. Szkoda. - chłopak otworzył oczy i złapał za jej nadgarstek. Kesa krzyknęła przerażona, a Letta wybiegła z swej kryjówki i z przerażeniem przyglądała się swej pani starającej się wyrwać Nattenowi.
- Jak? - wyjąkała.
- W jaki sposób nie zasnęliśmy? - Lina otworzyła oczy. - Natten dostrzegł, że zioła, które zbierasz dla Kesy są ziołami, które używają tylko czarownice. Dodatkowo, twój głos drżał, za każdym razem, gdy mówiłaś o swej pani. To nas jeszcze bardziej utwierdziło w przekonaniu, że twojej opiekunce nie warto ufać.
- Na wszelki wypadek nie mówiliśmy nic pozostałej trójce, bo nasz plan mógł nie wypalić - Uld otworzyła oczy. - Postanowiliśmy uważnie ci się przyjrzeć i w razie czego przeszkodzić ci w jakiejkolwiek próbie ataku. Twoje wino z ziela nawra było doskonale przyrządzone, ale każdy, nawet początkujący kapłan, zorientuje się, że to usypiające, a nie zwykłe wino.
- Nie tylko kapłan zauważy różnice. - wtrącił Natten, ciągle trzymający nadgarstek Kesy. - Ten mój toast był znakiem dla Liny, by przypadkiem nie wypiła twojego wina.
- Przeklęci! - miły jak dotychczas głos Kesy stał się szorstki i nieprzyjemny. Kobieta wyrwała się Nattenowi i odskoczyła w tył.
- Przeklęta to jesteś ty, kobieto żywiąca się ludzkim mięsem. - oświadczyła Lina.
- Uld, potrafisz ściągać senność z ludzi, prawda? - zapytał szeptem Natten.
- Tak.
- Obudź więc pozostałe. - wystąpił do przodu, gotowy do walki z Kesą.
- Żałosny psie! Śmiesz stawiać mi czoła?! Nawet nie wiesz, ilu takich jak ty zginęło z mojej ręki! - kobieta zaczęła krzyczeć, a jej twarz zaczęła się kurczyć i szarzeć. Po chwili stała przed nimi stara, przygarbiona kobieta o straszliwym spojrzeniu, pełnym nienawiści.
- Tak jak myślałem. - Natten sięgnął po miecz. - Lino, kiedy wybranki się obudzą, uciekniecie stąd.
- A co z tobą?
- Ja ją zatrzymam.
- Pomogę ci! - wykrzyknęła dopiero co obudzona Peryl.
- Nie. Nie wtrącać się do naszej walki, zrozumiano?
- Nie! Nie zrozumiano! - dziewczyna zerwała się na nogi i podbiegła do Nattena. - Ja też chcę walczyć! To przecież tylko stara kobieta, co ona takiego nam może zrobić?
- To nie jest człowiek, Peryl. To czarownica. Żebyś sobie z nią mogła poradzić musiałabyś się do tej walki przygotowywać latami.
- Ty jesteś... - Kesa utkwiła swe nienawistne oczy w mieczu chłopaka. - Ta rękojeść... Jesteś łowcą czarownic!
- Zgadza się. Zabiłem już wiele takich jak ty.
- Próbujesz mnie wystraszyć? Nieskutecznie! Wielu tu przychodziło i wszyscy skończyli w moim brzuchu, więc z tobą poradzę sobie z łatwością, szczeniaku! Nie śmiej nawet nazywać się moim przeciwnikiem, bo nie dorastasz mi do pięt! - machnęła lewą dłonią, a wtedy pojawiła się przed nią chmara sztyletów, która pomknęła w stronę Nattena.
- Padnij! - krzyknął i uskoczył w bok. Wybranki szybko wylądowały na ziemi, a ostrze sztyletów zagłębiły się w ścianie chatki.
- Jesteś szybki, lecz niewystarczająco. - wiedźma spojrzała z wyższością na Nattena. Przez parę chwil nie wiedział o co jej chodzi, gdy nagle poczuł ból w ramieniu. Spojrzał na nie i zobaczył kilka zadrapań i jeden sztylet wbity w ciało.
"Wbił się tak szybko, że nie zdążyłem poczuć bólu - pomyślał. - Ona rzeczywiście musiała walczyć z wieloma łowcami czarownic. Na jej twarzy nie widać było skupienia podczas rzucania czaru. Czyżby przychodziło jej to z taką łatwością?"
Kątem oka dostrzegł, że Uld rozbudziła już Karin oraz Onee i zamiast uciekać przygląda się jego potyczce z czarownicą.
- Co wy tu jeszcze robicie? - wrzasnął na nie. - Uciekajcie stąd! Natychmiast!
- Mowy nie ma! - słowa Kesy sprawiły, że pod nogami towarzyszek Nattena pojawiły się olbrzymie węże. Karin krzyknęła na całe gardło. - Moi słudzy zaatakują was, gdy tylko się poruszycie. Ich jad zabije was na miejscu. Jeśli zależy wam na życiu, radzę się nie ruszać.
Natten przyglądał się jak węże zaczynają powoli wspinać po nogach jego towarzyszek. Dlaczego nie uciekły tak, jak im rozkazał? Czemu zostały? Czy naprawdę tak bardzo pragną śmierci?... Nagle dostrzegł jednego z węży Kesy, zgrabnie sunącemu ku niemu. Niewiele myśląc, machnął mieczem i odciął mu głowę.
- Szybki z ciebie szczeniaczek. - przyznała czarownica. - To twój główny atut. Ale i tak jesteś za wolny w starciu ze mną. Sądzę, że czas najwyższy, by pożegnać się z tobą. - uśmiechnęła się do Nattena, a chłopak poczuł na swoich ramionach dziwny ciężar. Zerknął na lewe i dostrzegł węża leżącego na nim. Jego łuskowata głowa czuwała przy jego nadgarstku. Najwyraźniej wąż był gotowy w każdej chwili wgryźć się w niego i wcisnąć w jego żyły truciznę. Drugi wąż, na prawym ramieniu zaczął oplatać swe śliskie ciało wokół szyi Nattena. Chłopak wiedział, że próba zrobienia nawet korku skończy się dla niego śmiercią.
- Wyglądałeś na smaczny kąsek, chłopczyku, ale sądzę, że dostałabym po tobie niestrawności. Dlatego zadowolę się tylko twoimi przyjaciółkami. - zachichotała. - A teraz powiedz mi: wolisz by wąż cię zatruł, czy udusił?
- Ani jedno, ani drugie. - oświadczył i uśmiechnął się do czarownicy. - Nie zabijesz mnie. - gdy wypowiedział te słowa, szczęście malujące się na twarzy Kesy spełzło. - Musisz wiedzieć, że nie musze się ruszać, by cię zabić.
- Łżesz.
- Nie śmiałbym cię okłamywać. - zaprzeczył. - A wiesz, co w tym wszystkim jest najzabawniejsze? Nie mógłbym ci nic zrobić, gdybyś nie zraniła mnie sztyletem. Można powiedzieć, że sprowadziłaś na siebie śmierć, chcąc zabić mnie. Czyż to nie jest ironia losu?
- Oszalałeś. - twarz czarownicy poszarzała jeszcze bardziej. - Chcesz mnie przerazić. Tak naprawdę nic nie możesz mi zrobić.
- Sprawdźmy - Natten zamknął oczy. - Rendanie, wzywam cię. - krew spływająca z jego rany na ramieniu stała się czarna i zaczęła niezwykle szybko spływać na ziemię, a gdy już na niej wylądowała, między Nattenem a Kesą stało niezwykłe, podobne do człowieka stworzenie.
- Szybko zdecydowałeś się na moją pomoc. - zaskrzeczało w stronę Nattena. - Choć mi to wcale nie przeszkadza. To jej krew mam przelać? - bestia zerknęła na zdezorientowaną wiedźmę, która zrobiła krok do tyłu.
- Tak. Jej krew. - przytaknął, a szerokie usta Rendana wykrzywiły się w czymś, co można nazywać uśmiechem.
- Nie zbliżaj się! - rozkazała Kesa, a w jej dłoni pojawił się bat, którym trzasnęła bestię w ramię. Z ust potwora wydobył się krzykliwy śmiech. Złapał końcówkę bata w swe długie palce i wyrwał broń czarownicy, mimo, że trzymała bat najmocniej jak umiała. Zaraz po tym, bestia znikła. Kesa przez chwilę rozglądała się nerwowo dookoła, poczym zaśmiała się.
- Wygląda na to, że twój sługa najwyraźniej przeraził się mojej siły i zbiegł!
Natten milczał. Utkwił swe spojrzenie w oczach czarownicy, z których biło poczucie zwycięstwa. Po krótkiej chwili ciszy, rzekł:
- Nie sądzę. - wtedy bat wyrwany Kesie, oplótł się wokół jej szyi.
- Haha! Zdychaj! Zdychaj! - skrzeczał Rendan stojący ja wiedźmą, zanoszący się paskudnym śmiechem, który mieszał się z krzykiem bólu wydobywającym się z ust Kesy. Po paru długich chwilach oba dźwięki się przerwały. Martwe ciało czarownicy osunęło się na ziemię. Węże znikły.
- Już koniec? - zasmucił się Rendan. - Jaka szkoda! A ty... - spojrzał z pogardą na Nattena. - Następnym razem masz mi wybrać silniejszego przeciwnika, zrozumiano? - chłopak nie zdążył mu odpowiedzieć, bo potwór zamienił się w kałużę czarnej krwi. Natten nie odrywając wzroku od kałuży schował mieć do pochwy.
- Udało się... - wyszeptała Letta przyglądająca się z niedowierzaniem ciału czarownicy. - Udało się! - podbiegła do Nattena i złapała go za ręce. - Pokonałeś ją! Za parę miesięcy będę wolna dzięki tobie! Nie będę musiała już żyć pod jednym dachem z morderczynią moich rodziców!
- To nie ja ją zabiłem. Nie dziękuj mi. - wyrwał swoje ręce z uścisku Letty.
- Ale to stało się dzięki tobie! - upierała się dziewczyna. - Przez pięć lat niewoli nauczyłam się rozpoznawać rodzaje ziół i wiem, które są pomocne ludziom, a które wręcz przeciwne. Zostańcie tutaj parę dni, a sporządzę dla was mikstury przydatne w dalszej drodze, oraz uleczę twoje rany, Nattenie.
- Sądzę, że nie chcesz zostać w tej chatce do końca życia. Może poszłabyś z nami? Wyprowadzilibyśmy cię z tego lasu, a wtedy mogłabyś wyruszyć do jednego z państw ludzkich. - zaproponowała Lina.
- Nie. Nie mogę tego zrobić. Kesa rzuciła na mnie czar, który zabiłby mnie, gdybym bez jej zgody wyszła poza granice lasu. Ten czar odnawiała co pół roku. Jest on na tyle silny, że ciąży nade mną nawet po jej śmierci. Dopiero za trzy miesiące przestanie mnie obarczać, a wtedy opuszczę ten las na zawsze. Wtedy wrócę do swojego domu w państwie Deran i będę leczyć ludzi ziołami.
- To piękne plany. Powodzenia. - powiedziała Peryl, uśmiechając się szeroko.
- Nattenie - zaczęła cicho Karin. - To... stworzenie, które pokonało wiedźmę... Co to było?
Uld rzuciła krótkie spojrzenie Nattenowi, a on odpowiedział:
- To był wróg, który stał się sprzymierzeńcem.
Łowczyni Głów
Spędzili w domu wiedźmy dwa dni, podczas których Letta, tak jak obiecała, zajęła się rękoma Nattena i przygotowała parę leczniczych mikstur. Pięć dni później zaczęli się zbliżać do krańców lasu. Ten fakt nie za bardzo zachwycał Nattena. Na polach o trudno o schronienie, a czwarty bóg dawno nie dawał o sobie znać, co nie oznaczało nic dobrego.
"Pragnął, byś był jego wojownikiem idealnym. Ale ty go odrzuciłeś, tym samym sprowadziłeś na siebie jego gniew." - przypomniały mu się słowa starej kobiety. Tak, to prawda, Shikami z pewnością go nienawidził. Natten był pewien, że to co zrobił nie ujdzie mu płazem. Czwarty bóg nie zapomina od tak. Wkrótce znowu uderzy. Muszą być na ten atak gotowi. On musi być gotowy.
Nigdy nie mówił Linie o swoich obawach związanych z Shikamim. Ostatnimi dniami elfka z coraz większym niepokojem przyglądała się Onee. Bała się, że wraz z nadejściem miesięcy jesieni dziewczyna zachoruje. Właśnie z tego powodu poprosiła Lettę o jak najwięcej mikstur leczniczych, które mogłyby zatrzymać ewentualną chorobę. Jednym słowem - Lina miała inne problemy na głowie, nie było sensu obarczać ją nowymi.
- Ej, ty! - z zamyślenia wyrwał go nagły okrzyk. Odwrócił się, pewny, ze zobaczy za sobą Peryl, bo wołający go głos, był bardzo podobny do głosu jego towarzyszki. Ale to nie była Peryl. Dziewczyna, która stała przed nim, mogła mieć z 17 lat. Miała długie jasne włosy związane w kucyka i głębokie, niezwykle czarne oczy. W rękach ściskała miecz, a na jej twarzy malowała się zaciętość.
- Mówiłaś do mnie? - zapytał.
- A niby do kogo miałabym mówić? - rzuciła wrogo.
- Jakby nie patrzeć, to prócz jego jesteśmy jeszcze my. - zauważyła złośliwie Peryl, ale dziewczyna nie zwróciła na nią najmniejszej uwagi. Wyciągnęła miecz przed siebie i skierowała jego ostrze w kierunku Nattena.
- Jesteś Natten, prawda?
- Owszem.
- Nareszcie cię znalazłam. Trzy miesiące na ciebie straciłam.
- Jesteś łowczynią głów, nie mylę się?
- Nie. Przybyłam po ciebie. A dokładnie po twoją głowę.
- Dziewczyno - Lina wystąpiła. - Natten to trudny przeciwnik. Nie sądzę, byś potrafiła sobie z nim poradzić.
- Myślisz, że mnie przestraszysz? Jesteś w błędzie! Straciłam na niego tyle czasu, że nie zamierzam się teraz wycofać od tak! - zmrużyła wojowniczo oczy. - No dalej, Nattenie! Stawaj do walki!
Chłopak bez słowa wyciągnął miecz z pochwy i zrobił dwa kroki do przodu. Cały czas bardzo uważnie przyglądał się dziewczynie.
- Nie gap się tak na mnie! - fuknęła. - Dlaczego nie atakujesz?
- Czekam, aż ty to zrobisz. - jego głos był przepełniony obojętnością.
- Sam tego chciałeś! - ruszyła w jego stronę i zadała cios, który Natten zatrzymał bez najmniejszego wysiłku. Odskoczyła w tył i zaatakowała ponownie. Odepchnął ją po raz drugi. Tym razem zrobił to tak mocno, że dziewczyna zachwiała się i wyładowała na ziemi. Spojrzał na nią i dostrzegł na jej szyi złoty wisiorek w kształcie monety z zielonym kamieniem pośrodku. Bez namysłu schował miecz.
- Koniec walki - oświadczył i spojrzał w stronę wybranek. - Idziemy dalej.
- Nigdzie nie pójdziecie! - krzyknęła rozzłoszczona. - Walczymy dalej!
- Jak masz na imię? - zapytał ją.
- A co cię to obchodzi? - szybko zerwała się na nogi i porwała broń z ziemi.
- Przecież wiesz jak ja się nazywam. Co w tym złego, że ja poznam twoje imię?
- Keiko. Nazywam się Keiko. - przedstawiła się posępnie.
- Keiko... - powtórzył zamyślony. - Przyjmij radę ode mnie: wracaj do miejsca, z którego przybyłaś, bo ja nie zamierzam z tobą walczyć.
- Ale...
- Odejdź stąd natychmiast. - przerwał jej. Lina spojrzała na niego z zainteresowaniem. Czemu tak bardzo chciał odesłać tą obcą mu łowczynię głów?
- Idziemy - zdecydował Natten i razem z wybrankami minął zdziwioną Keiko.
- Stój! - krzyknęła za chłopakiem, a on odwrócił się i utkwił w niej swe spojrzenie. - Nie odejdziesz, dopóki nie stoczysz ze mną prawdziwego pojedynku! Walcz ze mną, Nattenie! - ruszyła w jego stronę w mieczem skierowanym w jego sercu. Natten westchnął. Nie było szans, by odprawić ją słowami. Będzie musiał użyć siły... Złamie jej rękę. Wtedy nie będzie mogła unieść broni i da sobie spokój. Odeśle ją do Letty, która się nią zajmie. Wystarczy złapać Keiko za nadgarstek. Nic więcej.
Była już na wyciągnięcie ręki, gdy nagle zatrzymała się. Wypuściła miecz na ziemię, a z jej ust wyrwał się cichy jęk. Przez chwilę nie miał pojęcia, co się stało Keiko, gdy nagle dostrzegł strzałę utkwioną w jej brzuchu. Odwrócił się i zobaczył Peryl z łukiem w ręce.
- Co... Kto ci kazał strzelać? - jego głos był przepełniony złością.
- Ja... - spojrzenie Nattena przestraszyło dziewczynę. - Przecież ona chciała cię zabić!
Nie zwrócił uwagi na jej dalsze słowa i podbiegł do kulącej się z bólu Keiko, która na jego widok cofnęła się w tył.
- Nie zbliżaj się! - rozkazała łamiącym się głosem.
- Nie zrobię ci krzywdy. - starał się uspokoić przerażoną Keiko, ale nie udało się mu to.
- Kłamiesz! Nie wierzę ci!
- Keiko - spojrzał prosto w jej głębokie czarne oczy. - Nie zrobię ci krzywdy. Nie chcę ci jej robić. Połóż się, a ja wyjmę strzałę. Jeśli będziesz dalej się stawiać, umrzesz.
Łowczyni głów uważnie przyglądała się Nattenowi, tak jakby chciała znaleźć w jego twarzy potwierdzenie, że to, co mówi, jest pułapką zastawioną na nią. W końcu zrezygnowana położyła się na ziemi, a Natten podłożył jej pod głowę swój płaszcz. Lina, która jak dotąd uważnie przyglądała się Nattenowi i Keiko, podbiegła do nich i wyjęła z torby leki od Letty.
- Pomogę ci, Nattenie. - zaoferowała się.
- Nie chcę twojej pomocy. Idź po chrust. Trzeba rozpalić ogień, bo wkrótce zrobi się zimno.
- Ale...
- Uld, Karin i Onee pójdą z tobą. Ze mną zostanie Peryl.
- Skoro tak mówisz. - elfka razem z trójką wybranek ruszyła w głąb lasu, parę razy odwracając się za siebie. Gdy znikły z ich pola widzenia, Natten delikatnie objął środek strzały wystającej z brzucha Keiko.
- Peryl, przygotuj maść przyspieszającą gojenie ran od Letty i bandaże, dużo bandaży. - polecił dziewczynie.
- Zaraz. Co ty chcesz zrobić? - Keiko spojrzała na niego podejrzliwie. Jej twarz była blada jak śnieg.
- Muszę wyrwać tę strzałę - odparł, a łowczyni pokręciła przecząco głową.
- Nie - jęknęła.
- Keiko, to dla twojego dobra. To prawie nie będzie boleć. - gdy Natten wymówił te słowa, Peryl utkwiła w nim swe zdziwione oczy. Pierwszy raz słyszała, by przemawiał do kogoś tak czule.
- W takim razie... Zrób to. Wyrwij ją. - poleciła mu Keiko, a chłopak szybko i sprawnie wyrwał strzałę z jej brzucha, czemu towarzyszył okrzyk bólu dziewczyny, która po chwili zemdlała. Natten i Peryl zajęli się krwią z rany, którą razem zatamowali.
- Miała szczęście, że strzała nie sięgnęła głęboko i niczego nie uszkodziła. - przykrył Keiko swoim kocem, a Peryl wyszeptała:
- Przepraszam. Nie powinnam tego robić. Zadziałałam odruchowo... ja...
- Nie tłumacz się. - przerwał jej.
- Jesteś na mnie zły? - zapytała zasmucona.
- Nie. - odpowiedział, ku jej zdziwieniu. - Bo widzę, że żałujesz swojego czynu. - na dźwięk tych słów Peryl uśmiechnęła się z ulgą.
***
Natten czuwał przy Keiko całą noc. Rano zamienił się z Uld, a popołudniu Uld zastąpiła Lina. Właśnie wtedy Keiko otworzyła oczy.
- Co... co się stało? - zapytała słabym głosem.
- Chciałaś stoczyć pojedynek z Nattenem i zostałaś ranna. - wytłumaczyła jej Lina i wyciągnęła z torby bukłak z wodą. - Na pewno jesteś spragniona. Proszę.
- Dziękuję - Keiko wypiła parę łyków. Wtedy podszedł do nich Natten.
- Keiko, obudziłaś się. - usiadł obok niej.
- Nattenie, czuwałeś całą noc. Powinieneś jeszcze odpocząć. - oświadczyła troskliwie Karin, która podążała za Nattenem krok w krok.
- Nie jestem zmęczony. - zbył dziewczynę. - Keiko, jak się czujesz?
- Dobrze. - mruknęła. Przyglądała się Nattenowi z podejrzliwością, tak jakby sądziła, że nagle zaatakuje ją znienacka. Karin tymczasem prychnęła głośno i odeszła od nich. Keiko odprowadziła ją wzrokiem. - Wyglądała na rozzłoszczoną. Czy ja coś zrobiłam?
- Nie, to nie ty. Zostawię was na chwilę samych. - Lina wstała i pośpieszyła za Karin.
Keiko starała się nie zwracać uwagi na siedzącego obok Nattena, ale w końcu nie wytrzymała i wyrzuciła:
- Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego mi pomogłeś? Przecież chciałam cię zabić! Mogłeś mnie zostawić z strzałą w brzuchu, a ja bym umarła i wtedy miałbyś spokój. Czemu tego nie zrobiłeś?
- Tak... Mogłem cię tu zostawić z strzałą w brzuchu. Gdyby to był ktoś inny, pewnie bym tak zrobił.
- A czym ja się różnię od pozostałych łowców głów? Czym?
Natten utkwił wzrok w ziemi. Wyglądał tak, jakby bił się z myślami. W końcu podniósł wzrok i rzekł:
- Różnisz się od nich tym, że... jesteś do mnie podobna. - Keiko spojrzała na niego zdziwiona.
- Myślisz, że ci uwierzę? Wymyśl lepszy powód!
- Postaram się.
***
Trzy dni później, dzięki troskliwej opiece i lekom Letty, Keiko czuła się o wiele lepiej i oświadczyła, że bez problemu mogłaby iść do domu zielarki, która całkowicie usunęłaby jej ranę. Jednak Lina i Natten kategorycznie sprzeciwili się i Keiko została w obozie.
Podczas trzech dni kuracji, łowczyni najbardziej zaznajomiła się z Nattenem. Jej początkowa nieufność do niego szybko znikła i tylko z nim chciała rozmawiać. Tak dokładnie, to ona ciągle mówiła, a Natten uważnie słuchał jej słów. Wyglądało na to, że takie rozmowy sprawiały mu dużą przyjemność, w przeciwieństwie do Karin, która nie potrafiła patrzeć w stronę Keiko i Nattena bez zgrzytania zębów. Chodziła po obozie ciągle zła, lecz powodów swej złości nie chciała nikomu ujawnić.
- Keiko, dlaczego zostałaś łowcą głów? - zapytał Natten czwartego dnia ich wspólnej znajomości.
- Chcę się zemścić - odparła i wzięła do ręki do swój okrągły naszyjnik. - Chcę wybić wszystkich łowców czarownic, a od ciebie było najłatwiej zacząć, bo jesteś poszukiwany. Chciałam zanieść twoją głowę do ich siedziby i wszystkich wybić. Ale na przedtem mieli mi dać informacje o nim... - urwała raptownie. Zaczerpnęła powietrza i mówiła dalej: - Chcę się zemścić na łowcach czarownic za to, że zabili moich rodziców gdy miałam 5 lat. Wtedy zdążyłam uciec i ukryć się... Później pewni dobrzy ludzie zaopiekowali się mną i choć starali się oduczyć mnie nienawiści do łowców, nigdy im się to nie udało.
- Keiko, mówiłaś, że chcesz zdobyć informacje o pewnej osobie. Kim... kim ona jest? - zapytał, starając się opanować drżenie głosu.
- Nie wiem, kim jest ta osoba... Ale przez nią moim rodzice ponieśli śmierć. On... był jakimś zbiegiem i łowcy czarownic myśleli, że rodzice go ukrywają... Pamiętam, jak przyglądałam się wszystkiemu z ukrycia. Słyszałam krzyki: "Szukajcie! On musi gdzieś tu być! Musi!"... A potem spalili mój dom... I... - urwała, a przez jej twarz przebiegł grymas bólu.
- Keiko, zrezygnuj z tej zemsty. Nie przyniesie ci nic dobrego. Jesteś za słaba, by stoczyć pojedynek z jakimkolwiek łowcą czarownic.
- Ale ja uczę się posługiwać mieczem od ponad 5 lat!
- A łowcy uczą się tego od 5 roku życia. Nie masz żadnej szansy. Żadnej. - wstał i zostawił Keiko samą.
***
Następnego dnia łowczyni głów podeszła do Nattena z mieczem w rękach. Od czasu rozmowy o zemście, nie zamienili z sobą słowa.
- Powinnaś jeszcze leżeć. - powiedział do niej, nie patrząc w jej stronę. - Rana może się otworzyć.
- Nie obchodzi mnie to. - oświadczyła butnie. - Nattenie, wzywam cię do walki i nie przyjmuję odmowy.
Spojrzał na nią i dostrzegł zdecydowanie w jej czarnych oczach. Nie było sensu próbować wybić jej ten pomysł z głowy. Ona i tak nie zrezygnuje.
- Skoro tego chcesz. - podniósł miecz i ustawił się naprzeciw niej. - Gotowa?
- Gotowa.
- Zaczynaj w takim razie.
Nie musiał dwa razy powtarzać. Keiko podbiegła do niego i zadała cios, który został odparty. Natten dostrzegł, że tym razem jej atak był o wiele silniejszy - dziewczyna poznała już jego siłę i wiedziała, że jeśli chce wygrać, musi uderzać najsilniej jak potrafi. Jednak nawet jej najpotężniejsze uderzenia były za słabe dla Nattena, który bez największego problemu parował je, nie siląc się na atak.
Wtem Keiko zgięła się w pół i złapała za brzuch lewą ręką. W prawej ciągle trzymała miecz. Przyjrzał się jej zaniepokojony, lecz nie dostrzegł śladów krwi na bandażu. Rana się nie otworzyła. Na szczęście.
- Niech to - powoli wyprostowała się i ujęła rękojeść w obie dłonie. - Nie przegram. Nigdy.
- To już koniec, Keiko. Przykro mi. - Natten wreszcie zdecydował się zadać cios - pobiegł do niej i uderzył z całej siły w miecz dziewczyny, który wypadł jej z ręki i wylądował parę metrów dalej. - Nie pokonasz mnie. Jesteś za słaba. - oświadczył i schował miech do pochwy.
Dziewczyna przez chwilę wpatrywała się w niego, a potem przeniosła spojrzenie na miecz, który tak nagle wyrwał się z jej rąk. Spuściła głową i zaszlochała.
- Dlaczego? Dlaczego nie dajesz mi nawet cienia szansy na zwycięstwo?
- Bo jesteś za słaba by się mścić. Chcę, żebyś to zrozumiała.
- Chcesz, żebym zrozumiała, a sam nic nie rozumiesz! Nic! Co ty w ogóle możesz wiedzieć o zemście? Nic! - poderwała głowę do góry, a jej oczy były przepełnione złością. - Czy tobie też zabili rodziców? Czy wychowywałeś się zupełnie sam? Bez nikogo? Nie! I właśnie dlatego nigdy mnie nie zrozumiesz!
- A właśnie, że cię rozumiem. Doskonale rozumiem. - podszedł do niej i położył ręce na jej ramionach. - Przecież już ci mówiłem, że jesteśmy do siebie podobni.
Zacisnęła usta i przytuliła się do niego. Nie płakała jednak długo. Po chwili cofnęła się i choć w jej oczach nadal lśniły łzy, na ustach malował się dziarski uśmiech.
- Nattenie, dziś wygrałeś. Ale radzę ci być czujnym - gdy spotkamy się ponownie, będziesz mieć ze mną trudną przeprawę.
- Wierzę.
- To dobrze. Ja... nie wiem dlaczego, ale cię polubiłam. To dziwne. Przecież nie powinnam bratać się z wrogiem!... Ale ty... Ty jesteś całkiem inny, niż myślałam. Jesteś moim przyjacielem i chcę, żebyś to zatrzymał. - ściągnęła swój naszyjnik i wręczyła go Nattenowi. - Będzie ci przypominać obietnicę naszego kolejnego wspólnego pojedynku.
- Ja też coś dla ciebie mam. - wyjął z kieszeni srebrną bransoletę, którą dostał od króla Haru. - Będzie dawać ci siłę.
Wzięła bransoletę do ręki i nałożyła ją na nadgarstek.
- Na pewno ją da. - stwierdziła. - Do widzenia, Nattenie. Podziękuj wszystkim za opiekę nade mną... A ta wasza zielarka mieszka na południu, zgadza się?
- Tak. Powołaj się na nas, a ona na pewno ci pomoże.
- Tak też zrobię. - odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem ruszyła przed siebie.
Natten przyglądał się jej złotym włosom błyszczącym w coraz słabszym świetle słonecznym. Miały kolor naszyjnika, który mu dała... Zamknął oczy i stała się nie wspominać przeszłości.
***
Biegł ile miał sił w swych pięcioletnich nogach. Nigdy nie czuł tak wielkiego szczęścia w sercu. Nigdy. Szybko wbiegł do domu i przemknął przez korytarz , by dostać się do pokoju leżącego na jego końcu. We wnętrzu pokoju było ciemno i duszno. Na zakrwawionym łożu leżała zmęczona kobieta trzymająca na rękach malutkie niemowlę. Na jej szyi wisiał naszyjnik o kształcie monety z zielonym kamieniem pośrodku. Tuż obok niej siedział uśmiechnięty mężczyzna.
- Jak ją nazwiemy? - zapytał szeptem.
- Keiko - odparła tłumiąc łzy.
- Pani Deyo, pani Morenie? - zrobił krok do przodu. - Czy... czy to jest moja siostra?
Z twarzy mężczyzny znikł uśmiech.
- Nattenie, kto ci pozwolił wchodzić do domu?
- Nikt... Ja sam... - starał się nie pokazywać strachu. Nie mógł się bać. Za to czeka bolesna kara.
- Jesteś nieposłuszny! - mężczyzna podszedł do niego i złapał za ramię. Uchwyt był okropnie mocny, ale Natten nawet się nie skrzywił. - Nieposłuszny! - człek powtórzył i uderzył go w policzek. - Wyjdź stąd, natychmiast!
- Tak jest... - wycofał się powoli, a gdy drzwi do pokoju zatrzasnęły się na nim, usłyszał głos kobiety:
- Jak dobrze, że już za parę dni stąd odejdzie.
***
- Keiko odeszła? - z zamyślenia wyrwała go Lina, która wróciła z polowania razem z wybrankami.
- Tak. Odeszła. - spojrzał na ścieżkę, na której jeszcze przed chwilą widać było dziewczynę. Teraz była pusta.
- Ona nie wie, prawda? - zapytała go nagle. Zerknął na nią i zaśmiał się w duchu. Przed oczami elfa nic nie umknie.
- Nie wie. Jak się domyśliłaś?
- Twoja troska o nią była niezwykła. Poza tym - oczy. Oczy was zdradzają. Tak samo czarne, tak samo głębokie. Dlaczego jej nie powiedziałeś?
- Bo prawda mogłaby ją zabić.
Chłopak z oberży
Storm wiedział, że jest śledzony. Od pięciu dni podążały za nim trzy indy. Od pięciu dni starał się cały czas mieć na baczności. Przeczuwał, że atak nastąpi w najmniej odpowiednim momencie, dlatego prawie nie spał. Stała czujność odcisnęła na nim piętno w postaci ciągłego zmęczenia, które odczuwał nie tylko on, ale i jego wierzchowiec.
Westchnął więc z ulgą, gdy na horyzoncie zobaczył budynek, w którym rozpoznał oberżę. Gdy zatrzymał się pod nią, oddał swojego rumaka chłopcu stajennemu, wręczając mu do ręki kilka złotych monet.
- Zajmij się nim. - polecił. - Nakarm i napój. Zasłużył na odpoczynek. - po tych słowach skierował swe kroki do wnętrza zajazdu.
W środku było ciemno i duszno. Szybko zajął miejsce przy pierwszym lepszym stoliku i dyskretnie rozejrzał się dookoła. Ludzi było niewielu. Wszyscy wyglądali na zmęczonych i zajętych swoimi sprawami. Gruby oberżysta przyjął od niego zamówienie i rezerwację pokoju, po czym zostawił Storma samego sobie.
Elf westchnął. Było źle. Parę nocy temu dowiedział się od króla Haru, że wcale nie wzywał Hany. Elfka, którą znał od tylu lat przeszła na stronę wroga. Storm czuł się za to winny, mimo, że król zapewniał go, że i tak nie mógłby jej powstrzymać... A jak zareaguje Lina gdy dowie się o tym? Czy znienawidzi go?
- Wyglądasz na strapionego przyjacielu. Czy mogę wiedzieć, co doskwiera twojej duszy? - usłyszał nagle. Podniósł wzrok i zobaczył lekko uśmiechniętego chłopaka siedzącego naprzeciw niego. Miał duże zielono-szare oczy, kręcone włosy i młodą twarz. Na środku czoła nieznajomego elf dostrzegł małą bliznę.
- Może rzeczywiście coś mnie trapi. - przyznał. - Ale to tylko i wyłącznie moja sprawa. - Storm dokładnie pamiętał przyrzeczenie dane królowi Haru, by nigdy nie mówić ludziom celu swojej misji. Wiec tak zrobił. Poza tym, chłopak zjawił się niespodziewanie. Gdy Storm wszedł do oberży nie było go w środku. A jeśli to szpieg Shikamiego? - Sprawiłbyś mi wielką przyjemność, gdybyś mnie teraz zostawił samego. - rzekł ponuro. Chłopak jednak nie ruszył się z miejsca, wciąż uśmiechnięty.
- To może sam zgadnę przyczynę twoich zmartwień? - zaproponował. - Jestem pewien, ze na sercu ciążą ci te trzy olbrzymie latające koty, które zataczają koła wokół oberży?
- Koty? - Storm udawał zdziwionego.
- Olbrzymie latające koty wyglądające jak dawno wymarłe indy. - przytaknął i odgarnął włosy z czoła. - Zataczają szerokie koła dookoła zajazdu w dużych odstępach od siebie. Ludzkie oko stąd ich nie dojrzy... Ludzi obchodzi zresztą jedynie to, co mają przed sobą, a nie dookoła siebie.
"Przecież sam jesteś człowiekiem" - pomyślał Storm i rzekł:
- Naprawdę nie wiem o czym mówisz.
- A mi się zdaje, że jednak wiesz. - chłopak nie dawał za wygraną. - Jeśli chcesz - nachylił się w stronę elfa. - mogę pomóc ci je przepędzić. Podobno dość dobrze strzelam z kuszy. Gdybyś zwrócił ich uwagę na siebie, ja szybko usunąłbym je z tego świata. Co ty na to?
Storm nie odpowiedział. Sam nie wiedział co ma myśleć. Ten chłopak sam od siebie zaoferował mu swoją pomoc. Czy to nie dziwne? A jeśli jest szpiegiem Shikamiego?
"Przecież wtedy nie oferowałby mi swego wsparcia. - pomyślał. - Ale jeśli chce w ten sposób uśpić moją czujność? - szybko zerknął na chłopaka, który cierpliwie oczekiwał jego odpowiedzi. - Nawet jeśli, to jego z pewnością będzie łatwiej pokonać, niż te trzy koty, które zaatakują mnie natychmiast, gdy dostrzegą, że nie potrafię unieść miecza."
- A jeśli przyjmę twoją pomoc? - zaczął ostrożnie. - Co chcesz w zamian? Ciężko mi uwierzyć w twoją bezinteresowność.
- Przejrzałeś mnie. Potrzeba mi parę sztuk złota. A jeśli ich nie masz, możesz mi oddać tą błyskotkę. To prawdziwe srebro? - zielono-szare spojrzenie chłopaka zatrzymało się na bransolecie od króla Haru.
- To podarunek od ważnej osoby i nikomu jej nie oddam. Zapłacę ci w złocie.
- Doskonale. - chłopak podniósł się. - Chodź. Załatwmy tą sprawę natychmiast.
***
Pod oberżą szepnął do Storma:
- Widzisz? Tam nad lasem na horyzoncie. - elf spojrzał we wskazanym kierunku i dostrzegł inda powoli szybującego przed siebie. Za nim, w bezpiecznej odległości od siebie podążały dwa pozostałe koty. We trójkę zataczały olbrzymie koło dookoła oberży.
Wtedy Storm zauważył coś jeszcze - koty były tak daleko oberży, że oko zwykłego człowieka nie dostrzegłoby ich. Ale chłopak nie miał z tym większego problemu. W jaki sposób to się mu udało?
- Ruszaj. - dziwny chłopak ściągnął do jednym słowem na ziemię. - Wkrótce cię dojrzą i zbliżą się do ciebie. Wtedy je ustrzelę i strącę na ziemię. Możliwe, że nie zginą od razu, wtedy...
- Ja się nimi zajmę. - oświadczył Storm. - W końcu potrafię się posługiwać mieczem.
- Niech będzie. - chłopak kiwnął głową, a elf zaczął powoli kroczyć przed siebie. Kiedy oddalił się jakieś 60 kroków od oberży, indy zmieniły kierunek lotu i zaczęły zataczać koła nad jego głową. Nie zwietrzyły postępu... chyba, że podstęp miał dotyczyć jego osoby, a nie tych trzech olbrzymich kotów pokrytych łuską.
Nagle coś świsnęło w powietrzu, a zaraz potem trzy ciała z hukiem spadły na ziemię. Spojrzał na indy z niedowierzaniem. Były martwe. Cała trójka. Każdy miał wbity bełt w środek głowy. Chłopak trafił idealnie. Za idealnie jak na człowieka. Ludzie nie mają tak dobrego wzroku...
- Zadanie wykonane. Czekam na nagrodę. - chłopak podszedł do niego i znacząco wyciągnął rękę przed siebie. Storm wręczył mi parę złotych monet i odetchnął z ulgą. Indy nie będą go dłużej prześladować. Podróż stanie się o wiele bezpieczniejsza i wygodniejsza. Czuł okropne zmęczenie odbijające się po pięciu dniach ciągłego czuwania i krótkich chwil snu. Zapragnął zjeść zamówione przez siebie jedzenie i zasnąć. Podziękował chłopakowi i szybkim krokiem ruszył do oberży. Czas najwyższy odpocząć.
***
Następnego dnia, późnym południem, ruszył w dalszą drogę. Jego wierzchowiec też był zadowolony z odpoczynku, bo jego ruchy odzyskały swoją szybkość i grację, którą utraciły podczas dni prześladowań.
W lesie, nad którym poprzedniego dnia kołowały koty na służbie Shikamiego, znalazł się w środku nocy. Storm zaczął się rozglądać za miejscem odpowiednim na odpoczynek i nagle zobaczył w oddali jasną poświatę ognia. Zaciekawiony skierował konia w stronę łuny. Gdy znalazł się blisko ognia, cicho zszedł z wierzchowca. Zrobił parę kroków w przód i dostrzegł ognisko, przy którym siedział nikt inny, jak chłopak z oberży.
- Proszę, znowu się spotykamy! - powiedział na przywitanie. Pomimo tego, że w jego głosie brzmiała nuta sympatii, Storm wolał podchodzić do niego z rezerwą. - Nie przyjemnie jest wędrować przez las nocą, prawda? Lepiej zatrzymaj się tutaj. We dwójkę będziemy bezpieczniejsi.
- Nie chcę sprawiać kłopotu.
- Niczego nie sprawiasz! Z chęcią z kimś porozmawiam. Od wielu tygodni z nie rozmawiałem z nikim tak naprawdę.
- Szczerze mówiąc, to ja też. - Storm usiadł naprzeciw niego, po drugiej stronie ogniska. - Nazywam się Storm, pochodzę Ksewes.
- Ksewes, powiadasz? To daleko stąd. Ja jestem Koshi i jeśli chcesz wiedzieć, to nie mam ojczyzny. - na ustach chłopaka widniał uśmiech, lecz jego oczy były pełne powagi.
- Nie masz ojczyzny, jak to? - zdziwił się elf.
- Po prostu nie mam. - odparł nie wzruszony, a Storm postanowił nie przeciągać tego tematu. Najwyraźniej Koshi nie chciał o tym mówić.
Przez chwilę panowała między nimi grobowa cisza, którą chłopak przerwał pytaniem:
- Podróżujesz na wschód, zgadza się? Gdzie zmierzasz, skoro przed tobą będą rozciągać się tylko lasy i pola... A za nimi leży Ened, państwo kalyshów. Chyba nie zmierzasz do niego, co?
- A jeśli tak?
- A jeśli tak, to radzę ci zmienić kierunek. Nie wpuszczą cię lub, co gorsza, wezmą do niewoli.
- Tylko, że ja muszę się tam dostać. Muszę porozmawiać z władcą kalyshów, nawet gdyby to miało sprowadzić na mnie śmierć.
- Widzę, że naprawdę ci na tym zależy. - Koshi patrzył na Storma z rosnącym zainteresowaniem. - Widzisz... ja też zmierzam do Ened. Ale w przeciwieństwie do ciebie, nie jestem na tyle głupi, by podchodzić do bramy ich państwa i błagać o wpuszczenie mnie. Jest pewien o wiele wygodniejszy sposób wejścia do środka.
- Jaki?
- Od razu dodaję, że ów sposób będzie trochę kosztować.
- Mam pieniądze! Jestem gotowy ponieść wszelkie koszty, więc powiedz mi co za sposób!
- Przekonasz się jutro wieczorem. Już późno. Idź spać. - chłopak położył się i naciągnął na siebie koc.
- Jutro wieczorem? - Storm nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. - Ja nie mam czasu, żeby czekać na twoje łaskawe wyjaśnienia!
- Jeśli ci naprawdę zależy, to poczekasz. A teraz zrób mi przyjemność i nie krzycz już. Dobranoc. - Koshi zamknął oczy i po chwili już spał.
Storm sam nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć, ale w końcu postanowił poczekać. Miał nadzieję, że poświęcenie jednego dnia nie zwróci się przeciw niemu.
***
Śniadanie zjedli w ciszy. Milczeli także po nim. Dopiero, gdy słońce świeciło wysoko nad ich głowami, Koshi zwrócił się do Storma:
- Chyba nie za wiele wiesz o kalyshach, co? Jeśli chcesz, mogę ci o nich powiedzieć wszystko co wiem. A wiem naprawdę dużo. - Storm zdziwił się, że chłopak nie dodał, że zrobi to za drobną opłatą, ale nie powiedział swoich myśli na głos.
- Mów w takim razie. - rzekł w zamian. - Muszę je znać bardzo dobrze, skoro chcę odwiedzić ich państwo.
- Pewnie to już wiesz, ale ci przypomnę: ród kalysh powstał później od innych ras. Nilnan, Naya i Shiryu stworzyli kalyshe tuż po śmierci Shikamiego. Mieli nadzieję, że klątwa rzucona przez czwartego boga nie dosięgnie ich nowych dzieci. Stało się jednak inaczej - przekleństwo uderzyło w istoty, tak jak w inne rasy na Varisannie. Kalyshe z dobrych i ufnych stały się egoistyczne i podejrzliwe. Ufają tylko swoim pobratymcom. Pozostałe rasy mogą im najwyżej służyć. Oczywiście, są wśród kalyshów wyjątki, lecz te wyjątki są traktowane przez pozostałych jak szaleni... Jeśli nie gorzej. - westchnął. - Kalyshe, podobnie jak elfy mogą żyć wiecznie, co nie oznacza, że nie da się ich zabić. Najlepszy i najskuteczniejszy sposób zabicia kalysha to odcięcie głowy. Oczywiście, można atakować inne części ciała, tak jak serce, ale szansa, że ranny kalysh zginie jest niewielka. Ich wnętrzności są bardzo wytrzymałe i posiadają niezwykły dar szybkiego leczenia się.
"Teraz już wiem, dlaczego są takimi doskonałymi wojownikami" - stwierdził w myślach Storm i zapytał:
- A co wiesz o rogach kalyshów?
- Rogi! Dobrze, że mi o nich przypomniałeś! Każdy kalysh ma na środku czoła róg koloru perłowego. Rośnie on, gdy kalysh przekroczy 50 rok życia, czyli stanie się pełnoletni. Jeśli róg pęknie lub zostanie odcięty, straci on swoją śmiertelność i przestanie być akceptowany przez pozostałych... Bo już nie będzie jednym z nich... - urwał. Znowu zapadła między nimi cisza, którą ponownie przerwał Koshi: - Kalyshe są złe... Egoistyczne i okrutne... Teraz... teraz, gdy już wiesz, jakie one są, zrezygnujesz z odwiedzin Ened, prawda? Dasz sobie spokój?
- Dlaczego uważasz, że tak zrobię? - zdziwił się Storm. - Wiem, że moja chęć rozmowy z królem kalyshów brzmi absurdalnie, ale taka jest moja misja i nie zamierzam jej zaniechać. Zrobię to dla wszystkich mieszkańców Varisannu i dla osoby, na której mi zależy.
Chłopak utkwił w nim swe duże oczy i uśmiechnął się kpiąco.
- Jesteś głupcem. Inteligentnym głupcem. Lubię takich i zrobię wszystko, by ci pomóc. - podniósł się i wspiął na najbliższe drzewo. Przez chwilę znikł w jego czerwono-złotej koronie, a gdy zeskoczył na dół, rzekł: - Widać ich na horyzoncie. Zjawią się tutaj wieczorem.
- Kto?
- Ci, którzy nam pomogą.
***
- Masz pieniądze, prawda? - zapytał go Koshi, gdy słońce zaczęło zachodzić.
- Mam.
- To doskonale. On nie robi tego za darmo. Właśnie dlatego wziąłem od ciebie złoto za zabicie indów.
- Koshi, czy mógłbyś mi wreszcie wytłumaczyć w jaki sposób mam dostać się do Ened? Czekam na twoją odpowiedź już wystarczająco długo.
- Poczekasz jeszcze chwile... Słyszysz? Nadchodzą.
Storm usłyszał. W oddali rozbrzmiewały odgłosy kroków. Kroków wielu stóp. Już go nawet nie zdziwił fakt, że Koshi nie miał prawa tego słyszeć, bo ucho ludzkie nie ma tak dużego pola zasięgu słuchu. Kroki z każdą chwilą zbliżały się do obozowiska. W końcu na polanę wstąpił mężczyzna wyglądający na 50 lat, a za nim podążali mężczyźni, kobiety i dzieci... Wszyscy, prócz człeka prowadzącego pochód, mieli na rękach ciężkie kajdany połączone z sobą łańcuchami.
"Handlarz niewolników! - pomyślał z przerażeniem Storm. - Koshi oszukał mnie! Od początku planował mnie sprzedać!" - zerwał się na równe nogi. Koshi, jakby czytał w jego myślach, bo również wstał i szepnął:
- Spokojnie, Storm. Nic nie jest takie, jakie ci się wydaje. - po czym podszedł do handlarza i uścisnął mu dłoń. - Witaj Reilomie. Dobrze cię znów widzieć.
- Ciebie też, Koshi. - mężczyzna zerknął na elfa. - A któż to? Nowy towarzysz naszej wędrówki?
- Dokładnie
- Ma pieniądze? Nie chcę ryzykować za darmo.
- Bądź spokojny. Ma pieniądze.
- W takim razie za chwilę wszystko omówimy. - człek wyjął z kieszeni pęk kluczy i, ku ogromnemu zdziwieniu Storma, zaczął zdejmować kajdany z rąk niewolników. Kiedy wszystkie były wolne od więziennych bransolet, Reilom rzekł: - Znajdźcie w pobliżu miejsce na nocleg. Ja tymczasem porozmawiam z Koshim i jego towarzyszem. - ludzie zaczęli się rozchodzić. Storm zauważył, że większość z nich kiwa głowami na przywitanie w kierunku Koshiego. Co dziwne, żaden z niewolników nie wyglądał na zmęczonego lub nieszczęśliwego. Wszyscy byli uśmiechnięci i jakby zadowoleni.
Kiedy zostali we trójkę na polanie, Reilom usiadł przy ogniu i spojrzał pytająco na Storma.
- Jakie imię nosisz, elfie?
- Storm
- I chcesz dostać się do Ened?
- Tak
- A co, jeśli można wiedzieć, chcesz tam robić?
- Chcę się spotkać z królem kalyshów.
Reilom spojrzał na niego jak na wariata. W końcu wzruszył ramionami i powiedział:
- Za drobną opłatą pomogę ci się dostać do Ened, ale audiencji u króla Kavona ci nie załatwię.
- Nie wymagam tego. - rzucił pod stopy człowieka swoją sakiewkę. - To wszystko, co mam. Wystarczy?
- Oczywiście - podniósł sakiewkę i schował ją do kieszeni. - Teraz muszę ci wyjaśnić, co się tutaj dzieje. Pewnie masz zamęt w głowie, co? Znając Koshiego, to nic ci nie wytłumaczył.
- Nie zrobiłem tego, bo ty jesteś w tym lepszy, staruszku. - stwierdził chłopak.
- Staruszku? A to dobrze! - Reilom wybuchł śmiechem. - Ty i twoje poczucie humoru! - chichotał jeszcze przez parę minut. Gdy w końcu się opanował, rzekł: - Jakie są kalyshe, każdy wie. Okropnie zimne i nieufne stworzenia. Są jednak wyjątki. Takim wyjątkiem jest pan Een i jego żona Aruya. Oni szanują inne rasy, ale ten fakt trzymają w tajemnicy, gdyż inaczej zostaliby znienawidzeni i zaszczuci przez pozostałe kalyshe. Niewolnicy, których wykupili mają dobrze życie - za pracę dostają pieniądze, a gdy będą chcieli odejść, dostaną na to pozwolenie. Pan Een pozwala im także opuszczać chwilowo Ened, by odwiedzić swoją rodzinę.
- Szkoda, że tylko Een i Aruya traktują w taki wspaniały sposób swoich niewolników. - rzucił przez zaciśnie zęby Koshi.
- Tak więc - ciągnął dalej Reilom. - ci ludzie, których prowadzę, to kilka osób zatrudnionych u pana Eena, wracających z odwiedzin u swoich najbliższych oraz tacy, których wykupiłem od innych handlarzy na polecenie pani Aruyi. To dobra kobieta. Dała mi pieniądze i poleciła, bym wykupił wszystkich niewolników od pierwszego napotkanego handlarza, a gdy ten będzie już daleko, mam wypuścić tych, którzy chcą odejść, a resztę przyprowadzić do niej, a ona da im pracę.
- Czyli wprowadzasz do Ened nieprawdziwych niewolników?
- Tak. Wyprowadzam także tych, którzy chcą odejść lub opuścić państwo na pewien czas. Mówię wtedy strażnikom, że tej grupki ludzi nikt nie chciał kupić, dlatego zostaną zabici w Lesie Szeptów, a ci głupcy w to wierzą!
- A więc tylko udajesz handlarza niewolnikami... To musi być duże ryzyko z twojej strony, nieprawdaż?
- Bez ryzyka nie było by życia, jak to w zwyczaju miała mawiać moja mateczka. Ale czasami wolałbym, żeby ryzyko nie istniało. Gdyby kalyshe poznały prawdę, kłopoty spadłyby na mnie, Eena i jego żonę oraz ludzi, którzy u nich pracują. Dlatego powiedziałem ci, że nie chcę ryzykować za darmo. Bo przecież nikt nie chce wejść do Ened z własnej woli, tak jak ty. Przez chwilę myślałem, że może chcesz okraść kalyshe. Gdybyś naprawdę chciał to zrobić i gdybyś został złapany, ktoś mógłby cię rozpoznać wśród wprowadzonych przeze mnie niewolników, a wtedy, jak już mówiłem, nie byłoby za dobrze...
- Możesz być spokojny. Ja nie chcę nikogo okraść. - zapewnił go Storm.
- Ręczę za niego, Reilomie. - oświadczył nagle Koshi i ziewnął. - Mam nadzieję, że wyjaśnienia wreszcie się skończyły, co? Jeśli mamy wcześnie wstać, to pasowałoby się już położyć.
- Masz rację. - Storm położył się i przykrył kocem. Jednak nie potrafił usnąć. Wpatrywał się z zachwytem w gwiazdy świecące przez korony drzew.
"Uda mi się. Czuję to. - pomyślał. - Wkrótce dostanę się do Ened."
Nimy, druidzi i kapłani
Noc pełni. Idealna na rozmowę poprzez sen. Król Haru długo jej wyczekiwał. Musiał koniecznie przekonać Wyższych Kapłanów z trzech różnych kompleksów do wzięcia udziału w wojnie z Shikamim, która wkrótce się zacznie. I w końcu nadszedł czas nocy obrad. Pierwsi pojawili się przed nim Wyżsi Kapłani z kompleksu Shiryu i Nilnana. Po nich pojawiła się Wyższa Kapłanka świątyni Nayi. Pozostała trójka wkrótce do nich dołączyła.
- Witajcie, przedstawiciele i przedstawicielki trzech świętych kompleksów. - przywitał się. - Poprzez sen dostaliście się do mojego królestwa, by omówić bardzo ważną sprawę. Lecz zanim zaczniemy rozmowę, pragnę, byście poznali moje imię - jestem Haru. Król księżycowych elfów.
- Witaj, królu Haru. Jestem Anede. Wyższa Kapłanka świątyni Shiryu. - pierwsza przedstawiła się bardzo młoda dziewczyna, która wcale nie wyglądała na zdziwioną faktem spotkania się we śnie z elfem, którego odłam już dawno nie chodzi po Varisannie.
- Ja jestem Daven. Wyższy Kapłan świątyni Shiryu. - przedstawił się mężczyzna o szlachetnej, 40-lentiej twarzy.
- Nazywam się Diran, Wyższy Kapłan świątyni Nilnana. - może 25-letni mężczyzna postanowił iść w ślady dwójki kapłanów i także się przedstawił. - A to - wskazał na kobietę o okrąglej twarzy. - to Wyższa Kapłanka z tej samej świątyni, Inana. - kobieta skłoniła się zgrabnie, a Haru odwzajemnił ukłon.
- Jestem Sepia, Wyższa Kapłana ze świątyni Nayi. - przedstawiła się żylasta kobieta.
- A ja nazywam się Rason, Wyższy Kapłan świątyni Nayi. Miło mi. - odezwał się ostatni z szóstki kapłanów.
- Mi również. - elf uśmiechnął się przelotnie. - Skoro już wszyscy znamy swoje imienia, przejdę do sedna sprawy - Varisann jest zagrożony. Czwarty bóg znowu chodzi po naszym świecie.
- Co? - wykrzyknęli równo Diran i Daven.
- To niemożliwe. - wyszeptała Anede.
- To jest możliwe. Ponowne przebudzenie Shikamiego miało miejsce parę miesięcy temu. - oświadczyła mocnym głosem Sepia.
- Dokładnie - Haru skinął głową z aprobatą. - Czwórka wyznawców Shikamiego wezwała dusze czterech dziewic, które go przebudziły.
- Ale dlaczego Wyższa Kapłana Nayi wie o tym zdarzeniu? - zapytała Inana.
- Dlatego, że jedna z dziewic pochodziła z naszego kompleksu. - wyjaśnił szybko Rason.
- Wybaczcie mi, czcigodni kapłani. - elfi król westchnął. - Powinienem już dawno was poinformować o tym zdarzeniu, ale nie chciałem wywoływać paniki wśród mieszkańców Varisannu. Lecz ona i tak powstała. Czy doszły do was słuchy, co się zdarzyło niecały miesiąc temu na wyspie Erann, należącej do
państwa Deran?
- Pogłoski mówią, że w niewyjaśnionych okolicznościach zginęli prawie wszyscy mieszkańcy wyspy. Została tylko dwójka małych dzieci. - rzekła Anede.
- To było jego dzieło. Dzieło czwartego boga. Poprzez zabijanie innych zwiększa swoją siłę, która powoli wzrasta. Za niecałe 9 miesięcy będzie tak silny, jak podczas wojny ze swym rodzeństwem, a może nawet potężniejszy... Dodatkowo jego armia także się rozrasta. Wymarłe indy narodziły się ponownie razem i z każdym dniem ich liczba się zwiększa. Gdy Shikami będzie bliski powrotu do swej dawnej siły, jego armia wyruszy na Varisann, by mordować i niszczyć wspólne dzieło Nilnana, Shiryu i Nayi. Właśnie z tego powodu prosimy o pomoc wszystkich, którzy mogą nam tej pomocy udzielić. Dzisiejszej nocy zwracam się do was - czy wy, Wyżsi Kapłani, przyłączycie do walki, razem ze swymi podopiecznymi?
- Naya dała swym sługom sztukę władania żywiołami, po to, byśmy byli skuteczni na polu walki. Nie wycofamy się teraz, skoro fatum wojny wisi nad nami, a jedna z nas wyruszyła uśpić czwartego boga. - głos Sepii emanował spokojem i zdecydowaniem. - Wybierzemy najlepszych kapłanów i dołączymy do walki.
- Z pośród trzech kompleksów, kapłani Nilnana są najlepszymi medykami, którzy będą przydatni w wojnie. Możecie na nas liczyć. - oświadczył Daven.
- My, kapłani Shiryu, zostaliśmy obdarowani przez niego darem tworzenia iluzji. Potrafimy także użyć hipnozy w walce. Czas użyć tych talentów. - Anede wyglądała na zdecydowaną i gotową do walki nawet natychmiast.
- Doskonale. - Haru uśmiechnął się. - Cieszy mnie to, że razem będziecie walczyć o losy Varisannu.
***
Sol i Demos znajdowali się od dwóch dni w stolicy druidów i nimf, Kananii. Nimfka miała wkrótce wyruszyć w dalszą drogę do Vess i Karn, by prosić ludzi o przyłączenie się do walki.
- Demosie, może pójdę z tobą do nimf? - zaproponowała. - Zgodzą się szybciej, jeśli ja je o to poproszę.
- Daruj Sol, ale nie. To jest moje zadanie. Tobie powierzono przekonanie ludzi, a nie nimfy.
- Skoro tak mówisz. - westchnęła z rezygnacją. - Nie będę cię zmuszać do zmiany decyzji. Kiedy się do nich wybierasz?
- Jutro. Zaraz u audiencji u druidów.
- W takim razie nie mogłabym iść z tobą przekonywać nimf, bo jutro wyruszam w dalszą drogę. - zaśmiała się. Ten śmiech był jednak wymuszony.
- Uważaj na siebie. Oczy szpiegów Shikamiego ciągle nas obserwują... Pamiętasz te dwa indy, które nas śledziły?
- Tak. Ale nie musisz się o mnie martwić! Mam swoje golemy! Nie można powiedzieć, że jestem słaba i bezbronna... Gorzej ma Lina, wybraniec i ich podopieczne. Wędrują cały czas na nogach, by mniej rzucać się w oczy, ale i tak są narażeni na niebezpieczeństwo o wiele większe od tego czyhającego na nas.
- Masz rację... Ciekawe jak Peryl sobie radzi ze strzelaniem z łuku?
***
Ren znowu był myślami gdzie indziej. Przy kim innym. Zastanawiał się, gdzie jest i co porabia Uld... Tak dobrze pamiętał ten ciepły letni dzień, w którym opuściła kompleks. Zrobiła to tak nagle. Tak chłodno...
Zamknął książkę zawierającą tłumaczenia jakiegoś dawno wymarłego języka i wyszedł ze swojego pokoju. Ciągle myślał tylko o niej. O jej tajemniczym odejściu. Dlaczego odeszła? Czy naprawdę tego chciała? A może on był powodem jej nagłego zniknięcia?
- Dzień dobry! - usłyszał dwa cieniutkie głosy. Rozejrzał się i zobaczył, że wyszedł z budynku nauk, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Obok niego stały dwie małe istotki noszące błękitne szaty nowicjuszy.
- Dzień dobry, Fio. Dzień dobry, Dess. - przywitał się. - Co wy tu robicie? Czy nie powinniście mieć teraz praktyk?
- Nie - zaprzeczyli równo, po czym Fio dodała z szerokim uśmiechem na ustach: - A czy teraz nie powinieneś mieć wykładów?
- Powinienem, ale wszyscy nauczający kapłani odwołali je.
- To tak jak u nas. - Dess próbował zrobić poważną minę, ale miast niej wyszedł mu śmieszny grymas. Ren z trudem stłumił wybuch śmiechu.
- Wiecie może, czy coś się stało? - zapytał, a dzieci spojrzały na siebie i pokręciły przecząco głowami. - Och, przestańcie! Od razu widać, że coś wiecie, więc nie zaprzeczajcie! - pochylił się, aby spojrzeć im prosto w twarze. - Obiecuję, że nikomu, ale to nikomu nic nie powiem.
- Obiecujesz? - powtórzyła Fio.
- Obiecuję.
- Na co? - zainteresował się Dess.
- Na... wszystko.
- W takim razie powiemy ci. - chłopiec znowu zrobił prawie poważną minę. - Podsłuchaliśmy dziś z Fio, że Wyżsi Kapłani wybierają najlepszych i najbardziej doświadczonych kapłanów.
- Wybierają? Do czego?
- Do jakiejś walki.
"Walki? - powtórzył w myślach Ren. - Jakiej walki? Przecież od lat na Varisannie panuje pokój. O jakiej więc walce..." - naraz przed jego oczami pojawił się obraz Uld. Czuł, nie, on wiedział, że to ma jakiś związek z nią.
- Podsłuchaliśmy jeszcze, że ci najlepsi mają wyruszyć jutro, albo pojutrze. Nie wiemy jednak gdzie chcą iść. - powiedziała Fio.
- Nie ważne. Już i tak powiedzieliście mi wystarczająco dużo. Dziękuję. - uścisnął dzieciaki i wbiegł do budynku nauk. Miał mało czasu.
***
Był już po rozmowie z radą druidów i nie krył swojego zadowolenia z jej skutku końcowego - druidzi zgodzili się. Teraz musiał przekonać do walki nimfy. Miał nadzieję, że to pójdzie mu równie szybko.
Spojrzał na cztery stare świątynie, które zostały zbudowane przez pierwszych druidów tysiące lat temu. Teraz tylko trzy z nich były wciąż miejscami modlitw. Czwarta była zniszczona i pusta. Należała do Shikamiego. Zbudowano ją za czasów, gdy nie był jeszcze bóstwem śmierci i nienawiści. Z licznych zapisków i opowieści wiedział, że ludzie dawniej kochali Shikamiego, za to, że został na Varisannie. Myśleli, że zrobił to, bo ich kochał i modlili się do niego, wierząc, że przekaże ich prośby swemu rodzeństwu. Lecz tak się nie stało. Shikami wybrał najwierniejszych i zrobił im pranie mózgu, czyniąc z nich swoich fanatyków. Większość z nich zginęła. Zostali tylko nieliczni, a wśród nich Sernn - opiekun księgi spisanej przez Shikamiego. Księgi, przez której może zginąć tyle ludzi. Niewinnych ludzi... Muszą powstrzymać nadchodzące nieszczęście. Muszą.
Ruszył do wschodniej części kanańskiego lasu i po upływie pół godziny znalazł się nad dużym jeziorem, nad którym odbywały się zebrania i ceremonie nimf. Wszedł do wody po kolana i podniósł laskę druida nad swoją głowę.
- O czcigodne nimfy i nimfki zamieszkujące ten las, proszę was o zwołanie zebrania! Istnieje pewna sprawa, o której musze z wami koniecznie porozmawiać!
Woda w jeziorze zafalowała i zaczęły się z niej wynurzać postacie noszące błękitne, zwiewne suknie. Niektóre miały narysowane pod oczyma pociągłe pasma. Nimfy i nimfki wodne. Zaraz potem przybyły nimfy roślinne i skalne. Z tego całego zbiorowiska wystąpiły przedstawicielki każdego z trzech odłamów.
- Dlaczego nas wzywałeś druidzie? - zapytała go złotowłosa nimfa skalna.
Demos milczał. Nie wiedział jakimi słowami rozpocząć rozmowę. Nie chciał przerazić nimf słowami o wojnie... ale właśnie do uczestnictwa w wojnie miał je zachęcić. W końcu postanowił przemówić:
- Nimfy i nimfki tu zebrane... Cieszę się, że poświęciłyście swój czas przybywając na moje wezwanie. Tym samym poświeciłyście czas dla całego Varisannu. - gdzieniegdzie rozległy się śmiechy. Nimfa roślinna, która wystąpiła z dwoma innymi podniosła dłoń do góry i wszystkie chichoty ucichły.
- Co mogą oznaczać twoje słowa druidzie? Zechciej nam udzielić wyjaśnień. - poprosiła.
- Przybyłem was prosić o pomoc. Varisann jest zagrożony przez ponownie przebudzonego czwartego boga i jego popleczników. Elfie wojska są gotowe do walki z nim, ale jest ich ciągle za mało, by stoczyć wyrównaną walkę. Druidzi zgodzili się do nich dołączyć... A co z wami? - zapytał i oczekiwał odpowiedzi. Ona jednak nie następowała. Demos skłonił się tak nisko, że jego czoło prawie dotykało tafli jeziora. - Błagam was! Zgódźcie się! Walczcie o nasze dobro!
- Druidzie, wyprostuj się. - rozkazała jedna z nimf, a Demos natychmiast wykonał jej polecenie. Spojrzał z nadzieją na trzy przedstawicielki rady nimf. -Widzimy w twych oczach prawdę i rozpacz. Shikami naprawdę przebudził się i my o tym wiemy. Jego obecność widzimy w roślinach, wodzie i skałach... one się boją. Drżą na myśl o nim. Nawet teraz ten las się trzęsie i szlocha. Nie chce zginąć. Chce żyć i nadal śpiewać swą pieśń o życiu. Właśnie dlatego przystąpimy do wojny. Zrobimy to dla wszelkich roślin, wód i skał. Stawimy czoła ich zmorze i zwyciężymy.
- Dziękuję, o pani! Nawet nie wiesz, ile szczęścia mi dały twoje słowa.
- A ty nawet nie podejrzewasz, ile szczęścia dałam swoim słowami temu lasu. Znowu zaczął śpiewać swą pieśń o życiu. Lecz wkrótce znów ją przerwie. Wojna się jeszcze nie zaczęła.
***
Ren spakował wszystko, co miał i czekał. Cieszył się, że kapłan - nauczyciel pozwolił mu zostać w domu nauk jeszcze trzy dni, które zamierzał spędzić na obserwacji budynku kapłanów. Nie musiał czekać długo, by z okna swojego pokoju zobaczyć, jak ponad 70 kapłanów opuściło swój dotychczasowy dom i ruszyło ku bramie wejściowej. Ren natychmiast wybiegł na zewnątrz i dostrzegł, że osobą, którą ich prowadzi jest nikt inny jak Yakushi - uczeń Wyższego Kapłana.
- Yakushi! - podbiegł do niego.
- Ren? Co ty tutaj robisz?
- Postanowiłem się do was przyłączyć.
- A co z twoimi naukami?
- Zrezygnowałem. Wolę iść z wami. Nie wiem, z kim będziecie walczyć, ale czuję, że tutaj jest moje miejsce.
- Będziesz mógł umrzeć. Nie boisz się?
- Nie... A gdzie my właściwie idziemy?
- Do Ksewes. Tam dołączą do nas kapłani z kompleksu Nilnana, pozostałe elfy i może wojska innych państw.
- A więc to naprawdę wojna. - westchnął Ren, ale nie czuł strachu. Wręcz przeciwnie. Czuł szczęście, bo wiedział, że zbliża się do Uld.
Spotkanie we mgle
- Peryl, oddaj mi to natychmiast. - polecił surowo Natten.
- Ale co? - zrobiła minę niewiniątka.
- To, co mi wzięłaś.
- Przed tobą jak zwykle nic się nie ukryje. - westchnęła i przyjrzała się uważnie złotemu wisiorkowi w kształcie monety z zielonym kamieniem pośrodku. - Dostałeś do od Keiko, co? - uśmiechnęła się złośliwie.
- To nie twoja sprawa. - wyrwał naszyjnik z ręki dziewczyny. - Radzę ci się skupić na drodze, a nie na moich sprawach.
- Natten ma rację. - rzekła Lina. - W tej mgle łatwo zabłądzić. Nie sądzę, byśmy sobie łatwo poradzili z odnalezieniem którejś z was... A na zmianę pogody się nie zanosi. - spojrzała krytycznie w niebo, ale dostrzegła tylko korony drzew ukryte we mgle.
- I to jest najgorsze. - Karin mocniej otuliła się płaszczem. - Albo mgła utrudnia wędrówkę, albo pada bez końca, tworząc okropne błoto.
- Och, biedna Karin! - Peryl zrobiła minę pełną sztucznego współczucia. - Jej śliczne buciki są całe ubłocone! Ach, jaka szkoda! - i zaśmiała się głośno.
- Błoto wcale nam nie sprzyja. - Lina zwróciła się do wciąż chichoczącej dziewczyny. - Gdyby teraz zaatakował nas wróg, mielibyśmy trudność z ucieczką, bo błoto spowalniałoby nasze ruchy. - po tych słowach na ustach Karin pojawił się uśmiech zwycięstwa, na który Peryl nie zwróciła najmniejszej uwagi. Lina westchnęła. Dziewczyny ciągle rwały koty. To się chyba nigdy nie zmieni.
Onee tymczasem podążała w dość dużej odległości za pozostałymi. Nie słyszała upomnień Nattena, ani złośliwych uwag Peryl. Słyszała swój przyspieszony oddech. To i tylko to. Towarzysze idący przez nią co chwila znikali we mgle. Musiała się zmuszać do przyspieszenia kroków, co jeszcze bardziej utrudniało jej oddychanie. Tak bardzo chciała zatrzymać się choć na chwilę i odpocząć. Ale nie mogła powiedzieć tego na głos. Nie chciała być kulą u nogi. Nie chciała.
"A gdyby tak zatrzymać się bez ich wiedzy i później ich dogonić?" - pomyślała i postanowiła natychmiast wprowadzić plan w życie. Już prawie nie miała siły iść. Po odpoczynku, zrówna się z nimi i nie będzie już zamykać pochodu.
Usiadła pod olbrzymim bukiem i zamknęła oczy. Wsłuchiwała się w oddalające się głosy towarzyszy. Zaraz będzie musiała wstać i ruszyć ich śladem. Zaraz... Ma jeszcze tyle czasu...
***
Onee otworzyła oczy.
"Czyżbym zasnęła?" - zdziwiła się i wstała. Rozejrzała się, lecz we mgle nie dostrzegła zarysów pozostałych. Nie słyszała także ich głosów. Ile spała? Ile za ten czas mogli się oddalić?
- Panie Nattenie! - krzyknęła na całe gardło. Przez chwilę była pewna, że na jej okrzyk Natten wynurzy się z mgły, ale tak się nie stało. Była sama. Sama. - Spokojnie. Spokojnie. - wyszeptała. - Wystarczy, że będę szła po śladach zostawionych w błocie. Na pewno ich znajdę... Na pewno... - jednak w jej głosie nie było nawet odrobiny pewności.
***
Peryl zatrzymała się i spojrzała za siebie.
- A gdzie jest Onee? - na dźwięk jej słów Natten i wybranki zaczęli szukać wzrokiem nieobecnej.
- Nie ma jej. - Lina była przerażona. - Nie ma jej! To moja wina! Ona jest taka słaba, pewnie zatrzymała się by odpocząć, a my się wtedy oddaliliśmy! Jak mogłam ją tak po prostu zostawić? Pewnie teraz umiera ze strachu!
- Lino, nie obwiniaj się. - poprosiła ją Uld. - Wszyscy ponosimy winę za to, co się stało. Onee... Onee szła za mną, więc pierwsza powinnam zauważyć jej nieobecność, ale byłam zbyt zajęta myślami o... o zakonie.
- Och, przestańcie jęczeć! - Peryl odgarnęła swoją grzywkę na bok. - Jeśli Onee potrafi myśleć, to zacznie iść po naszych śladach. Wystarczy się wrócić. Chodźcie!
- Peryl, stój. - zatrzymały ją słowa Nattena.
- O co chodzi?
- Nie będziemy się wracać.
- Co ty mówisz? Musimy ją znaleźć! Nie możemy jej zostawić tutaj jak jakiegoś szczeniaka! - krzyknęła Lina, którą słowa chłopaka najwidoczniej bardzo rozwścieczyły.
- Uspokój się. Nie mam zamiaru jej tu zostawiać, więc nie masz powodów do histerii. My po prostu nie mam pewności, czy Onee rzeczywiście ruszyła naszym śladem. Ona i Karin mają z nas najsłabszą orientację w terenie, dlatego bardzo możliwe, że zeszła z obranej przez nas ścieżki. Gdybyśmy teraz ruszyli z powrotem, moglibyśmy się minąć.
- Co w takim razie, według ciebie mamy zrobić? - elfka nadal była podenerwowana.
- Według mnie powinniśmy wyjść z lasu. Wtedy wrócę się i odnajdę ją. Znam ten las o wiele lepiej od was, przemierzyłem go parę razy i znam miejsca, w których Onee mogłaby znaleźć kryjówkę dla siebie.
- Chcesz iść sam?
- Tak. Wy będziecie czekać pod lasem. Przecież zawsze jest szansa, że Onee wyjdzie z niego. Lepiej dla niej, jeśli wtedy ktoś będzie na nią czekać.
- Masz rację. - Lina skinęła głową. - Czy wyjście z lasu długo nam zajmie?
- Niecały dzień. - odpowiedź Nattena wzbudziła w elfce kolejne obawy:
- Ale czy Onee sobie poradzi sama przez dzień a nawet dłużej?
- Będzie musiała. Taka szkoła przetrwania dobrze jej zrobi.
***
Powoli brnęła przed siebie. Co jakiś czas nawiedzała ją myśl, która starała się nakłonić do poddania się, ale Onee nie słuchała jej. Nie mogła się poddać. Nie chciała się poddać. Chciała pokazać, że jest silna, że potrafi o siebie zadbać. Tylko, czy będzie potrafiła tego dokonać?
Nagle usłyszała szelest za swoimi plecami. Odwróciła się, ale nie dostrzegła nic, prócz drzew skąpanych we mgle. Szelest powtórzył się, ale tym razem dobiegł z przeciwnej strony. Spojrzała w tamtą stronę, ale ponownie nic nie zobaczyła. Zadrżała. Coś znajdowało się w pobliżu. Gdzieś blisko. I to wcale nie jest człowiek.
"Panie Nattenie - Onee poczuła, jak bardzo go jej brakuje. - Pani Lino" - myśl o swoich opiekunach dodała dziewczynie siły, dzięki której jej stopy przyspieszyły. Wtedy szelest za jej plecami powtórzył się. Do niego dołączył groźny pomruk. Zmusiła samą siebie, by się odwrócić. Przed dziewczyną stał ind wpatrujący się w nią swymi zielonymi oczyma. Poczuła łzy w oczach, ale szybko je zahamowała. Odwróciła się na pięcie i ruszyła biegiem przed siebie. Zaczęła mijać drzewa i wybierać jak najciaśniejsze dróżki miedzy nimi, by choć odrobinę opóźnić pościg. Nie zwracała uwagi na to, że zeszła ze ścieżki, którą podążali. Teraz liczyło się jej życie. Jej życie i ind, który chciał je skraść. Słyszała za sobą jego dzikie powarkiwania, które z każdą chwilą zbliżały się. Jej próby zatrzymania go nic nie dawały - dystans miedzy nimi zmieszał się z sekundy na sekundę. Onee po raz kolejny wbiegła między krzaki, których gałęzie zahaczyły o jej spódnicę. Nie zatrzymywała się jednak i do jej uszu dobiegł trzask rozrywanego materiału.
"To nie ważne. Nie ważne" - myślała przerażona. Nagle dostrzegła szansę ucieczki - droga przed nią w pewnym momencie zaczęła niespodziewanie stromo schodzić w dół. Może jeśli ja pobiegnie, ind zniechęci się i da jej spokój?
"Muszę spróbować!" - pomyślała i ruszyła ścieżką w dół. Z każdą chwilą jej stopy wymykały z pod kontroli. Już nad nimi nie panowała, one gnały przed siebie, ciągle i ciągle. W pewnym momencie potknęła się i zaczęła koziołkować w dół.
"Niech to się skończy! Błagam!" - i skończyło się, ale zakończenie nie przyniosło dziewczynie ulgi, bo uderzyła głową o kamień i zemdlała.
***
Kiedy otworzyła oczy, poczuła ogromy ból. Bolało ją całe ciało, a w szczególności lewa noga i głowa. Szybko dostrzegła, że znajduje się w jaskini. Słyszała także trzask ognia. W jaki sposób się tutaj znalazła?
- Obudziłaś się! Jak się czujesz? - zobaczyła nad sobą chłopaka, wyglądającego na rówieśnika Nattena. Miał duże brązowe oczy, długie jasne włosy i przystojną twarz.
- Kim jesteś? - starała się podnieść, ale przed oczyma zrobiło się jej ciemno, więc zrezygnowała z tego pomysłu.
- Leż. Ta rana na twojej głowie wyglądała groźnie. Na szczęście poradziłem sobie z nią. - Onee dotknęła czoła i poczuła bandaż pod palcami. - Nastawiłem ci też nogę, bo skręciłaś ją. Masz szczęście, że tylko tyle ci się stało. Sposób w jaki spadłaś z góry wyglądał na bardzo groźny. Ale skończyło się tylko na sińcach i zadrapaniach.
- A co z indem?
- Indem? - powtórzył zdziwiony.
- Tym kotem, który mnie ścigał.
- Nie widziałem go nigdzie. Może dał sobie spokój. - stwierdził. - Jestem Yaven. Jak masz na imię?
- Onee. Yavenie, dziękuję ci za pomoc.
- Nie dziękuj. Nie pomógłbym ci, gdybym nie akurat szedł tamtą drogą. Przeżyłaś dzięki swojemu szczęściu. Chcesz może zupy?
- O tak. - znowu starała się podnieść i ponownie opadła na ziemię. Yaven zauważył jej problem i pomógł jej usiąść, opierając jej plecy o ścianę jaskini.
- Dziękuję. - szepnęła zawstydzona.
- Ależ nie ma za co. - zaśmiał się.
- Ile czasu minęło od kiedy mnie znalazłeś?
- 6 lub 7 godzin. - odparł i nalał do czarki zawartość rondla powieszonego nad ogniskiem i podał jej wraz z łyżką.
- Mieszkasz gdzieś w pobliżu, Yavenie?
- Nie. A ty?
- Też. Od paru miesięcy podróżuję razem z panem Nattenem, panią Liną, Peryl, Karin i Uld.
- To twoi towarzysze? A kto jest przywódcą?
- Przywódcą? Pan Natten albo pani Lina. Oni nami dowodzą i nas bronią. A co z tobą? Podróżujesz sam?
- Tak. Jestem przyzwyczajony do takich samotnych wędrówek. Przemierzam Varisann wzdłuż i wszerz z nadzieją, że znajdę kogoś
- Szukasz kogoś?
- Tak. I czuję, że wkrótce tą osobę znajdę.
***
Następnego dnia, o świcie słońca Onee razem z Yavenem wysuszyli w stronę wyjścia z lasu, gdzie postanowili poczekać na jej towarzyszy. W nocy, kiedy Onee spała, Yaven zrobił dla niej laskę, by ułatwić jej poruszanie się.
- Nie musiałeś - wyszeptała, gdy wręczył jej swoje dzieło
- Nie musiałem, ale chciałem. Droga, którą dla nas wybrałem, będzie czasami dość nieprzyjemna dla twojej nogi, ale nie obawiaj się - gdy tylko zobaczę, że źle ci się idzie, wezmę cię na ręce.
Onee przypatrywała się chłopakowi, zastanawiając się, co za dziwne ciepło czuje w sercu. Nagle, nie wiedząc czemu, wspięła się na palce i pocałowała go w policzek.
- Dziękuję ci, Yavenie.
- Nie ma za co, Onee.
***
Po sześciu godzinach niemal nieustannej wędrówki (podczas której Yaven niósł Onee na rękach, tak jak obiecał) wyszli z lasu. Onee zaczęła się rozglądać dookoła, ale nigdzie nie widziała Nattena i reszty.
- Nie ma ich. - wyszeptała.
- W takim razie poczekajmy. Na pewno wkrótce się pojawią.
- Czy ty zawsze jesteś wszystkiego pewien? - zapytała. - Skąd u ciebie to przekonanie, że na początku wyjdą z lasu, a dopiero potem będą mnie szukać?
- Ja, będąc na ich miejscu właśnie tak bym zrobił. - odparł. - Chodź, Onee, przejdźmy po obrzeżach lasu. Może będziemy mieć szczęście i się na nich natkniemy.
- Dobry pomysł. - stwierdziła.
Przez kilkanaście minut szli w ciszy. Nagle Yaven rzekł:
- Patrz, tam ktoś wychodzi z lasu. Czy to twoi towarzysze?
To byli oni. Na ich widok Onee poczuła w sercu dziwną lekkość. Całkowicie zapomniała o obolałej nodze i głowie.
- Panie Nattenie! Pani Lino! - wykrzyknęła i zaczęła zmierzać w ich kierunku. Słyszała za sobą kroki Yavena.
- Onee! - elfka także ruszyła w jej stronę, ale wtem Natten złapał ją za ramię, tym samym zatrzymując.
- Stało się coś? - zapytała go szeptem. Nie odpowiedział. Puścił ją i minął. Stanął naprzeciw Onee i zapytał:
- Co ty tutaj robisz?
Przez chwilę nie wiedziała co odpowiedzieć, gdy nagle doszło do niej, że pytanie wcale nie było skierowane do niej. Oczy Nattena były utkwione w Yavenie stojącym za nią. Niewiele myśląc odwróciła się i zamarła. Miła i pełna ciepła twarz Yavena gdzieś znikła. Zastąpiła ją maska pełna nienawiści... i szaleństwa.
- Znowu się spotykamy, Nattenie. - głos chłopaka też był inny. Wrogi i surowy. - Nawet nie wiesz, ile czasu cię szukałem. A musisz wiedzieć, że od naszego ostatniego spotkania trochę się zmieniło. Jestem łowcą czarownic. Prawdziwym łowcą czarownic.
- Gratuluję, Yavenie. - Natten schylił nieco głowę, nie spuszczając wzroku z Yavena.
Onee chciała się dyskretnie wycofać do swoich towarzyszek, ale Yaven przejrzał ją i wyrwał z ręki laskę, którą dla niej zrobił. Zachwiała się i pewnie wylądowałaby na ziemi, gdyby nie to, że natychmiast złapał ją za ramię, nie dopuszczając do upadku. Jego chwyt był mocny, bardzo mocny. Czuła łzy zbierające się w oczach.
- Masz uroczą przyjaciółkę, Nattenie. Ale nie ma w tym nic dziwnego. Przecież zawsze miałeś słabość do takich ślicznych i niewinnych. Do tego niesamodzielnych.
- Zmieniłeś się. - Natten chciał zrobić krok do przodu, ale Yaven zatrzymał go słowami:
- Zabiję ją, jeśli spróbujesz mnie zaatakować. Rozumiesz?
- Rozumiem.
- Doskonale. - uśmiechnął się okrutnie. - A co do mojej zmiany, to masz rację. Nie jestem już tym głupim szczeniakiem, którym byłem.
- Ty nigdy nie byłeś głupim szczeniakiem.
- I kto to mówi? Chodzący ideał! Pupilek wszystkich dookoła! Nigdy nie mogłem zrozumieć, w jaki sposób zjednywałeś sobie innych. Nigdy.
- Ja też nie.
***
Kompleks łowców czarownic był olbrzymi i budził strach w sercu 5-leniego dziecka. Ale Natten się nie bał. Nie mógł się bać.
- Jesteśmy na miejscu. Widzisz? Od dziś będziesz się uczyć i mieszkać za tą bramą. - usłyszał za sobą i odwrócił się. Zobaczył kobietę i chłopca w jego wieku zmierzających w stronę kompleksu na czarnych wierzchowcach. Kiedy konie dojechały pod bramę, kobieta zeskoczyła na ziemię i pomogła zejść chłopcu. Wtedy dostrzegła Nattena.
- Witaj chłopcze. Też przybyłeś szkolić się na łowcę czarownic?
- Tak
- To tak jak mój Yaven! Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnicie!... A gdzie są twoi rodzice, chłopcze?
- Nie ma ich tutaj. Przybyłem tutaj sam.
- A niech mnie! Jakiś ty samodzielny! Yavenie, powinieneś brać z niego przykład! - zmierzwiła jasne włosy swojego syna. - Mogę cię tutaj zostawić, prawda?
- Ale mamo!
- Twój rówieśnik przybył tutaj sam. Bez rodziców. I nie narzekał. Ty też nie powinieneś.
- Ja... będę tęsknić! - jęknął chłopiec, a kobieta pochyliła się i przytuliła go.
- Myśl o mnie często, a wszystko będzie dobrze. - poradziła.
Natten patrzył na matkę i syna przytulonych do siebie i starał się pohamować uczucia zazdrości i żalu, które targały jego sercem. Gdy kobieta odjechała, jasnowłosy chłopiec zwrócił się do niego:
- Cześć. Jestem Yaven, a ty?
- Natten
- Naprawdę przybyłeś tu zupełnie sam?
- Tak.
- I nie bałeś się?
- Nie
- Ja bym się bał.
- Łowca czarownic nie może się bać.
- Nie gadaj. Każdy człowiek czegoś się boi.
- A wy tutaj czego? - wtem brama się otworzyła i stanął w niej postawny mężczyzna o surowym wyrazie twarzy. Yaven cofnął się w tył przerażony. Natten nawet nie mrugnął.
- Przybyliśmy na zgromadzenie. - powiedział spokojnie.
- Macie dokumenty tegorocznego przydziału?
- Proszę. - Natten wręczył mu kartę. Yaven po chwili zrobił to samo. Człek przyjrzał się obu dokumentom i zwrócił się do chłopców: - Witam w naszym kompleksie. Od dziś będę waszym opiekunem. Chodźcie za mną, zaprowadzę was do miejsca, w którym poczekacie na pozostałych. - obrócił się na pięcie i ruszył przed siebie. Aby za nim nadążyć, prawie biegli.
- Ale on straszny. - szepnął Yaven.
- Nazywam się Fornax, szczeniaku. - mężczyzna odwrócił się, a wystraszony Yaven ukrył się za Nattenem. - Jak jeszcze raz usłyszę, że coś jest straszne, to czeka cię chłosta, zrozumiano?
- T... tak. - wyjąkał chłopiec, a w jego oczach pojawiły się łzy.
- Nie mazać mi się tu! Za to też czeka kara! Tutaj szkoli się chłopców na wojowników, a nie maminsynków! Spójrz na twojego towarzysza! Nie ryczy, w jego oczach nie ma strachu! - podszedł do Nattena i położył swą olbrzymią dłoń na jego drobnym ramieniu. - Jak się nazywasz chłopcze?
- Natten
- Natten - Fornax uśmiechnął się. Był to okrutny uśmiech. - Widzę przed tobą szeroką przyszłość, Nattenie. Będzie z ciebie słynny łowca czarownic.
***
W oczach Yavena widział obłęd. To go przerażało. Ręka jego byłego przyjaciela ciągle ściskała ramię Onee, gotowa w każdej chwili przenieść się na jej drobną szyję.
- Tak... Wszyscy cię uwielbiali. Wszyscy. - Yaven zerknął z pogardą na Onee. - Ta tutaj też cię wielbi. Gdybyś tylko słyszał, z jaką pasją o tobie mówiła... Jestem ciekawy, co ty takiego masz, czego ja nie mam? Dlaczego to zawsze ty byłeś dostrzegany, a ja zawsze pozostawałem w twoim cieniu? Powiedz mi to! Powiedz!!!
Natten otworzył usta i po chwili je zamknął. Nie znał odpowiedzi na to pytanie.
***
- Musicie się przyzwyczaić do śmierci. Gdy tylko zostaniecie łowcami czarownic, śmierć będzie podążać za wami krok w krok. Czas najwyższy, byście zaczęli się z nią oswajać. - powiedział Fornax 20 dnia po rekrutacji, do grupki swoich podopiecznych. - Właśnie dlatego - wskazał na psa uwiązanego do pala. - Będziecie go przez parę dni obserwować i patrzeć jak zdycha z głodu i pragnienia. Podkreślam, że jakiekolwiek łzy czy smutne miny będą srogo karane, zrozumiano?
- Tak! - wykrzyknęli równo.
- Świetnie. Możecie iść na kolację. Do jutra.
Natten ruszył z Yavenem do budynku mieszkalnego, gdy usłyszał za sobą Fornaxa wołającego jego imię.
- Słucham? - odwrócił się i spojrzał z zainteresowaniem na nauczyciela.
- Świetnie sobie poradziłeś na dzisiejszych zajęciach. Widzę, że nauka posługiwania się łukiem nie sprawia ci żadnych kłopotów. Mam nadzieję, że tak samo pójdzie ci z mieczem.
- Proszę pana, a co ze mną? - zapytał z nadzieją w głosie Yaven.
- Słabo. Lepiej zacznij się starać. Inaczej nigdy nie będziesz dobrym łowcą czarownic. Zrozumiano?
- Tak
- Możecie odejść. - rzucił, a oni posłusznie odeszli.
Przy ich stoliku w stołówce czekali na nich Wind i Missen.
- Czego od ciebie chciał? - zapytał Missen. - Powiedz!
- Pochwalił mnie. - odparł beznamiętnie.
- Znowu? Ale ci zazdroszczę! Też bym tak chciał, co Wind?
- Taa - odparł cicho.
- A tobie co?
- Ten pies... W domu miałem podobnego. Żal mi go.
- Mi też. Ale przecież nie możemy mu pomóc. Możemy tylko patrzeć jak zdycha.
- Nieprawda. - zaprzeczył szeptem Yaven. - Możemy mu pomóc.
- Niby jak?
- Dokarmiając go w nocy.
- Yaven, czy ty się źle czujesz? - oczy Missena były pełne przerażenia. - Jak nas złapią...
- Jeśli nas złapią. - poprawił go Wind. - Podoba mi się ten pomysł. Zrób to! Missen, Natten, co wy na to?
- Ja... przyłączę się, jeśli Natten też to zrobi. - oświadczył Missen.
- Natten?
- Mi tam wszystko jedno. Mogę się przyłączyć.
- Świetnie! - Wind klasnął w dłonie. - Ustalmy więc kolejność wobec której będziemy go dokarmiać w nocy.
- Mam nadzieję, że to się uda. - jęknął Missen. - Bo jak nie... to wolę nie wiedzieć co się stanie.
Parę dni później pierwszoroczni stali ustawieni w rządku naprzeciw Fornaxa, nieopodal ciągle żywego psa.
- Dostałem informację, że dziś w nocy przyuważono, jak jeden z was dokarmia psa. Osobnik ten jednak nie został ujęty. To nie szkodzi. Mam nadzieję, że ten, który to zrobił, postąpi tak, jak powinien, czyli przyzna się do tego występku. No dalej, czekam.
Yaven poczuł, jak nogi się pod nim uginają. To on tej nocy dokarmiał psa i to jego przyuważono. Co on teraz miał zrobić? Wystąpić? Ale on tak strasznie bał się kary!
- Ja! - usłyszał nagle i zobaczył Nattena występującego krok do przodu. - Ja go dokarmiałem.
- Ty? - oczy nauczyciela były pełne zdziwienia.
- Tak. Ja go dokarmiałem i poiłem. Żal mi go... Nie chcę widzieć jego cierpienia.
- Czy ktoś zachęcił cię do tego czynu?
- Nie
- A czy ktoś karmił go razem z tobą?
- Nie
- A więc zrobiłeś to z własnej woli... Rozczarowałeś mnie, Nattenie. - Fornax chwycił Nattena za ramię. - Pójdziesz teraz ze mną. Reszta może iść na kolację.
Yaven, Missen i Wind powoli ruszyli w kierunku stołówki, co chwilę odwracając się za siebie. Fornax prowadził gdzieś Nattena. Nie wiedzieli jednak gdzie. Cała ta sytuacja odebrała im apetyt i miast jeść, machinalnie grzebali w talerzach. Kiedy skończyli, wybiegli z budynku mieszkalnego. Po Nattenie i nauczycielu nie było śladu. Nagle zobaczyli Nattena wynurzającego się z ciemności. Był blady, a z ust wypływała mu krew. Wyglądał tak, jakby każdy krok sprawiał mu ból. W połowie drogi w ich stronę padł na ziemię. Natychmiast byli przy nim i zobaczyli na jego plecach pięć głębokich i długich skaleczeń.
- Chłosta - wyjąkał przerażony Yaven.
- Musimy go zanieść do sanitarki. - stwierdził Missen. - Wind, pomóż mi! - podnieśli nieprzytomnego przyjaciela i ruszyli w kierunku sanitarki, a Yaven podążał za nimi.
***
- No, mówże! - krzyk wyrwał go z zamyślenia.
- Nie wiem, Yavenie. Nie znam odpowiedzi na to pytanie.
- Nie wiesz? Jaka szkoda! - zakpił i pchnął Onee z całej siły. Dziewczyna władowała na ziemi, a po jej policzkach spływały łzy. Yaven nie zwracał na nią najmniejszej uwagi. Jego brązowe oczy były utkwione w Nattenie. Sięgnął po miecz. - Czas najwyższy, żebym ja był w centrum zainteresowania, a nie ty! Wyzywam cię na pojedynek, Nattenie. Nasz drugi pojedynek, który tym razem będzie prawdziwym pojedynkiem, a nie jego namiastką... Pamiętasz jeszcze naszą pierwszą potyczkę?
- Tak. Pamiętam. - to była prawda.
***
Lekcje się skończyły. Natten zmierzał na kolację. Nie czuł strachu, choć powinien - następnego dnia będzie mieć egzamin na łowcę czarownic. Nie bał się. On czuł zniecierpliwienie, bo musi jeszcze czekać 3 godziny. To tak dużo...
- Stój! - usłyszał za sobą rozkaz. Odwrócił się i zobaczył Yavena. - Nattenie, wyzywam cię na pojedynek!
Natten spojrzał na niego zdziwiony. Co się stało z Yavenem przez tę parę lat? Dawniej był jego najlepszym przyjacielem i nagle zaczął się oddalać. Zmienił się - chciał być pod każdym względem lepszy od niego. Natten dostrzegał tę zmianę i wiedział, że sam też był inny niż przed 6 laty. Lecz jego zmieniła przyjaźń, a Yavena a zazdrość.
- Na co czekasz? Stawaj do walki! Chyba się nie boisz, co?
- Yaven, dobrze się czujesz? - zapytał przechodzący Missen. - Przegrasz.
- Z Nattenem jeszcze nikt nie wygrał. - dodał jeden z innych chłopców z ich rocznika, którzy z zaciekawieniem przyglądali się Nattenowi i jego przyjacielowi.
- To ja będę pierwszym, któremu się to uda! Ja z nim wygram! - wrzasnął na całe gardło Yaven.
- Dałbyś spokój. Przecież nawet ja bym cię pokonał. - stwierdził któryś z chłopców, a pozostali ryknęli śmiechem.
- Zamknijcie się! Wszyscy! - krzyknął i zwrócił się do Nattena. - Gotowy?
- Tak. - westchnął i sięgnął po miecz. Yaven zrobił to samo. Wtedy ruszyli na siebie. Ostrza ich mieczy spotkały się i odbiły się od siebie.
- Zaraz to zrobi, zobaczycie. - Natten słyszał zaaferowany głos Missena. - Wykona swoją ulubioną technikę! Nikt jeszcze nie potrafił się jej przeciwstawić!
Missen miał rację. Natten uderzył z całej siły w miecz Yavena. Zrobił to za taką siłą, że broń przyjaciela wypadała mu z ręki.
- To koniec. - szepnął i przyłożył ostrze do szyi chłopca, po czym schował miecz do pochwy.
- Zrobił to! Zrobił! - zachwycał się Missen.
- To było oczywiste, że przegrasz, Yaven. - oświadczył jeden z widzów.
- Jak... Dlaczego? - zapytał przegrany. - Dlaczego ty ciągle wygrywasz? Co ty robisz, że jesteś taki wspaniały? Czy ty nie masz żadnej słabości? Żadnej?
***
Teraz Natten znał swoje słabości. Znał je aż za dobrze.
- Tym razem nie pozwolę ci tak szybko wygrać. - zachichotał Yaven. - A gdy przegrasz, zrobisz to, co ci każę... Pójdziesz ze mną do kompleksu, ale na początku... - przeniósł spojrzenie na drżącą Onee. - Zabijesz ją. Zetniesz jej łeb... Widzisz Nattenie? Przed przeznaczeniem nie da się uciec! Nie da!
- Jesteś szalony. - Natten sięgnął po miecz.
- Tak jak ty. Bo jak, jeśli nie szaleństwem, można nazwać to, co zrobiłeś 11 lat temu? No jak?
- Głos rozsądku. Według mnie to był głos rozsądku. - odparł i pomógł Onee wstać. - Idź do Liny. - polecił jej szeptem, po czym spojrzał w stronę Yavena. - Przyjmuję twoje wezwanie.
- Doskonale. Wreszcie nadszedł czas mojego triumfu. Nawet nie wiesz, jak bardzo opłacało się czekać. - zaśmiał się Yaven i ruszył na Nattena, który natychmiastowo zrobił unik i zaatakował, ale jego cios został odparty.
"Pozwól mi z nim walczyć! Jest silny!!!" - krzyczał w głowie Nattena Rendan.
"Przykro mi, ale nic z tego. - odpowiedział bestii. - Sam muszę go pokonać."
"W takim razie postaraj się! Jeśli zginiesz, moje życie się także zakończy, bo twoje plugawe ciało nie pozwoli przejąć nad nim kontroli!" - zajęczał, ale Natten już go nie słuchał. Teraz najważniejsza była walka.
Yaven z krzykiem rzucił się na niego. Natten natychmiast odskoczył. Zrobił to niezwykle szybko. Za szybko.
"Mówiłem, że sam chcę go pokonać! Nie wtrącaj się i nie przyspieszaj moich ruchów!" - zbeształ Rendana.
"Skoro nie pozwalasz mi walczyć, chcę cię wspomóc w ten sposób! Jeśli tego nie zrobię, ta walka będzie trwała w nieskończoność!" - warknął Rendan, a Natten uderzył w miecz Yavena i poczuł się tak, jakby cofnął się w czasie. Broń wypadła z dłoni jego byłego przyjaciela i wylądowała na ziemi.
- Przegrałeś - Natten schował miecz do pochwy. - Daruję ci życie w ramach naszej dawnej przyjaźni. W zamian masz dać mi spokój. Masz przestać mnie prześladować. - mówiąc te słowa nie patrzył w oczy Yavena. Nie potrafił tego zrobić. Odwrócił się do niego plecami. Wspomnienia z przeszłości nie dawały mu spokoju. Znowu atakowały jego głowę.
Onee nie poszła do Liny, tak jak jej kazał. Stała tuż za nim, wycierając mokre policzki.
- Idziemy. - powiedział i minął ją.
Yaven patrzył na odchodzącego Nattena z niedowierzaniem. Znowu z nim przegrał. Znowu nie ukarał go za te wszystkie upokorzenia. Nie. Tak nie może być. Przeniósł spojrzenie na Onee, która nie zrobiła ani kroku, mimo rozkazu Nattena. Ona także się na niego patrzyła. Płakała.
- Onee - zrobił krok ku niej, przywołując na usta uśmiech, którym zawsze ją obdarzał. - Ja... nie powinienem. - położył dłoń na jej mokrym policzku. - Nie powinienem. - powtórzył. - Ale muszę. - wtedy przeniósł rękę na jej szyję i zaczął dusić. - Musze cię zabić! On musi cierpieć! On ma cierpieć! On ma... - urwał raptownie. Poczuł dziwny ból w okolicach serca. Spojrzał na swoją pierś i zobaczył zakrwawione ostrze miecza wystające z niej. Nagle ono znikło. Zdezorientowany puścił szyję Onee i odwrócił się. Zobaczył Nattena trzymającego miecz skąpany w jego krwi.
- Dla... Dlaczego? - zapytał, a wraz ze słowem z ust wypłynęła także krew.
- Obiecałem ją chronić. Wybacz mi. - odparł Natten. Yaven przez chwilę patrzył na niego pytająco i nagle padł na ziemię. Natten nie musiał sprawdzać. Wiedział, że jego przyjaciel był martwy. Minął jego ciało i podszedł do Onee.
- Jesteś cała?
- Panie Nattenie! - jęknęła i objęła go w pasie. Drżała na całym ciele. - Tak się bałam! On był taki miły i dobry i nagle stały się zły! To było straszne! - szlochała.
Spojrzał na nią i pogłaskał po głowie.
- Już po wszystkim. - szepnął.
Kłamał. Wiedział, że to zdarzenie będzie się za nimi ciągnąć jako wspomnienie do końca życia.
Uczennica
Lina sama nie wiedziała, czy Onee po spotkaniu z Yavenem bardziej ucierpiała fizycznie czy psychicznie. Teraz dziewczyna stała się jeszcze bardziej cicha i bojaźliwa. Dodatkowo zaczął ją męczyć kaszel, z każdym dniem stający się coraz bardziej męczący i natarczywy. Ale Onee nigdy się nie skarżyła. Bez słowa piła podawane przez Linę eliksiry Letty, które miały uśmierzyć ból i zniwelować kaszel. Niestety, nie pomagały Onee.
- Długo nie wytrzyma. - powiedział do Liny Natten.
- Kto? - spojrzała na niego zdziwiona.
- Onee. Nie mów mi, że nie zauważyłaś - jest chora. Nieważne, ile wypije eliksirów od Letty i tak jej nie pomogą. A wiesz dlaczego? Bo ona tego nie chce. Razem z ciałem choruje także jej dusza. Ona obwinia się za śmierć Yavena i to ją wykańcza. Wkrótce będzie z nią bardzo źle. Dodatkowo z każdym dniem robi się coraz zimniej, co działa na naszą niekorzyść. Za niedługo spadnie też śnieg...
- Zupełnie tak, jakby wszystko chciało się sprzeciwić naszej misji. - westchnęła zmartwiona.
- Długo myślałem, co powinniśmy zrobić w tej sytuacji. Stwierdziłem, że najlepiej będzie, gdy miesiące zimy przeczekacie w Barenned.
- Barenned?
- Miasto położone jakieś dwa dni stąd. Nie należy do żadnego z ludzkich państw. Nie posiada także oficjalnego władcy. Rządzi nim burmistrz, wybrany przez mieszkańców, a nie przez króla, jak to ma miejsce w Vess, Karn, Deran czy Yaned. W Barenned znajduje się kompleks Shiryu. Tam Onee dostałaby fachową pomoc, a wy tymczasowy dach nad głową. Przeczekałybyście miesiące zimy, a potem wyruszylibyśmy w dalszą drogę.
- Przeczekać miesiące zimy? Przecież one się jeszcze nie zaczęły! Nie możemy spędzić 14 tygodni w cieple, skoro naszym zadaniem jest jak najszybsze dojście do Wyspy Shikamiego, nieważne jaka pogoda stanęłaby nam na drodze!
- Może i masz rację, ale jaki sens będzie miała dalsza wędrówka, skoro Onee po drodze padnie martwa? - zapytał. Elfka nie odpowiedziała. - Lino, jesteśmy naprawdę blisko celu naszej podróży i na osiągnięcie tego celu mamy sześć i pół miesiąca. Lepiej jednak zmienić sześć i pół na trzy i dojść w pełni sił na tę przeklęta wyspę.
- Przekonałeś mnie. Ale nie będziemy odpoczywać przez trzy i pół miesiąca, tylko dwa i pół. Gdy zacznie się trzeci miesiąc zimy wyruszymy w dalszą drogę.
Zobaczył zdecydowanie w jej błękitnych oczach i od razu zrozumiał, że nie warto się spierać.
- Niech będzie. Spędzicie więc dwa i pół miesiąca w Barenned.
- Dlaczego mówisz "spędzicie"? Nie rozumiem.
- Lino, czy ty tego nie zauważyłaś? Łowcy nagród marzą o mojej głowie i zrobią wszystko, by ją zdobyć. Nie chcę was narażać na potyczki z nimi. To mogłoby się źle skończyć.
- Ale co się w takim razie z tobą stanie?
- Na zachód od Barenned znajduje się kilka jaskiń, które są idealne na kryjówkę. Tam będę na was czekać. Gdy minie obiecane dwa i pół miesiąca, przyjdziecie po mnie.
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł?
- Tak.
- Ale co będzie, jeśli ty też zachorujesz?
- Spokojnie. Już kiedyś ukrywałem się w nich i nie zachorowałem. Tym razem też nic mi nie będzie.
Lina nie odpowiedziała. Tak bardzo chciała go zapytać o to, dlaczego go ścigają. Co takiego zrobił, że za jego głowę wyznaczyli tak wysoką nagrodę?... Nie umiała odpowiedzieć sobie na to pytanie, chociaż bardzo tego pragnęła.
***
Wieczorem powiadomili Peryl, Onee, Uld i Karin o swoich zamiarach.
- To dobry pomysł. - stwierdziła Uld. - Odpoczynek przyda się nam wszystkim... Ale ja zostanę z Nattenem.
- Dlaczego? - zdziwiła się elfka.
- Jestem kapłanką, która tymczasowo zrezygnowała z nauk. Kapłani Shiryu z całą pewnością będą stawiać mi niewygodne pytania. A my przecież mamy nikomu nie mówić o celu naszej podróży, prawda? Lepiej będzie jak zostanę. Poza tym, Nattenowi przyda się towarzystwo i ewentualna opieka medyczna, a ja trochę się na tym znam.
- Skoro tak uważasz. - Lina skinęła potakująco głową.
- Jeśli mam być szczery - wtrącił Natten - to sądzę, że Peryl też powinna zostać.
- A to dlaczego? - zapytała go dziewczyna.
- Wciąż lubisz przywłaszczać sobie cudze rzeczy. Bardzo możliwe, ze zamiast do kompleksu Shiryu, trafisz prosto do więzienia.
- Ja już nie kradnę! Oduczyłam się! - oświadczyła wściekła.
- Doprawdy? A co masz w kieszeni?
- Nic. - rzekła sięgając do kieszeni spodni.
- Nie w lewej, a prawej.
- Nic! Nic nie mam! - zaprzeczyła. Jej słowa nie przekonały Karin, która szybko włożyła dłoń do prawej kieszeni Peryl i wyciągnęła z niej srebrną bransoletkę od króla Haru.
- Moja bransoletka! - wykrzyknęła wściekła. - Myślałam, że ją zgubiłam! Peryl, na co ci moja bransoleta, skoro masz swoją?!
- Na coś. - Peryl łypnęła groźnie na Karin. - Dobrze, wygraliście. Zostanę z Nattenem. Zresztą wszystko mi jedno, gdzie będę spała. Jaskinie są dość wygodne w porównaniu z zabłoconą ziemią.
- Ja też zostanę. - oświadczyła Karin i zerknęła w stronę Nattena. - Mi wszystko jedno, gdzie spędzę te dwa miesiące.
- Ja też mogę zostać. - szepnęła Onee.
- Nie. Ty pójdziesz ze mną. - oświadczył twardo Lina. - Tobie nie mogę pozwolić na narażanie zdrowia. Jesteś z nas najsłabsza i...
- Wiem! Wiem, że jestem słaba! WIEM! - krzyknęła na elfkę i rozpłakała się. - Ja to wiem...
***
Następnego dnia, podczas śniadania Lina dała Onee resztkę eliksiru wzmacniającego od Letty. Wiedziała, że to nie wyleczy Onee, ale miała nadzieję, że da jej siłę na dojście do Barenned.
Tuż po śniadaniu rozdzielili się - Natten razem z 3 wybrankami ruszył na zachód. Natomiast Lina i Onee skierowały się na północ. Ich droga była długa i wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Onee co chwilę dostawała ataków kaszlu lub dreszczy.
Późnym wieczorem przekroczyły bramę miasta. Onee ledwo trzymała się na nogach i musiała podpierać się na elfce. Kiedy stanęły pod wrotami do kompleksu Shiryu, Lina powiedziała dziewczynie, że za chwileczkę ktoś przyjdzie im pomóc, ale ona już tego nie słyszała. Wszystkie dźwięki zamieniły się dla niej w złowrogi szum, a obrazy przed oczami przybierały szare barwy. Kiedy wrota otworzyły się, straciły przytomność.
***
Otworzyła powoli oczy i zobaczyła nad sobą błękitną ścianę sufitu. Znajdowała się w czyimś pokoju. W czyimś łóżku. Rozejrzała się i nie dostrzegła w swoim pobliżu Liny. Gdyby nie ogromne uczucie zmęczenia, pewnie wpadłaby w panikę, ale teraz było jej wszystko jedno.
Usłyszała skrzypnięcie drzwi i zwróciła ku nim swe spojrzenie. Zobaczyła elfkę, której zmartwiona twarz rozjaśniła się natychmiast, gdy ich spojrzenia spotkały się.
- Onee! - podbiegła do jej łóżka. - Tak się o ciebie martwiłam! Od kiedy tutaj przybyłyśmy byłaś ciągle nieprzytomna. To był koszmar!
- Ile... - zaczęła, ale nie miała siły, by dokończyć.
- Ile czasu byłaś nieprzytomna? - odgadła Lina, a Onee przytaknęła ruchem głowy.
- Dwa dni i trzy noce. Gorączkowałaś i majaczyłaś. Cieszę się, że już wszystko w porządku.
Drzwi skrzypnęły ponownie i do niebieskiego pokoju weszła jakaś dziewczyna.
- Co z nią? - zapytała Liny.
- Już lepiej. - odparła elfka.
- Zobaczmy. - obca podeszła do łóżka i pochyliła się nad Onee. Mogła mieć 20 lat, a może trochę więcej. Miała ona piękne, ciemno niebieskie, wręcz granatowe oczy i falowane mahoniowe włosy. Była człowiekiem, ale według Onee była o wiele piękniejsza od Liny, która była elfką.
- Tak. - dziewczyna położyła szczupłą, chłodną dłoń na czole Onee. - Gorączka odrobinę spadła, ale nie mogę powiedzieć, że jej choroba się skończyła. Skłamałabym.
- Ile potrwa jej powrót do zdrowia?
- Według mnie dwa tygodnie. Może mniej... - reszty rozmowy Onee nie słyszała, bo ponownie zapadła w sen.
***
Kiedy Onee obudziła się, pouczyła falę pragnienia zalewającą jej gardło. Chciała wstać i iść po coś do picia, ale nie miała siły się podnieść. Wtedy drzwi otworzyły się, a do pokoju weszła dziewczyna o granatowych oczach.
- Czy mogłabym prosić o wodę? - wyjąkała przez suche gardło.
- Już daję. - dziewczyna podeszła do stołu, gdzie stała karafka i kieliszek. Szybko napełniła kielich i podniosła Onee, która szybko wypełniła jego zawartość. Odłożyła kieliszek na miejsce i sprawdziła jej temperaturę poprzez dotknięcie czoła.
- Gorączka wciąż się utrzymuje, chociaż jest mniejsza od tej, która cię męczyła podczas przybycia tutaj. Wtedy bałam się, że umrzesz.
- Było ze mną tak źle?
- Nawet bardzo źle.
- Rozumiem. A gdzie Lina?
- Zostawiła cię pod moją opieką. Powiedziała, że musi wyjść załatwić jakieś ważne sprawy.
"Pewnie poszła odwiedzić pana Nattena i pozostałe. Zazdroszczę jej" - pomyślała ze smutkiem.
- Nazywasz się Onee, tak? - owo pytanie wyrwało dziewczynę z zamyślenia.
- Yy... Tak. Jestem Onee.
- Ja jestem Tesna. Będę się tobą zajmować do czasu twojego opuszczenia kompleksu Shiryu. - uśmiechnęła się. - Lina, mówiła, że zostaniecie tutaj jeszcze jakiś czas. Mam nadzieję, że zdążymy się zaprzyjaźnić.
- Ja też.
- Cieszy mnie to. Teraz jednak musimy przerwać naszą rozmowę. Jesteś bardzo słaba. Musisz zregenerować utracone siły poprzez sen.
- Nie chcę spać.
- Tylko tak mówisz. Zamknij oczy, a sen natychmiast do ciebie przyjdzie.
Onee zrobiła tak, jak jej poleciła Tesna i po chwili usnęła.
***
Przez trzy kolejne dni Onee budziła się i zasypiała. 7 dnia pobytu w kompleksie czuła się na tyle dobrze, że zaproponowała Linie, że będzie jej towarzyszyć w odwiedzinach pozostałych, co spotkało się z kategorycznym sprzeciwem. Zmuszona była więc leżeć w łóżku w pustym pokoju. Wybawieniem okazała się Tesna, która przyniosła jej obiad.
- Jak się czujesz, Onee? - zapytała i położyła na stole torbę, która wisiała na jej ramieniu.
- Już dobrze. - odparła, a Tesna położyła na jej kolanach tacę z jedzeniem.
- Smacznego - rzekła i usiadła przy łóżku dziewczyny.
- Dziękuję. - Onee zaczęła jeść. Po chwili zapytała: - Pani Tesno, czemu nie nosi pani kapłańskich szat?
- Powód jest prosty: ja nie jestem kapłanką.
- Nie? Ale jak to? Przecież znajdujemy się teraz w kompleksie Shiryu, czyż nie?
- Owszem, znajdujemy się. Ale nie w kapłańskim budynku, a w budynku nauk.
- Dlaczego tu? Nie rozumiem.
- Jakieś dwa miesiące temu wykłady w tym budynku zostały przerwane, a uczniowie odprawieni do domów. Kapłani zaczęli poszukiwać ludzi, którzy mają medyczne zdolności, by pomagali potrzebującym w budynku nauk. Znam się bardzo dobrze na tworzeniu leków z ziół, więc zgłosiłam się prawie natychmiast i razem z 5 innym ochotnikami przyjmujemy chorych. Gdy przypadek choroby jest naprawdę ciężki, zwracamy się z pomocą do kapłanów.
- Dlaczego kapłani nie chcą pomagać ludziom?
- Oni chcą pomagać, ale podobno zaistniała jakaś nagła sprawa, do której muszą się przygotować poprzez szkolenie i zwiększenie swych umiejętności... Ciekawe, co to może być?
- Nie mam pojęcia. - skłamała. Czuła przez skórę, że to ma związek z Shikamim. - Dziękuję za obiad, pani Tesno. Był pyszny.
- Nie ma za co dziękować, Onee. Moim obowiązkiem jest opieka nad tobą. - wzięła od niej tacę i położyła ją na stole obok torby, którą przyniosła. - Dziś niestety nie będę mogła z tobą zostać, gdyż muszę zrobić parę mikstur i leczniczych napoi. Miesiące zimy niosą z sobą chłód i chorobę. Codziennie przychodzą do nas ludzie potrzebujący lekarstw dla siebie lub swoich bliskich.
- Proszę się nie zamartwiać moją osobą. Poradzę sobie sama. - powiedziała, choć wcale nie była tak pewna swoich słów.
- Lubisz czytać, Onee?
- Uwielbiam! W moim domu mam dużą bibliotekę, w której kocham przesiadywać.
Tesna wpatrywała się w Onee z ciekawością i jakby nostalgią.
- Doskonale się składa, bo przyniosłam ci książkę z biblioteki. Za parę dni sama cię tam zaprowadzę. Na razie jednak będę sama ci przynosić książki. Dziś wybrałam ci tą - wyjęła z torby książkę, którą podała Onee.
- "Pieśni o dawnych dniach Varisannu" - przeczytała zachwycona dziewczyna. - Uwielbiam tę książkę! Kojarzy mi się z dzieciństwem. Moja mama czytała ją mi i mojemu bratu przed snem. Zawsze najbardziej lubiłam "Pieśń o królowej Katii".
- Twoją też? - Tesna zaśmiała się. - Ten, którego kocham, powiedział mi kiedyś, że zakochał się we mnie, kiedy czytałam tą właśnie pieśń.
- Ma pani narzeczonego?
- Nie... - twarz Tesny posmutniała. - 4 lata temu... Odszedł.
- Przepraszam. Nie chciałam pani zasmucać.
- Nic się nie stało. Już dawno pogodziłam się z tym, ze go przy mnie nie ma.
***
Pierwszego dnia miesiąca rozpoczynającego zimę Onee wybrała się do biblioteki po kolejną książkę. Od czasu, gdy Tesna zaprowadziła ją do księgozbioru w budynku nauk, czyli od 3 dni, odwiedzała to miejsce co chwilę.
Lina po raz kolejny nie wyraziła zgody na to, by Onee poszła z nią do jaskiń, mimo, że dziewczyna była już zupełnie zdrowa. Tesna ciągle była zajęta przyrządzaniem leków, więc dziewczyna jedyną szansę na zabicie nudy widziała w bibliotece, gdzie siedziała do wieczora. Gdy tylko zaczęło się ściemniać, postanowiła wrócić do swojego pokoju i tam kontynuować lekturę w świetle świecy.
Korytarz główny w budynku nauk był ciemny i zimny. Wydawał się być wrogiem wszystkich, którzy ośmielili się przez niego przejść. Nagle usłyszała kroki zbliżające się ku jej osobie. Nie wiedząc czemu, zatrzymała się. Po chwili wyczekiwania zobaczyła jasnowłosego mężczyznę wynurzającego się z ciemności. Ów mężczyzna kroczył w jej stronę. Zamarła z przerażenia.
"Yaven? - pomyślała przerażona. - Nie! To nie może być Yaven! Yaven nie żyje! Yavena już nie ma!" - jej strach znikł tak szybko, jak się pojawił. Mężczyzna przeszedł obok niej, a dziewczyna szybko odkryła, że to nie Yaven, a medyk taki jak Tesna wynajęty przez kapłanów.
Gdy kroki mężczyzny podobnego do Yavena ucichły za plecami Onee, dziewczyna usiadła na zimnej posadzce, podciągnęła kolana pod siebie i zapłakała. Ciągle widziała przepełnioną szaleństwem i nienawiścią twarz Yavena. Ciągle słyszała jego krzyk: "On musi cierpieć!". Ciągle czuła jego dłoń na szyi... Ciągle.
- Onee, co się stało? - usłyszała i podniosła głowę do góry. Zobaczyła nad sobą zatroskaną twarz Tesny.
- Ja... ja... ja jestem taka słaba! - wyrzuciła z siebie, łykając łzy.
- Słaba? - powtórzyła i przykucnęła. Utkwiła swe piękne granatowe oczy w oczach Onee.
- Tak, słaba. Dla innych jestem niczym innym jak kulą u nogi! To ja się pierwsza męczę, to ja zawsze zostaję z tyłu, to ja nie potrafię się obronić, to ja... TO JA JESTEM ZEREM! Wiem, że wszyscy mnie za to nienawidzą! Najlepiej byłoby, gdybym w ogóle się nie urodziła!
Ciepłe spojrzenie Tesny nagle stało się zimne. Dziewczyna wyprostowała się.
- Onee, natychmiast spójrz na mnie. - rozkazała. Jej głos był surowy i sprawił, że Onee natychmiast podniosła głowę do góry. - Jeśli będziesz tak myśleć, to naprawdę będziesz słaba. Naprawdę będziesz zerem. Ale jeśli spojrzysz na siebie w innym świetle i zaczniesz się starać, oduczysz się tego. Wystarczy chcieć.
- Ale ja... - zaczęła, a Tesna uciszyła ją ruchem ręki.
- Porozmawiamy o tym kiedy indziej. Na razie przemyśl moje słowa. A potem... zobaczysz sama.
***
Pięć dni później Tesna poleciła Onee przyjść na hal główny budynku zaraz po zjedzeniu śniadania. Kiedy jednak przyszła na umówione miejsce, Tesny jeszcze nie było. Onee z początku przechodziła z kąta w kąt, aż w końcu znudzona oparła się o jedną ze ścian i utkwiła wzrok w ziemi. Zaczęła myśleć o pozostałych. Jak sobie radzą? Czy są zdrowi?
Nagle tuż po jej stopami wylądował miecz. Podniosła głowę i ujrzała Tesnę z drugim mieczem w ręce.
- Podnieś go - rozkazała jej.
Onee pochyliła się i złapała rękojeść miecza, którą podniosła do góry. O mało nie krzyknęła ze zdziwienia. Miecz był niezwykle lekki. Mogła go podnieść bez problemu, w przeciwieństwie do miecza Karin, który uniosła z trudem, obawiając się, że wyląduje na ziemi pod jego ciężarem.
- Lekki prawda? - zapytała ją Tesna. - Dostała go od pewnego wspaniałego człowieka, gdy byłam mniej więcej w twoim wieku. Ten sam człowiek nauczył mnie wszystkiego, co teraz wiem o ziołach. - wyznała z nostalgią. - Od dziś jest twój. Nauczę cię posługiwania się mieczem i postaram się zniszczyć twoją słabość.
- Ale... Dlaczego pani chce mi pomóc?
- Bo ja kiedyś też byłam słaba. Słaba i okropnie naiwna. Wierzyłam we wszystko, co mi obiecywali i to o mało mnie nie zabiło. Miałam szczęście, że wtedy pojawił się ktoś, kto wyciągnął w moim kierunku dłoń. Teraz ja wyciągnę dłoń do ciebie... O ile jesteś na to gotowa.
- Jestem na to gotowa, pani Tesno.
- W takim razie zacznijmy szkolenie.
***
Lina wróciła późnym wieczorem z jaskiń. Była zadowolona - wszyscy w obozie byli cali i zdrowi, choć Karin oczywiście narzekała.
Weszła do budynku nauk i usłyszała uderzenia ostrzy miecza. Przyspieszyła i znalazła się w holu głównym, gdzie ujrzała dziwny widok - Onee i Tesna stały naprzeciw siebie, otoczone świecami położonymi na ziemi. Nagle Onee zaatakowała Tesnę, a ta z łatwością sparowała jej cios.
- Za słabo. Postaraj się włożyć w ataki więcej siły! - usłyszała głos Tesny i uśmiechnęła się. Wyglądało na to, że słabość Onee właśnie odchodzi w niepamięć.
Kalyshe
- I jesteśmy na miejscu - powiedział szeptem Koshi, gdy znaleźli się pod olbrzymią bramą prowadzącą do państwa Ened.
Storm spojrzał na nią, a potem przeniósł wzrok na ciężkie bransolety więzienne. Cieszył się, że wkrótce je zrzuci i ponownie zasiądzie na grzbiecie swojego wierzchowca, który od czasu udawania przez elfa niewolnika był prowadzony przez Reiloma.
Kątem oka dostrzegł, że Koshi naciągnął kaptur na głowę, tym samym ukrywając swoją twarz, a potem zgarbił się, posturą przypominając sędziwego staruszka.
- Nie chcę mi się patrzeć na ich twarze - skomentował swoje dziwne zachowanie.
Tymczasem Reilom uderzył parę razy pięścią w bramę, która prawie natychmiast uchyliła się. Wyszedł z niej kalysh - wartownik.
- Czego tutaj chcesz, człowieku? - słowo człowiek wymówił z niezwykłą pogardą.
- Jestem handlarzem niewolników i...
- Wchodź - przerwał mu, a Reilom przekroczył bramę. Storm, Koshi i pozostali ruszyli jego śladem.
***
Prowadził ich ponad godzinę przez uliczki pełne istot z perłowymi rogami pośrodku czoła. Storm nie potrafił opanować swej ciekawości i cały czas rozglądał się to w jedną, to w drugą stronę.
Ich wędrówka zakończyła się pod piękną rezydencją, której bramę pośpiesznie przekroczyli. Reilom zapukał do drzwi wejściowych i po chwili otworzyła je młoda kobieta.
- Witaj Reilomie! - przywitała się i odsunęła. - Wchodźcie, pan i pani wkrótce was przyjmą.
Zaprowadziła ich do dużego salonu, gdzie Reilom zaczął ściągać im kajdany. Niektórzy ludzie zaraz potem gdzieś odchodzili. Storm domyślił się, że to ci, którzy pracują u małżeństwa kalyshów i wrócili z odwiedzin u swych najbliższych.
Po kilkunastu minutach oczekiwania do salonu weszła piękna kobieta z perłowym rogiem pośrodku czoła.
- Witajcie moi mili! Przepraszam, że tyle czasu musieliście na mnie czekać, lecz musiałam przywitać się z tymi, którzy powrócili tutaj po krótkiej nieobecności. Nazywam się Aruya i od dziś będę was gościć w swoim domu, oczywiście, jeśli tylko chcecie tej gościny. Chodźcie za mną. Pokażę wam pokoje, które zajmiecie i postaram się rozwiać wszystkie wasze wątpliwości. A, Reilomie - zwróciła się do handlarza - idź do jadalni. Mój mąż zaraz tam przyjdzie.
- Jak sobie życzysz. - skłonił się. Aruya odwzajemniła ukłon i wyszła z resztą niewolników. Storm nie wiedział, co ma robić, więc spojrzał pytająco na Koshiego, który wyprostował się i odrzucił kaptur od tyłu.
- Idziemy do jadalni, Storm. - powiedział i we trójkę ruszyli długim korytarzem kończącym się drzwiami prowadzącymi do olbrzymiej sali z niedużym stołem pośrodku. Usiedli przy nim i czekali. Drzwi nagle otworzyły się i weszły cztery młode dziewczyny niosące tace pełne talerzy z wszelakim jadłem. Wszystko postawiły na stole.
- Pani i pani wkrótce do państwa przybędą. - powiedziała jasnowłosa służąca i opuściła jadalnie razem z trzema towarzyszkami.
Na Eena i Aruyę nie musieli czekać długo. Gdy tylko weszli do jadalni, Reilom podniósł się i podszedł do nich. Een uściskał go tak, jak dawno nie widzianego brata.
- A mnie nie przywitasz, Een? - zapytał Koshi, a kalysh spojrzał w jego stronę.
- Koshi? To ty?
- A kto inny? - chłopak podszedł do niego i szybko uścisnął. Gdy stanął naprzeciw Aruyi, ta dotknęła palcem jego czoła i szepnęła:
- Prawie nic się nie zmieniłeś. - po czym przytuliła go jak syna.
- A kim jest wasz towarzysz? - Een dostrzegł Storma.
- To elf Storm. Przybył tutaj, bo... bo ma ważną sprawę do załatwienia. - wytłumaczył im Koshi.
- Naprawdę? - zaciekawiła się Aruya. - Czy można wiedzieć jaką? - Storm już otwierał usta żeby odpowiedzieć, ale wyprzedziły go słowa Koshiego:
- Porozmawiamy o tym po obiedzie, dobrze? Wybaczcie, ale jestem nieziemsko głodny!
Aruya zaśmiała się.
- W takim razie zasiądźmy do stołu.
Obiad przebiegł w miłej atmosferze, wypełniony pogawędką małżeństwa z Koshim i Reilomem. Storm rzadko zabierał głos. Nie chciał przerywać rozmowy osób, które wyglądały na starych, dobrych przyjaciół. Kiedy służki sprzątnęły ze stołu puste talerze, Een zwrócił się do Storma:
- Powiedz nam, co za ważna sprawa sprowadza cię do Ened?
Elf kątem oka zauważył, że Koshi zacisnął usta i utkwił swój wzrok w blacie stołu. Czuł, że tym zachowaniem stara się mu coś przekazać, ale nie wiedział co. Postanowił więc odpowiedzieć na pytanie kalysha:
- Przybyłem tutaj, by spotkać się z waszym królem.
Een i Aruya spojrzeli na niego z niedowierzaniem. W jadalni zapanowała grobowa wręcz cisza.
- Czyś ty zwariował? - wykrztusił wreszcie kalysh. - Wszedłeś tutaj nielegalnie i chcesz jak gdyby nigdy nic spotkać się z wielmożnym Kavonem?
- Tak - przytaknął zdecydowanie.
- Zrezygnuj. On rozkaże cię wrzucić do lochu. Nie zechce wysłuchać. Kavon gardzi innym rasami. - wyszeptała Aruya.
- Mnie będzie musiał wysłuchać. - Storm nie podawał się.
- Ale ty nawet nie wejdziesz do pałacu! Złapią cię, jak tylko opuścisz ten dom! Tylko kalyshe mogą same chodzić po ulicach Ened!
- Nie złapią go. - Koshi oderwał wzrok z blatu. - Ja go tam zaprowadzę... Jutro w nocy.
- Ale Koshi... - jęknęła Aruya. - Ty nie...
- Nie obchodzi mnie to! - krzyknął na nią. - Nawet nie wiecie, jak on uparcie dążył, by tu dotrzeć! Pragnął tego mocniej, niż cokolwiek innego! A marzenia przecież trzeba realizować! - Storm dostrzegł łzy w oczach chłopaka. - Jutro w nocy pójdę do zamku z nim i mało mnie obchodzi, co ze mną zrobią!
- Koshi, mówisz tak, bo... - zaczął Een i urwał.
- Bo? Dlaczego nie chcesz dokończyć? Bo co? Bo już nie jestem taki jak dawniej? Bo odrzuciłem wszystko, by osiągnąć coś, by natychmiast to utracić? Bo...
- Bo jej już nie ma! - przerwał mu krzykiem kalysh.
Koshi pobladł. Zacisnął usta i wyszedł z jadalni, głośno trzaskając za sobą drzwiami. Een westchnął i zwrócił się do Storma:
- Wybacz mi, elfie. Nie chciałem, żeby nasza wspólna kolacja skończyła się w taki sposób. Naprawdę... W każdym razie jutro w nocy dostaniesz się do naszego króla, Kavona. Koshi nigdy nie rzuca słów na wiatr.
***
Wyszli późną nocą. Obydwaj odziani w ciepłe płaszcze, z kapturami naciągniętymi na twarz.
- Droga będzie dość długa, bo pałac nie leży blisko, a my dodatkowo musimy się poruszać bocznymi ulicami, żeby nie złapał nas żaden z gwardzistów patrolujących miasto.
- Rozumiem. Ale czy kiedy już dojdziemy, to król nie będzie spał?
- Pewnie będzie. - Koshi wzruszył ramionami. - Ale o to się nie martw. Poradzimy sobie.
Storm nie miał pojęcia, co chłopak planował, ale postanowił mu zaufać. On rzeczywiście nie rzucał słów na wiatr.
***
Przez ponad dwie godziny przemykali się uliczkami Ened, aż w końcu dotarli pod tył muru otaczającego królewski zamek.
- Co teraz? - zapytał elf.
- Cierpliwości. - Koshi podszedł do muru, w który zapukał, po czym zrobił parę kroków w prawo i ponownie zapukał. Storm przypatrywał się mu z zainteresowaniem i starał się odgadnąć, co Koshi prze to pukanie stara się uzyskać. Wtem chłopak zatrzymał się i skinął na niego, a Storm szybko znalazł się u boku Koshiego.
- Król, za którego panowania zbudowano ten pałac, myślał o bezpieczeństwie swoim i swoich najbliższych. - wyszeptał i pchnął mur z całej siły. Coś skrzypnęło, a część ściany cofnęła się do tyłu jak drzwi. - W razie ataku wroga mógłby niepostrzeżenie wymknąć się z pałacu. - dokończył z zwycięskim uśmiechem na ustach.
- Skąd wiesz o tym przejściu?
- Odkryłem je dawno temu razem z tajemnym wejściem do pałacu. - odparł i razem z Stormem wszedł do królewskiego ogrodu. Gdy Koshi zamykał sekretne drzwi, z nieba zaczęły spadać białe płatki.
- Śnieg - szepnął elf.
- W końcu mamy pierwszy miesiąc zimy. To normalne, że sypie. - stwierdził obojętnie chłopak. - Chodź za mną. - przebiegli przez ogród do najbliższej ściany zamku, którą pchnął, tak jak przed chwilą mur. Otworzyło się kolejne tajemne przejście prowadzące do ciemnego korytarza, do którego szybko weszli. Gdy Koshi zamknął wejście, ogarnęła ich ciemność. Po paru chwilach wzrok Storma przyzwyczaił się do mroku i dostrzegł zarysy chłopaka, który usiadł na ziemi.
- Co robisz? - szepnął zdenerwowany. - Musimy iść dalej, nie ma czasu na odpoczynek!
- Zawsze byłeś taki niecierpliwy? - westchnął Koshi. - Pomyśl trochę. Król, jak już sam powiedziałeś, śpi. Jeśli mamy z nim rozmawiać, to tylko wtedy, gdy będzie zdolny nas wysłuchać, prawda?
- Prawda - przytaknął niechętnie. - Co teraz?
- Teraz pójdziemy spać. Noc jest dla wszystkich. Nie tylko dla królów. Dobranoc. - i Koshi położył się na ziemi. Storm po chwili zrobił to samo.
***
Obudziło go szturchanie w ramię. Otworzył oczy i zobaczył nad sobą zarysy swojego towarzysza.
- Zaczął się nowy dzień. Król od paru godzin jest w swojej komnacie. Możemy iść dalej. - poinformował go. Storm szybko wstał i ruszył za Koshim. Ciemny korytarz ciągnął się jeszcze długo, a po nim zaczęły się kręte schody w górę. To była długa i mozolna droga. Elf ostrożnie stawiał każdy krok, gdyż nierozważny ruch mógłby skończyć się upadkiem na sam dół.
W końcu zatrzymali się, a Koshi uchylił drzwi, które zaprowadziły ich do pałacowego korytarza. Storm spojrzał na sekretne drzwi i odkrył, że po ich zamknięciu stawały się częścią ściany.
- Sala tronowa znajduje się niedaleko nas. Tam król przyjmuje tych, którzy chcą z nim porozmawiać. Dodam, że są to wyłącznie kalyshe. - głos chłopaka był suchy i obcy. Kroczył razem z elfem środkiem korytarza, co nieco zdziwiło Storma.
- Dlaczego nie ukrywamy się? - zapytał szeptem. - Jak nas złapią...
- Nie złapią. - przerwał mu. - Korzystaliśmy z tajemnych przejść tylko dlatego, że nie udałoby się nam w inny sposób tutaj wejść. Ale teraz... już nic nam nie zrobią.
Jakby na potwierdzenie tych słów za rogu wyszła służąca niosąca tacę z brudnymi talerzami. Gdy tylko ich zobaczyła, wypuściła tacę z rąk, a naczynia potłukły się w drobny mak.
- Dla... dlaczego? - jęknęła. - On... on... - Koshi nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi i ominął ja razem ze Stormem. Elf bał się, że służka zawiadomi straże, ale nikt im nie przeszkadzał. Dopiero pod salą tronową dostrzegli dwóch gwardzistów, którzy na ich widok chwycili za broń. Koshi nie zwrócił na nich najmniejszej uwagi i podszedł do nich. Elf dostrzegł, że ręce strażników drżą.
- Mamy sprawę do króla, więc opuście broń. - oświadczył chłopak.
- Nie idź. - szepnął strażnik. - On cię...
- Nieważne. - Koshi pchnął drzwi do sali tronowej i wszedł do niej razem ze Stormem.
Sala tronowa była olbrzymią, jasną komnatą. Na jej końcu stał królewski tron, po którego lewej i prawej stronie znajdowały się mniejsze trony zajęte przez królewskich doradców. Sam król wyglądem nieco przypomniał elfa księżycowego Haru, ale jego rysy były bardziej ostre, a zielono-szare oczy pełne były podejrzliwości. Na widok Koshiego i Storma podniósł się i rzucił przez zaciśnięte zęby:
- Jak śmiesz tu przychodzić? Kto cię tutaj wpuścił?
- Nikt mnie wpuścił. - odparł Koshi beznamiętnym głosem. - Ja po prostu wiem o paru rzeczach, o których ty nie wiesz... Wiesz co? Kiedy tutaj szliśmy, spotkaliśmy po drodze jedną z twoich służących oraz dwóch gwardzistów. Kiedy mnie zobaczyli, mówili: "On... on...". Nigdy jednak nie kończyli. Ja jednak wiem, co chcieli mi powiedzieć. On cię zabije... Zgadłem, nieprawdaż?
- Nędzny robaku, przybyłeś tutaj tylko po to, by ze mnie kpić? Cóż za lekkomyślność! Będziesz musiał za nią zapłacić... Rzeczywiście zginiesz.
- Kpić z ciebie? Zbyt wysoko siebie oceniasz. Nigdy bym nie przyszedł do ciebie z własnej woli, ale mój towarzysz chce z tobą porozmawiać, więc...
- Elf? - wykrzyknął król Kavon, który dopiero teraz dostrzegł Storma. - Jak śmiesz tu przychodzić?! Żaden elf, człowiek, krasnolud czy też nimfa nie będą ze mną rozmawiać! Nigdy! Straż! Zabrać tę dwójkę do lochów!
Drzwi do sali otworzyły się i do środka weszli ci sami gwardziści, którzy przedtem wpuścili Koshiego i Storma do środka. Do nich dołączyli ci, którzy stali obok tronów królewskich doradców. Ani Koshi ani Storm nie stawiali oporu, więc zostali natychmiast pochwyceni.
- Wyprowadzić ich! - rozkazał król.
- Stójcie! Przestańcie! Rozkazuję wam natychmiast przestać! - wykrzyknął Koshi, a gwardziści zatrzymali się.
- Ogłuchliście?! - Kavon był wściekły. - Do lochów z...
- Ojcze, przestań! - jęknął chłopak, a Storm spojrzał na niego zdziwiony. - Ojcze, zapomniałeś, że kiedyś byłem twoim synem? Jeśli tak, to przypomnij sobie! Ja też kiedyś byłem kalyshem takim jak ty! Jeśli to pamiętasz, to pozwól mojemu przyjacielowi przemówić!
Kavon patrzył na Koshiego z pogardą i smutkiem zrazem.
- Nie jesteś moim synem.
- ALE NIM BYŁEM!!! 4 lata temu jeszcze nim byłem! Nie wierzę, żebyś tak szybko zapomniał o swoim jedynym dziecku! - wykrzyknął Koshi i spuścił głowę. - Proszę... Błagam!
- Ciekaw jestem, co takiego masz mi do powiedzenia, skoro on tak bardzo o to prosi. Mów, elfie. - Kavon usiadł na swym tronie i utkwił spojrzenie w Stormie.
- Królu Kavonie, przybywam w imieniu księżycowego elfa Haru i wszystkich ludów Varisannu. Chcę cię prosić o zgodę przyłączenia armii kalyshów do pozostałych armii...
- A z jakiego powodu mielibyśmy się przyłączać do innych ras? - przerwał mu król.
- Bo Shikami znowu chodzi po Varisannie! Czwarty bóg chce podbić wszystkie państwa! Ened też! - ku zdziwieniu Storma, Kavon wybuchł śmiechem.
- Skoro chce podbić moje państwo, to proszę bardzo! Niech spróbuje! Jeszcze nikomu się to nie udało i jemu też się nie uda! To, czy jest bóstwem, czy nie, nie ma większej wagi! Ja się go nie boję i nie udzielę wam żadnej pomocy!
- Ale...
- Żadnej pomocy. - powtórzył Kavon. - Zabrać mi ich sprzed oczu! - rozkazał, a gwardziści wyprowadzili Stroma i Koshiego.
***
Shikami otworzył oczy i uśmiechnął się zawistnie.
- Kogo tym razem obserwowałeś, panie? - zapytała go Hana.
- Króla kalyshy. - odparł i dał jej znak, żeby się zbliżyła.
- Kim są kalyshe, mój panie? - zapytała go.
- To istoty, które uważają, że są lepsze od wszystkich i od wszystkiego. - dotknął jej policzka i spojrzał w jej błękitne oczy, które tak bardzo przypominały mu oczy Nayi. - Przed chwilą król Kavon mnie obraził, a ja nie lubię, gdy ktoś mnie obraża.
- Chce go pan ukarać?
- Tak. Na początku chciałem podbić Varisann po odzyskaniu boskiej mocy, ale zmieniłem zdanie. Ened wkrótce ugnie kolana przede mną, a ten głupi król raz na zawsze zrozumie, że z Shikamiego się nie kpi!
Przymierze
Wrzucili ich do zimnego i wilgotnego lochu z jednym małym oknem wpuszczającym trochę światła do środka.
- Przepraszam. - powiedział cicho Storm. - Przeze mnie wylądowaliśmy tutaj razem, choć powinienem znaleźć się tylko ja. Za bardzo wierzyłem, że się uda. Byłem za bardzo uparty.
- Nie byłeś wcale uparty. - zaprzeczył Koshi i podszedł do zakratowanego okienka. - Ty po prostu robiłeś to dla osoby, na której ci zależy i dla wszystkich mieszkańców Varisannu... Kiedy mi powiedziałeś tak po raz pierwszy, nie rozumiałem, o co ci chodzi. Dziś, stojąc w sali tronowej przypomniały mi się te słowa, a szczególnie część o ważnej dla ciebie osobie... Tylko dla tych słów zacząłem go błagać, żeby cię wysłuchał... - westchnął. - Powiedz, zdziwił cię fakt, że byłem kalyshem?
- Szczerze mówiąc, to tak. - Storm uśmiechnął się. - Ale teraz sam się sobie dziwię, że tego nie domyśliłem się wcześniej. Ten sokoli wzrok, wyostrzony słuch i ta blizna na czole... To było oczywiste, a raczej teraz jest oczywiste. Dlaczego nie chciałeś być kalyshem?
- A czy to nie jest oczywiste? - odwrócił twarz od okna i spojrzał na niego. - Kalyshe są okrutne dla wszystkich, którzy nie są przedstawicielami ich rasy. A ja... Ja zawsze byłem taki jak Een i Aruya. Dodatkowo 4 lata temu pokochałem człowieka. Ona nazywała się Aya i służyła w pałacu. Miała falowane złote włosy i szare oczy... Była taka piękna...
- Jeśli to sprawia ci ból, nie mów mi tego. - rzekł Storm.
- Nie. Ty masz prawo o niej usłyszeć. - stwierdził. - Aya odwzajemniała moje uczucia, więc postanowiliśmy uciec z Ened. Pomógł nam Reilom, którego poznałem poprzez znajomość z Aruyą i Eenem. Wyprowadził Ayę z miasta i pomógł jej dotrzeć do domu jej rodziców w Deran, gdzie miała na mnie czekać. Miesiąc później Reilom wrócił do Ened, a ja odebrałem sobie śmiertelność. Nocą, gdy wymykałem się z pałacu natknąłem się na mojego ojca i wyjawiłem mu całą prawdę. Nie mógł, lub nie chciał jej zrozumieć. Wyrzekł się mnie i przyrzekł, że jeśli jeszcze raz pojawię się w jego pałacu, to tego mocno pożałuję... Odszedłem stąd z sercem przepełnionym jednocześnie smutkiem z powodu straty ojca oraz radością, gdyż miałem dla kogo żyć - żyłem dla Ayi. - westchnął. - Ruszyliśmy z Reilomem do Deran, gdzie miała na mnie oczekiwać, a gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że ta, którą kocham, jest umierająca. Podczas mojej nieobecności zaraziła się jedną z ludzkich chorób i nie było żadnej szansy na wyleczenie jej... Gdy mnie zobaczyła, złapała moją rękę i uśmiechnęła się. Była szczęśliwa... A następnego dnia już nie żyła.
Storm spojrzał na niego z współczuciem i podziwem jednocześnie - Koshi opowiadał w taki sposób, jakby to wydarzenie tyczyło się kogoś innego, a nie jego osoby.
- Koshi, co się teraz z nami stanie?
- Zabiją nas. - jego głos był przepełniony spokojem. - Ta, którą kochasz utraci cię tak, jak ja utraciłem Ayę.
***
Aruya niepokoiła się. Południe już dawno minęło, a Koshi i jego towarzysz nadal nie wracali. Co im się mogło stać?
Podeszła do okna i spojrzała na niego. Prawie natychmiast cofnęła się w tył. Przez chwilę nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła. W końcu zmusiła się do ponownego wyjrzenia przez okno. Zrobiła krok w przód i ponownie ujrzała szarość nieba przykrytą tysiącem ciemnych kształtów.
***
Siedzieli na ziemi w ciszy. Od czasu, gdy Koshi powiedział, ze zostaną zabici, nikt już się nie odezwał.
Wtem zamek w drzwiach zazgrzytał i do lochu wszedł strażnik.
- Wyłazić! - warknął na nich. Posłusznie opuścili loch. - A teraz za mną! - polecił, a oni poszli za nim.
Zaprowadził ich z powrotem do sali tronowej, gdzie panował gwar wywołany przez królewskich doradców, przekrzykujących siebie nawzajem. Sam Kavon siedział na swym tronie z twarzą przepełnioną przerażeniem. Na widok Koshiego i Storma zerwał się na równe nogi, a wszystkie gorączkowe dysputy natychmiast ucichły.
- To wasza sprawka, tak? - zapytał ich drżącym głosem. - To wy to tutaj ściągnęliście?
- O co ci chodzi? - zapytał zdziwiony Koshi.
- A może one przybyły, bo was ścigają? Niech was w takim razie wezmą! Mnie mają zostawić w spokoju!
- Królu, wybacz, ale my nie rozumiemy twoich słów. - rzekł Storm. - Czy mógłbyś nam je wytłumaczyć?
Kavon spojrzał na nich w taki sposób, jakby widział ich pierwszy raz w życiu.
- Nie wiecie o co mi chodzi? NIE WIECIE?! To ja wam zaraz wytłumaczę! - podszedł do drzwi po prawej stronie sali tronowej i znikł za nimi. Gwardzista stojący za Koshim i Stormem pchnął ich w plecy, dając im do zrozumienia, że maja podążać za Kavonem. Szybko więc pośpieszyli za królem i przeszli do kolejnej dużej białej sali, z której przeszli na duży balkon. Kavon opierał zaciśnięte pięści o barierkę i przyglądał się szaremu, zimowemu niebu, zapełnionemu olbrzymimi latającymi kotami zbliżającymi się do pałacu.
- Indy - wyszeptał z niedowierzaniem Storm.
- Chyba nie przybyły tutaj w ramach zemsty za te trzy indy, które zabiłem, co? - zapytał go Koshi.
- Czyli to jednak wy je sprowadziliście? - wtrącił się Kavon. - No dalej, na co czekacie? Weźcie je stąd!
- Przykro mi królu, ale nie możemy tego uczynić.
- Nie możecie, czy nie chcecie? Tchórze! Zobaczycie, kiedy tylko one stąd odlecą, zapłacicie mi za to!
- Płacić trzeba przede wszystkim za swoje nierozważne czyny, królu Kavonie. - usłyszeli nagle i dostrzegli 4 indy latające naprzeciw balkonu. Na grzbiecie każdego z czwórki siedział jeździec. W skład jeźdźców wchodziły dwa elfy i dwójka ludzi. Ludzi reprezentowali jasnowłosy chłopak i jasnowłosa dziewczyna. Jeden z elfów miał twarz przepełnioną przerażeniem, natomiast drugi, właściciel zielonych oczu z poprzeczną źrenicą wydawał się być zachwycony wszystkim, co się dookoła niego dzieje.
- Odejdźcie stąd! Odejdźcie! - rozkazał im Kavon.
- Odejść? Przykro mi, ale nic z tego. - ind elfa z kocimi oczami podleciał tak blisko balkonu, że Kavon stał twarzą w twarz z jego panem. - To twoje słowa mnie tu sprowadziły. Nie zamierzam rezygnować.
- Słowa? Jakie słowa? - zdziwił się Kavon.
Na twarzy elfa omalował się grymas wściekłości. Złapał króla za przód szaty, a jego ind wzniósł się do góry. Storm i Koshi ruszyli na pomoc królowi, ale nie zdążyli go złapać. Kavon zawisł parę metrów nad ziemią, podtrzymywany przez rozwścieczonego elfa, który krzyknął:
- Powiedziałeś, że nikt, nawet ja, nie zdobędzie twojego państwa, więc teraz nie kpij ze mnie, dobrze?!
- Czy... ty? - wyjąkał przerażony kalysh.
- Tak. Ja jestem Shikami. - przyznał i pchnął Kavona do tyłu, a ten z hukiem wylądował na balkonie. - Zapamiętaj to sobie, nędzny tchórzu: nikt, ale to nikt mnie nie będzie obrażać! Zapłacisz za ten czyn swoim życiem we właściwym czasie! Na razie jednak obserwuj upadek swojego państwa i cierp! - ind wzleciał w górę, a Shikami krzyknął: - Do ataku! - wtedy rozpętało się piekło. Indy zaczęły lądować na ziemie i atakować kalyshe. Niektóre wpadały do domów poprzez okna. Do uszu Kavona, Koshiego i Storma dobiegały krzyki. Ened powoli zamieniało się w jeden wielki krzyk.
- To koniec! To koniec! - król padł na ziemię.
- To nie koniec. Jeszcze możemy uratować miasto! - oświadczył Storm.
- Nie, nic już nie możemy uratować! - zajęczał Kavon.
Na dźwięk tych słów Koshi zacisnął zęby, poczym podszedł do ojca i trzasnął go w policzek.
- Uspokój się! Ty to wszystko zapoczątkowałeś, więc musisz wziąć za to odpowiedzialność! Nie zapominaj o sile kalyshów! Dostrzegły zagrożenie i z pewnością chwyciły już za broń! Najlepiej będzie, jak powysyłasz zbrojne patrole, które zabiorą wszystkich i zaprowadzą do pałacu! Wtedy zaczniemy ofensywę!
- To i tak nic nie zdziała! One... ich jest za dużo! Spójrz na niebo! Przegramy! Przegramy!
- Nie przegramy, jeśli zwrócimy się z pomocą do innych państw. - stwierdził Storm. - Najlepiej do ludzi z Vess i Karn. Te dwa państwa są położone najbliżej Ened.
- Mam prosić... ludzi? - król spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Ojcze, porzuć swoją dumę! Teraz najważniejsze jest ocalenie twojego królestwa!
- Koshi ma rację! Proszę napisać listy z prośbą o pomoc, a ja je dostarczę!
- Pojadę z tobą - zaoferował się Koshi.
- Nie, ty musisz wyruszyć z patrolami, by zebrać wszystkich mieszkańców Ened.
- Rozumiem. - kiwnął głową i pomógł wstać Kavonowi. - Chodź ojcze, musisz teraz napisać listy z do królów sąsiednich państw.
***
W miasto wyruszyło już osiem patroli. Dwanaście pozostały pozostało w zamku, oczekując znaku do wymarszu. Jednej z grupek żołnierzy dowodził Koshi. Storm przyłączył się do nich, gdyż podążali w okolice domu Eena i Aruyi, a u nich zostawił swojego wierzchowca. Parcie do przodu przez zatłoczone uliczki nie było łatwe, ale udawało im się. Koshi, tak jak pozostałe kalyshe strzelał z kuszy, a Storm zwoływał wszystkich bezbronnych jakich napotkali, do patrolu, gdzie byli bardziej bezpieczni niż w swoich domach.
W końcu znaleźli się pod domem Eena i dostrzegli kalysha z żoną, Reilomem i wszystkim sługami uzbrojonych w kusze lub łuki, wysyłających strzały w kierunku latających kotów.
- Koshi! Storm! - Aruya na ich widok opuściła broń. - Tak się o was martwiłam! Co wy tutaj robicie?
- Przybyliśmy zabrać wszystkich mieszkańców do pałacu, gdzie będą bezpieczniejsi. - odpowiedział jej Koshi i wskazał głową bezbronne kalyshe otoczone ochronnym pierścieniem uzbrojonych żołnierzy.
- I przybyliście po nas? - Een podszedł do nich. - To bardzo miłe, przyznaję, ale w zupełności niepotrzebne. Jesteśmy uzbrojeni i gotowi odeprzeć każdy atak.
- W takim razie może zostaniecie kolejnym patrolem i zbierzecie wszystkich, których spotkacie i zaprowadzicie ich do zamku? - zaproponował Koshi.
- Dobry pomysł - stwierdził kalysh. - W takim razie, pozwólcie, że się oddalimy.
- Zanim odejdziecie, musicie mi powiedzieć, gdzie jest mój wierzchowiec, gdyż jadę z prośbą o pomoc do Vess i Karn. - zwrócił się do niego Storm.
- Jedziesz z własnej woli, czy też zostałeś wysłany przez króla? - zaciekawiła się Aruya.
- Mój ojciec go wysłał. - odpowiedział Koshi.
Een spojrzał zadziwiony na swoją żonę.
- Nidy nie wierzyłem, że doczekam czegoś takiego. - wyszeptał z niedowierzaniem. - Może atak tych stworzeń wreszcie zmieni dotychczasowe poglądy kalyshów na inne rasy? - spojrzał na niebo usłane indami. - Storm, chodź za mną, zaprowadzę cię do twojego wierzchowca! - kalysh ruszył biegiem w kierunku swojego domu, a elf pobiegł za nim. Za posiadłością Eena i Aruyi stała duża stajnia, do której szybko wbiegli. W środku było pełno rumaków najczystszej krwi. Wśród nich Storm dostrzegł swojego wierzchowca, który zarżał radośnie na widok swojego właściciela.
- Witaj, stary druhu. - elf poklepał konia po pysku i nałożył mu siodło i uzdę. - Eenie, wracaj do swojej grupy i uratuj jak najwięcej osób.
- A ty postaraj się przekonać ludzi do udzielenia nam pomocy. Powodzenia!
Koń ruszył z kopyta i wybiegł ze stajni. Kiedy mijał posiadłość małżeństwa kalyshów, Storm sięgnął po miecz. Stwierdził, że atak inda może nastąpić w każdej chwili. Szybko jednak zorientował się, że koty wolą atakować bezbronnych niż uzbrojonych. Dostrzegł młodą dziewczynę z perłowym rogiem pośrodku czoła, która biegła ile siły w jej bosych stopach, aby umknąć przez ścigającym ją indem bez skrzydeł. Ścisnął dłoń na rękojeści i pogonił rumaka, który cwałem ruszył ku łuskowatemu stworzeniu. Jednym szybkim ruchem skrócił kota o głowę i dalej galopował na wierzchowcu. Musiał dotrzeć do Doran, stolicy Karn najszybciej jak się dało. Dobrze wiedział, że podróż zajmie mu dzień, ale nie zamierzał zwolnić tempa. Każda minuta się liczy.
- Szybciej, szybciej! - powtarzał pod nosem.
Pół godziny później zobaczył przed sobą otworzoną na oścież bramę wejściową. Po chwili przekroczył ją i skierował swojego rumaka w stronę państwa Karn.
***
Sol przebywała w Doran od ponad dwóch tygodni. Przez ten czas oczekiwał na zezwolenie na audiencję u króla, którą w końcu dostała i wieczorem, o umówionej porze stała naprzeciw jego tronu.
- Witaj, królu Caned. - przywitała się i złożyła głęboki ukłon.
- Witaj nimfko. Nie jesteś obywatelką mojego państwa, prawda? Twoja rasa rzadko opuszcza Kananię.
- To prawda, nie jestem stąd. Przybyłam do Doran powiadomić pana, że czwarty bóg narodził się ponownie.
Król przez chwilę wpatrywał się w nią. W końcu wyszeptał:
- To niemożliwe.
- Wiem, że to brzmi jak absurd, ale nim nie jest. Proszę mi...
- Panie! - do sali wbiegł zdyszany gwardzista, który przerwał Sol. - Do pańskiej komnaty zmierza wysłannik króla kalyshów, z listem od niego.
- Król kalyshów? - zdziwił się Caned.
Wtedy do sali wkroczył Storm.
- A oto i wysłannik - mruknął gwardzista.
Elf nie dostrzegł Sol. Minął ją i podbiegł pod tron. Ukląkł przed królem i rzekł:
- Królu Caned, niosę z sobą list od króla kalyshów, Kavona. Prosi cię on o pomoc, gdyż jego państwo zostało zaatakowane przez oddziały Shikamiego i jeśli nie otrzyma wsparcia, czwarty bóg podbije Ened. Szczegóły są w tym liście. - podał władcy kopertę i zrobił parę kroków w tył. Król tymczasem zagłębił się w treści listu.
- Storm, jak dobrze cię znowu widzieć. - nimfka podeszła do elfa.
- Sol! - ucieszył się na jej widok. - Ile to miesięcy minęło od opuszczenia przez nas Ksewes?
- Niecałe pięć.
- W się znacie? - Caned oderwał się od listu. Jego twarz była strapiona i przerażona.
- Tak. - przytaknęła nimfka. - Jesteśmy wysłannikami elfa księżycowego Haru i gromadzimy armię, która stawi czoło Shikamiemu.
- Rozumiem... a ja byłem przekonany, że mnie okłamujesz, mówiąc o jego ponownych narodzinach... - wbił wzrok w list. - Nigdy nie utrzymywaliśmy przyjaznych stosunków z Ened, ale Shikami jest wrogiem nas wszystkich, dlatego udzielimy pomocy kalyshom. Elfie...
- Słucham?
- Ile czasu według ciebie kalyshe będą potrafiły stawić czoło indom czwartego boga?
- Nie spodziewały się wojny, więc nie są za dobrze uzbrojone, ale znając ich spryt, upartość i wytrzymałość, poradzą sobie jeszcze przez tydzień, albo i dłużej.
- Doskonale. Wyśle wiadomość do mojego przyjaciela, Dima, władcy Vess. Z pewnością przyłączy się do moich wojsk. Podejrzewam, że jego armia dołączy do nas za jakieś dwa dni. Wtedy wyruszymy. Teraz powinieneś odpocząć. Zaraz dostaniecie pokoje, które zajmiecie podczas waszego pobytu w Doran.
- Dziękujemy, za pańską dobroć. - Sol dygnęła. - Pan pozwoli, że na chwilę opuszczę pański zamek. Muszę załatwić pewną sprawę - i wybiegła z sali tronowej.
***
Gdy opuściła zamek, podeszła do pierwszego drzewa, jakie napotkała i objęła je rękoma.
- Menchi, usłysz mnie. Błagam...
***
- Królu Ashen, twoje poparcie w walce z Shikamim bardzo mnie ucieszyło. Im więcej wojsk wyruszy przeciw czwartemu bogu, tym lepiej.
- A jak myślałaś, nimfko? Że elfy będą walczyć, a krasnoludy będą się kryć w górach? Nigdy! - wykrzyknął, a Menchi zacisnęła zęby, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
- Usłysz mnie, Menchi - wtem dobiegł do niej czyjś szept. Od razu rozpoznała głos Sol. Rozejrzała się po sali i dostrzegła tylko jedną rzecz, która mogła być drugim medium - czarkę z winem leżącą na stole, niedaleko królewskiego tronu. Szybko ją pochwyciła i przyjrzała się powierzchni napoju, która falowała tak, jakby czarka przed chwilą zachwiała się i o mało nie spadła na ziemię.
- Menchi, odezwij się! - szept przerodził się w krzyk, a Menchi wylała zawartość czarki na podłogę.
- Hę? A co wać panna robi? - zainteresował się krasnolud.
- Proszę tu podejść. - poleciła mu, a Ashen zaraz był przy niej. - Moja towarzyszka wyruszyła z prośbą podobną do mojej do ludzi z państw Vess i Karn. Teraz mnie wzywa poprzez to wino. Z tonu jej głosu wnioskuję, że stało się coś strasznego. - położyła dłonie obok kałuży i rzekła: - Słyszę cię, Sol. Co się stało? - powierzchnia wina zrobiła się wypukła i uformowała się na kształt rysów twarzy Sol.
- Menchi, czy przekonałaś króla Ashena do przyłączenia się do walki z Shikamim?
- Tak zgodził się. Ale chyba nie wzywałaś mnie po to, by zadać mi to pytanie, prawda?
- Oczywiście, że nie! Musisz porozmawiać z królem i powiedzieć mu, że Shikami ze swymi sługami zaatakował państwo kalyshów. Do pomocy wyruszą ludzie, ale czuję, że to nie wystarczy. Gdyby krasnoludy do nich dołączyły...
- A czy elfy wyruszą na odsiecz Ened? - zapytał nagle krasnolud.
- Ona pana nie słyszy. - powiedziała Menchi i zapytała: - Sol, a co z elfami? Czy wyruszyły na odsiecz Ened?
- Nie, one nawet nie wiedzą o ataku Shikamiego. Skąd miałyby...
- W takim razie wyruszamy jutro!!! - krasnolud zagłuszył dalsze słowa nimfki, a Menchi uśmiechnęła się szeroko.
- Sol, król się zgodził. - poinformowała przyjaciółkę.
***
Koshi coraz bardziej się martwił, czy Storm zdąży przybyć z odsieczą. Nie było go już od czterech dni. Jeśli ludzie nie zgodzą się udzielić im pomocy, to z Ened koniec. Kalyshe i ich słudzy długo sobie nie poradzą skryci w zamku. Strzał i bełtów było coraz mniej. Zapasy żywnościowe skończą się ja jakieś 4 dni... Wolał nie myśleć, co się wtedy stanie.
- Błagam was, pośpieszcie się.
***
- Panie, dlaczego nie atakujemy? - zapytała niecierpliwie Mitra. - Wszystkie żywe kalyshe skryły się w zamku. Moglibyśmy go wziąć szturmem i podbić państwo Ened.
- Owszem, moglibyśmy. - przytaknął jej Shikami. - Ale to byłoby takie prozaiczne. Nie lepiej poczekać parę dni, aż kalyshe same będą pragnęły śmierci? Nienawidzę błagających o litość słabeuszy. Z osłabionymi psychicznie kalyshami pójdzie nam lepiej.
***
- Widać już bramę wejściową Ened! - wykrzyknęła Sol. - Jesteśmy na miejscu!
- Krasnoludy? Co one tu robią? - zapytał nagle Storm i wskazał na armię niskich wojowników nadchodzącą z północy.
- Sprowadziłam ich z Dark razem z Menchi. Teraz każda pomoc się liczy. - nimfka posłała mu szeroki uśmiech.
***
Shikami, Mitra, Nive i Nedd zataczali szerokie koła nad pałacem razem z pozostałymi indami. Indy - nieloty otoczyły bramę wejściową zamku i czekały, aż zostanie otworzona.
- Dzisiejszego dnia zacznie się moje panowanie na Ened. Nastąpi upadek królestwa kalyshów. To wszystko jest za wspaniałe, by mogło być prawdziwe. - zaśmiał się cicho. - Zaatakujecie, gdy dam wam znak, nie wcześniej!
- Tak jest! - przytaknęła równo trójka podwładnych i zamarła w oczekiwaniu.
***
Strzał i bełtów było naprawdę mało i większość kalyshy zamieniło łuki na miecze. Koshi wiedział, że podczas walki z niezwykle szybkim indem, szansa na zwycięstwo jest o wiele większa, gdy jest się uzbrojonym w łuk, stąd jego obawy były jeszcze większe.
Większość kalyshów oczekiwała ataku przy nie zabitych oknach. On, razem z paroma ochotnikami wybrał wejście na balkon - miejsce najbardziej niebezpieczne ze względu na to, że bez problemu przejdzie przez nie więcej niż jeden ind.
Wziął głęboki wdech. Oblężenie się skończyło. Wkrótce nastąpi atak.
"Stormie, szkoda, że nie przybyłeś na czas" - pomyślał zawiedziony i mocniej zacisnął dłoń na kuszy.
***
Shikami podniósł miecz do góry, gotowy do wydania rozkazu uderzenia w pałac. Wtedy jednak usłyszał dźwięk tysiąca kroków naraz i odwrócił się. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył - w stronę zamku zmierzała potężna armia złożona z ludzi i krasnoludów.
- Przybyli im z odsieczą - szepnął Nedd.
- Głupcy! Zginą razem z kalyshami! - wykrzyknął Shikami.
- Ależ panie, ich jest więcej niż naszych indów! - zauważył Nive.
- Ja tu wydaję rozkazy - stwierdził zimno czwarty bóg i wycelował ostrze miecza w zbliżającą się armię. - Zabić ich! Wszystkich! - rozkazał, a indy ruszyły.
***
- Nadchodzą! - krzyknął Storm, a ludzie napięli łuki. Sol rzuciła pod swoje stopy parę gałązek, a Menchi odpięła od pasa manierkę z wodą i wylała jej zawartość na ziemię. Położyły dłonie na ziemi, a gałązki i kałuża zapłonęły jasnym światłem i po chwili przed nimfkami pojawiło się 10 golemów - 5 wodnych i 5 drzewnych
- Trochę się boję. - wyznała Sol, a Menchi skomentowała jej słowa westchnieniem.
- Strzelać! - krzyknął król Caned, a strzały świsnęły nad ich głowami, a na ziemię padły pierwsze martwe indy. Krasnoludy ruszyły stoczyć bój z indami bez skrzydeł.
- Walczcie z nimi! - poleciła golemom Menchi, a jej przyjaciółka zrobiła to samo.
- Co teraz? - zapytała Sol.
- Jak to "co"? Idziemy walczyć razem z nimi! Dalej, Sol! Bierz miecz! Chyba się teraz nie wycofasz, co?
- Za kogo ty mnie masz? Idziemy! - i obydwie ruszyły przed siebie.
***
Koshi usłyszał dziwny szum i okrzyki, dlatego wybiegł na balkon i ujrzał dwie armie toczące bój z oddziałem Shikamiego.
- Niemożliwe... - szepnął. - Przybyli! - wrócił biegiem do sali i zwrócił się do swoich towarzyszy: - Storm sprowadził pomoc! Biegnijcie powiadomić wszystkich w zamku o tym! Powiedzcie też, że jeśli chcą walczyć z kotami Shikamiego, czekam na nich pod wrotami wejściowymi przez najbliższe 20 minut! Zrozumiano?
- Tak jest! - i rozbiegli się, a Koshi ruszył w kierunku wrót z nadzieją w sercu.
Po niecałych 15 minutach przybyli do niego Reilom, Een, Aruya, ich słudzy oraz wiele innych kalyshów. Wszyscy byli gotowi do walki i pewni zwycięstwa. Razem wyszli na zewnątrz.
***
Shikami z niedowierzaniem patrzył, jak indy z jego armii padają jeden po drugim. Jak tak dalej pójdzie, to...
- Panie, spójrz! - Mitra wskazała w stronę pałacu, z którego wybiegła grupka kalyshy i ludzi. Było ich za dużo, by indy mogły sobie z nimi poradzić. Za dużo.
- Jeszcze mi zapłacicie. Zobaczycie. - szepnął rozzłoszczony, po czym wykrzyknął: - Odwrót!
***
Po bitwie z oddziałami Shikamiego, król Kavon wyraził zgodę na dołączenie kalyshów do walki z czwartym bogiem. Swoją armię podzielił na dwie części - pierwsza została w Ened, by odbudować miasto, druga wyruszyła razem z wojskiem składającym się z ludzi, krasnoludów, dwóch nimfek oraz elfa. Podążył z nimi także Koshi, który w końcu zyskał małą nić porozumienia z ojcem. Ten jednak nadal nie potrafił zrozumieć, czemu jego syn odrzucił swą śmiertelność i wyparł się bycia kalyshem.
Pod rozgwieżdżonym niebem
Zaczął się trzeci miesiąc zimy i Onee razem z Liną przygotowywały się do opuszczenia kompleksu Shiryu. Kiedy były już gotowe do wyruszenia w drogę, Tesna wyszła się z nimi pożegnać.
- Uważajcie na siebie po drodze.
- Będziemy. - zapewniła ja Lina.
- Pani Tesno, dziękuję za opiekę nade mną. Nigdy pani nie zapomnę.
- Nie dziękuj, Onee. Cieszę się, że mogłam ci pomóc. Ja też o tobie nie zapomnę. Żegnaj.
***
Lina cały czas bacznie przyglądała się Onee, która przez te dwa miesiące stała się jakby inną osobą - jej kroki były pewniejsze i szybsze, twarz utraciła swój wyraz zgubienia i niepewności, a spojrzenie było bardziej odważne niż dawniej.
- Naprawdę się zmieniłaś, Onee. - stwierdziła, kiedy opuściły Barenned.
- Zdaje się pani. - zaprzeczyła. - Ja wciąż jestem tą samą Onee.
- Ale ja naprawdę dostrzegam różnić miedzy obecną tobą, a Onee sprzed dwóch miesięcy.
- Tak. Dostrzega pani różnicę, ale różnicę fizyczną, a nie duchową. Pomimo, że nauczyłam się odrobinę władać mieczem i jestem wytrzymalsza, mój umysł wciąż jest taki sam. Ja ciągle obawiam się ludzi, choć może na to nie wyglądam. Tego już się nie da zmienić, pani Lino. Ja już taka pozostanę na zawsze.
***
- Nienawidzę miesięcy zimy - mruczała pod nosem Karin. - Nie dość, że jest zimo, to dodatkowo tak szybko robi się ciemno.
- Ta jak zwykle narzeka! A nauczyłabyś się robić coś pożyteczniejszego! - fuknęła Peryl i narzuciła na ramiona płaszcz, po czym wyszła z jaskini. W zimowych ciemnościach dostrzegła sylwetkę Nattena, stojącego pod jedną z jaskiń. Bez namysłu podbiegła do niego, ale on nawet nie zauważył jej nadejścia. Wpatrywał się uważnie w niebo, więc Peryl zrobiła to samo i westchnęła zachwycona - na niebie było pełno gwiazd.
- Uld! - wrzasnęła. - Chodź tutaj!
- Peryl, nie zauważyłem cię. - Natten wreszcie ją dostrzegł.
- Lepiej późno niż wcale. - zaśmiała się. - Jak cię zobaczyłam tak wpatrzonego w gwiazdy, to aż się zdziwiłam. Pierwszy raz dałeś się mi podejść.
Natten nie odpowiedział. Uld wyszła z jaskini i podeszła do nich.
- Co się stało, Peryl?
- Spójrz na niebo. - poleciła jej, a kapłanka szybko podniosła wzrok do góry.
- Niezwykłe - wyszeptała. - Od kilku ostatnich dni niebo było całkowicie zachmurzone, a dziś...
- Uwielbiam gwiazdy! - Karin nagle pojawiła się tuż obok Nattena. - A ty, Nattenie?
- W pewnym sensie też. - odparł.
- Lubisz gwiazdy? - zdziwiła się Peryl. - Przecież zawsze się denerwowałeś, gdy ktoś mówił o czytanie z gwiazd!
- Bo gwiazdy nie są po to, by z nich czytać przyszłość. Według mnie one są po to, by na nie patrzeć...
***
Natten nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Jeszcze przed południem wszystko było dobrze. Ćwiczył razem z Yavenem, Windem i Missenem, aż nagle świat zmienił się w swoją okrutną karykaturę...
Dokładnie w południe ćwiczyli posługiwanie się mieczem, gdy nagle jeden z chłopców - Necord, potknął się i uderzył czołem o ziemię. Przez chwilę leżał bez ruchu, aż w końcu Fornax stanął nad nim i warknął:
- Wstawaj, szczeniaku!
Chłopiec powoli podniósł się i zaczął masować zaczerwienione czoło. Po policzkach spływały mu łzy.
- Jak natychmiast nie przestaniesz się mazać, czeka cię kara! - rzucił ostro nauczyciel. - Jesteś tu już rok i powinieneś znać nasz kodeks i go przestrzegać. Powiedz mi go teraz!
- Ł... łowca czarownic... - zaczął Necord drżącym od płaczu głosem. - N... nie może mieć ważnej dla siebie osoby. Musi się wyrzec swoich najbliższych i... i łez...
- Dlaczego ty w taki razie nie wyrzekasz się łez? - przerwał mu. Chłopiec nie zdążył odpowiedzieć, bo Fornax złapał go za ramię i podniósł na równe nogi. - No, dlaczego?! Czekam na odpowiedź!
- Bo może on nie chce się wyrzec łez. - powiedział ktoś, a Fornax natychmiast zapomniał o Necordzie i spojrzał rozzłoszczony na pozostałych chłopców.
- Który to powiedział? - wrzasnął. - KTÓRY?
- Ja - Wind wystąpił.
- Natychmiast cofnij to! - rozkazał mu.
- Nie zrobię tego.
- Możesz powtórzyć?
- Nie cofnę tego, co powiedziałem. Ja nie mam zamiaru się wyrzekać strachu, śmiechu, łez czy też swoich najbliższych.
- Ty... ty chyba nie wiesz, co mówisz. - Fornax spojrzał na niego pytająco. - Prawda, że nie wiesz?
- Wiem. - odparł obojętnie Wind.
- Ty... pożałujesz tego! - nauczyciel złapał chłopca za tył koszuli. - Twoja kara skończy się dopiero wtedy, gdy przyznasz, że to ja miałem rację! - spojrzał na pozostałych uczniów. - Wszystkie dzisiejsze zajęcia są odwołane! Idziemy! - pociągnął Winda za sobą, a drugoroczniacy rozeszli się. Zostali tylko Missen, Yaven i Natten.
- Co robimy? - zapytał Yaven, który z trudem panował nad strachem potrząsającym jego ciałem.
- Poczekajmy tutaj. Wind może zaraz wróci. Może... - Missen urwał. Nie dokończył swoich myśli, a oni nie próbowali z niego ich wydobyć. Usiedli na ziemi i czekali. Po długich 30 minutach oczekiwania Natten wstał, a jego koledzy spojrzeli na niego ze zdziwieniem.
- Chodźmy pod ten budynek. - powiedział. - Wind może być tak słaby, że nie dojdzie dam do sanitarki.
Yaven i Missen spojrzeli na siebie. Natten chciał ich zaprowadzić do miejsca, w którym odbyła się jego kara za karmienie psa w pierwszym roku nauki. Oni nigdy go nie widzieli, bo nie byli na z nic karani, a uczniowie nie mogą samowolnie wałęsać się po kompleksie.
- Prowadź więc, Nattenie. - zdecydował Yaven.
Budynek, w którym odbywały się kary, wśród starszych roczników nosił przydomek "budynku cierpienia". Była to niepozorna drewniana chata i od zewnątrz nic nie wskazywało na to, że w środku każdy z początkujących łowców czarownic mających jakieś przewinienia, spotykał w środku piekło pełne bólu. Stojąc pod chatką, słyszeli czyjeś stłumione krzyki.
- Chyba jeszcze są w środku - wyszeptał Yaven.
Wtedy okrzyki z wnętrza chaty ucichły. Zaraz potem z budynku wyszedł Fornax. Skierował się do budynku mieszkalnego. Nie zauważył ich. Zaraz po nim z "budynku cierpienia" wyszedł opiekun starszego rocznika - Vinaes. On nie miał tak zaaferowanej twarzy jak Fornax. Od Fornaxa różniło go także to, że natychmiast dostrzegł Nattena, Yavena i Missena.
- Co wy tu robicie? - zapytał ich opryskliwie.
- Przyszliśmy po naszego kolegę. Ma na imię Wind. - wydusił z siebie Missen.
- Wind? - mężczyzna powtórzył słowo w taki sposób, jakby nie zrozumiał, co Missen do niego mówił. - Nie ma tu takiego.
- Jak to nie ma? Został ukarany, a przecież wszystkie kary odbywają się tutaj! - wykrzyknął Yaven.
- Budynek jest pusty, a w naszej szkole nigdy nie było nikogo takiego jak Wind.
- Ale...
- Dość głupich pytań! Jeśli natychmiast stąd nie znikniecie, to zwiedzicie słynny "budynek cierpienia"! - wskazał ruchem głowy na chatę. - A chyba tego nie chcecie, co?
- Już go zwiedziłem. Ponowne odwiedziny nie zrobią na mnie wrażenia. - oświadczył Natten i odszedł, nim nauczyciel zdążył odpowiedzieć. Yaven i Missen pobiegli za nim. Słyszeli za sobą trzask zamykanych drzwi chatki.
- Co on gadał? Jak to, Winda nigdy nie było? - zapytał zaniepokojony Yaven.
- Nie mam pojęcia, o co mu chodziło, ale zamierzam się dowiedzieć. - oświadczył Natten.
- W jaki sposób? - głos Missena drżał.
- Poczekam, aż Vinaes wyjdzie z chaty i sam do niej wejdę.
- Mówisz poważnie?
- Tak.
- W takim razie jestem z tobą. - zdecydował Yaven.
- Ja też. - Missen zmusił się do uśmiechu.
- W takim razie poczekajmy tam - wskazał na górę polan na opał zgromadzonych miedzy zbrojownią a "budynkiem cierpienia". Schowali się za nimi i czekali. Z swej kryjówki dostrzegli powracającego Fornaxa i usłyszeli trzask otwieranych drzwi. Po niecałych 15 minutach drzwi otworzyły się ponownie. Wyjrzeli z ukrycia i oczekiwali. Zobaczyli Fornaxa i Vinaesa coś niosących.
- Co oni niosą? - wyszeptał Yaven.
- To chyba skrzynia. - odpowiedział Missen.
- To nie jest skrzynia. - rzekł Natten. - To trumna i wy dobrze wiecie, co się w niej znajduje.
Na dźwięk tych słów, Missen skulił się, ukrył twarz w dłoniach i zaszlochał. Yaven zacisnął usta, ale to nic nie pomogło, bo wybuchł płaczem. Natten spojrzał na nich z zrozumieniem, ale nie zapłakał. Nie potrafił już tego robić. Za często słyszał w swojej głowie ostrzeżenia pana Morena, a na skórze nadal odczuwał ciosy przez niego wymierzone...
Teraz, późną nocą, gdy był sam w swoim pokoju i rozmyślał nad stratą swojego przyjaciela, starał się zapłakać, ale nie potrafił. To było ponad jego siły. I wtedy poczuł w sercu powoli rosnące uczucie buntu. Stracił rodzinę, przyjaciela, dzieciństwo, śmiech i łzy. A dlaczego to utracił? Tylko dlatego, ze ktoś postanowił, że on zostanie łowcą czarownic i nawet nie poczekał, aż on nauczy się mówić, by wyrazić swoje zdanie w tej sprawie.
Zerwał się z łóżka i wyszedł z pokoju. Miał już wszystkiego serdecznie dość i mało go obchodziło, czy zostanie złapany przez jednego z opiekunów nadzorujących piętra, czy nie. Zaczął wbiegać po schodach coraz wyżej i wyżej, aż w końcu znalazł się naprzeciw drzwi prowadzących w wschodnią basztę budynku. Nieśmiało położył drzwi na klamce i nacisnął ją. Ku jego zdziwieniu, drzwi otworzyły się. A był pewien, że będą zamknięte.
Szybko je przekroczył i znalazł się pod niebem gęsto usłanym srebrnymi punktami. Natychmiast zapomniał o tym, co męczyło jego duszę. Wpatrywał się gwiazdy, zauroczony ich pięknem. Jednak coś wyrwało go z zachwytu. Tym czymś było uczucie, że nie jest na baszcie sam. Rozejrzał się i zobaczył zarysy jakiejś osoby stojącej w ciemnościach. Po wzroście poznał, że to nie żaden z nauczycieli, więc ruszył w stronę tajemniczej osoby. Gdy znalazł się za jej plecami, odwróciła się i spojrzała na niego.
- Jesteś duchem? - zapytał.
- Nie. A ty?
- Też nie. Co ty tutaj robisz?
- Patrzę na gwiazdy. Przyłączysz się?
- Czemu nie?
***
- Nattenie, gdzie idziesz? - głos Karin wyrwał jego myśli z odległych wspomnień.
- Przejść się.
- Mogę iść z tobą?
- Nie.
Karin spojrzała na niego z rozczarowaniem, a Peryl starała się stłumić głośny wybuch śmiechu. Uld dostrzegła to i próbowała się zagłuszyć jej chichot słowami:
- Chodźcie, wracamy do jaskini. - po chwili siedziały w ciepłym wnętrzu swojej kryjówki. Peryl wrzuciła parę suchych gałęzi do ognia i przyłożyła zmarzłe dłonie do płomieni.
- Zaczął się trzeci miesiąc zimy. - powiedziała cicho.
- Owszem. - Uld skinęła głową. - Wkrótce przybędą Lina i Onee, a wtedy wyruszymy w dalszą drogę.
- Czyżby ktoś o nas wspominał? - do jaskinie zajrzała uśmiechnięta Lina.
- Lina! - Peryl zerwała się na równi z Uld i Karin.
- Widzę, że od naszego spotkania czyli dwóch tygodni nic się tutaj nie zmieniło. A szczególnie to, że jesteście całe i zdrowe. Cieszy mnie to. - uśmiechnęła do wybranek.
- A gdzie jest pan Natten? - zapytała Onee, która weszła do jaskini rozglądając się zaciekawiona dookoła.
- Onee! To ty? - wykrzyknęła zdziwiona Peryl, która przypatrywała się swej koleżance z niedowierzaniem. Karin robiła to samo.
- Oczywiście, że ja. - wydusiła z siebie, nieco zakłopotana ich uważnymi spojrzeniami.
- Wyglądasz inaczej. Tak... silniej.
- Cieszy mnie to. - uśmiechnęła się.
- Jutro wyruszamy w dalszą drogę. Muszę z Nattenem dokładnie omówić przebieg naszej wędrówki. - rzekła Lina. - Pójdę go poszukać. Poczekajcie tutaj na nas.
- Ja pójdę poszukać pana Nattena. Niech pani odpocznie. - zaoferowała się Onee.
- A ja pójdę z tobą. - oświadczyła Peryl i narzuciła na siebie płaszcz. Lina nie zdążyła powiedzieć słowa, bo obie wybiegły z jaskini.
- Onee, zdradź mi tajemnicę: co takiego robiłaś przez ten czas, że tak bardzo się zmieniłaś?
- Peryl, ja tylko wyglądam inaczej. Wewnętrznie nie zmieniłam się ani trochę.
- Nieprawda. Twój głos i słowa, które wypowiadasz, są bardziej pewne, niż dawniej.
- Ale w środku nadal drżę. - na te słowa, Peryl wybuchła śmiechem. Kiedy się uspokoiła, dostrzegła ciemną sylwetkę w oddali.
- Patrz, Onee. Tam ktoś stoi.
- To pewnie pan Natten.
- Chodźmy więc do niego.
Jednak szybko okazało się, że to nie był Natten.
***
- Pani Lino, niech pani zobaczy, kogo spotkałyśmy z Peryl! - zawołała Onee, gdy weszły do jaskini.
- Tesna? Co ty tutaj robisz? - zapytała z niedowierzaniem elfka.
- Postanowiłam wrócić do mojego rodzinnego państwa, Yaned i przechodziłam przez te jaskinie. Nawet nie podejrzewałam, że spotkam tutaj Onee z... Peryl, tak?
- Tak.
- Usiądź z nami na chwilę. - zaproponowała Lina. - Poznasz nasze pozostałe towarzyszki.
- Ale ja nie chcę robić kłopotu...
- Proszę się nie krępować. - Uld uśmiechnęła się do Tesny.
- Pani Tesno, choć na chwilę!
- Niech będzie, Onee. Ale tylko na chwilę.
***
Natten od pewnego czasu czuł dziwne uczucie - ciągle mu się zdawało, ze ktoś go obserwuje. Ktoś inny, niż Uld, Peryl i Karin. To nie było miłe uczucie. Budziło w nim niepokój i obawę. Jeśli to Shikami, próbujący zemścić się na nim?
"A może jestem przewrażliwiony? A może mi się zdaje?" - zapytał siebie samego i prawie natychmiast odrzucił taką możliwość. Nic sobie nie wmawiał. To uczucie było prawdziwe. Ktoś się mu przyglądał... A jeśli nie przyglądał się jemu, tylko wybrankom?
Natten natychmiast ruszył w kierunku jaskini, w której nocowali.
***
- Miło się rozmawiało, ale czas, bym wyruszyła w dalszą drogę.
- Niech pani zostanie na tę noc. - poprosiła Onee.
- Przykro mi Onee, ale nie. - Tesna włożyła swój płaszcz. - I tak za długo z wami siedziałam. Do widzenia wszystkim. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy. - uśmiechnęła się i ruszyła ku wyjściu z jaskini. Wtedy to wrócił Natten, na którego omal nie wpadła. Spojrzał na nią, a ona przypatrywała się jemu. Nie odrywali od siebie wzroku. W końcu Tesna odzyskała głos i rzekła:
- Witaj... nie... nie jesteś duchem, prawda?
- Nie. Właśnie obserwowałem gwiazdy. Przyłączysz się?
W ramach odpowiedzi zaśmiała się i rzuciła się mu na szyję.
Między przeszłością, a teraźniejszością
Przed Nattenem stała dziewczynka, która wyglądała na jego rówieśniczkę. Może to nie byłoby niczym dziwnym, gdyby nie fakt, że w całym kompleksie nie było ani jednej kobiety.
- Jesteś duchem? - zapytał ją.
- Nie, a ty? - uśmiechnęła się ślicznie.
- Też nie. Co ty tutaj robisz?
- Patrzę na gwiazdy. Przyłączysz się?
- Czemu nie? - i razem spojrzeli na srebrzyste punkty nad ich głowami. Długo milczeli. W końcu dziewczynka odezwała się pierwsza:
- Nazywam się Tesna, a ty?
- Natten. Miło mi cię poznać.
- Mi również.
***
Onee wpatrywał się z niedowierzaniem w przytulonych do siebie Tesnę i Nattena. Chciała ubrać w słowa swe bezgraniczne zdziwienie wynikające ze znajomości tej dwójki, ale nie potrafiła wymówić słowa.
Po chwili Tesna wszyła z objęć Nattena i powiedziała:
- Pozwólcie nam oddalić się na chwilę. Dawno się nie widzieliśmy i chcielibyśmy omówić parę spraw.
- Ależ nie! - wykrzyknęła Uld. - To wy tutaj zostaniecie! My weźmiemy trochę gałęzi i rozpalimy ogień w innej jaskini. - na potwierdzenie swoich słów, włożyła płaszcz i podniosła najwięcej gałęzi jak umiała.
- To dobry pomysł. - Lina podpaliła końcówki gałęzi i wręczyła je Onee i Peryl, a sama, podobnie jak Uld, wzięła do rąk suche gałęzie. Karin natomiast nie zrobiła nawet ruchu. Zupełnie zdezorientowana przypatrywała uśmiechniętej Tesnie i Nattenowi przyglądającemu się jej mahoniowym falowanym włosom.
- Karin, idziemy! - z osłupienia wyrwał ją krzyk Liny. Pośpiesznie narzuciła płaszcz i przeszła obok Tesny, rzucając jej spojrzenie pełne wściekłości.
Kiedy głosy wybranek ucichły, Tesna usiadła przy ogniu i utkwiła wzrok w złotych płomieniach. Natten usiadł obok niej. Oboje milczeli. Bliskość, która jeszcze przed chwilą miedzy nimi była, gdzieś znikła.
- Dawno się nie widzieliśmy - wyszeptała, a Natten spojrzał na nią ze smutkiem.
- 4 lata... Długie 4 lata, które z pewnością nas zmieniły.
- Tak... Zmieniły... Tylko czy na korzyść, czy wręcz przeciwnie?
Westchnął i oparł głowę na jej ramieniu.
- Mnie wręcz przeciwnie... Tesno... Ja zapomniałem o wszystkich jego słowach... Nie. Ja ich nie zapomniałem. Ja je wymazałem z pamięci. I to jest najgorsze w tym wszystkim. Ja go zdradziłem.
- Opowiedz mi o tym. - poprosiła szeptem.
- Opowiem. Tobie mogę... - i Natten zaczął mówić.
***
- Dlaczego nam nie powiedziałyście, że oni się znają? - zapytała Peryl, kiedy rozpaliły ognisko w jednej z jaskiń.
- Same o tym nie wiedziałyśmy. - odparła elfka.
- Pani Tesna kiedyś wspomniała mi o swoim ukochanym, ale powiedziała to w taki sposób, że byłam pewna, że on nie żyje. - powiedziała cicho Onee. - Powiedziała mi, że ten, którego kocha odszedł 4 lata temu.
- Natten ją zostawił? - Peryl zmarszczyła brwi. - To czemu tak się cieszy, że ją widzi? Czegoś tu nie rozumiem... Ale w każdym razie to brzmi jak jakaś romantyczna opowieść. Jak myślicie, czy jak poproszę, opowiedzą mi o sobie i swym rozstaniu?
- Wątpię. - Uld zaśmiała się.
- Czyli lepiej nie prosić?
- Zdecydowanie.
Karin, która jak dotąd siedziała skulona i milczała, spojrzała wściekła na śmiejące się Peryl i Uld i rzuciła przez zaciśnięte zęby:
- Zachowujecie się jak dzieci. Nie mogę was słuchać! - po tych słowach wybiegła z jaskini.
- Co ją ugryzło? - zdziwiła się Uld.
- A niby co mogła ja ugryźć? - Peryl wzruszyła ramionami. - Jest wściekła, bo Natten kocha kogoś innego, niż ona.
- Lepiej będzie, jak pójdę z nią porozmawiać. - zdecydowała Lina i wyszła na zewnątrz.
***
Znalazła Karin stojącą pod jedną z jaskiń.
- Karin - powiedziała na wstępie.
- Zostaw mnie! Wcale cię nie potrzebuję! - krzyknęła wściekła.
- Dobrze. Ty możesz mnie nie potrzebować, ale ja potrzebuję ciebie. Muszę z tobą porozmawiać. Chyba nie odmówisz udzielenia mi pomocy? - Karin nie odpowiedziała. - Rozumiem, że tą cisza wyrażasz swoją zgodę. To dobrze. - przyklękła i zaczęła lepić śnieżną kulę. - Chciałabym ci trochę o sobie opowiedzieć, bo mimo tego, że tak długo wędrujemy razem, mało o sobie wiemy. Nie wiem czy wiesz, ale mam kogoś, kogo kocham nad życie.
- Masz? - Karin spojrzała na nią z niedowierzaniem.
- Zdziwiona?
- Tak. Znaczy... ja... nie podejrzewałam, że kogoś kochasz. Nie widać tego po tobie.
- Masz rację, nie pokazuję swego uczucia, co nie oznacza, że go nie ma. On... on wysuszył w bardzo niebezpieczną podróż i nie wiem nawet, czy żyje...
- I ty to mówisz z takim spokojem? Ja na twoim miejscu odchodziłabym od zmysłów!
- Pewnie też bym to robiła, gdyby nie fakt, że zajmuję moje myśli czymś innym.
- Czym?
- Opieką nad wami. To naprawdę zajmujące zajęcie. - Lina na chwilę umilkła. - Rozumiesz, co ci chcę przez to powiedzieć?
- Chcesz, żeby, przestała myśleć o Nattenie, zgadza się?
- Tak.
- Przykro mi, ale to się nie uda. Może tobie udaje się nie myśleć o ukochanym, ale mi się to nie uda. Ja nie jestem tobą.
Lina milczała. Wyprostowała się i rzuciła kulę przed siebie.
- Nie chciałam rozmawiać z tobą w ten sposób, ale jak widać muszę. - westchnęła. - Kochasz Nattena, tak?
- Oczywiście.
- Przykro mi to powiedzieć, ale ty wcale go nie kochasz.
- Co? Co ty bredzisz?
- Cały czas milczałam, bo byłam pewna, że sama to odkryjesz - ty nigdy go nie kochałaś. Spodobał ci się i wmówiłaś sobie to uczucie. Zostałaś tak wychowana, że zawsze dostawałaś wszystko, czego chciałaś. Tak samo teraz jest z Nattenem. Rościsz sobie prawa do niego, ale on nie jest rzeczą. On czuje i nigdy cię nie pokocha... Wybacz moją szczerość, ale musiałam ci uświadomić prawdę.
Karin nie odpowiedziała. Patrzyła się na biały śnieg pod swoimi stopami.
- Przemyśl moje słowa, Karin. Kiedy wyciągniesz z nich jakieś wnioski, wróć do nas... Możesz też wrócić jak zmarzniesz. - zaśmiała się, po czym ruszyła w stronę jaskini.
***
- Nienawidzę siebie. - szepnął Natten, kiedy skończył mówić.
- Nie mów tak. - objęła go. - Ja też go zdradziłam i czuję się z tym okropnie... I ja mam większe prawo do znienawidzenia samej siebie niż ty... Ale błagam, nie mówmy już o tym. Chcę cieszyć się ponownym spotkaniem, a nie rozpamiętywać swoje liczne błędy.
- Tak, znowu jesteśmy razem. Tak, jak dawniej... Tesno, pójdziesz z nami?
- A nie zostawisz mnie?
- Nie. Nie zostawię. Obiecuję.
- W takim razie, pójdę z tobą wszędzie.
- Kocham cię, Tesno.
- A ja ciebie, Nattenie. - wyszeptała. Wtedy pocałował ją.
***
- Jesteś łowcą? - zapytała go, wyraźnie zafascynowania.
- Staram się nim być.
- I jak? Wychodzi to staranie?
- Chyba tak... Tesno, czy mogłabyś mi wytłumaczyć, co ty tutaj w ogóle robisz? Przecież kobiety nie mogą przebywać w kompleksie.
- To co ja tutaj robię? - zachichotała. - Byłeś kiedyś w zachodnim skrzydle tego budynku?
- Nie. Tam nie wolno wchodzić żadnemu z praktykujących.
- W zachodniej części budynku mieszkają dziewczęta w przedziale wiekowym od 5 do 11 lat, które są wybrane z nielicznych i podejmują tutaj naukę na damę dworu. W jedenastym roku życia są jakieś próby, dzięki którym zapada decyzja do którego z państw dziewczyna ma się wybrać na służbę... Szkoda tylko, że nauki są takie nudne!
- A co robicie?
- Nic ciekawego - haftujemy całymi dniami lub czytamy książki, które nam każą przeczytać. Tyle. Najgorsze jest to, że dobrowolnie nie możemy opuszczać swoich pokojów, chyba, że dostaniemy taki rozkaz... Szczerze mówiąc, to zazdroszczę ci, Nattenie.
- Mi? Czego?
- Tego, że jesteś chłopakiem. Możesz wychodzić na zewnątrz kiedy chcesz, uczyć się władania mieczem i dodatkowo poznajesz innych ludzi. Ja tu jestem rok i jak dotąd z nikim się nie zaprzyjaźniłam, bo spotykam pozostałe dziewczęta tylko na wspólnych posiłkach.
- Co ja bym dał, żeby się z tobą zamienić. - westchnął.
- Nie gadaj głupot! - oburzyła się.
- To nie są żadne głupoty. Gdybyś była na moim miejscu, przyznałabyś mi rację.
- Wątpię. - stwierdziła. - Przeznaczenie jest okropnie złośliwe. Sprowadziło nas do miejsc, w których nie chcieliśmy się znaleźć.
- Przeznaczenie nie istnieje.
- Istnieje.
- W takim razie, ja nienawidzę przeznaczenia. To ono mnie tu sprowadziło, to ono spisało Winda na straty! Nienawidzę go z całej siły! - krzyknął i spuścił głowę. Spojrzała na niego ze smutkiem.
- Przepraszam. Nie chciałam ci dokuczyć. Tak dawno z nikim rozmawiałam, że już chyba zapomniałam, jak to się robi. Gniewasz się na mnie?
- Nie. I wcale nie uważam, że nie umiesz rozmawiać. Mi bardzo dobrze rozmawia się z tobą. - na dźwięk tych słów Tesna uśmiechnęła się szeroko.
- Cieszy mnie to. Przyjdziesz tu jutro o tej samej porze? Jeśli tak, ja też przyjdę.
- Przyjdę.
- Świetnie! W takim razie, będę na pewno! - obiecała zarumieniona. - Tylko pamiętaj o jednym - to ma być tajemnica!
- Będę pamiętał.
- W takim razie, do zobaczenia, Nattenie!
- Do zobaczenia, Tesno.
***
Następnego dnia Tesna wczesnym rankiem obudziła Onee i razem zaczęły trening na świeżym powietrzu, w świetle budzącego się słońca. Niedługo po nich wstali Natten i Lina, którzy bacznie przyglądali się lekcji Onee. Gdy pozostałe wybranki obudziły się, przystąpili do śniadania., podczas którego Lina bacznie przyglądała się Karin. Pierwszą zmianą w zachowaniu dziewczyny było to, że nie usiadła, tak jak zwykle, obok Nattena. Zajęła miejsce obok Peryl, dla której stała się jakby mniej złośliwa i sympatyczniejsza. Peryl wzięła jej dziwne zachowanie za podstęp i przyglądała się Karin z podejrzliwością, gotowa na odparcie ataku, ale ten nie następował.
Po śniadaniu wyruszyli w dalsza drogę. Natten i Tesna szli parę kroków przed nimi rozmawiając o czymś szeptem. Peryl miała ochotę podbiec do nich i dowiedzieć się czegoś więcej o historii ich znajomości, ale w końcu dała sobie z tym pomysłem spokój i zajęła się rozpracowaniem nagłej zmiany w zachowaniu Karin.
- Nad czym tak się zastanawiasz? - usłyszała pytanie i odkryła, że zadała je sama Karin.
- A co? Nie mogę się zastanawiać? - warknęła na nią.
- Możesz, oczywiście. Ale nie lepiej... - urwała.
- No co? Dokończ! Dokończ!
- Nie lepiej porozmawiać ze mną?
Peryl wpatrywała się w nieśmiało uśmiechniętą Karin z niedowierzaniem. Przez głowę przebiegła jej myśl, że w nocy stał się cud, który zmienił całkowicie Karin. Ten cud był jej całkiem na rękę. Oby tylko trwał jak najdłużej.
***
- Opowiesz mi o czarownicach? - Tesna spojrzała na niego błagalnie.
Natten westchnął.
- Nie masz ciekawszego tematu do rozmowy?
Tesna zmrużyła oczy i wyciągnęła przed siebie dłoń z szeroko rozstawionymi palcami.
- Pięć - mruknęła. - Pięć miesięcy się już znamy, a ty nadal nie chcesz mi o nich opowiedzieć. Ja wiem, że starasz się unikać tego tematu, ale jeśli raz mi powiesz, to cię nie zabije!
- Wiem. - szepnął. - Ale przynajmniej w nocy nie chcę myśleć o tym, co przeżywam za dnia.
- A dla mnie nie zrobisz wyjątku? - zrobiła błagalną minę, a Natten westchnął ponownie.
- Dlaczego tak strasznie chcesz, żebym opowiedział ci właśnie o czarownicach?
- Bo to mnie ciekawi! Książki, które mam czytać - wskazała ruchem głowy na półkę załadowaną opasłymi woluminami. - nie mają w sobie ani krzty czarownic. To nudne opowiadania o kochankach, którzy musieli się rozstać, ale pod sam koniec i tak są razem. Co ja bym dała, gdyby to były pieśni o Varisannie! Co ja bym dała!
- Wygrałaś. Opowiem ci o czarownicach, ale uprzedzam, ze to nie jest żadna pieśń.
- Przecież wiem! Mów! - ponagliła go.
- Czarownice wyglądają jak stare, odrażające kobiety, którymi nie zawsze były. Czasami zamieniają się w nie bardzo młode kobiety... Pewnie jesteś ciekawa, jak przeistaczają się w czarownice, co?
- O tak! - gorliwie przytaknęła głową.
- Słyszałaś kiedyś o Shikamim?
- A kto nie słyszał o czwartym bogu? Przecież przez niego umieramy!
- Skoro go znasz, to pewnie wiesz, że wyrzekł się wszelkich pozytywnych uczuć na rzecz nienawiści, która dała mu wielką siłę. Z czarownicami jest podobnie - wymieniają uczucia na nienawiść, a wspomnienia na wiedzę o ziołach i czarach. Występują dwa rodzaje czarownic. Pierwszy, ten częściej spotykany, to czarownica, która buduje swoje domostwo w okolicy jakiegoś miasta czy wsi i zsyła na mieszkańców różne przekleństwa, porywa dzieci czy po prostu morduje z zimną krwią niewinnych ludzi.
- A ten drugi typ? - zapytała zafascynowana.
- To czarownica, która często przybiera inną postać, zachęca do swojego domostwa niczego podejrzewających podróżników, usypia ich i pożera.
- Okropieństwo. - Tesna skrzywiła się.
- To ty chciałaś, żebym ci to opowiedział. - zauważył.
- Masz rację. Nie powinnam narzekać. - przyznała. - Nattenie, ja... Cieszę się, ze wyszłam tamtej nocy na basztę. Gdybym cię nie spotkała, byłoby mi strasznie nudno!
- Ja tez się cieszę, że cię spotkałem. - wyznał i uśmiechnął się do niej. Uśmiech został natychmiast odwzajemniony.
***
- Pamiętasz, jak cię męczyłam, żebyś opowiedział mi o czarownicach? - zapytała Nattena.
- Oczywiście. Myślałem, że już nie dasz mi spokoju. Męczyłaś mnie regularnie: raz w tygodniu przez pięć miesięcy.
- A kiedy w końcu uległeś i mi to opowiedziałeś, nie mogłam spać w nocy!
- Naprawdę?
- Oczywiście! Ale tobie nic nie powiedziałam, bo się okropnie wstydziłam! - Tesna wybuchał śmiechem. Natten z przyglądał się jej z uśmiechem na ustach.
- Czasami, gdy wspominam tamte czasy, czuję, że chciałbym wrócić do tamtych chwil i zatrzymać czas.
- Nattenie - wzięła go za rękę. - Ty ciągle się tym gryziesz.
- A nie powianiem?
- Nie, bo to nie była wyłącznie twoja wina. Ja też brałam w tym udział. Obydwoje zawiniliśmy. Obydwoje jesteśmy winni.
***
Opowiedział jej o dziwnym zachowaniu Yavena i pojedynku, który razem stoczyli.
- Czuję, że już nie jesteśmy przyjaciółmi, tak jak to było na początku.
- Yaven jest zazdrosny i tyle. - stwierdziła. - Jestem pewna, że jak jutro obaj pomyślnie zdacie, zapomni o całej wrogości i znowu będziecie rozmawiać jak dawniej. Zobaczysz.
- Oby tak się stało. To już jutro... Boisz się?
- Trochę. A ty?
- Nie, jestem spokojny. Może za spokojny.
- Na pewno sobie poradzisz. Ja nawet nie wiem na czym mój jutrzejszy egzamin będzie polegać! Wszystkie 11-latki wychodziły na niego po śniadaniu i już nie wracały... A może wracały, ale ja tego nie widziałam, bo musiałam siedzieć w swoim pokoju. - zamilkła nagle. - Nattenie... Co będzie pojutrze?
- A co ma być? - zdziwił się.
- Przecież ja zostanę damą dworu w którymś z państw ludzkich, a ty będziesz łowcą czarownic. Czy to oznacza, że już się nigdy nie spotkamy?
- Oczywiście, że nie! Następnego dnia po egzaminie wyruszę w podróż i odwiedzę każde z państw ludzkich i w końcu cię znajdę i od czasu do czasu będę cię odwiedzać. Zgadzasz się na taki układ?
- Zgadzam się.
- Czas na mnie. Musimy się wyspać przed egzaminem.
- Masz rację. - przytaknęła i wyciągnęła w jego kierunku dłoń. - Nattenie, życzę ci powodzenia w jutrzejszym egzaminie.
- Życzę ci tego samego. - uścisnął jej dłoń i cicho wyszedł z jej pokoju.
***
- Chyba powinniśmy się zatrzymać. - powiedziała Lina, a szóstka jej towarzyszy zatrzymała się. - Trzeba będzie odgarnąć śnieg i rozstawić prowizoryczne namioty. To trochę zajmie.
- W takim razie najlepiej będzie jeśli podzielimy się na dwie grupy - pierwsza pójdzie poszukać czegoś na opał i spróbuje rozpalić ogień, druga zajmie się odgarnianiem śniegu i stawianiem namiotu. - stwierdziła Uld.
- Dobry pomysł. - przyznała Tesna. - Sądzę, że ja, Lina i Natten powinniśmy zająć się tą trudniejszą pracą, czyli rozkopywaniem śniegu i stawianiem namiotu. Onee, Karin, Uld i Peryl powinny zająć się zbieraniem chrustu.
- Ja wam pomogę! - ku ogromnemu zdziwieniu Peryl i Liny, Karin wystąpiła. - To ciężka praca, więc im więcej rąk, tym lepiej!
- Dobrze, Karin. - Lina kiwnęła głową z aprobatą. - Uld, pilnuj Peryl i Onee.
- Potrafię się sama przypilnować. - oświadczyła Peryl i wróciła się do trzech towarzyszek: - Chodźmy już. - i poszły.
Gdy znajdowały się daleko od obozu, zapytała: - Co się stało z Karin? Czemu jest tak podejrzanie miła dla wszystkich?... A może ja tylko mam zwidy?
- W takim razie twoje zwidy udzieliły się także i mi. - zachichotała Uld.
- I mi - dodała Onee.
- W każdym razie, te zwidy mi się bardzo podobają. - oświadczyła Uld. - A tobie, Peryl?
- Nawet nie wiesz, jak bardzo.
***
- Dziś przekonamy się, kto z was zasługuje na imię łowcy czarownic. - oświadczył Fornax w dzień egzaminów. - Zostaniecie teraz podzieleni na pięcioosobowe grupy i zejdziecie do podziemi zamku, gdzie poznacie dokładne zasady egzaminu.
Grupa Nattena składała się z Yavena, Necorda, Missena oraz chłopca o imieniu Roil. Zostali oni prowadzeni przez wilgotne korytarze podziemi przez Vinaesa. Ich droga skończyła się w pustej sali oświetlonej złotym blaskiem pochodni powieszonych na ścianach.
- Jesteśmy na miejscu. Czas poznać zasady egzaminu. - oświadczył nauczyciel i wskazał głową pięć zamkniętych drzwi. - Za tymi drzwiami rozstrzygnie się wasze być albo nie być w przyszłej walce z wiedźmami. Każdy z was wejdzie do jednego z pomieszczeń i stoczy w nim pojedynek z prawdziwą wiedźmą. Zdacie, jeśli przyniesiecie mi głowę czarownicy. Podejdźcie teraz do drzwi. Gdy dam wam znak, wejdziecie do środka.
Stanęli naprzeciw drzwi i czekali w milczeniu. Natten spojrzał na Yavena stojącego po jego prawej stronie. Ten rzucił mu krótkie spojrzenie pełne nienawiści. Natomiast stojący po jego lewej stronie Missen uśmiechnął się do niego szeroko i szepnął: "Powodzenia". Nie zdążył mu życzyć tego samego, bo wyprzedziły go słowa Vinaesa:
- Możecie otworzyć drzwi.
Natten bez zastanowienia wkroczył do ciemnego pomieszczenia za nimi.
***
Wyruszyli wcześnie rano. Natten od razu zauważył, że coś jest nie tak. Coś wisiało w powietrzu. Coś złego. Dodatkowo Tesna była dziwnie milcząca i nieobecna.
- Tesno, co się stało?
- Przed tobą nic się nie ukryje. - jej głos drżał. - Przedwczoraj powiedziałeś, że nienawidzisz siebie, a ja ci odpowiedziałam, że mam większe prawo do znienawidzenia siebie. Pamiętasz?
- Oczywiście. - kiedy to powiedział, wysunęła swoją dłoń z jego i oderwała wzrok z ziemi. Jej oczy były pełne łez.
- Ja nie tylko mam prawo siebie nienawidzić. Ja to robię. Gardzę sobą z całej siły!
- Ale dlaczego, Tesno? Co się takiego stało?
- Nattenie! - miast odpowiedzi Tesny, usłyszał okrzyk Liny. Ów krzyk sprawił, że dostrzegł coś innego poza zasmuconą twarzą Tesny. Zamarł. Byli otoczeni przez dziesięciu mężczyzn ubranych w białe płaszcze. Trzymali w rękach miecze lub łuki. Nie byli w pokojowych zamiarach.
- Zdradziłam Megariego - szlochała Tesna. - Zdradziłam także ciebie, Nattenie!
Samotni i zagubieni
Przyglądał się jaj tak, jakby nie zrozumiał jej słów.
- Nie... Nie patrz tak na mnie! Nie patrz! - jęknęła i spuściła głowę.
Przerażona Onee przypatrywała się mężczyznom ubranym na biało. Zatrzymała wzrok na jednym z nich. Jego twarz wyglądała znajomo...
***
Onee zaatakowała Tesnę, a ta szybko zasłoniła się mieczem.
- Onee, pamiętaj - więcej wiary i siły! Jeszcze raz! Siła i wiara! Pamiętaj! - Onee nie zdążyła uderzyć po raz kolejny, bo do jej uszu dobiegło głośne stukanie.
- Przerwa. - Tesna odłożyła miecz. - Ktoś potrzebuje pomocy. Idę zobaczyć kto. - ściągnęła swój płaszcz powieszony na haku wbitym do ściany i narzuciła go na siebie.
- Wychodzi pani gdzieś? - zdziwiła się Onee.
- Idę do bramy wejściowej. To w nią pukano. Słyszałyśmy pukanie tak wyraźnie dzięki czarowi, który kapłani rzucili na bramę. Jeśli ktoś zapuka, słyszy się to w holu głównym. To bardzo wygodne w zimie, gdy nie chce się nikomu wychodzić na dwór i oczekiwać na potrzebujących w zimnie. - podeszła do drzwi prowadzących na zewnątrz. - Poćwicz teraz ataki. Ja idę zobaczyć kogo nam przyniosło do kompleksu.
Onee została sama. Przez chwilę ćwiczyła wymachiwanie mieczem, ale to ja w końcu znużyło i usiadła na ziemi, raz po raz zerkając w stronę drzwi za którym znikła Tesna. W końcu nie wytrzymała i podbiegła do nich. Otworzyła je i wyszła na zimne, ośnieżone błonia kompleksu. Rozejrzała się i zobaczyła Tesnę stojącą przy bramie wejściowej i głośno rozmawiającej z mężczyzną o bladych oczach i twarzy. Nie słyszała o czym rozmawiali, ale to nie wyglądało na przyjacielską pogawędkę. Zrobiła krok do przodu, a wtedy bladooki mężczyzna spojrzał na nią. Zadrżała. On nie wyglądał bezpiecznie. Tesna nieznacznie odwróciła głowę i spojrzała na nią katem oka. Powiedziała coś do nieznajomego i zamknęła mu drzwi przed nosem. Po chwili była obok niej.
- Nie powinnaś wychodzić na dwór! - zbeształa ją. - Dopiero co wyzdrowiałaś, chcesz znowu zachorować? - Onee zaprzeczyła ruchem głowy i razem weszły do budynku nauk.
- Kto to był, proszę pani?
- Pijak. Chciał pieniędzy na alkohol. - oparła szorstko. - Koniec ćwiczeń na dziś. Idź do pokoju.
***
- To ty! To ty zapukałeś do bram kompleksu pierwszego miesiąca zimy! - wykrzyknęła w stronę bladego mężczyzny. - Pamiętam cię!
- Uto, o czym ona gada? - zadziwił się jeden z mężczyzn.
- Spotkaliśmy się, kiedy poszedłem odwiedzić Tesnę. - odparł bladooki.
- Pierwszy miesiąc zimy? - powtórzyła z niedowierzaniem Peryl i spojrzała z niedowierzaniem w stronę Tesny. - A ja... A ja ci ufałam! A ty... Jak mogłaś?! Od początku szpiegowałaś dla nich! Ty wredna żmijo! Ty suko! Ty... - spojrzała na Nattena i zamilkła. Na jej twarzy malowała się bezgraniczna rozpacz wymieszana z wściekłością.
- Drodzy panowie - Lina starała się nie tracić zimnej krwi. - Nic wam nie zrobiliśmy, wiec domagam się tego, byście dali nam przejść.
-Stul się! - rozkazał najmłodszy z dziesiątki, wyglądający na rówieśnika Peryl. - Za kogo ty nas bierzesz, dziwko? Za głupców? My jesteśmy najsłynniejszą grupą łowców głów na Varisannie! Zwą nas "Biała Śmierć"! Naucz się traktować nas z większym szacunkiem!
- Biała Śmierć? Przykro mi, ale nigdy o was nie słyszałam. - oświadczyła Karin.
- Co za wredna dziwka! - wściekł się chłopak. - Mogę ja zabić? - spojrzał błagalnie na Uto.
- Nie. Sprzedamy je do jakiegoś domu publicznego. Każdy pieniądz jest dobry.
- Co? - Peryl odzyskała głos. - Spróbuj tylko mnie tknąć, szujo! - pochwyciła łuk i wycelowała grot strzały prosto w Uto.
- No dalej. - na jego białej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. - Na co czekasz? Strzelaj, nim oni wystrzelą.
Peryl dostrzegła, że 5 grotów jest skierowanych prosto w nią. Nawet nie zauważyła, kiedy mężczyźni w płaszczach sięgnęli po broń.
- Nawet, jeśli mnie zranisz, nic ci to nie da. Lepiej więc będzie, jeśli opuścisz łuk. - poradził, a Peryl niechętnie zrobiła to, o co ją prosił. - Tak lepiej. A teraz grzecznie oddacie nam broń i pójdziecie z nami do siedziby łowców czarownic. Tam dostaniemy nagrodę za waszego przyjaciela. - spojrzał przelotnie na Nattena. - Czy wy wiecie, że wyznaczono za niego tak wysoko nagrodę, że bez problemu zapewni dostatnie życie jedenastu osobom? - zaśmiał się cicho. - Odbierzcie im broń. - polecił, a jego towarzysze posłusznie wykonali jego polecenie. - Tesna! Na co czekasz? Odbierz Nattenowi miecz! - jednak ona nie poruszyła się nawet. Wpatrywała się w Nattena z rozpaczą wymalowaną na twarzy. Po policzkach spływały jej łzy. Natomiast Natten, mimo, że wpatrywał się w nią, zdawał się jej nie dostrzegać.
- Uto - wyjąkała Tesna. - Wpłać mi moją część już teraz. Nie chcę z wami iść. Chcę wracać.
- Słodka Tesno, czyżbyś zapomniała o naszej umowie? Senen - zwrócił się do pyskatego młodzieńca. - Przypomnij jej na czym ona polegała.
- Pożegnamy się dopiero pod kwaterą łowców czarownic, nie wcześniej. Dobrze wiesz, że ten twój Natten jest silny. Ale jeśli ty pójdziesz z nami, to nic nam nie zrobi. Będzie potulny, jak baranek. - podszedł do Nattena i zwinnym ruchem wyciągnął jego miecz z pochwy. Natten nawet się nie poruszył. - Podoba mi się. - stwierdził Senen. - Wezmę go sobie. Tobie i tak już niw będzie potrzebny, Nattenie. - oświadczył i wybuchł dzikim śmiechem.
- Związać ich. - rozkazał Uto.
- Nattenie, przepraszam. Wybacz mi! - załkała Tesna. Poczuł ukłucie bólu w sercu. Jej słowa i zapłakana twarz były identyczne jak kilkanaście lat temu.
***
W pomieszczeniu było ciemno i cicho. Jego kroki odbijały się echem po ścianach. Prócz nich słyszał coś jeszcze - oddech. Czyjś oddech. Nie był sam i nie bał się tego. Za długo przebywał w kompleksie, by czuć strach. Przyspieszył i powiedział:
- No dalej. Chodź do mnie, gdziekolwiek jesteś.
- Natten? - z ciemności wynurzyła się drobna postać, której głos i wygląd dobrze znał.
- Tesna? - szepnął z niedowierzaniem.
- Co ty tutaj robisz?- zapytała. - Przecież masz zdawać egzamin!
Przez chwilę miał okropny mętlik w głowie, lecz naraz przypomniała mu się lekcja, podczas której Fornax mówił im o iluzjach stosowanych przez czarownice. To mogło być to!
Szybko podniósł miecz do góry i przejechał dłonią po jego ostrzu. Z ręki wypłynęła krew. Jednak Tesna nie znikła. Nie zamieniła się w odrażającą staruchę. Wtedy zrozumiał.
- Na czym miał polegać twój egzamin? - zapytał.
- Nie wiem. Kazali mi tu wejść i siedzieć cicho.
- Oni... oni chcą cię zabić. - wyszeptał.
- Mnie? Nie rozumiem.
- Musimy uciekać! - złapał jej nadgarstek zakrwawioną ręką i pociągnął za sobą.
- Nattenie, co się tutaj dzieje? Ja nic nie rozumiem!
- Później ci wytłumaczę! - wybiegli z ciemnego pomieszczenia i natknęli się na Vinaesa.
- Co... - zaczął niepewnie na ich widok. - Co ty robisz? Miałeś ją zabić!
Natten milczał. Kurczowo ściskał nadgarstek Tesny, który ubrudził swoją krwią i zastanawiał się, co zrobić.
- Zabij ją! - wykrzyknął nauczyciel. - Zabij tę wiedźmę! Na co czekasz?
- Ona nie jest wiedźmą! - krzyknął wściekły.
- Właśnie, że jest! To wiedźma, która posłużyła się iluzją!
Natten puścił nadgarstek Tesny. Wiedział, że jeśli chce ją uratować, że musi to zrobić...
- Tak... Ma pan rację, ja... Ja o tym nie pomyślałem. - wyznał z udawaną skruchą. Vinaes dał się nabrać.
- Cieszę się, że zrozumiałeś swój błąd. Teraz zrób to, co powinieneś zrobić.
- Tak - przytaknął i mocniej zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Fornax kiedyś mówił, że szybkość jest największym atutem łowcy. On był szybki. Miał tez miecz. Vinaes był nieuzbrojony... Bez namysłu podbiegł do niego i wbił mu ostrze w serce. Zrobił to tak szybko, że nauczyciel nie zdążył się obronić.
- Tesna jest moją przyjaciółką. Nie wybaczę nikomu, ale to nikomu, nazywania jej "wiedźmą". Nikomu! - wyciągnął ostrze z Vinaesa, a mężczyzna padł na ziemię martwy. Natten spojrzał na Tesnę. Trzęsła się cała, a po jej policzkach spływały łzy. Miecz wypadł mu z ręki.
- Ty... ty go... zabiłeś. - wyjąkała. - ZABIŁEŚ GO! ZABIŁEŚ! - zaczęła krzyczeć.
- Musiałem to zrobić! W innym przypadku to on zabiłby ciebie i mnie! - starał się obronić.
- Co tu się stało? - z jednej z komnat wyszedł Yaven. W prawej ręce trzymał miecz zakrwawionego miecza, a w lewej włosy należące do odciętej głowy zapłakanej dziewczyny.
- To Viya! - krzyknęła Tesna. - Zabiłeś ją! Zabiłeś! - zaczęła histeryzować.
- Nattenie, co się tutaj dzieje? Co to za jedna? - Yaven wbił w niego swe przepełnione chłodem, brązowe oczy.
Natten przypatrywał się dwójce swoich najbliższych przyjaciół - zapłakanej i roztrzęsionej Tesnie oraz Yavenowi trzymającemu w ręce odciętą głowę. Wiedział, że może wybrać tylko jednego z dwójki, a martwy Vinaes utwierdził go tylko w wyborze drogi.
- Wybacz, Yavenie. - podbiegł do niego i z całej siły uderzył w brzuch. Chłopak zachwiał się i padł na ziemię zemdlony.
- Uciekamy! - załapał Tesnę za rękę i razem zaczęli biec wilgotnym korytarzem podziemi. - Mamy szczęście. Podczas egzaminów wszystkie pozostałe roczniki ćwiczą we wschodniej części kompleksu, a stajnia znajduje się w zachodniej.
- Nattenie - usłyszał jej głos i spojrzał na nią. Jej oczy przepełnione były bólem i rozpaczą. - Przepraszam. Wybacz mi!
***
Prowadzili ich związanych cały dzień, bez chwili na odpoczynek. Zatrzymali się późnym wieczorem. Wtedy to Tesna przyniosła im po kromce chleba. Natten nie wziął od niej jedzenia. Nawet na nią nie spojrzał. Jego chleb wzięła Lina, gotowa dać mu jego porcję, gdy tylko zgłodnieje.
Peryl, której Tesna podawała kromkę, zwinnie podniosła związane ręce do góry i wytrąciła chleb z dłoni Tesny. Kiedy tylko wylądował na ziemi podeptała go.
- Wiesz co ci powiem, zdradziecka żmijo? - zapytała ja wojowniczo. - Ja może nie znam Nattena tyle, ile ty, ale wiem, że mu na tobie zależy. - jej głos raptownie się załamał. - On kiedyś powiedział mi coś dziwnego... Powiedział, że ukradł coś i ten czyn sprowadził na niego wielkie kłopoty. Kiedy to mówił, jego twarz był smutny, ale w jego oczach nie było smutku. Była tęsknota i coś jeszcze. To drugie zawsze widzę w jego oczach, gdy na ciebie spogląda... Bo on ciebie ukradł... i on cię kocha! Kocha całym sercem! A ty go ranisz! Jak możesz? Jak możesz go tak ranić? Czy już nic dla ciebie nie znaczy? Nic? - w jej oczach pojawiły się łzy.
- Peryl... - Tesna starała się opanować drżenie głosu. - Ja nigdy bym tego nie zrobiła, ale... Miałam swoje powody.
- Czy te powody są równe utracie ukochanej osoby? Są równe?
- Tak. Są równe. - odparła i odeszła do łowców. Peryl spuściła głowę i zaczęła przecierać mokre oczy.
- Peryl, jedz. - Lina podsunęła jej kromkę Nattena. - Inaczej opadniesz z sił.
- Daj to Nattenowi. - mruknęła.
- Przecież dobrze wiesz, że tego nie zje. Natten jest silny i poradzi sobie. Ty nie masz jego wytrzymałości. Wiesz o tym dobrze. - po tych słowach Peryl niechętnie wzięła od niej chleb, który ugryzła z taką miną, jakby był zatruty.
Tesna przyglądała się jej z daleka. W głowie wciąż słyszała jej słowa. Natten ją ukradł... Tak. To było trafne określenie zdarzeń z przeszłości. Mimowolnie spojrzała w jego stronę. Po raz pierwszy tego dnia podchwycił jej wzrok. Natychmiast odgadła o czym myślał. Ona myślała o tym samym.
***
Wbiegli zdyszani do stajni. Natten pochwycił jedno z siodeł i uzdę, które założył pięknemu, srebrnemu rumakowi.
- Mówią, że to najszybszy koń, jakiego mamy. - powiedział i wręczył jej uzdę. - Trzymaj ją mocno. - zrobiła tak jej kazał. Natten tymczasem zaczął wyganiać pozostałe wierzchowce, które wybiegły ze stajni. Wtedy wskoczył na konia i pomógł jej wejść na jego grzbiet. Objęła go w pasie najmocniej jak umiała. - Gotowa?
- Tak - przytaknęła, a koń ruszył. Dogonił pozostałe wierzchowce i razem z nimi przekroczył szeroko otwartą bramę kompleksu.
- O tej porze brama zawsze jest otwarta. - powiedział do niej.
- Co się teraz z nami stanie? - zapytała.
- Łowcy czarownic będą nam ścigać. Nie wybaczą nam tej ucieczki, ale nie martw się. Nie pozwolę, by ktokolwiek cię zranił. Nie pozwolę.
***
- Hej, wy tam! - Senen krzyknął w ich kierunku. - Zacznijcie rozgarniać tutaj śnieg! - wskazał na polanę pod dużym bukiem. - Chcemy mieć za godzinę miejsce gotowe do rozbicia obozu. Rozpalcie też ogień, zrozumiano?
Karin przez chwilę miała ochotę zwyzywać go, ale w końcu dała sobie spokój. Nikt nie wysłucha jej sprzeciwu. I tak zaprzęgną ją do pracy. Nagle dostrzegła, że nie pracują w szóstkę, ale w siódemkę. Tesna rozkopywała śnieg razem z nimi.
- Dziewczyno, daj sobie spokój! Lepiej odpocznij trochę! - krzyknął do niej jeden z łowców.
- Odpoczywaj sam! - oświadczyła wrogo.
- Nie denerwuj się tak, nie chciałem cię urazić. - odparł i wrócił do rozmowy z swoimi towarzyszami.
- Nikt cię nie prosił o pomoc. - oświadczyła wrogo Karin. - Poradzimy sobie bez ciebie.
- Ale ja...
- Nie potrzebujemy tutaj ciebie! - przerwała jej.
- Niech robi, co chce. - Peryl spojrzała nienawistnie na Tesnę. - Najwyraźniej ją to bawi.
- Jak możesz wydawać tak niesprawiedliwy osąd? Przecież nawet mnie nie znasz. - rzekła Tesna.
- Nie rób z siebie ofiary, dobrze? To, że się tu teraz znajdujemy to wyłącznie twoja wina! - wtrąciła Karin, a Peryl posłała jej pełne zrozumienia spojrzenie.
- Błagam was, pracujcie, a nie mówcie. - zwróciła się do nich Uld. - Mamy mało czasu i dużo pracy. Nie chcę, żebyście przedwcześnie opadły z sił.
Na dźwięk tych słów Karin i Peryl w milczeniu powróciły do pracy. Peryl jednakże rzuciła jeszcze jedno wrogie spojrzenie w kierunku Tesny. Ta stłumiła westchnienie. Chciała pomóc i jej dobre intencje obróciły się przeciw niej. Zawsze tak było.
***
- Przepraszam za to podczas burzy. Trzymałam uzdę z całej siły, ale on i tak mi się wyrwał.
- Tesno, nie tłumacz się. - poprosił ją. - Mi też by się wyrwał. - uspokoił ją i zatrzymał się. Przez chwilę dokładnie przyglądał się otoczeniu dookoła, po czym zdecydowanym krokiem ruszył wąską, prawie niewidoczną ścieżką leżącą między dzikimi jabłoniami.
- Czy ty na pewno wiesz, gdzie my idziemy? - zerwała jedno z dzikich jabłek i ugryzła je.
- Wiem. Ta ścieżka pojawia się w moich myślach przed każdym zaśnięciem.
- Pojawia? - zdziwiła się.
- Od ponad szczęściu lat. Co prawda, trochę się zmieniła od tego czasu, ale nie martw się. W końcu dojdziemy na miejsce.
- Możesz mi zdradzić co to za tajemnicze miejsce?
- Dowiesz się wkrótce.
***
- Koniec snu! Wstawać! Wstawać! - obudził ich wrzask jednego z łowców głów.
Niechętnie podnieśli się z zimnej ziemi, z której razem odgarnęli śnieg przed zaśnięciem. Tesna podeszła do nich i zaczęła im wręczać po dwie kromki chleba. Lina, Uld i Onee wzięły swoje porcje bez słowa. Peryl i Karin obrzuciły ją gniewnymi spojrzeniami i niemalże wyrwały jej chleb z rąk. Natten spojrzał w inną stronę, gdy do niego podeszła.
- Nattenie, musisz jeść. Inaczej opadniesz z sił.
- Nawet jeśli się tak stanie, to cię nie obejdzie.
- Nie mów tak! Ja... - urwała raptownie. - Błagam cię, zjedz. Pamiętasz, jak dawniej głodowaliśmy? Jak robiliśmy wszystko, by nie paść z głodu? Szanowaliśmy wszystkich, którzy chcieli się z nami czymś podzielić... Teraz zachowujesz się tak, jakby te zdarzenia nie miały miejsca, jakby nic się nie stało!
W dalszym ciągu patrzył w inną stronę. Wyciągnął jednak rękę przed siebie, a ona wręczyła mu chleb i odeszła do bandy Uto. Wtedy spojrzał za nią. Wiedział, że miała rację - wyrzekanie się przeszłości nie miało sensu. To wszystko już się zdarzyło i nic tego nie zmieni.
***
- Jesteśmy już blisko. Bardzo blisko. - powiedział do niej i puścił się biegiem przed siebie. Popędziła za nim.
- Jesteś pewien, że to w pobliżu?
- Oczywiście! Ta ścieżka nie zmieniła się za wiele przez te szczęść lat. - odpowiedział jej i przyspieszył. Biegli przez chwilę w ciszy, aż zatrzymali się razem. Obydwoje milczeli. Tesna wpatrywał się w zgliszcza dość dużego domu. Wiedziała, że się spóźnili - łowcy czarownic dotarli przed nimi. Spojrzała na Nattena. Wyglądał tak, jakby nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Utkwiła wzrok w ruinach. Zaczęła się domyślać, kto mieszkał w spalonym domostwie. Naglę kątem oka coś dostrzegła.
- Nattenie! - krzyknęła przerażona. Zwrócił głowę w jej stronę, a potem dostrzegł to, co ona zobaczyła. Na jednym z drzew wisiały dwa ciała - mężczyzny i kobiety. Podbiegł do drzewa i spojrzał na ciała z rozpaczą.
- Powiesili ich - wyszeptał z rozpaczą.
- Nattenie, czy to są... oni? - zapytała cicho.
- To pani Deya i pan Moren - utkwił wzrok w ziemi.
- Tak... mi przykro! - wyjąkała i wybuchła płaczem. Natten nie płakał. Wpatrywał się w ziemię i zdawał się rozpamiętywać przeszłość. Nagle wyszeptał:
- Keiko... - po czym wbiegł miedzy zgliszcza i zaczął krzyczeć: - Keiko! Keiko! Gdzie jesteś?! Keiko! - odpowiedziała mu jedynie cisza. Wtedy padł bezradnie na kolana. - Nie ma jej... Zabrali ją. Zabrali ją! - Tesna podeszła do niego i przytuliła. - Już jej nie ma. Nie ma. - powtarzał cicho. Nadal nie płakał. Ona natomiast płakała za siebie i jego.
***
- Hej, ładniutka! Może się zabawimy? - jeden z łowców nagród złapał Uld za ramię i przyciągnął do siebie.
- Zostaw mnie! Puszczaj! - dziewczyna zaczęła się wyrywać.
- Nie opieraj się, nie zrobię ci przecież nic złego! - zaśmiał się obleśnie. - Ja tylko...
- Puść ją natychmiast! - krzyknęła wściekła Tesna.
- A co ja takiego złego zrobiłem? Przecież i tak wyląduje w domu uciech. Niech się przyzwyczai do tego, co będzie mieć na co dzień.
- Puść ją. - powtórzyła i sięgnęła po miecz.
- Spokój tam! - podszedł do nich Uto, który spojrzał na nich z naganą. - Daj jej spokój, Ards. - polecił, a Ards niechętnie zostawił Uld w spokoju. - To nie jest czas na takie zabawy. A ty - zwrócił się do Tesny. - Uważaj na swoje czyny. Pamiętaj o czym powinnaś pamiętać.
Tesna nie odpowiedziała. Schowała broń i minęła Uld, która nie zdążyła podziękować jej za wstawiennictwo.
***
Wędrowali razem parę długich miesięcy. Nie wiedzieli, gdzie zmierzają. Byle jak najdalej od siedziby łowców czarownic. Nigdy nie pomyśleli o tym, by rozejść się w dwie inne strony. Były za bardzo z sobą zżyci, by to zrobić.
Pewnego jesiennego dnia dostrzegli małą chatkę ukrytą wśród drzew, która wyglądała na zamieszkałą.
- Domek - wyszeptała Tesna. - Zapukajmy do niej. Może dostaniemy coś do jedzenia? Jestem taka głodna!
Natten dobrze wiedział, że powinni omijać miasta i wszelkie domostwa, bo mieszkańcy mogliby w nich rozpoznać poszukiwanych zbiegów z kompleksu łowców czarownic, po czym oddaliby ich w ręce Fornaxa i innych w zamian za pokaźną nagrodę. Powinni minąć chatę, nie spoglądając na nią ponownie. Ale Tesna była głodna. On także. Muszą spróbować dostać choć odrobinę jedzenia!
- Chodźmy wiec. - wziął ją za rękę i razem podeszli pod drzwi wejściowe chatki, w które nerwowo zapukał. Po chwili oczekiwania usłyszeli kroki i drzwi otworzyły się. Stał w nich chłopak parę lat starszy on Nattena i Tesny. Wyglądał na zdziwionego ich widokiem.
- W czym mogę wam pomóc? - zapytał.
- Czy... czy możemy prosić o coś do jedzenia? - Tesna starała się opanować drżenie głosu.
- Chyba tak. - odparł i krzyknął do wnętrza chaty: - Mamo! Przyszła tu taka dwójka, która prosi o jedzenie!
Po chwili w drzwiach stanęła kobieta z niemowlęciem na rękach.
- Dzieci? Co wy robicie na tym pustkowiu?
- My... - zaczął Natten, ale przerwała mu słowami:
- Wejdźcie do środka! - zaprowadziła ich do ciasnej kuchni i wskazała stół, przy którym usiedli. Położyła dziecko do kołyski, a sama podeszła do garnków i zaczęła coś przygotowywać. Jej syn usiadł obok Tesny.
- Zaraz dostaniecie zupę. - zwróciła się do nich z uśmiechem. - Na początku jednak powiedzcie mi, co was sprowadziło do mojego domu?
- Otóż... - zaczął Natten. - Ja i moja siostra zmierzamy do Barenned, gdzie mieszka nasza jedyna rodzina - wujostwo ze strony matki.
- A co z waszymi rodzicami?
- Mama zmarła niedługo po urodzeniu mojej siostry, a ojciec parę miesięcy temu. Zostaliśmy sami.
- Moje biedne dzieci! Przepraszam, że byłam taka niedelikatna! - położyła przed nimi talerze zapełnione po brzegi zupą i kromki chleba na talerzu. - Smacznego. Jedzcie. - nie musiała dwa razy powtarzać. Byli tak głodni, ze prawie rzucili się na jedzenie, które im podała. - Naprawdę, potrzebowaliście posiłku. - stwierdziła. - Kiedy chcecie wyruszyć dalej?
- Jak tylko zjemy. - zdecydował Natten. - Nie możemy pani robić kłopotu.
- Ależ niczego mi nie robicie! - zaśmiała się. - Jak chcecie, mogę wam spakować prowiant na drogę.
- To chyba za duże obciążenie z naszej strony. - powiedziała Tesna.
- Jakie tam obciążenie! Dam wam mnóstwo jedzenia i jakieś cieplejsze ubrania. Miesiące zimy już za pasem! - wyszła na chwilę z kuchni, a gdy wróciła, położyła przed nimi dwa ciepłe płaszcze, dwie pary wysokich zimowych butów i dwie pary rękawic obszytych futrem. - To stare ciuchy mojego syna, z czasów, gdy był w waszym wieku.
- Na pewno się nam przydadzą. Dziękujemy. - Tesna uśmiechnęła się do niej wdzięcznie i przymierzyła buty i płaszcz. Natten zrobił to samo.
- Są idealne! - zachwyciła się kobieta, po czym podeszła do małej spiżarki, z której wyciągnęła dwa płócienne worki do których zaczęła pakować jedzenie. Kiedy skończyła, wręczyła je dwójce z uśmiechem.
- Jeszcze raz dziękujemy za pomoc. Do widzenia. - Tesna dygnęła i razem z Nattenem ku drzwiom. Kiedy wyszli na zewnątrz, kobieta krzyknęła za nimi:
- Idźcie na północny-zachód! Tam znajduje się gościniec, którym często przyjeżdżają łowcy czarownic. Jak ich poprosicie, to was zabiorą do Barenned. To bardzo dobrzy ludzie!
- Zależy dla kogo. - szepnął Natten i ruszył razem z Tesną w kierunku przeciwnym do kierunku wskazanego przez kobietę.
***
Ciągle maszerowali przed siebie. Ludzie z bandy Uto głośno czymś rozprawiali i co chwila wybuchali rubasznym śmiechem. Natten kroczył za nimi. Wybranki podążały za nim w pewnej odległości, pilnowane przez czwórkę łowców.
- Musimy porozmawiać. - Tesna podeszła do niego. Nie odpowiedział jej. - Chcę, żebyś poznał prawdę. Prawdę, dlaczego to zrobiłam... - wzięła głęboki wdech. - Oni mnie znaleźli i zaczęli szantażować... I to nie były groźby typu: "Jeśli nie pomożesz nam go znaleźć, to wydamy ciebie łowcom czarownic"... Gdyby coś takiego mi powiedzieli, zaśmiałabym się im w twarz... - przez jej twarz przebiegł cień bólu. - Ale oni... oni zaczęli mi grozić, że... że zabiją Kiryu. Że zabiją mojego synka. Nie mogłam ryzykować życia swojego dziecka. Wybacz mi, Nattenie. Wiem, że źle zrobiłam, ale każdy z dwóch wyborów był zły. Teraz Kiryu opiekuje się pewna dobra kobieta, daleko stąd. Wiem, że jest bezpieczny, ale ty nie jesteś... Tyle razy ratowałeś mnie, a ja tak ci się odpłacam! - po policzkach spływały jej łzy.
- Tesno - oderwał wzrok od ziemi i spojrzał na nią. - Czy Kiryu jest naszym synem?
Zbladła i spuściła wzrok.
- Rozstaliśmy się 4 lata temu, a Kiryu... Kiryu ma 2 lata. Ja... ja starałam się z całej siły o tobie zapomnieć, ale nie mogłam. Z jego ojcem spędziłam noc. Nigdy więcej go nie spotkałam. Nigdy...
Miał wielką ochotę przytulić ją do siebie, lub chociaż wziąć ja za rękę, ale jego spętane ręce uniemożliwiały mu to.
- Jaki on jest? - zapytał. - Opowiedz mi o Kiryu.
Zmusiła się do uśmiechu. Wiedziała, że Natten jej wybaczył. Zrozumiał przyczynę jej działania i zaakceptował. To było najważniejsze.
- Ma granatowe oczy i brązowe włosy. Lubi patrzeć się ze mną na gwiazdy. Jest taki kochany... Nie mogłam bym go stracić.
- To zrozumiałe. Nikt nie chce tracić tych, których kocha.
***
Brodzili po kolana w śniegu, a wokół nich szalała burza śnieżna. Natten kurczowo ściskał Tesnę z rękę i powoli kroczył przed siebie.
- Nie mam już siły. Zatrzymajmy się, proszę! - jęknęła Tesna.
- Musimy iść! Jeśli się zatrzymamy, to zamarzniemy! Tesno, nie poddawaj się! - pociągnął ją za rękę.
- Ale gdzie my w ogóle idziemy? Przecież przed nami nic nie ma!
- Nie mów tak! Coś jest! Gdzieś tu na pewno jest jakieś miejsce, w którym można się zatrzymać!
- Takiego miejsca nie ma! - wyrwała dłoń z jego żelaznego uścisku. - Ja tu zostaję! Tutaj jest ciepło! - kucnęła na ziemi i objęła się rękami.
- Wstawaj! - położył ręce na jej drżących ramionach. - Tu wcale nie jest ciepło! Tu jest zimno!
- Idź sam. Ja już nie zrobię kroku... - odparła sennie.
- Nie pójdę! Nie mogę cię stracić! Nie mogę! - ściągnął z siebie płaszcz, narzucił go na jej ramiona, po czym wziął ją na ręce i zaczął powoli kroczyć przed siebie. Z każdą chwilą czuł, jak traci siły. Wiedział, że wkrótce nie będzie mógł zrobić kolejnego korku do przodu.
- Chłopcze, co ty tutaj robisz? - usłyszał za sobą i odwrócił się. Zobaczył mężczyznę siedzącego na czarnym wierzchowcu, którego sylwetka wyraźnie rysowała się na tle śnieżnej zawieruchy.
- Proszę jej pomóc! Ona wkrótce zamarznie, a ja nie chcę jej stracić! Błagam!
- Nie martw się - obcy zeskoczył z grzbietu wierzchowca. Natten nie widział jego twarzy, bo miał kaptur naciągnięty na głowę. Poczuł niepokój. Skąd mógł wiedzieć, czy ta zakapturzona postać nie wyda ich łowcom czarownic? Jednocześnie wiedział, że jeśli mu nie zaufa, on i Tesna zamarzną na śmierć. Ten argument zaważył o tym, że pozwolił obcemu wziąć Tesnę na ręce.
- Wskakuj na konia. - polecił mu, a Natten posłusznie wykonał rozkaz. Kiedy znajdował się na grzbiecie wierzchowca, mężczyzna usadowił przed nim nieprzytomną Tesnę. - Trzymaj ją mocno. - rozkazał i wyciągnął z jednego z worków przymocowanych do siodła koc, którym ich opatulił. Potem wyjął bukłak, który odkorkował i wlał odrobinę jego zawartości od ust Tesny. - To ją rozgrzeje. Ty też się napij. - wręczył mu manierkę, a Natten posłusznie wypił parę łyków. Płyn rozesłał niezwykłe ciepło po jego ciele. Oddał mężczyźnie bukłak, a ten schował go do worka. - Mój dom znajduje się niedaleko. Zaraz będziemy na miejscu. - poinformował Nattena i pociągnął wierzchowca za uzdę. Natten przez pewien czas wpatrywał się w tył wybawiciela. Nagle zaczął odczuwać ogromną senność. Oparł czoło o plecy Tesny i zasnął.
***
Uto ze swoją bandą miał nocować w jaskini, którą spotkali po drodze. Oni sami mieli spać pod nią, pilnowani przez jednego z łowców. Kiedy tylko odgarnęli śnieg, zjedli chleb od Tesny i wycieńczeni poszli spać.
Tymczasem łowcy nagród rozpalili ognisko i bawili się w najlepsze.
- Tesna! - zawołał nagle Senen. - Obudź kogoś z jeńców, niech nam przyniesie więcej drewna na opał! I niech ono będzie suche!
- Sama po nie pójdę. - oświadczyła lodowatym tonem i wyszła.
- Co ja ugryzło? - zdziwił się jeden z łowców.
- A czy to ważne? - odparł inny. - Baw się! - po czym podsunął kompanowi butelkę z winem.
Pół godziny później Tesna wróciła z drewnem, które bez słowa wrzuciła do ognia. Wyszła z jaskini i spojrzała w kierunku śpiących więźniów i ich strażnika. Odbiegło do niej jego głośne chrapanie. Uśmiechnęła się pod nosem i zaczęła jakby od niechcenia ryć stopą w śniegu. Przestała, gdy natrafiła na coś twardego. Pochyliła się i wyciągnęła spod białej kołdry dość duży kamień. Zdecydowanym krokiem podeszła do chrapiącego łowcy i z całej siły uderzyła go kamieniem w głowę. Osunął się na ziemię bez jakiegokolwiek jęku. Położyła kamień na ziemi i wróciła do jaskini. Uto i jego kompani rozmawiali z sobą coraz ciszej i coraz bardziej ospale. Większość z nich już spała. Ponownie wyszła z jaskini i czekała. Wróciła po 15 minutach. Sen zmorzył całą dziewiątkę kompanów. Minęła ich i wyciągnęła z ich rzeczy bronie wybrańców, skonfiskowane dzień temu. Wybiegła na zewnątrz i pochyliła się nad Nattenem.
- Nattenie, obudź się. - szturchnęła lekko jego ramię, a chłopak powoli otworzył oczy. Wtedy rozcięła mu więzy krępujące ręce.
- Co ty robisz? - zapytał zdziwiony.
- Jest jeszcze trzecie wyjście, Nattenie. - wyszeptała. - Nie potrafię stracić ani ciebie, ani Kiryu, więc uwolnię ciebie, a potem udam się do państwa Karn, gdzie znajduje się mój syn. Wiem, że będą mnie szukać, ale nie pozwolę, by nas dostali. Ukryję się w jednym z kapłańskich kompleksów. Tam ja i Kiryu będziemy bezpieczni.
- Pójdę z tobą.
- A co z Onee i pozostałymi?
- To z tobą chcę być, a nie z nimi. Obiecałem ci, że cię nie zostawię i nie zamierzam zmienić zdania. - na dźwięk tych słów przytuliła go szybko.
- Musimy obudzić pozostałe. - wyszeptała.
- A co zrobiłaś z łowcami?
Podsunęła mu pod nos szary, poskręcany korzeń.
- Pamiętasz jak nauczał rozróżniania ziół i korzeni? Tylko w tym byłam od ciebie lepsza. - zaśmiała się. - Od tamtego czasu zawsze noszę parę korzeni idno przy sobie.
- Ucieszyłby się, gdyby się dowiedział, że tak mocno przyswoiłaś jego nauki.
- Ze mnie by się ucieszył. Z ciebie byłby dumny. - stwierdziła i podeszła do Onee, którą zaczęła rozbudzać.
***
Piętnaście minut później ruszyli biegiem na zachód. Lina i wybranki musiały wrócić na drogę prowadzącą na wyspę Shikamiego. Natten i Tesna mięli od owej drogi ruszyć w kierunku Karn. Nie mówili jednak wybrankom o swoich zamiarach. Natten przeczuwał, jaka będzie reakcja Liny, która będzie z całej siły usiłować go zatrzymać.
Ich szybki marsz trwał całą noc, jednak ciągle byli daleko od drogi prowadzącej na wyspę.
- Odpocznijmy trochę - wyszeptała zdyszana Karin.
- Popieram - Peryl oparła się bezradnie o jedno z drzew.
- Nie możemy zatrzymywać się długo. - ostrzegła ich Tesna. - Bardzo Uto może się obudzić w każdej chwili i ruszyć naszym tropem. Dobrze wiecie, jak oni szybko się poruszają - idziemy całą noc, a nawet nie przeszliśmy ćwierci drogi, którą oni potrafią pokonać w jeden dzień.
- Przecież każdy potrzebuje odpoczynku. Nawet oni. - szepnęła Onee.
- Tak. Tylko, że oni już wystarczająco długo odpoczęli. - stwierdziła Lina. - Chodźcie, musimy iść dalej.
Natten ruszył przed siebie, a Tesna i Lina podążyły za nim. Wybranki także poszły, choć miały wielką ochotę odpocząć parę chwil dłużej.
***
Pięć godzin później nastąpił kolejny postój.
- Jak my mamy dalej iść? - zapytała słabo Uld. - Bez snu, jedzenia i wody? Wkrótce padniemy!
- Poradzimy sobie! Musimy tylko dojść pod Wyspę Shikamiego. Elfie wojska na pewno już ją otoczyły i oczekują na pozostałych sprzymierzeńców. Tam będziemy bezpieczni. - oświadczyła Lina. - Dlatego zjemy coś i ruszamy dalej. Trzeba zapomnieć o zmęczeniu. - kiedy wypowiedziała te słowa, tuż pod jej nogami w ziemię wbiła strzała.
- Barwo Tesno. - Uto wyszedł z ukrycia razem z swoimi kompanami. Znowu byli otoczeni przez Białą Śmierć. - Wrzucenie korzenia idno do ognia było bardzo sprytnym ruchem. Pewnie byśmy spali aż do teraz, gdyby nie Nocen, którego ogłuszyłaś kamieniem. On otrzeźwiał dwie godziny po waszej ucieczce i nas rozbudził. Bardzo mnie zawiodłaś, szczerze mówiąc. Chciałem ci darować życie, ale skoro wolałaś pomoc swojemu towarzyszowi, ciebie też oddam łowcom czarownic. Przecież za ciebie też wyznaczyli nagrodę. Nie jest może ona tak duża jak za Nattena, ale też znaczna. A pieniądze zawsze się przydadzą. - zrobi krok do przodu, a Natten natychmiast sięgnął po miecz. - Czyżbyś chciał mnie zaatakować? - zapytał rozbawiony Uto, a jego kamraci wymierzyli groty w chłopaka. - Jesteś zmęczony i wygłodzony. Nie obronisz ani siebie, ani pozostałych. Lepiej się poddaj.
Natten wiedział, że Uto ma rację. Zmęczenie i głód nie były dobrymi sojusznikami w walce, zwłaszcza z szybkimi łucznikami. Nie chciał jednak się poddać. Była jeszcze jedna szansa. Przejechał dłonią po ostrzu miecza i poczuł krew wypływającą z rany. Wciągnął rękę przed siebie i rzekł z niezwykłym opanowaniem:
- Rendanie, zabij wszystkich noszących białe płaszcze. - przed Nattenem pojawił się potwór z ohydnym uśmieszkiem rozciągającym się na jego podłużnych ustach.
- Przeciwnicy! Dużo przeciwników! - zaskrzeczał i ruszył w stronę przerażonego Senena.
- Na co czekacie? Zabijcie go! - krzyknął Uto do łuczników, którzy posłali strzały w stronę bestii. Te jednak wbiły się w jej czerwono-czarne ciało, by po chwili z niego wypaść. Łowcy nagród nie poddawali się i słali kolejne strzały.
- Chcę krwi! - zaskrzeczał Rendan i wyciągnął swoją szponiastą dłoń w stronę Senena. Chłopak ruszył biegiem przed siebie, ale bestia z łatwością go dogoniła, a jej szponiasta dłoń pochwyciła tył jego głowy i oderwała ją od reszty ciała. Rendan wydał z siebie paskudny chichot, po czym pomknął ku innemu łowcy głów.
- Atakować go! Nie może być nieśmiertelny! - rozkazał Uto i sięgał po miecz. - Ja tymczasem zajmę się pozostałymi szkodnikami. - ruszył w kierunku Tesny. - To wszystko przez ciebie, parszywa szmato! Pożałujesz, że w ogóle się uradziłaś!
- Licz się ze słowami, dobrze? - na jego drodze stanął Natten.
- Nie zamierzam! - rzucił się na niego, a ostrza ich mieczy spotkały się. - Zapowiada się interesujący pojedynek. - wyszeptał Uto. - Nie mogę się doczekać, kiedy go wygram i zobaczę, jak gryziesz ziemię! - wrzasnął i znowu zaatakował Nattena. Ich walka był wyrównana, lecz Uto był zbyt pewien wygranej i to go zgubiło - odsłonił serce, a miecz Nattena uderzył w nie i przeszedł łowcę nagród na wylot. Uto jęknął i padł na kolana. Spojrzał na swoich kompanów - została ich tylko czwórka - jeden zbrojny i trzej łucznicy. Cała czwórka nadal próbowała zabić potwora.
- Głupcy! - krzyknął resztką sił. - Nie zabijecie tego stwora! Zabijcie więc ich! Niech zdechną razem z nami! Zabijcie zdrajczynię, zabijcie te dziwki, zabijcie Nattena! - po tych słowach padł martwy na ziemię. Łucznicy postanowili wykonać jego ostatni rozkaz. Zostawili walkę z bestią towarzyszowi z mieczem, a sami zaczęli posyłać strzały w stronę wybrańców i Tesny. Jedna ze strzał utkwiła ramieniu Uld. Inna o mało nie trafiłaby Karin, którą w ostatniej chwili odepchnęła Peryl. Tesna starała się unikać strzał, ale grot jednej z nich i tak ją dosięgnął i zatopił się pod jej żebrami. Krzyknęła z bólu.
- Tesna! - krzyknął Natten i ruszył ku łucznikowi. Lina pochwyciła sztylet i cisnęła go w jednego ze strzelców, którzy zmarł na miejscu. Do drugiego z dwójki łuczników dobrał się Rendan, który z okrutnym śmiechem oderwał mu lewą rękę, po czym to samo zrobił z prawą. Ostatni z łuczników chciał za wszelką cenę wykonać rozkaz zmarłego wodza i wysłał kolejną strzałę z okrzykiem:
- Giń szmato! - strzała pomknęła przed siebie i jej grot zalazł się w brzuchu Tesny. Po paru chwilach wystrzelił swoją ostatnią strzałę, która także uderzyła w Tesnę. Chwilę później łowca-łucznik stracił głowę, odciętą przez miecz Nattena. Rendan stał nad łucznikiem, któremu oderwał także obie nogi i kiedy zorientował się, że mężczyzna wykrwawił się na śmierć, z dzikim śmiechem zamienił się w czarno-czerwoną kałużę.
Tymczasem Natten podbiegł do Tesny, która z pomocą Onee i Liny położyła się na ziemi. W jej brzuchu utkwione były trzy strzały.
- Jesteś duchem? - zapytała na widok Nattena.
- Zaraz wyjmiemy te strzały. Będzie dobrze. - powiedział słabo. - Tesna, będziesz żyć! Przecież musimy iść do Kiryu!
- Tak... Musimy... on na nas czeka... - uśmiechnęła się, ale uśmiech zamienił się w grymas bólu. - Pokocha cię jak ojca. Jestem tego pewna... Będziesz wspaniałym ojcem, Nattenie.
- Nic już nie mów. Nie przemęczaj się! Teraz wyjmę pierwszą ze strzał. - powiedział i wyrwał jedną ze strzał, najmniej głęboko zagłębioną w jej ciele. - Lina, pomóż mi! - krzyknął w stronę elfki, a ona natychmiast przyłączyła się do tamowania krwi wypływającej z rany.
- Teraz wyciągnę drugą strzałę. Zaraz będzie po wszystkim.
- Nie. - jęknęła. - Nattenie, ja już nie chcę. To boli, to tak bardzo boli...
- Ale jeśli tego nie wyjmę, ty umrzesz!
- Każdy kiedyś umrze. Kto wie?... Może... Może spotkam Megariego?
- Ale jeśli ty umrzesz to ja nie będę miał dla kogo żyć! Tylko ty mi pozostałaś! Nie zostawiaj mnie tu! Nie chcę być sam! Nie możesz odjeść! - zaczął krzyczeć.
- Łzy... - wyszeptała i podniosła dłoń, którą dotknęła mokrego policzka Nattena. - Płaczesz... Pierwszy raz od wielu lat, zgadza się? Nie podejrzewałam, że będę umiała dokonać czegoś tak wielkiego... Kocham cię, Nattenie. - wyszeptała, a jej dłoń opadła na ziemię.
Zimny wiatr przebiegł przez polanę. Szloch Onee przerodził się w krzyk:
- Pani Tesno! Niech pani otworzy oczy! Musi pani zostać! Pan Natten potrzebuje pani! Niech pani się obudzi! Błagam! - zapłakała jeszcze mocniej. - Lina przytuliła ją, a Peryl to samo zrobiła z zapłakaną Karin. Po policzkach Uld spływały łzy żalu i bólu związanego z rannym ramieniem.
Natten przytulił do siebie zimną Tesnę, a po policzkach spływały mu łzy. Zaledwie parę dni temu przytulał ją tak samo przy ognisku w jaskini. Wtedy była taka gorąca... Teraz była zimniejsza od śniegu... Zaczął się zastanawiać, jaki sens miało jego dalsze życie, skoro stracił dwie najdroższe mu osoby... Dwie osoby, na które sprowadził śmierć.
Ruiny
Kiedy otworzył oczy odkrył, że znajduje się sam w jakimś czystym pokoju. Natychmiast zerwał się z łóżka, wcisnął buty na stopy i wybiegł z pokoju na długi, pusty korytarz. Na jego końcu dostrzegł drzwi, w których kierunku ruszył. Musiał jak najszybciej znaleźć Tesnę i opuścić to miejsce. Wszedł do pomieszczenia za drzwiami i znalazł się w jadalni. Dostrzegł Tesnę i jakiegoś obcego mężczyznę siedzących razem przy stole. Człek mówi coś, a Tesna przysłuchiwała się mu, szeroko uśmiechnięta.
- O - mężczyzna dostrzegł przyjście Nattena. - Twój przyjaciel wreszcie się obudził.
- Natten! - zerwała się z krzesła i podbiegła do niego, szeroko uśmiechnięta. - Jak dobrze, że się już obudziłeś! Tak się martwiłam!
- Ile byłem nieprzytomny? - zapytał.
- Trzy dni i dwie noce. - odpowiedziała.
- A ty?
- Odzyskałam przytomność wczoraj wieczorem.
- Dlaczego w takim razie mnie nie obudziłaś?
- Bo on mi zabronił - wskazała ruchem głowy na mężczyznę, który przypatrywał się im z zaciekawieniem.
- I tak powinnaś to zrobić! On... - jeszcze bardziej wyciszył głos. - Nie wiemy, kim on jest, ale on może wiedzieć, kim my jesteśmy. Może specjalnie nam pomógł, by oddać nas w ręce łowców czarownic?
- Niemożliwe. On jest za miły, by zrobić coś takiego!
- A nie przyszło ci do głowy, że może udawać miłego?
Tesna nie odpowiedziała na zapytanie Nattena, bo ich tajemniczy wybawiciel podszedł do nich z szerokim uśmiechem na ustach. Wyglądał na 40 lat. Jego ciemne włosy sięgały ramion, a oczy otaczała słaba siatka zmarszczek.
- O czym wy tak tu szeptacie? - zagadnął ich.
- To nasza sprawa. - oświadczył twardo Natten.
- Chłopcze - nagle uśmiech znikł z ust mężczyzny, a jego sympatyczny głos nagle stał się ostry i surowy. - Parę dni temu uratowałem was przed zamarznięciem, a potem nie spałem parę nocy, pielęgnując waszą dwójkę. Chcę dla siebie trochę więcej szacunku. - na dźwięk tych niemiłych słów, Tesna cofnęła się w tył i złapała Nattena za rękę. Wtedy mężczyzna wybuchł śmiechem. - Żartowałem! - oświadczył ciągle się śmiejąc. - Możesz do mnie mówić w najwygodniejszy tobie sposób, byle byś mówił mi po imieniu.
- Ale ja nie znam twojego imienia. - zauważył zimno.
- Jestem Megari, a ty? - wyciągnął swoją dłoń w kierunku Nattena.
- Natten - przedstawił się, ale nie uścisnął dłoni Megariego.
- Widzę, że nieufny jesteś - zaśmiał się i podniósł rękę w taki sposób, jakby chciał poklepać Nattena po ramieniu. Ten natychmiast złapał go za nadgarstek.
- Proszę mnie nie dotykać.
- Wybacz, nie chciałem cię urazić. - Megari cofnął dłoń. - Nattenie, Tesno, zasiądźcie do stołu. Zaraz będzie obiad. - po tych słowach znikł za drzwiami prowadzącymi na korytarz.
- Co ty masz na sobie? - Natten dostrzegł, że Tesna ubrana jest w elegancki kostium, który jednak były szyty z myślą o chłopcu, a nie dziewczynie.
- Megari mi to dał. Nosił ten kostium, gdy był w naszym wieku. Ciebie też przebrał. - Natten spojrzał na siebie i zobaczył, że jest ubrany w ciuchy inne, niż miał na sobie podczas wędrówki. - Powiedział mi, że nasze ciuchy wysuszył, a potem wyprał, a na sam koniec zacerował wszystkie dziury. Czy to nie miło z jego strony?
Natten puścił jej pytanie mimo uszu. Rozjarzał się dużej jadalni i sam zadał pytanie:
- Czy oprócz tego całego Megariego ktoś tu jeszcze mieszka?
- Powiedział mi, że mieszka sam. Ta rezydencja należała do jego rodziców, ale oni już dawno nie żyją. Powiedział też, że korzysta tylko z paru pomieszczeń, a reszta zalega kurzem. Pytałam, czy nie chciał zatrudnić sobie sprzątaczki lub kucharki, ale on powiedział, że nie ufa obcym.
- Ciekawe czemu w takim razie nam zaufał? - mruknął Natten.
- Nie wiem. - wzruszyła ramionami. - W każdym razie, Megari zna się na ziołach i potrafi sporządzać z nich leki. Dzięki tym lekom tak szybko odzyskaliśmy siłę.
- Rozumiem. - skinął głową i usiadł przy stole. Tesna zajęła miejsce tuż obok niego. - Tesno, czy kiedy byłem nieprzytomny, Megari zadawał ci jakieś pytania? Na przykład, w jaki sposób znaleźliśmy się w samym środku zamieci bez żadnych opiekunów?
- Nie zadawał żadnych pytań tego rodzaju. - odparła. - Na szczęście. Okropnie bałam się, że spyta mnie o coś, a ja nie będę potrafiła odpowiedzieć... Nattenie, co teraz zrobimy?
- Odejdziemy stąd, najprędzej jak się tylko da. Najlepiej dzisiaj.
Tesna nie zdążyła nic powiedzieć, bo Megari wrócił do jadalni z tacą na której leżały dwa talerze strawy.
- Proszę. Mam nadzieję, że będzie wam smakować. Nie jestem najlepszym kucharzem. - przyznał z zakłopotaniem. - Jedzcie. Ja za chwilę do was dołączę. - ponownie opuścił jadalnie, by po chwili do niej wrócić z trzecim talerzem na tacy. Kiedy usiał przy stole zapytał:
- Dlaczego nie jecie? Nie mówcie, że nie jesteście głodni!
- My... po prostu czekaliśmy na pana. - wytłumaczyła Tesna.
- Dziękuję w takim razie. - uśmiechnął się do nich, lecz owy uśmiech odwzajemniła tylko Tesna. Natten posłał Megariemu spojrzenie pełne wrogości i nieufności, po czym utkwił wzrok w talerzu. - Czy mogę wiedzieć, o czym tak gorączkowo szeptaliście, kiedy wszyłem po jedzenie? - zapytał nagle.
- Nie. - Natten posłał mu kolejne złowrogie spojrzenie.
- Spodziewałem się takiej odpowiedzi. Pozwólcie mi zatem zgadnąć - naradzaliście się, kiedy opuścicie mój zamek.
Tesna przerwała jedzenie i zerknęła na niego zawstydzona. Natten nawet nie drgnął.
- Widzę, że się wam bardzo śpieszy i chcecie wyruszyć prosto w kolejną śnieżycę, na którą się zbiera. Nawet, jeśli wyruszycie zaraz po jej zakończeniu, to i tak nic dobrego was nie spotka - w pobliżu nie ma domostw mieszkalnych, więc tym razem nikt wam nie pomoże.
Natten i Tesna zgodnie milczeli. Tą żenującą ciszę przerwały słowa Megariego:
- Wiecie co? Wasza dwójka kogoś mi przypomina... Długowłosy chłopiec o ciemnych oczach - wskazał na Nattena. - I dziewczyna z mahoniowymi, falowanymi włosami. - skinął głową w kierunku Tesny. - Słyszeliście o tej dwójce? Podobno chłopak zabił jednego z łowców czarownic razem ze swoją wspólniczką. Za ich głowy wyznaczono wysokie nagrody. Szczególnie za głowę chłopca.
- Nie słyszeliśmy o nich. - Natten podniósł się. - Pragę zauważyć, że w tym momencie nas obrażasz, porównując do dwójki złoczyńców. - wziął Tesnę za rękę i ruszył w kierunku drzwi. - Nie mamy zamiaru dłużej tutaj przebywać. Czy ci się to podoba, czy też nie, opuszczamy twój dom. - gdy stał naprzeciw wyjścia z jadalni, poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Odwrócił się i zobaczył za sobą Megariego, który jeszcze przed chwilą siedział przy stole.
- Szybki jesteś chłopcze. Ja też taki jestem. - oświadczył, a Natten i Tesna zrobili krok w tył, uderzając plecami w zamknięte drzwi jadalni. - Od początku wiedziałem, że jesteście poszukiwaną dwójką. Zwykłe dzieci nigdy by nie wyruszyły w podróż podczas miesięcy zimy. Poza tym, ta twoja zręczność i opanowanie - utkwił wzrok w Nattenie.
- I... i co teraz z nami zrobisz? - zapytała cicho Tesna.
- No właśnie... Co ja mogę z wami zrobić? - zamyślił się. Przez chwilę wpatrywał się w przerażoną Tesnę i Nattena, który przyglądał się mu z wrogością. Wtem zaśmiał się głośno. - Spokojnie dzieci, chyba nie sądzicie, że oddam was łowcom czarownic!
- A nie zrobisz tego? - zdziwiła się Tesna.
- Oczywiście, że nie! Tylko potwór oddałby dwójkę bezbronnych dzieci tym bezdusznym ludziom. Nie wiem za co was ścigają, ale to nie jest ważne. Od wielu lat jestem wrogiem łowców czarownic, co czyni mnie waszym sprzymierzeńcem. Mam nadzieję, że te słowa zniwelowały wszystkie wasze obawy i podejrzenia, i że zostaniecie w moim domu.
- Nie chcemy nikogo narażać. - rzekł Natten.
- Oprócz samych siebie? - zakpił mężczyzna. - Słuchajcie, mój dom jest ostatnim miejscem, w którym będą was szukać. Daję wam bezpieczeństwo i radzę, byście je przyjęli. - Natten i Tesna milczeli. - Chyba nie za bardzo wierzycie w moje dobre intencje, co? - uśmiechnął się. - To zrobimy inaczej: zostaniecie u mnie do końca miesięcy zimy, a później zdecydujecie, czy chcecie wyruszyć dalej, czy zostać u mnie.
Milczeli przez chwilę, rozważając jego propozycję. Tesna zauważyła, że Natten przypatrywał się Megariemu z mniejszą wrogością, co uznała, na znak zgody więc rzekła:
- Przyjmujemy warunek. To wspaniałomyślnie z twojej strony, Megari.
- E, tam - pogłaskał ją głowie. To samo chciał zrobić na Nattenem, ale ten odchylił głowę w tył. Mężczyzna uśmiechnął się zakłopotany i opuścił rękę. - Jeszcze jedno - nie myślcie, że przez te miesiące będziecie próżnować! Pomożecie mi w sprzątaniu tego domostwa, bo w pojedynkę to dość kłopotliwe. Poza tym, będę was uczyć.
- Uczyć? Czego? - zapytała go.
- Mam tutaj dużą bibliotekę, więc wypada, żebyście przerobili parę książek, które się w niej znajdują. Oprócz tego nauczę was sporządzania leków z ziół oraz dam wam parę lekcji władania mieczem.
- Umiem się posługiwać mieczem. - oświadczył Natten.
- Widzę, że jesteś zwinny i szybki, ale jestem więcej niż pewien, że do perfekcji ciągle ci daleko. Jeśli jednak będziesz ćwiczyć regularnie, to będziesz mógł to zmienić.
***
- Będę mógł to zmienić... Ja już nic nie mogę zmienić. - szepnął do siebie. Wpatrywał się w grób, w którym spoczywało ciało Tesny i wspominał, choć te wspomnienia go raniły z całą swoją mocą.
- Nattenie, ja... - elfka podeszła do niego. Na jej pięknej twarzy malowała się troska.
- Lino - przerwał jej.
- Słucham?
- Przejmuję dowodzenie.
- Co? - wykrzyknęła zdziwiona, ale po chwili dodała z pokorą: - Nie sądziłam, że kiedyś się na to zdecydujesz. Cieszy mnie twoja decyzja.
Od opuszczenia Ksewes, to ona wybierała drogę, którą mieli podróżować i podejmowała decyzję w trudnych sytuacjach, podczas gdy Natten od czasu do czasu dzielił się z nią swoim zdaniem. Teraz, kiedy postanowił zostać filarem drużyny, nie chciała się mu sprzeciwiać. To przecież on był wybrańcem. Ona była tylko jego pomocnicą. Nikim więcej. Podświadomie czuła, że kiedy dojdą na Wyspę Shikamiego przestanie być potrzebna. Lepiej będzie, jeśli teraz odsunie się w cień i pogodzi z tym faktem. O wiele lepiej.
- Musimy wyruszyć. - rzekł, nie odrywając wzroku od mogiły. - Zawołaj pozostałe.
- Dobrze - ruszyła w stronę obozowiska. Coś jej mówiło, że Natten walce nie chce wyruszyć prosto na Wyspę Shikamiego. Będzie je prowadzić gdzieś indziej. Tylko gdzie?
***
Nastał pierwszy miesiąc wiosny. Śniegi stopniały prawie całkowicie. Ziemia poczęła wypuszczać pierwsze zielone kiełki, a słońce z każdym dniem świeciło mocniej.
Natten i Tesna siedzieli razem w jadalni i zastanawiali się, co z sobą począć. Przez niespełna 3 miesiące pobytu w posiadłości, Tesna zaprzyjaźniła się z Megarim, a Natten go zaakceptował i czuł, że z czasem mężczyzna mógł się dla niego stać kimś równie ważnym co Tesna i niegdyś Yaven.
- Ja jestem za tym, żeby tu zostać. - oświadczyła, bez wstępnych ogródek. - Co z tobą?
- Nie jestem do końca pewny... Nie znamy Megariego wystarczająco dobrze. On także nas nie zna. Nie mamy żadnej gwarancji, czy dalej będzie chciał nas gościć pod swym dachem, gdy dowie się, co zrobiłem.
- A co niby zrobiłeś? Uratowałeś mnie!
- Mogłem spróbować go ogłuszyć, a nie zabijać. Zaatakowałem, nie dając mu żadnych szans na odparcie ciosu... Postąpiłem okropnie. Jestem słaby i staram się być silny.
- Nattenie. - wzięła go za ręce. - Jesteś silny zarówno ciałem, jak i duchem. Jesteś... moim obrońcą. Bądź przy mnie zawsze.
- Postaram się. - uśmiechnął się do niej i wyciągnął swoje ręce z jej. - Idę porozmawiać z Megarim. Wyznam mu całą prawdę.
- Pójdę z tobą.
- Nie, zostań. Przecież ścigają nas za coś, co ja popełniłem, dlatego lepiej będzie jeśli tylko ja z nim porozmawiam.
- Niech będzie - westchnęła, a Natten wyszedł z jadalni.
Megariego znalazł na zewnątrz. Przyglądał się bacznie zielonym kiełkom wystającym z ziemi.
- Czyż nie są piękne? - zapytał nadchodzącego Nattena.
- Chyba są. - odparł.
- Co cię do mnie sprowadza, Nattenie? Czyżbyś chciał mi o czymś powiedzieć? O czymś bardzo ważnym, zgadza się?
- Zgadza.
- W takim razie przespacerujmy się dookoła mojego domu. Ja będę słuchał, a ty będziesz mówił. - tak też zrobili. Natten wyjawił Megariemu wszystko. Niczego nie opuścił. Niczego.
- To wszystko. - zakończył cicho i dodał: - Jestem mordercą.
- Nattenie, kim według ciebie jest bohater?
- To osoba, która dokonała w swym życiu wielu odważnych czynów.
- Nie zgadzam się z tobą w tej kwestii.
- W takim razie, co trzeba zrobić, by stać się prawdziwym bohaterem?
- Trzeba bronić niewinnych. - rzekł z uśmiechem Megari. - Nie zrobiłeś nic złego, Nattenie. Nie jesteś mordercą. Jesteś bohaterem. - na dźwięk tych słów, Natten spojrzał na mężczyznę z niedowierzaniem. - Wielu ludzi uważa łowców czarownic za bohaterów, ale to nie są żadni bohaterzy. Zabijają czarownice dla pieniędzy. Nic ich więcej nie obchodzi. Twoja historia tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu... Chodź ze mną, Nattenie. Chcę ci coś pokazać. - weszli razem do posiadłości i Megari zaprowadził go do komnaty, w której Natten jeszcze nigdy nie był. Znajdowało się w niej pełno mieczy, toporów i łuków powieszonych na ścianach. Megari podszedł do skrzyni stojącej przy ścianie obwieszonej toporami i sztyletami. Otworzył ją i wyjął z niej coś podłużnego, owiniętego w płótno. Podał ów przedmiot Nattenowi.
- Odwiń płótno i spójrz na niego - polecił. Zrobił to, o co prosił. Zobaczył piękny miecz, z zdobioną klingą, która wydawała się mu znajoma. Po chwili zrozumiał dlaczego. Identyczną klingę miały miecze należące do Fornaxa i Vinaesa.
- To jest... Miecz łowcy czarownic. - wyszeptał.
- Tak - przytaknął mu Megari. - To miecz łowcy czarownic. Mój miecz.
Na dźwięk tych słów, broń wypadła Nattenowi z ręki. Przerażony zrobił parę kroków do tyłu.
- Spokojnie, chłopcze. Ja już nie jestem łowcą czarownic, więc nic mnie nie obowiązuje do złapania ciebie.
- To niemożliwe. - zaprzeczył Natten. - Przecież nie można przestać być łowcą czarownic! Kodeks wyraźnie mówi, że człowiek rodzi się łowcą czarownic i łowcą czarownic umiera. Ma poświęcić temu obowiązkowi całe swe życie, dlatego nie może zakładać rodziny.
- Masz rację. Tyle, że za mojej młodości ten kodeks jeszcze nie istniał. Nie istniał też ten bestialski egzamin. Dopiero mój nauczyciel począł tworzyć ów kodeks oraz zaczął wpajać ludziom, że ich dzieci zostały wybrane do bycia łowcą czarownic, a ci naiwni uważali to za zaszczyt.
- Pana nauczyciel? - zaciekawił się Natten.
- Nazywał się Inaen. Znasz go może?
- Tak się nazywał wielki łowca czarownic. Widziałem go dwa, trzy razy, nie więcej.
- A więc dzięki kodeksowi zaszedł tak daleko... - westchnął Megari. - Coś mi się zdaje, że ten egzamin końcowy z dziewczynkami w rolach czarownic to jego pomysł... Cieszę się, że wystarczająco wcześnie zrezygnowałem z bycia łowcą czarownic.
- Dlaczego zdecydowałeś się na ten krok?
- Z powodu kodeksu. Byłem jednym z nielicznych, którzy nie chcieli go zaakceptować. Odeszliśmy razem, tracąc w ten sposób najlepszych przyjaciół... Moi dwaj najlepsi kompani znienawidzili mnie... Znasz ich, Nattenie. To Fornax i Vinaes.
- Oni? - zdziwił się. - Przecież oni...
- Nie zawsze byli tacy, jakich ich poznałeś. - przerwał mu. - To zasady kodeksu ich zmieniły. Znienawidzili mnie i tych, którzy zrezygnowali. Znienawidził nas cały zakon. Gdyby mogli, to z chęcią by nas zabili, ale kodeks wyraźnie zabrania im zabijania ludzi, więc wolą omijać nasze domostwa szerokim łukiem.
Natten spojrzał na miecz leżący na ziemi i rzekł z wyrzutem:
- Powinieneś mnie wydać, a nie ukrywać. Zabiłem twojego przyjaciela.
- Nattenie, spójrz na mnie. - poprosił go Megari, a Natten podniósł wzrok. - To nie ty zabiłeś Vinaesa. Jego zabił kodeks. Ten sam kodeks odebrał mi przyjaciół, a tobie prawdziwe życie. Rozumiesz mnie? Nie możesz się ciągle obwiniać!
- Rozumiem - przytaknął z pokorą.
- Doskonale - Megari podniósł swój miecz z posadzki i podał go Nattenowi. - Jest twój. Za czasów mojej młodości, byłbyś idealnym łowcą czarownic. Dużo umiesz chłopcze. Kiedyś z pewnością świat o tobie usłyszy.
- Fornax też tak kiedyś powiedział. - przypomniał sobie Natten.
- Znając Fornaxa, to mówił, że zostaniesz sławnym łowcą czarownic, zgadza się?
- Tak.
- Czyli jednak nie powiedzieliśmy tego samego. Dla mnie będziesz wielkim człowiekiem. - zamilkł na chwilę. - A teraz rozchmurz się! Nie możesz ciągle się zamartwiać! Mordercami są ci, którzy zabijają dla pieniędzy, zapamiętaj to i obiecaj mi, że nigdy nie będziesz tego robić!
- Obiecuję. Obiecuję ci też, że nigdy nie zdradzę swoich towarzyszy.
- Wierzę, że uda ci się dotrzymać twojej obietnicy. - uśmiechnął się i położył rękę na ramieniu Nattena. - A tobie co się stało? Nie odsuwasz się?
- Nie.
- Wygląda na to, że wreszcie znaleźliśmy nić porozumienia.
- Nie inaczej. - wypowiadając te słowa, poczuł w sercu ogromne szczęście i silną więź łączącą go z Megarim, która dorównywała tej łączącej go z Tesną, a może nawet była silniejsza.
- Tutaj jesteście! - do komnaty zajrzała Tesna i zaczęła się z zaciekawieniem rozglądać dookoła. - Ile tutaj broni!
- Dobrze, że przyszłaś, Tesno. Mam coś dla ciebie. - Megari podszedł do ściany obwieszonej mieczami z której ściągnął jeden z nich i wręczył go dziewczynie.
- Jaki lekki! - wykrzyknęła zachwycona.
- Tamten, który ci pożyczyłem do treningów, był za ciężki. Ten nie powinien ci sprawiać kłopotów podczas walki. Jest twój, nieważne, czy dziś mnie opuścicie, czy też zostaniecie.
- My już podjęliśmy decyzję. - powiedział Natten.
- Naprawdę? Jaką?
- Zostajemy.
***
Czyli jednak miała rację - Natten wcale nie prowadził ich na Wyspę Shikamiego. Gdyby to robił, szliby teraz na północny-zachód, a oni wędrowali na północny-wschód. Postanowiła się jednak nie odzywać. Miała do Nattena zaufanie, które było bardzo silne po podtrzymane przez 8 miesięcy ich wspólnej znajomości.
***
- Widzicie? Mówiłem wam, że nikt was w Barenned nie rozpozna. Od waszej ucieczki minął już rok i wielu o was zapomniało.
- Nikt nas nie rozpoznał, bo oboje z Tesną ścięliśmy włosy. - stwierdził przytomnie Natten. - Wątpię także, by tak wielu o nas zapomniało. Na ratuszu są ciągle wywieszone nasze rysopisy. Dodatkowo nagroda za moja głowę ciągle rośnie.
- Ostatnio stwierdziłam, że dobrze by było, gdybyśmy przyjęli jakieś zastępcze imiona na wyjścia do Barenned, tak, żeby nikt nie kojarzył sobie nas z osobami z plakatu, kiedy usłyszy, jak mówimy do siebie. - powiedziała Tesna.
- Mowy nie ma. - oświadczył twardo Natten. - Łowcy czarownic odebrali mi wszystko co miałem. Nie pozwolę, żeby odebrali mi imię, nadane mi przez moich rodziców! Jak chcesz, zmieniaj imię, ale nie licz na to, że się do ciebie dołączę.
Tesna umilkła zamieszana, w myślach przyznając Nattenowi rację.
- Nie sądzę, by zmiany imion były wam potrzebne. - stwierdził Megari. - Jestem pewien, że za niedługo nawet łowcy czarownic o was zapomną i zlikwidują te niedorzeczne listy gończe.
- Oby. - Tesna odzyskała głos. - A pamiętasz Megari, kiedy ta staruszka u której kupowaliśmy owoce zapytała, kim dla ciebie jesteśmy? To było okropne!
- Ja też poczułem się wtedy nieswojo. - przyznał Natten.
- Na szczęście, Megari powiedział, że jesteśmy jego dziećmi i dała nam spokój.
- Ona nawet stwierdziła, że jesteś do mnie podobna, Tesno! - przyznał mężczyzna.
- Naprawdę? - Tesna wybuchła śmiechem, a Megari szybko do niej dołączył. Natten uśmiechnął się i pomyślał, że dwójka jego towarzyszy jest najwspanialszą rzeczą, jak mu się w życiu zdarzyła. Szkoda, że tak rzadko spotykał takie wspaniałe osoby, jak oni.
***
W końcu doszli. A więc Natten chciał dotrzeć do ruin potężnego dworu... Do kogo on należał - to kolejne pytanie, na które Lina nie znała odpowiedzi.
- Zostańcie tutaj. - rozkazał im. - Wkrótce wrócę. - po tych słowach wbiegł do wnętrza zniszczonej posiadłości.
***
Ta cisz mogła zabić. Swój oddech i odgłosy swoich kroków słyszał wyraźniej niż zwykle. Nawet bicie serca przestało być łagodnym stukaniem. Teraz było ogłupiającym dudnieniem.
Wszędzie pusto. Pełno pajęczyn i kurzu. Pod nogami od czasu do czasu przebiegały szczury.
- Co się stało z tym miejscem? - zapytał sam siebie i szybko ucichł, przerażony echem swojego głosu rozbiegającym się po pustych korytarzach.
Szybko otworzył pierwsze lepsze drzwi i wszedł do pomieszczenia znajdującego się za nimi. Znalazł się w komnacie pełnej regałów załadowanych po brzegi książkami i kurzem. Poczuł na sobie zimny wiatr i dostrzegł, że duże okno utkwione w ścianie naprzeciw drzwi wejściowych było wybite. Nie zawsze tak to wyglądało. Parę lat temu wszystko było inne. Parę lat temu był szczęśliwy.
***
Słońce świeciło im w plecy z całej siły. Natten nie znosił tego. O wiele bardziej wolał ćwiczyć walki mieczem na świeżym powietrzu lub chociażby uczyć się nazw ziół i tworzenia leków. Wolał wszystko od siedzenia w bibliotece i czytania na głos pieśni lub fragmentów książek. Dodatkowo Megari nie słuchał ani jego, ani Tesny. Zawsze czytał inną książkę i trzeba było do niego głośniej krzyknąć, żeby oderwał wzrok od woluminu i zadał pytanie dotyczące przeczytanego przez niego lub Tesnę tekstu. Ale ani on, ani ona nie mogli liczyć na to, że skoro Megari nie słuchał, będą mogli zmyślać ile im pasuje. Za każdy błąd dostawali solenną burę. Z czasem stwierdzili, że Megari zna wszystkie książki w swoim księgozbiorze na pamięć, dlatego nie musiał słuchać, jak oni czytają.
- Dzisiaj będziecie czytać pieśni. - położył przed nimi opasłą księgę zatytułowaną "Pieśni o dawnych dniach Varisannu". - Tesno, przeczytaj "Pieśń o królowej Katii" - polecił i sięgnął po jedną z książek, zagłębiając się w jej tekście, nie zwracając na nich większej uwagi.
Tesna westchnęła i zaczęła czytać. Natten starał się skupić na czytanym utworze, ale nie mógł. Wpatrywał się w Tesnę i nie potrafił od niej oderwać wzroku. Tak niezwykle wyglądała w promieniach słońca oświetlających jej plecy. Znał ją już 9 lat. To długo. Bardzo długo. Jednak dopiero teraz zauważył, jaka jest ładna. Czuł się jak zahipnotyzowany...
- NATTENIE! - z głębokiego zamyślenia wyrwał go karcący głos Megariego.
- Yyy... Tak? - spojrzał na niego zdziwiony.
- Opowiedz mi, o czym czytała przed chwilą Tesna.
Zaniemówił. Nie miał pojęcia o czym ona czytała. W ogóle nie słuchał.
- Ja... Nie mogę ci tego powiedzieć, Megari. Nie słuchałem. - wyrzucił.
Megari spojrzał na niego z niedowierzaniem, a Tesna wybuchła śmiechem.
- On czegoś nie wie? To przecież niemożliwe! - wyjąkała, wciąż chichocząc.
- Tesno, uspokój się. - poprosił ją Megari. - Opowiedz mi treść pieśni, a ty Nattenie, słuchaj uważnie.
- Tak - kiwnął głową i tym razem uważnie słuchał słów Tesny. Kiedy ta skończyła, pojrzała na Nattena z triumfem. Uśmiechnął się do niej i pomyślał, że naprawdę się cieszy, że ją poznał i, że dotarli razem aż tutaj.
***
Natten długo nie wracał i Lina zaczęła się naprawdę niepokoić. W końcu powzięła decyzję i powiedziała ją na głos:
- Wchodzimy do zamku.
- Ale pan Natten kazał nam poczekać. - zauważyła Onee.
- Złamiemy jego polecenie. Na pewno zmarzłyście. Nie chcę, żeby któraś z was zachorowała. Chodźcie. - i weszły razem do posesji.
- Ale tutaj pusto - szepnęła Karin, rozglądając się niepewnie.
- Ciekawe, do kogo należał ten dwór? - zamyśliła się Peryl.
- Do osoby, która z pewnością znała Nattena. - odparła Uld.
- Pan Natten miał ogromny smutek w oczach, kiedy tu przybyliśmy. - wyszeptała Onee.
- Naprawdę? - zaciekawiła się Peryl. - Nie zauważyłam. - na dźwięk tych słów, Karin przewróciła oczyma.
- Lepiej chodźmy poszukać Nattena. - stwierdziła Lina, tym samym unikając kolejnej sprzeczki miedzy Karin a Peryl, które mimo tego, że znalazły wspólny język, dość często darły koty. Ich kłótnia z pewnością nie polepszyłaby humoru Nattena, który zgodnie ze słowami Onee miał smutek w oczach, gdy przybyli do ruin. Taką samą rozpacz widział na jego twarzy, gdy umarła Tesna, więc łatwo było stwierdzić, że dwór należał do osoby, którą bardzo kochał i coś jej mówiło, że ta osoba już nie żyje.
***
Padł na kolana. Znalazł to, czego szukał, choć wcale nie chciał tego znaleźć. Czuł, że cały świat wywrócił mu się do góry nogami. Stracił już wszystko...
***
Znalazły Nattena w pomieszczeniu, którego ściany pokrywały różne rodzaje broni otulone grubą warstwą kurzu. Lina dała znak wybrankom, żeby nie podchodziły bliżej, po czym sama podeszła do klęczącego chłopaka i o mało nie cofnęła się raptownie w tył. Klęczał przy zwłokach człowieka, które już dawno uległyby dokładnemu rozkładowi, gdyby nie to, że w sali było sucho i zimno. Teraz ciało mało, ale ciągle przypomniało kształtem człowieka.
- Nattenie - wyszeptała cicho.
- Muszę go pochować. - powiedział, ale elfka sama nie wiedziała, czy te słowa były skierowane do niej.
- Tak. Pochowaj go. - przytaknęła i poczuła nieznośną chęć rozweselenia go. Gdyby tylko jeszcze wiedziała jak to zrobić...
***
- Megari, zauważyłeś, że ostatnio w pobliżu kręci się dużo podejrzanych ludzi? - zapytał, a mężczyzna spojrzał na niego zdziwiony.
- Co masz na myśli?
- Dziś obok dworu przechodził jakiś żebrak, wczoraj wędrowcy, a pięć dni temu przejeżdżał dziwny kupiec.
- I to są dla ciebie podejrzani ludzie?
- Tak.
- Nattenie, chyba trochę przesadzasz. - Megari zaśmiał się.
- Możliwe. - niechętnie przytaknął. Nie powiedział Megariemu o tym, że jeden z wędrowców wydał mu się dziwnie znajomy.
***
Razem wykopali grób w którym umieścili resztki tajemniczego człowieka. Kiedy mogiła była ukończona, Lina zwróciła się szeptem do wybranek:
- Dziś będziemy nocować w zamku. Jutro wyruszymy w dalszą drogę. Teraz chodźmy do środka. Zostawmy Nattena samego.
Bez słowa sprzeciwu weszły do opuszczonego dworu, parę razy oglądając się przez ramię.
***
- Miał pan ostatnio jakiś gości? - zapytała stara sprzedawczyni w Barenned.
Megari, Tesna i Natten spojrzeli na siebie zdziwieni.
- Nie, dlaczego pani pyta?
- W takim razie, wkrótce będzie pan miał. - zaśmiała się przekupka.
- Czy można wiedzieć, o co pani chodzi?
- Cierpliwości, kochaniutki. Wszystkiego się wkrótce dowiesz.
- Nalegam.
- No dobrze! - staruszka skapitulowała. - Wkrótce odwiedzi pana stary przyjaciel.
- Przyjaciel? - zdziwił się. - Jaki przyjaciel?
- Taki miły człowiek wypytywał się o pana i o pańskie pociechy.
- O Nattena i Tesnę też?
- O tę dwójkę szczególnie. Powiedział, że bardzo chce je poznać i wymienić z panem parę zdań po tylu latach nie widzenia się.
- Ten mężczyzna... Miał w sobie coś charakterystycznego, dzięki czemu mógłbym go poznać?
- Owszem. Był łowcą czarownic. Rozmawiał ze mną jakieś dwa dni temu, wiec tylko patrzeć, jak się pojawi. - dźwięk tych słów Megari zbladł. Szybko zapłacił staruszce i odciągnął Tesnę i Nattena do jednej z bocznych uliczek.
- Oni o nas wiedzą. Wiedzą o nas. - powtarzała przerażona Tesna.
- Co teraz zrobimy, Megari? - zapytał go Natten.
Mężczyzna wręczył mu całe zakupione przez siebie jedzenie.
- Nie pozwolę, żeby was zabrali. - zapewnił ich. - Zrobimy tak: niedaleko Barenned są jaskinie. Ukryjecie się w nich i tam macie czekać na mnie przez dwa tygodnie.
- A jeśli nie przyjdziesz? - zapytała szeptem Tesna.
- Wtedy pod żadnym pozorem macie nie wracać do zamku, zrozumiano?
- Ale...
- Obiecajcie, że nie wrócicie! Obiecajcie mi teraz!
- Obiecujemy - przytaknęli równo, a Megari przytulił ich do siebie. Tesna zaczęła głośno szlochać.
- Wszystko będzie dobrze. Nie płacz Tesno. - pogłaskał ją po głowie. - Nattenie, opiekuj się nią.
- Będę... Megari, bądź ostrożny.
- Martw się o siebie, a nie o mnie. - poradził mu. - Idźcie już.
Natten wziął Tesnę za rękę i razem ruszyli przed siebie, zostawiając Megariego za sobą.
***
- Tan człowiek... Był dla pana ważny, prawda? - usłyszał za sobą głos Onee. Nie oderwał jednak wzroku od mogiły i nie odwrócił się, by na nią spojrzeć.
- Tak. On był dla mnie bardzo ważny. Ale już nie żyje. Straciłem wszystkich, których kochałem.
- Ja też straciłam dwie bardzo ważne dla siebie osoby. - wyznała cicho.
- Onee, nie porównuj mnie do siebie... Ty jesteś czysta niczym śnieg, ja natomiast... Mnie plami grzech. To ja sprowadziłem na Tesnę i Megariego śmierć.
- Sądzę, że moje porównanie jest jednak słuszne. Te dwie osoby, o których mówiłam, zmarły przeze mnie. Ja ich zabiłam... - urwała i wytarła łzy wypływające z oczu. - Moja mama i mój braciszek umarli... Umarli, bo mój organizm chciał żyć i wolał odebrać życie komuś innemu. Mama, przed moim narodzinami była silną i zdrową kobietą, ale potem pojawiłam się ja. Podobno poród był bardzo ciężki i ludzie mówili, że przeżyła tylko dzięki cudowi... W każdym razie, po moich narodzinach straciła siły i stała się krucha niczym szkło. Zmarła, niedługo po narodzeniu mojego brata. A to wszystko przeze mnie. To ja odebrałam jej siły i zdrowie... A potem był mój brat. Zaraziłam go jedną ze swoich licznych chorób. Uwolniłam się od niej tylko po to, by zarazić swojego jedynego braciszka... Kiedy umarł, zrozumiałam, że to ja jestem winna śmierci jego i mamy. Obiecałam sobie, że już nikt, ale to nikt przeze mnie nie umrze i oddaliłam się od ludzi. Zrobiłam to tak skutecznie, że zaczęłam się ich chorobliwie bać. Ale to nawet lepiej. Już nikogo nie skażę na cierpienie. - zamilkła i spojrzała na swoje stopy. Natten przez chwilę wpatrywał się w mogiłę, po czym odwrócił wzrok i spojrzał na nią.
- Nie musiałaś mi tego mówić.
- Wiem, ale chciałam to zrobić.
- Dziękuję ci, w takim razie. Teraz wracaj do środka. Robi się zimno.
- A pan?
- Zostaję tutaj.
Kiwnęła głową i odeszła. Wiedziała, że nie ma sensu go przekonywać, żeby poszedł z nią. I tak nie usłucha.
***
"Będziesz mógł to zmienić." - usłyszał w głowie głos Megariego.
- Nie mogę nic zmienić. Nic. - wyszeptał.
"Będziesz mógł to zmienić." - upierał się głos.
- Jak? W jaki sposób? - zapytał, ale głos nie odpowiedział.
Nagle zrozumiał. On mógł to zmienić. On musiał to zmienić.
- Dziękuję, Megari. - uśmiechnął się do grobu. - Żegnaj. Może wkrótce się spotkamy. - minął mogiłę i ruszył przed siebie.
- Stój! - usłyszał za sobą krzyk Liny i posłusznie zatrzymał się. Spojrzał na nią. Nawet ciemności nocy nie zakryły wściekłości malującej się na jej twarzy. - Wiedziałam, że będziesz chciał to zrobić. Nie pozwalam ci na to, Nattenie! Nie pozwalam!
- Lino, twoje słowa nie wpłyną na moją decyzję. - oświadczył zimno.
- Wpłyną!... Jak... Jak zrobisz choć jeden krok, to cię zabiję!
- To na co czekasz? Zabij mnie. Tu i teraz.
Pochwyciła drżącą dłonią sztylet i spojrzała na niego z rozpaczą. Ręka trzęsła się jej tak mocno, że broń wypadła jej z ręki.
- Tak jak myślałem. Nie będziesz do tego zdolna.
- Nattenie, ty nie możesz! Jesteś wybrańcem!
- A ty jesteś wybranką. Możesz mnie zastąpić.
- Nie mogę! Ty zostałeś wybrany jako pierwszy, a ja... A ja miałam ci tylko pomagać!
- W takim razie od dziś będziesz jedną wybranką. Powodzenia. - odwrócił się do niej tyłem i ruszył przed siebie biegiem.
Lina padła na kolana i obserwowała, jak sylwetka Nattena jest coraz dalej i dalej.
- Zostań. - wyszeptała. - Nie możesz odejść. Nie możesz.
Łowcy czarownic
- Masz już 4 lata, synku. Jesteś już dużym chłopcem i dobrze wiesz, że kiedy się narodziłeś, przybył do nas łowca czarownic i wybrał cię do szkoły uczących chłopców na takich jak on. To wielki zaszczyt, nieprawdaż?
- Sądzę, że tak, mamusiu.
- Tylko, że w tej szkole obowiązują bardzo surowe zasady - nie można się śmiać, nie można się bać, nie można płakać, nie można kochać... Postanowiłam z twoim tatą ci to ułatwić - od dziś nie będziemy twoimi rodzicami. Od dnia dzisiejszego przestaję być twoją mamą. Od dziś jestem pani Deya, a twój ojciec to pan Moren, zrozumiałeś?
- Ale mamo...
- Przestań! - krzyknęła na niego. - Jestem pani Deya! Jeśli nazwiesz mnie inaczej, to będę musiała cię uderzyć! Rozumiesz mnie?
- Tak - wyjąkał, a w jego oczach pojawiły się łzy.
- I masz nie płakać! Za płacz, za śmiech i za słowo "boję się" spotka cię sroga kara!
- Mamo, przestań! - poprosił, a kobieta uderzyła go z całej siły w policzek. Zachwiał się i padł na ziemię. Przed oczyma zrobiło mu się ciemno.
- Nie będę tego drugi raz powtarzać, Nattenie. - usłyszał jej drżący głos. - Od dziś będziesz spać na korytarzu. Do domu będziesz mógł wejść wyłącznie w nocy. Zrozumiałeś?
- Tak... Pani Deyo.
***
Biegł, ile sił w nogach. Nie będzie dłużej uciekać. Koniec ucieczek. Skoro go chcą, to będą go mieli.
***
Onee nie mogła zasnąć. Ciągle przewracała się z boku na bok. W końcu postanowiła wyjść na świeże powietrze, więc wstała i przebiegła ciemnymi korytarzami aż do wyjścia. Gdy wyszła na zewnątrz, zauważyła, że Natten nie stoi już przy mogile. Dostrzegła też jakąś skuloną sylwetkę niedaleko niej.
- Pani Lino? - podeszła do elfki. - Gdzie jest pan Natten?
- Odszedł.
- Odszedł? - powtórzyła zdziwiona. - Gdzie odszedł?
- Do łowców czarownic.
Na dźwięk słów Liny, Onee usłyszała w głowie inny głos, a zaraz potem zobaczyła przed oczyma szyderczo uśmiechniętą twarz Yavena. "Jestem łowcą czarownic. Prawdziwym łowcą czarownic." - tak powiedział.
Poczuła, że nogi się pod nią uginają.
- Przecież oni... Oni go zabiją!
- Wiem. - głos elfki był całkowicie wyprany z emocji.
- Kiedy odszedł?
- Niedawno. Poszedł tam - Lina wskazała jej kierunek ręką.
Onee niewiele myśląc puściła się pędem drogą wskazaną przez elfkę. To otrzeźwiło Linę.
- Onee! Gdzie biegniesz?
- Muszę go zatrzymać! Muszę!
***
W końcu nadszedł dzień jego odejścia. Wkrótce stanie się łowcą czarownic. Szkoda, że ta myśl wcale go nie cieszyła.
- Nattenie - pani Deya i pan Moren podeszli do niego. Kobieta trzymała na rękach malutką Keiko.
- Poradzisz sobie sam, prawda? - zapytał go pan Moren.
- Oczywiście.
- I bardzo dobrze. Weź to z sobą. - wręczył mu złożoną kartę. - To dokument tegorocznego przydziału. Nie zgub go.
- Nie zgubię.
- Ja też coś dla ciebie mam. - pani Deya wręczyła mu swój wisiorek z zielonym kamieniem pośrodku. Spojrzał na niego, a potem zerknął na śpiącą Keiko.
- Dajcie go jej. - oddał naszyjnik matce, po czym odwrócił się i ruszył przed siebie. Nie oglądał się za siebie. Ani razu.
***
Zatrzymał się, by nabrać trochę powietrza i znowu maszerował w kierunku siedziby łowców czarownic. Musiał do nich dojść jak najszybciej się dało. Za długo na niego czekali.
Nagle zobaczył jakiegoś jeźdźca, trzymającego drugiego wierzchowca za uzdę. Szybko podbiegł do niego.
- Przepraszam, na co panu dwa konie? - zapytał uprzejmie.
- Ten, którego prowadzę, to mój stary rumak. Ten, na którym jadę, to mój wczorajszy zakup. W Barenned jest pewien hodowca, ma naprawdę wspaniałe konie.
- Skoro ma pan nowego wierzchowca, to czy może nie chciałby pan sprzedać mi starego?
- Ale to naprawdę stare zwierzę! Za daleko cię chłopcze nie poniesie!
- Mimo to jestem nim zainteresowany. Muszę się jak najszybciej dostać do pewnego miejsca.
- W takim razie weź go za darmo. Przez to zwierze ciągle nie jestem w domu. Jak się go pozbędę, wrócę do żony jeszcze tej nocy.
- Dziękuję, to miło z pana strony - wziął uzdę od mężczyzny, a ten popędził na swoim wierzchowcu przed siebie. Natten przyglądał się, jak znika w ciemności. Pewnie czeka na niego nie tylko żona, ale i dzieci... Jak dobrze jest mieć do kogo wracać...
Westchnął i spojrzał na konia, którego dostał. Rzeczywiście, nie wyglądał najlepiej. Stary i sponiewierany. Mający najlepsze lata dawno za sobą.
- Podejrzewam, że wyruszysz ze mną w swoją ostatnią drogę. - powiedział do konia. - Podejrzewam, że będzie ostatnia także dla mnie. - miał już wskoczyć na grzbiet rumaka, gdy usłyszał czyjś krzyk. Odwrócił się i zobaczył Onee wynurzającą się z ciemności.
- Panie Nattenie! Niech pan poczeka!
- Czego chcesz? - zapytał, a dziewczyna zatrzymała się przed nim, starając się załapać oddech.
- Niech pan nie idzie! Oni pana zabiją! - jęknęła błagalnie.
- Przekaż Linie, że nie zmienię zdania.
- To nie pani Lina mnie wysłała! Ja sama pobiegłam!
- I sądziłaś, że sprowadzisz mnie z powrotem? Jesteś okropnie naiwna.
- Może i jestem naiwna, ale robię to w słusznej sprawie! Pan mi kiedyś uratował życie i ja muszę zrewanżować się tym samym!
- Zapomnij o tym - poradził jej i wskoczył na konia. - Wracaj do ruin.
- Nie mogę o tym zapomnieć! Długi należy spłacać!
- Nie bądź żałosna, Onee. - rzucił, a koń ruszył przed siebie.
- Nie! Proszę się zatrzymać! Błagam! - zaczęła krzyczeć, ale jej prośby nic nie pomogły.
***
Czekali ponad trzy tygodnie, jednak nikt po nich nie przychodził. W końcu Natten powiedział cicho:
- Tesno, nie możemy tu dłużej zostać.
- Ale co z Megarim? Co będzie jak po nas przyjdzie i nas tutaj nie zastanie?
- Tesno... On... On nie przyjdzie.
Spojrzała na niego zrozpaczona i rzuciła mu się na szyję. Płakała.
- Co teraz z nami będzie, Nattenie? Co?
- Wyruszymy do państwa Yaned. Tam będę tępić czarownice.
- Przecież nie jesteś prawdziwym łowcą czarownic!
- Tak, ale mam miecz łowcy czarownic. Ludziom tyle wystarczy, by mi uwierzyć. Z Yaned przeniesiemy się do Vess, a potem do Karn. Niegdzie nie będziemy zostawać dłużej niż miesiąc. W taki sposób nigdy nas nie złapią. Nigdy.
***
- Pani Lino, co teraz zrobimy?
- Ruszymy w dalszą drogę bez Nattena. To chyba jedyne słuszne rozwiązanie... W każdym razie, pomyślimy o tym rano. Teraz idź spać.
- A pani nie idzie?
- Nie jestem śpiąca. W ogóle.
***
- I jak? - Tesna spojrzała na niego z nadzieją.
- Spóźniłem się. Dwa dni temu jakiś łowca zabił jedyną wiedźmę w okolicy.
- Niedobrze. Jak tak dalej pójdzie, to umrzemy z głodu. Nie mamy już pieniędzy, żeby kupić jedzenie...
- Nie mów tak! Nie umrzemy! - krzyknął na nią i raptownie spochmurniał. - Tesno, burmistrz mnie rozpoznał.
- Co?
- Rozpoznał mnie i dał mi pewną propozycję - zapłaci mi i nie poinformuje łowców czarownic, że tu byłem, jeśli zabiję pewnego człowieka. Mam dwa dni na przemyślenie propozycji.
- Nie! Nie możesz przystać na jego warunki! Przecież mówiłeś mi ostatnio, że obiecałeś Megariemu, że nigdy nie będziesz mordować za pieniądze! Jutro wyruszymy wcześnie rano i jak burmistrz powiadomi łowców czarownic o nas, będziemy już daleko. Tak zrobimy, prawda? Prawda?!
- Tak. Masz rację... - przytaknął skinieniem głowy.
Wieczorem długo przyglądał się Tesnie, która starała się zasnąć. Dobrze wiedział, że z pustym żołądkiem to nie jest łatwe zadanie. W końcu usłyszał jej wyrównany oddech. Spojrzał na nią i czuł rozpacz rodzącą się w sercu. Nie mają jedzenia, a niewiadomo, jak długo będą szli do kolejnego miasta... Powoli podniósł się i ruszył przed siebie.
"Wybacz mi Tesno - pomyślał. - To dla twojego i mojego dobra."
***
- Żartujesz! To niemożliwe! - wykrzyknęła Peryl.
- To nie jest żart. Natten odszedł do siedziby łowców czarownic.
- Dlaczego go nie zatrzymałyście? - zapytała z wyrzutem Karin.
- Próbowałam zarówno ja, jak i Onee. Bez większego skutku. - westchnęła elfka.
- Nie powinnyście go zatrzymywać. - stwierdziła Uld. - To jego własna decyzja i należy ją uszanować. Skoro chciał odejść, to dobrze. Będziemy podróżować bez niego.
- Chyba masz rację. - przyznała Lina. - Będziemy musiały sobie radzić sobie same. Ale poradzimy sobie same, prawda? - spojrzała pytająco na Onee, Karin i Peryl, ale w żadnej z nich nie dostrzegła nawet cienia aprobaty.
***
- Proszę. Oto wynagrodzenie za tego człowieka. - burmistrz położył przed nim sakiewkę pełną pieniędzy. Natten wpatrywał się w nią i milczał. - No bierz! Na co czekasz? Nie mów, że tak nagle dopadły cię wyrzuty sumienia!
Nie odpowiedział. Wziął zapłatę i podszedł do drzwi.
- Jeszcze jedno - usłyszał za sobą, więc odwrócił się. - Radzę ci, jak najprędzej wynieść z tego miasta. Za parę dni ciało zostanie odnalezione i znajdą się świadkowie, którzy potwierdzą twoją winę. Będę musiał zgłosić ten niecny postępek łowcom czarownic i nagroda za twoją główkę będzie jeszcze większa.
- Ale... pan obiecał, że...
- Jak widać, złamałem obietnicę. - uśmiechnął się okrutnie. Natten zacisnął usta i wyszedł z jego gabinetu, głośno trzaskając drzwiami.
Rano, kiedy Tesna otworzyła oczy, wręczył jej świeżo zakupiony chleb, owoce i warzywa, które kupił za zarobione pieniądze. Rozpalili ognisko i zjedli razem pierwsze od wielu dni śniadanie. Kiedy to się skończyło, Tesna zadała pytanie, którego tak bardzo chciał uniknąć.
- Nattenie, skąd ty to wszystko wziąłeś? Przecież my nie mamy pieniędzy.
Nie odpowiedział. Milczenie natychmiast pozwoliło jej zrozumieć prawdę.
- Ty to zrobiłeś... Zabiłeś, prawda? - jej głos drżał z przerażenia.
- Tak, zabiłem. - przyznał.
- Dlaczego? Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego złamałeś obietnicę daną Megariemu? - zaczęła płakać.
- Dlaczego? Chcesz wiedzieć, dlaczego? Żebyś nie umarła z głodu! Dlatego to zrobiłem! - wykrzyknął i utkwił wzrok w swoich stopach. - Zostałaś mi tylko ty. Nie chcę cię stracić... Nie chcę!
Podeszła do niego i przytuliła.
- Przepraszam. - wyszeptała cicho.
***
Koń w końcu się zatrzymał, a gdy Natten zeskoczył z jego grzbietu, padł martwy na ziemię. Chłopak westchnął i ruszył przed siebie. Do kompleksu ciągle daleka droga.
***
- To... niemożliwe - Tesna patrzyła na niego z niedowierzaniem.
- Tak będzie lepiej dla ciebie.
- Nie zgadzam się! - pokręciła przecząco głową. - Nie ma mowy!
- Tesno, nagroda za moją głowę jest coraz większa - łowcy czarownic nie umieją wybaczać zdrajcom, bo tak im każe kodeks. Właśnie dlatego nigdy nie zapomną o mnie i moim występku. Natomiast nagroda za ciebie nie zmieniła się od 6 lat, dlatego nie jesteś zagrożona! Ja natomiast tak i...
- I dlatego chcesz, żebyśmy się rozstali?!
- Czy ty zapomniałaś, co się działo podczas ostatniego ataku łowców głów? O mało cię wtedy nie zabili! A ja... nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś ci zrobili. Właśnie z tego powodu musimy się rozstać. Każde z nas musi iść inną drogą. - zamilkł na chwilę. - Kocham cię, Tesno. Nikogo tak nie kochałem, jak ciebie i nikogo nigdy nie będę tak kochać. Pamiętaj o tym. Żegnaj.
- Nie idź. Zostań... Zostań!!
***
Nastał 5 dzień jego samotnej wędrówki. Był to ostatni dzień wędrówki, a może i ostatni dzień życia...
Stał pod bramą wejściową kompleksu jak 17 lat temu. Ale już nie spotka Yavena ani Winda. Nie wejdzie na wieżę, by na jej szczycie patrzeć na gwiazdy razem z Tesną. To wszystko należy już do przeszłości, do której nie mógł już wrócić. Mógł natomiast wkroczyć w przyszłość. Jednak to tego potrzebował uregulowania pewnych spraw. I właśnie nadszedł na to czas.
Zebrał w sobie całą odwagę i uderzył z całej siły pięścią w bramę. Powtórzył tę czynność parę razy i zamarł w oczekiwaniu. Wiedział, że kiedy drzwi się otworzą już nie będzie odwrotu.
***
Siedzieli obok siebie w jaskini. Natten oparł głowę o jej ramię i wpatrywał się w złoty ogień.
- Opowiedz mi o tym. - poprosiła go szeptem.
- Opowiem. Tobie mogę... - przytaknął i zamilkł. Wyglądał tak, jakby szukał odpowiednich słów w które mógłby ubrać swoje przeżycia. W końcu wyrzucił z siebie: - Zabijałem.
- Co w tym złego? - zdziwiła się.
- Mi nie chodzi o czarownice. Je też zabijałem, ale w tym momencie miałem na myśli zabijanie... takie jak wtedy, gdy omal nie umarliśmy z głodu.
- Mordowałeś ludzi?
- Tak. Przyjmowałem każde zlecenia od każdego, kto mnie rozpoznał i zaproponował zabicie za pieniądze.
- Dlaczego to robiłeś?
- Wierzyłem, że w ten sposób prędzej mnie dopadną i zabiją... Bo nie chciałem już żyć. Ale kiedy już ktoś mnie odnajdywał, tchórzyłem. Bałem się śmierci, bo to oznaczałoby, że już nigdy ciebie nie zobaczę... Łowcy głów... Łowcy czarownic... Wszyscy umierali... Ginęli z mojej ręki... Nienawidzę siebie.
- Nie mów tak. - objęła go. - Ja też go zdradziłam i czuję się z tym okropnie... I ja mam większe prawo do znienawidzenia samej siebie niż ty...
***
Brama skrzypnęła i wyszedł z niej chłopak w wieku zbliżonym do Uld.
- Słucham? W czym mogę pomóc? - zapytał uprzejmie.
Natten sięgnął po miecz i zwinnym ruchem przyłożył jego ostrze do szyi chłopaka.
- Wezwij wszystkich łowców, a szczególnie wielkiego łowcę czarownic i powiedz, że przybył ten, którego poszukujecie od 11 lat.
- T... tak - chłopak ruszył biegiem do budynku głównego.
Natten tymczasem wszedł na posiadłość łowców czarownic i zaczął powoli kroczyć przed siebie, rozglądając się uważnie. Jednak nie tylko on obserwował. Jego także obserwowano.
- Zaraz... Czy to nie jest...?
- Niemożliwe!
- Kto to jest? Kto?
- To zdrajca, którego poszukujemy od 11 lat!
- On? Dlaczego tu przyszedł?
- Nie mam pojęcia! Może wreszcie zrozumiał, jaki wielki błąd popełnił łamiąc regulamin? - wokół Nattena zaczęło się kłębić pełno łowców czarownic w różnym wieku. Między nimi stali także mali chłopcy, zapewnie nowicjusze będący w trakcie szkolenia.
- Co to za zgromadzenie?! - usłyszał czyjś okrzyk z oddali i zatrzymał się.
- Nadchodzi łowca główny - szepnął ktoś, a z tłumu wyszedł mężczyzna w wieku Nattena. Prawie natychmiast poznał w nim Necorda - chłopca, w którego obronie stanął Wind, co przypłacił swoim młodym i niedoświadczonym życiem.
- Ty? - Necord spojrzał na niego zdziwiony.
- Chcę porozmawiać z wielkim łowcą czarownic. - powiedział przyglądając się uważnie byłemu koledze.
- Proszę, proszę! Nie sądziłem, że jeden z moich ulubionych uczniów przyjdzie mnie odwiedzić! - obok Necorda stanął człowiek, którego Natten dobrze znał i wcale mile nie wspominał. To był Fornax we własnej osobie.
Chłopak spojrzał na niego wrogo i jeszcze mocniej zacisnął dłoń na rękojeści miecza.
- Co cię do mnie sprowadza, chłopcze? - zapytał Fornax z okrutnym uśmiechem na ustach.
- Do ciebie nic. Przybyłem do wielkiego łowcy czarownic.
- Masz go przed sobą, Nattenie. Jestem wielkim łowcą czarownic od 8 lat.
- Ach, tak... - Natten wyciągnął miecz przed siebie i skierował jego ostrze w swego byłego nauczyciela. - W takim razie wyzywam cię na pojedynek.
- Pojedynek? Brzmi interesująco. Bardzo interesująco...
- Nie zachwycaj się tak, Fornax. Jeszcze nie postawiłem warunków.
- Warunki? Ach, jak ja lubię walkę z warunkami! Słucham więc! Co się stanie, gdy ja zwyciężę?
- Wtedy dostaniecie to, czego chcecie od 11 lat - będziecie mieli mnie i ukażecie mnie wedle waszego uznania... Lecz jeśli ja wygram, to wypuścisz wszystkie dziewczynki ze zachodniego skrzydła zamku i nigdy nie sprowadzisz tam kolejnych dzieci. Całkowicie zmienisz reguły egzaminu na łowcę czarownic. - kiedy wypowiedział te słowa, usłyszał zdziwione szepty młodych adeptów. Uśmiechnął się gorzko. - A jednak... Tutaj nic się nie zmieniło. Ciągle każecie im zabijać dziewczynki, które są tu sprowadzane pod pozorem szkolenia na damę dworu.
- Co ty mówisz, chłopcze? - spojrzenie Fornaxa przepełnione było wściekłością, ale jego głos był pełen spokoju. - Coś sobie wymyśliłeś. To bardzo chory wymysł... Jednak to nie przeszkadza mi w przyjęciu twojego wyzwania. - sięgnął miecz i zrobił parę kroków w przód. - Nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek się zmierzymy. Jak widać, los lubi płatać figle. - na ustach Fornaxa pojawił się obrzydliwy uśmiech. - Dalej, Nattenie. Zaczynaj.
Natten natychmiast ruszył na niego i uderzył w miecz nauczyciela najmocniej jak potrafił. Ręka Fornaxa nawet nie drgnęła. Chłopak natychmiast się wycofał.
- Widzę, że nic się nie zmieniłeś, chłopcze. Nadal twoją ulubioną techniką podczas pojedynku, jest ta, którą ciebie nauczyłem czyli uderzenie z całej siły w miecz przeciwnika tak, żeby wypadł mu z ręki. Niestety, ona na mnie nie działa. Nie podziała na mnie żaden z twoich ataków, bo to ja nauczyłem cię wszystkich ciosów, które znasz. Dla mnie jesteś tylko moją słabą imitacją. Bez problemu przejrzę cię na wylot... A teraz oryginał pokaże kopii jak się powinno walczyć! - ruszył ku Nattenowi, który natychmiast zasłonił się mieczem. Fornax uderzył w miecz Nattena tak mocno, że ten wypadł mu z ręki. - Tak wygląda twój atak w oryginale, Nattenie. Twoja nędzna podróbka nigdy mu nie dorówna. - Fornax uśmiechnął się kpiąco, schował swój miecz do pochwy i wpatrywał się w swojego ucznia. - Czy ty naprawdę myślałeś, że zdołasz mnie pokonać? Jak można być takim głupcem! - po tych słowach zacisnął dłoń w pięść i uderzył Nattena prosto w brzuch. Chłopak stłumił jęk i cofnął się w tył. Wtedy Fornax podbiegł do niego i uderzył po raz kolejny, jeszcze mocniej. Natten nawet nie próbował sparować ciosu. Zachwiał się, ale nie upadł. Wtedy wielki łowca czarownic uderzył po raz trzeci, po czym cofnął się, by z szyderczym uśmieszkiem przyglądać się, jak Natten pada na kolana i opiera się rękoma o ziemię. Z jego ust wypływała krew.
- Patrzcie na tego psa! Patrzcie! - Fornax krzyknął do łowców i nowicjuszy. - Czy to jest ten wielki Natten, którego poszukujemy od 11 lat? Czy to ten, który zabił tak wielu z nas? - po tych słowach podszedł do Nattena i kopnął go w brzuch. - On nawet nie potrafi sparować zwykłego ciosu! Nic nie potrafi! - kopnął po raz kolejny i kolejny, zanosząc się dzikim śmiechem.
Natten nie mógł się podnieść. Nie chciał tego robić. Niech go kopie. Niech inni się wyśmiewają z niego. Nie ma już siły się przeciwstawiać. Nie ma.
Nagle Fornax złapał go za tył ubrania i podniósł na kolana. Przeniósł swoją dłoń na szyję ucznia i przyglądał się jego zakrwawionej twarzy.
- Wiesz co, Nattenie? - zapytał szeptem. - Kiedy byłeś młody, widziałem w tobie przyszłego wielkiego łowcę czarownic. Teraz dostrzegam, jak bardzo się wtedy myliłem. Jesteś słabym szczeniakiem, takim samym jak ten zdrajca, Megari. Zabije cię z taką przyjemnością, z którą zabiłem jego. - zaśmiał się prosto w twarz Nattena. Chłopak poczuł ogromną wściekłość w sercu. Zacisnął dłoń w pięść i chciał uderzyć w brzuch Fornaxa, ale ten złapał go za nadgarstek, nim Natten zdążył zadać cios.
- Za wolno, szczeniaku. - pchnął Nattena na ziemię. Tym razem chłopak wstał natychmiast.
- To ty to zabiłeś! Zabiłeś go! Zabiłeś Megariego! - krzyknął rozwścieczony.
- Proszę, proszę. Czyli jednak go znałeś. A on przed swoją śmiercią tak gorąco temu zaprzeczał. Tchórz.
- Jak śmiesz go tak nazywać?! On nie był żadnym tchórzem! On chciał ratować mnie i Tesnę! Bronił nas! Był bohaterem!
- Tesna? Czyżby tak nazywała się ta dziwka, którą wolałeś od zostania prawdziwym łowcą czarownic? - na dźwięk tych słów Natten poczuł jeszcze większą wściekłość w sercu.
- Jak śmiesz ją obrażać?! Jak śmiesz oczerniać tą, która była więcej warta od was wszystkich razem wziętych?!
- Doprawdy? To gdzie teraz jest ta twoja chodząca wspaniałość?
- Zabiliście ją. Zabiła ją wasza chęć dostania mnie! Zabiliście też Megariego i moich rodziców! Zabiliście z zimną krwią! I wy śmiecie się nazywać obrońcami ludzi? - wtedy ruszył na Fornaxa i powtórzył cios, którzy poprzednio został sparowany przez wielkiego łowcę czarownic. Tym razem jednak Fornax nie zdążył się obronić i pięść Nattena trafiła prosto w jego brzuch. Mężczyzna zachwiał się i padł na plecy. - Jest jedna rzecz, o której o mnie nie wiesz, Fornax. - Natten podniósł swój miecz z ziemi. - We mnie coś żyje. To stworzenie przyspiesza moje ruchy. Nawet ty nie będziesz zdolny mnie zatrzymać.
- Sprawdźmy. - Fornax dźwignął się z ziemi i pochwycił miecz. - Dalej, Nattenie! Pokaż mi swoją szybkość i siłę!
Chłopak ruszył przed siebie, a jego kroki były szybsze nisz poprzednio. Po raz pierwszy pomyślał o krwi Shikamiego w swoich żyłach jako o darze, a nie przekleństwie. Podbiegnięcie do Fornaxa i przebicie go mieczem trwało zaledwie parę krótkich sekund, nie więcej. Były nauczyciel wpatrywał się w niego z niedowierzaniem.
- To... niemożliwe... - wyjąkał.
- Przed chwilą, gdy leżałem na ziemi, chciałem, żebyś mnie zabił. Popełniłeś jednak błąd - przypomniałeś mi po co tu przybyłem. - kiedy wypowiedział te słowa, twarz Fornaxa była martwa. Natten wyciągnął miecz z jego brzucha, a wielki łowca czarownic osunął się na ziemię.
- On... on go zabił! - krzyknął jeden z praktykujących chłopców.
Necord pochylił się nad Fornaxem i sprawdził mu tętno. Po tej czynności, podniósł wzrok i spojrzał nienawistnie na Nattena.
- Zabiłeś wielkiego łowcę czarownic. Zapłacisz za to! - sięgnął po miecz i krzyknął: - Sięgnijcie po broń! Razem go zabijemy!
"Wezwij mnie! Wezwij!" - Rendan zaczął krzyczeć w głowie Nattena.
"Nie zrobię tego - odparł. - Na twojego przeciwnika wybrałem kogoś innego. Pozwolę ci natomiast na pewien czas przejąć moje ciało. Zabij wszystkich, którzy mnie zaatakują. Oszczędź uciekających i dzieci."
"Niech tak się stanie"
Necord pochwycił miecz i już chciał zadać cios, gdy zauważył, ze rany na ciele Nattena zaczynają się goić. Dodatkowo jego skóra zaczęła szarzeć, a szarość w końcu przeszła w czerń. Necord zawahał się. W obecnym Nattenie było coś przerażającego. Coś, co sprawiało, że chciał się znaleźć daleko od niego. Nie mógł jednak tego zrobić. Był łowcą głównym i musiał stoczyć z nim pojedynkę. W końcu tego oczekiwali od niego pozostali. Sięgnął po miecz i zrobił krok do przodu. Wtedy Natten podbiegł do niego i odciął mu głowę. Ciało Necorda opadło na ziemię. Łowcy patrzyli na Nattena z niedowierzaniem. Zbicie najpotężniejszych łowców w kompleksie zajęło mu parę krótkich chwil. Był o wiele potężniejszy, niż się im zdawało!
Większość z łowców czarownic ruszyła ku bramie wyjściowej lub stajni. Ci, którym duma nie pozwoliła uciec, z trudnością przemogli strach w sobie i przystąpili do nierównej walki z Nattenem. Ich życie wkrótce się kończyło - szybkość i siła Nattena była nieproporcjonalnie wielka do ich umiejętność. Była niczym gniew boga.
***
Kiedy Natten odzyskał świadomość, wokół niego znajdowało się pełno ciał. Zdziwiony zrozumiał, że wszyscy zginęli z jego ręki, a tak dokładnie, to z ręki Rendana. Przez chwilę stał pośrodku tego nieszczęsnego pobojowiska, aż w końcu ruszył do budynku mieszkalnego. Kiedy znalazł się w jego wnętrzu, skierował się w stronę zachodniego skrzydła. Korytarz, którym kroczył był cichy i pusty, ale ten fakt nie sprawiał mu przykr